harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zycie

Majowo

2 komentarzy

 

Maj obok okresu wrzesień-listopad to najpieknieszy okres w Cairns. Sezon monsunowy dawno mamy za sobą. Rano budzi mnie rześkie 22 stopnie by w dzień sięgnąć 28. Jadąc do pracy z nieukrywaną satysfakcją słucham radio, gdzie podają aktualne temperatury na południu. Sydney, Melbourne, Adelajda i Perth mają w granicach 12-15 stopni o 7 rano a Canbera grubo poniżej 10. Maj jest również okresem na rozjechane węże. Nie wiem czy z powodu temperatur, czy okresów lęgowych, lecz codziennie w drodze do pracy widzę kilka sztuk. Za miesiąc zacznie się „sezon na sokoły”. Wtedy to ruszy kampania cukrownicza i kombajny ścinając trzcinę odsłonią nory myszy, szczurów i wszelakich innych gryzoni. Tuż po wschodzie słońca nad polami i drogami krążyć będą drapieżniki. Z ciekawych zjawisk, które zaobserwowałem ostatnio była pełna podwójna tęcza. Tęcze występują tu bardzo często. W poczatkach i końcu mokrego sezonu, kiedy słońce może jeszcze się przebić przez gęsta watę chmur widzę tęcze przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu. Nie często jednak pełny półokrąg, tym bardziej podwójny. Za dwa miesiące nad rankiem będą królowały mgły. I zamknie się kolejny cykl przyrody w krainie niekończącego się lata, gdzie złośliwi rozróżniają jedynie porę mokrą i bardziej mokrą.

W ostatni weekend opuściliśmy dom. Przez dwa dni pakowaliśmy się, rozwoziliśmy rzeczy do nowych miejsc i próbowaliśmy sprzedać to, co zbędne i juz niepotrzebne. Nie sądziłem, że z takim bólem serca przyjdzie rozstać mi się z domem. W piątek cała sprawa przejdzie już definitywnie do historii. Na otarcie łez planuję na weekend wycieczkę na rafę. Tym razem na zewnętrzną, popływać razem z żółwiami i ogromnymi rybami. Na pewno będzie super !!!

 
Biurokracja przy sprzedaży domu w Australii, a przynajmniej w stanie Queensland ogrniaczona jest do minimum. Kiedy po wielu podchodach uda się w końcu złapać klienta Agent podsuwa standardową umowę. Z góry ustalony wzór to 3 strony podpunktów plus jakieś pouczenie. Po podpisaniu przesyła się umowę do prawnika i czaka na termin zapadalności poszczególnych warunków. Domyslnie zazwyczaj są trzy. Dom musi przejść inspekcję budowlaną, inspekcją „robaczaną” oraz nabywca musi zgromadzić pieniądze. Jeśli w terminach określonych w umowie nie zostają zgłoszone zastrzeżenia uznaje się dany warunek za spełniony. W ten sposób 21 kwietnia minał termin do kiedy kupiec mógł zerwać umowę ze względu na stan budynku lub z powodu zarobaczenia i czekaliśmy już tylko na to czy dostanie kredyt. Ten warunek został spełniony we wtorek i tym samym umowa stała się obowiązująca. Tego dnia, 27 kwietnia o godzinie 17:00 stałem się znów bezdomny. Teraz musimy opuscić lokum i przekazać je nabywcy dokładnie 14 maja. To dokona już nasz prawnik. Coś się kończy, coś się zaczyna pisał Sapkowski. W moim życiu z pewnością właśnie skończył sie pewien etap. Teraz czas rozejrzeć się co można zacząć. 
 


W Australii niezbyt popularne jest jeżdżenie „okazją”. Przynajmniej nie tak popularne jak w Europie. Dla mnie jest to kolejna rzecz z kategorii „australijski ewenement”, bowiem w kraju gdzie praktycznie nie istnieje komunikacja publiczna autostop powinien być o niebo bardziej rozpowszechniony niż w pokrytej gęsta siecią pociągów czy PKSów Europie. Dlatego jadąc gdziekolwiek staram się w miarę możliwości podwozić autostopowiczów. A mam ku temu sposobność codziennie jadąc do pracy.

Wracając w piątek z Innisfail zauważyłem jak po poboczu drepta człowiek z charakterystycznie uniesionym palcem do góry. Zatrzymałem się. Po krótkiej wymianie zdań władował mi się do samochodu typowy „wyspiarz”, mieszkaniec wysp rozrzuconych pomiędzy Półwyspem York a Nową Gwineą. Jak już wielokrotnie wspominałem, wyspiarze nie są spokrewnieni ani z Aborygenami ani z Papuasami. To mieszanka etnicznych Melanezyjczyków i Polinezyjczyków. Mój pasażer miał ciemno brązową skórę, czarne niczym dwa węgielki żywe oczy, krótko obcięte kręcone włosy. Był wychnięty na wiór, sama skóra, ścięgna i kości. Jak na trampa i włoczykija odzienie miał nadwyraz schludne i czyste. Już tym samym odróżniał się od większości ciemnoskórych podróznych. Ruszyliśmy w stronę Cairns.

- Skąd pochodzisz Romek ? – zapytał po uprzedniej wymianie grzeczności.
- Z Europy, a dokładniej z Polski. Słyszałeś kiedys o takim kraju? – odparłem
- No oczywiście. Co ty masz mnie za głupka? – zirytował się David mój rozmówca. – Polska to wielki kraj z bogata historią. macie wielki i waleczny naród, który wsławił się niejednokrotnie.
- W sumie masz rację. – odrzekłem kurtuazyjnie myśląc w duchu, że trafiłem na kogoś wyszczekanego niczym akwizytor handlowiec z Melbourne. W duchu zaś dodałem „echh, pewnie nie masz pojęcia nawet, że istnieje taki kraj, ale inteligentny jesteś, bo w sumie połechtasz dumę narodową każdego w ten sposób, a sprzedajesz takie kawałki, że trudno im zaprzeczyć”.
- Czytałem o waszej historii – kontynuował David, a ja zastanawiałem się jak daleko zabrnie i ile bedzie w stanie lawirować operując ogólnikami.
- W 1683 roku uratowaliście Europę przed Turkami. Wasz król Żan Sobieski rozbił pod Wiedniem w proch turecką armię. Użył przy tym wspaniałej kawalerii wyposażonej w skrzydła z ptasimi piórami, które wytwarzały taki wizg, że wróg uciekł w popłochu.
- Jan the third Sobieski – tyle tylko zdołałem powiedzieć, moje oczy nabrały rozmiarów monety 50 centowej, a szczęka opadła do podłogi.
- A później jeszcze raz Polacy uratowali Europę. W 1922 roku pod Warszawą Dżozef Pisucki pokonał Rosjan i odwlekł od Europy groźbę zalania komunizmem.
- W 1920. – poprawiłem, lecz nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani słowa więcej. Oto bowiem człowiek z małej wysepki na końcu Rafy Koralowej nie tylko wie gdzie lezy Polska, co nie często się zdarza Australijczykom, nawet tym „dobrze wykształconym”, lecz bezsprzecznie zna kilka faktów z naszej historii.

Dalsza droga do Cairns upłynęła w atmosferze mojego najszczerszego podziwu dla przygodnego pasażera. David okazał się kopalnią informacji, szczególnie na temat Półwyspu York i okolicznych wysp. Dowiedziałem się, że są jeszcze miejsca, dokąd można odbyć pionierską podróż morską. Na większość Wysp najłatwiej bowiem dostać się statkiem, który dostarcza zaopatrzenie. Na jego wyspę płynie się dwa dni i jedną noc a statek odpływa z Cairns co dwa tygodnie. Dowiedziałem się jak na imie ma kapitan i ile za taka podróż kasuje. Podwiozłem go w Cairns dokładnie pod wskazaną lokalizację. Dostałem adres i zapewnienie, że zawsze bede miłym gościem u Niego na wyspie. Rosztalismy się a moje zdziwienie i zaskoczenie pozostało jeszcze ze dwa dni. Po powrocie do domu rzuciłem się na internet by poszukać przynajmniej 2 bohaterów narodowych z Kambodży :)
 


Nigdy w życiu nie spotkałem się z tyloma przypadkami osób chorych na raka co w Fabryczce. Praktycznie KAŻDY z naszej załogi ma w rodzinie kogoś, kto rozwinął nowotwór. Nie wiem czy statystyki wyłapują tą prawidłowość, czy też rozwadniają wśród całej góry innych danych, lecz tu na miejscu ludzie zdają sobie dokładnie sprawę, że liczba zachorowań z pewnością nie jest w normie. Winą obarczają głównie tysiące ton pestycydów, które od dziesiątek lat non stop trafiają na pola trzciny cukrowej, plantacje bananów, mango, awokado itp. zanieczyszczając rzeki, gleby, kumulując się w uprawach i organizmach zwierząt hodowlanych. Tajemnicą poliszynela jest również, że dzielni żołnierze australijscy testowali w okolicach broń chemiczną a dokładniej środek zwany „Orange”. W zeszłym roku sprawa ta wypłynęła nawet do mediów ogólnokrajowych, ale bardzo szybko jej ukręcono łeb. Oficjalne śledztwo wykazało oczywiście, że żadnych testów nie dokonywano i sa to tylko pomówienia. Nie wiem gdzie lezy prawda, jednak przez dłuższy czas władze utrzymywały również, że przeprowadzając w sercu Australii testy broni jądrowej nie robiono doświadczeń na Aborygenach. Dziś wiemy, że nie do końca to była prawda. Starsi pracownicy Fabryczki bez wahania potwierdzają, że wojsko testowało środki chemiczne w okolicach. W tak sprzyjających „okolicznościach przyrody” przyszło nam dziś pożegnać ojca jednego z kierowników, który w niedzielę przegrał walkę z rakiem.

Pogrzeb taty Franka był pierwszą tego typu imprezą na jakiej miałem okazję być w Australii. Z pewnością nie był to tradycyjny australijski pogrzeb, bo jakąż tradycję mogą mieć Australijczycy? Cała „impreza” była zmutowanym przez emigrację odbiciem włoskiego pogrzebu. Na wejściu każdy uczestnik dostawał mała broszurkę z przebiegiem ceremonii. Było w niej wszystko, kto czyta psalmy, kiedy należy wstać, kiedy klęknąć, itp.  Msza w kościele tylko w detalach różniła się liturgii jaką znam w Polsce, toteż skupiłem się na obserwacji ludzi. Pierwsze wrażenie, to kompletny brak żałobników w czerni. Większość rodziny ubrana była w białe koszule i czarne spodnie. Kobiety, poza najstarszą córką Franka ale o tym w następnym paragrafie, w lekkie stonowane sukienki odkrywające ramiona i sięgające w dół w okolice kolan. Część tuż przed, część nieco za kolana. Ubrania nie były przesadnie uroczyste, raczej typ na niedzielny obiad do teściowej, niż na procesję w Boże Ciało. Wyraźnie odstawała nasza grupa z fabryczki. Osoby z biura wystąpiły w biznesowych koszulach, delegacja robotników w drelichach roboczych.

Maciej Maleńczuk ostatnimi czasy rzekł, że „artystystom mozna więcej”. Choć komentował sprawę skompromitowanego senatora myślał również o sobie, a nie powinien, bo z niego artysta jak ze mnie Dziewica Orleańska. Maksyma ta chodziła mi non stop po głowie podczas pogrzebu kiedy obserwowałem Elain. Starsza córka Franka jest uzdolniona muzycznie. Ma spore osiągnięcia w grze na fortepianie a oprócz tego potrafi zagrać na wszystkim, co wpadnie jej w ręce bez względu czy są to skrzypce, gitara czy piła z tartaku. To co dziś pokazała można skomentować „niezła z niej artystka”. Dziewczę w wieku jak rzekliby nasi przodkowie łożnicowym ubrało zielono – niebieską  sukienkę w motyw pawich piór. Dla mnie bardziej wygadało jakby ktoś się upoił Blue Curacao i puścił pawia do stawu pełnego rzęsy. W efekcie wyglądała jak papuga wśród wróbli i srok. Na dole sukienka sięgała lekko za kolana a na górze opinała piersi pozostawiając odkryte ramiona. Kiedy podchodziła do mównicy coś przeczytać biust o mało jej nie eksplodował spod tej sukni. Podczas gdy pozostałym członkom rodziny głos łamał się Elain deklamowała niczym zawodowa aktorka, generalnie zachowywała się jakby to nie był pogrzeb członka jej rodziny lecz zwykła impreza, na którą została wynajęta. Idąc między ławkami spod drzwi wejściowych w stronę ołtarza czuła się jak modelka na wybiegu. Z premedytacją stawiała stopy w jednej lini, co wprawiało jej biodra w ruch hipnotyzujący wszystkich staruszków. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu gdy zauważyłem jak jeden po drugim bezwiednie przełykają ślinę. Podczas komunii zaśpiewała pieśń czystym, silnym i donośnym głosem. I znów mowa jej ciała skierowała wszystkie oczy w tamta stronę. Dla pełni obrazu dodam, że w chwilach gdy nie służyła do mszy obściskiwała się w kościelnej ławie ze swoim facetem. W ten oto sposób zmarły nawet podczas własnego pogrzebu nie był osobą, która najbardziej zajmowała myśli żałobników.

Cmentarz, na którym pochowano Franka tatę niczym nie różnił się od większości żalników w okolicy. Groby utrzymywane sa w miarę w porządku do 30 lat od daty pochówku. Starsze, przeważnie zaniedbane wyraźnie popadały w ruinę. Przechodząc wśród nich usłyszałem za sobą sentencję naszego naczelnego inżyniera, że dopiero tu wyrównują się różnice w naszym postrzeganiu ludzi. Nie bardzo złapałem o co mu chodzi, poprosiłem więc o sprecyzowanie, co ma na myśli.

- Popatrz – powiedział – właśnie mijamy grób Madonny Viali, jak myślisz co mówił o niej ksiądz podczas pogrzebu.
- Że była dobrą kobieta i wychowala dzieci na ludzi – strzeliłem.
- Tak właśnie mówił. – potwierdził – A uwierz mi Madonna nie była spokojną staruszką, która piekła ciasteczka swoim wnukom i cieszyła się z ich osiągnięć w footy. To była wredna i wścibska harpia, która do końca życia wsadzała nos w nie swoje sprawy i mieszała ludziom.
„Harpia” – pomyślałem, skąd on zna takie słowo, przecież to takie nie australijskie. No ale w końcu jest inżynierem a nie portierem, więc może cos greckiego obiło mu się o uszy.
- Po śmierci – ciągnął niewzruszenie – prawie po każdym zostają w pamięci ludzkiej tylko dobre wspomnienia.
- Noel, a ty się nie boisz, że skoro Madonna była taka jadowita za życia, to słysząc niepochlebne opinie o sobie teraz po śmierci przybędzie z zaświatów by Cię straszyć?
- Nie boję się – odparł dziarsko – mam wodę święconą.

Wracając do samochodu między grobami trochę dudniło mi w głowie od tego co powiedział Noel. Zawsze w takich chwilach przypominam sobie pewien kawałek nikomu nie znanej kapeli Kromkruag. Nawet nie wiem jak to poprawnie zapisać, bo piszę ze słuchu.

„Zamaże nas czas”

Na twoim grobie będą rosły kwiaty
Czy byłeś biedny czy byłeś bogaty
Czy wódkę piłeś czy całe życie się modliłeś
Po stu latach nikt nie będzie pamietał
Że istniała taka jak ty menda
Twoje imię zniknie zamaże je czas

Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś

Czy jesteś stal czy meteor człowiek
Czy jesteś mądry a może półgłówek
Na twoim grobie zamazane nazwisko
A obok kartka uwaga ślisko
Ludzie to miejsce będą omijali
Może czasem ktoś świeczkę zapali
Twoje imię zniknie zamaże je czas
Czas, czas zamaże nas czas, czas.


Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś


W środę odeszliśmy na trochę od starego zwyczaju załatwiania spraw firmowych na mieście tylko w piątki. Tak się złożyło, że musiałem podpisać w imieniu firmy kilka papierów w kancelarii prawnej. Zebrałem więc około południa Jodie i pojechaliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie owa kancelaria miała siedzibę. W sumie mogłem jechać sam, ale raz, że Jodie jest fajna dziunia, dwa, że lubię z nia rozmawiać, trzy, że obawiałem się, iż u prawnika wywiąże się jakaś rozmowa podczas której przyda się ktos dysponujący „wiedzą”. „Wiedza” w tym przypadku oznacza znajomość okoliczności jakie miały miejsce przed przejęciem Fabryczki przez Korporację.

Była pora lunchu. Misteczko, jak większość australijskich osad, wyglądało na urbanistyczny koszmar architekta. Rozłożone na planie kratownicy centrum, zabudowane jednopiętrowymi budynkami, w których parter zawsze pełni funkcje handlowe a piętro biurowe lub mieszkalne, tętniło wczesnopopołudniowym życiem. Pracując w biurze na odludziu nie mam szansy by codziennie obserwować ludzi w trakcie zwykłej krzątaniny dnia codziennego, dlatego też bacznie obserwowałem i „taksowałem” każdego kto nawinie mi się pod nos. Począwszy od nastoletnich uczennic w mundurkach, poprzez strażników miejskich na zwykłych Aborygenach kończąc. Przy okazji wizyty w miasteczku Jodie chciała wymienic baterie od zegarka, więc weszliśmy do jedynego w mieście zegarmistrza, który był również jubilerem. Przed nami oglądając jakiś wisiorek stała dość typowa jak na tutejsze realia para. On standardowy australijski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem. Spod niedopiętej nonszalancko koszuli kłębiły się całe pokłady ciemnych włosów, testosteron ciekł mu uszami. Jednym słowem marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarczy udany seks i kilka błyskotek od jubilera. Jego partnerka już na pierwszy rzut oka spełniała te kryteria. Wychudzona szkapa ubrana była w łachman, który w każdym cywilizowanym kraju robiłby nie za kieckę, lecz za nocną koszulę. Przebierali, marudzili, nie mogli się zdecydować. Zegarmistrz/jubiler był sam w sklepie, więc z wiadomych przyczyn nie mógł nas obsłużyć. Nawet mnie nie zdziwiło, kiedy zagadał do Jodie z pytaniem jak się ma jej siostra. Tu każdy zna każdego, urok małej społeczności gdzie nie ma ludności napływowej.  Wreszcie, po jakiś 15 minutach lalunia z osiłkiem wybrali klejnocik i mogliśmy byc obsłużeni.

Kancelaria mieściła się dwie uliczki dalej, w jednym z nielicznych nowo wybudowanych budynków w mieście. Podeszliśmy tam „z buta”. W drodze, Jodie powiedziała, bym zwrócił uwagę na sekretarkę, zapewniła, że na pewno mi się spodoba. Hmmm, pomyślałem, prawnik to dobry fach w tym kraju, zarabiają nieprzyzwoite pieniądze, więc lala pewnie będzie plastikową blondyną, ze szponami jak u drapieżnego ptaka, na obcasach wysokości Pałacu Kultury i cyckami wypchanymi jak arbuzy. Czemu tak? No bo prawnik, gość sztywny jak kij od szczotki i nudny jak flaki z olejem z pewnością nie będzie miał na recepcji nikogo kreatywnego, szalonego, niezależnego. Jakież było moje zdziwienie, gdy tylko przekroczyliśmy próg kancelarii. Zza niewysokiego biurka, na którym był komputer i kilka kupek papierów wyzierało „coś”. Trudno znaleźć mi dobre określenie na to co zobaczyłem. Niewątpliwie był to humanoid płci chyba żeńskiej. Trupioblada skóra wyglądała jakby ktoś dodatkowo przyprószył ją mąką. Na jej tle odcinały się dwa wielkie czarne oczodoły, powyżej których był kołtun. Tylko czekałem, aż zaczną z niego wypełzać jakieś robaki. Przedstawiliśmy się, „coś” poprosiło byśmy usiedli a samo pognało do szefa. Z nieukrywaną nuta szyderstwa zapytałem Jodie, czy nie słyszała czasem o jakimś przypadku rozgrzebania grobu na lokalnym cmentarzyku. „Romek, no coś ty” – oburzyła się Jodie – „To bardzo fajna dziewczyna, a ten czarny image zupełnie nie ma nic wspólnego z satanizmem”. „Jodie” – westchnąłem – „ja nie sugerowałem, że ona rozgrzebuje groby, tylko że ją wygrzebano z grobu !!!”. Nasze dywagacje przerwał nagły powrót obiektu plotek. Zaprosiła do Pana Mecenasa. A to dupek, pomyślałem, nadęty bufon nawet nie pofatygował się do nas osobiście. Włączył mi się „agresor”. Weszliśmy do gabinetu, który był przytulny jak kibel w McDonaldzie. Był na planie prostokąta. Jeden z dłuższych boków zajmowały okna, w których wisiały wertikale. Pod ścianą po przeciwnej stronie stały trzy najprostsze półki wypełnione segregatorami. Na końcu pokoju równie proste i ascetyczne biurko. Nad zasiadającym tam sztywniaczkiem szereg oprawionych w ramki dyplomów. Przejałem inicjatywę. „Dzień dobry R. i J. z Korporacji, czy mamy do czynienia z panem X czy spółką?” Dobrze wiedziałem, że bufon nie jest partnerem w kancelarii „X & spółka”, więc jego nazwiska nie ma na drzwiach i wbije mu szpilę w ten sposób. I udało się, momentalnie zyskałem jeszcze jednego wroga. :) Dalsza część spotkania przebiegła w iście syberyjskim chłodzie. Jeśli byliśmy 10 minut w gabinecie to wszystko.

Po wyjściu Jodie skomentowała całe zajście, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że mogę byc taki złośliwy. Odparłem jej, że jestem zodiakalnym skorpionem i to wszystko, co może wyczytać w horoskopach opisowych o wrednym charakterze to prawda, nawet jeśli przez dłuższy czas nie ujawniałem swojej natury. Jestem złośliwy i mściwy a wyrządzonych krzywd nigdy nie zapominam. Agresor, który włączył mi się poprzednio chyba nie przestał jeszcze działać, bo przerażona moim tonem Jodie nie wypowiedziała ani słowa. Do pracy wróciliśmy w całkowitym milczeniu. Na szczęście dziś rano wszystko wróciło do normy. Mój agresor ustąpił, a Jodie odzyskała mowę.

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 

Stara świecka

1 komentarz

 

Tatuś Tradycji: O tym imieniu to ci jeszcze powiem, że takie dziecko – Tradycja, to się ostatnio w Gdańsku narodziło. Masz, czytaj!
Paluch: „Po ceremonii w pałacu ślubów… państwo młodzi udali się dooo raady zakładowej, gdzie dostali wiązanki ślubnych kwiatów. Wszyscy wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji”. Rzeczywiście! To w związkach zawodowych im się urodziła? 
Tatuś Tradycji: Pisze, nie? 
W kultowej polskiej komedii na siłę forsowano nową świecką tradycję. W Australii mamy również świecką tradycję bożonarodzeniową, choć nie jest ona tak nowa. Przywędrowała tu już z Angolami. Australijską tradycją są świąteczne zakupy. Okresem świątecznym, zarówno przed, jak i po Bożym Narodzeniu wcale nie rządzi malutki Jezus, ani też Maryja czy Józef. Okres ten jest współcześnie w całości poświecony Hermesowi, bogowi wędrowców, złodziei, handlu, kupców, oraz posłańców.
Szał przedświąteczny zaczyna się na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Kiedy w Polsce pojawiały się głosy oburzenia, że świąteczne dekoracje w połowie listopada to lekka przesada, my już zdążyliśmy się nimi znudzić. W Australii bowiem, świąteczne towary pojawiają się pod koniec września a w listopadzie już nikogo nie szokują. Prawdziwa gorączka ogarnia jednak lud pracujący (working families) tydzień przed „godziną 0″. Wtedy to większość galerii handlowych, które normalnie zamykane są między 16 a 17, pracuje do godziny 21. Parkingi przed centrami zapełniają się prawie po brzegi. Kulminacja tego szaleństwa przychodzi tuż przed świętami. Dnia 23.12 sklepy otwierane są o godzinie 6 rano i zaczyna się 36 godzinny maraton. To jedyna noc w roku, kiedy sklepy czynne są całą dobę. W Wigilię nie można znaleźć miejsca już nie tylko na parkingu przed centrum, ale nawet na trawnikach wokół galerii i sąsiadujących uliczkach. Punktualnie o godzinie 18.00 następuje przesilenie. Sklepy są zamykane, klienci udają się na krótką przerwę do domów. Handlowcy wcale jednak nie mają wolnego. Za zamkniętymi drzwiami sklepów praca wre. Trwają przygotowania do poswiątecznych wyprzedaży. 
Wielka wyprzedaż zaczyna się w Australii już 26 grudnia. Sklepy otwierane są tego dnia o 5 rano (sic !!!) i tłum rusza do akcji. Ale nikt tego lepiej nie opisze jak Kabaret Ani Mru Mru: „A więc tłum przed drzwiami to w pierwszych rzędach renciści i emeryci oraz osoby, które cierpią na bezsenność, albowiem, żeby stanąć w pierwszej lini, trzeba tu było być około 22 już wczoraj. Zaraz za nimi, lekko z lewej bezrobotni, dalej wycieczki szkolne, a po prawej konsumenci z zaprzyjaźnionego z naszym miastem Sosnowca. A później to już kolejno: matki z dziećmi, emeryci, młodzież, renciści i znów emeryci. ” Jeśli akcja dzieje się w Sydney czy Melbourne słowa emeryci i renciści należy zamienić na hindusi i Azjaci. Konsumenci z Sosnowca trafią się chyba wszędzie. Sceny z panienkami regularnie okładającymi się po mordzie i wyrywającymi sobie nawzajem z rąk przecenioną bluzeczkę będą gościły tego wieczora w telewizyjnych serwisach informacyjnych. 
Takie właśnie mamy w Australii bożonarodzeniowe świeckie tradycje. 

 

Kiedy zespół Blenders śpiewał że standard w Polsce obsługi klienta to „baba nadęta od lat nie uśmiechnięta” wszyscy ze zrozumieniem kiwają głową i wzdychają do najlepszych standardów w krajach „rozwiniętych”. Popatrzmy jak taki najlepszy standard może wyglądać. 
Dzień 0 
Niespełna 23 miesięczna Kia, prowadzona przez jednego kierowcę, głównie w cyklu pozamiejskim, serwisowana na czas u tego samego autoryzowanego dealera z niewiadomych powodów staje w trakcie jazdy. Samochód zostaje odholowany do warsztatu, wielofranczyzowego autoryzowanego punktu obsługi marek m.in. takich jak Volvo czy Jaguar. Obietnica naprawy jeszcze tego samego dnia. O godzinie 16.30 dowiaduję się, że to poważna awaria silnika i potrzebują 3 dni na wyjęcie silnika z samochodu, rozebranie i stwierdzenie usterki. 
Dzień 3 
Mimo obiecanego kotaktu nikt się nie odzywa. 
Dzień 6
Warsztat zostawia informację na mojej poczcie głosowej, że nadal nic nie wiedzą 
Dzień 9.
Około południa dostaję telefon, że do końca dnia powinni mieć już pełną informację o kosztach i czasie potrzebnym na naprawę. Mimo tego telefonu nikt się ze mną nie kontaktuje przez następne kilka dni. 
Dzień 14. 
Z samego rana otrzymuję telefon, że nadal nie znają całkowitych kosztów naprawy ani czasu potrzebnego na jej wykonanie. 
Dzień 16
Z samego rana kontaktuję się z serwisem by dowiedzieć się dokłądnie tego samego, co dwa ni wcześniej. Nie znane koszty ani czas naprawy. Nie wytrzymuję, dzwonię do Managera Serwisu. Z rozmowy wynika, że dupek jeszcze większy niż jego podwładni. Mimo to, pojawia się, to co jeszcze tego samego ranka było niemożliwe czyli kwota naprawy i szacowany czas – do trzech tygodni. 
Dzień 17. 
Daję autoryzację do zamówienia części. 
Dzień 23.
Nie mają przez tydzień kontaktu prosze o informację o postępach. Czy części zostały zamówione, jakie mają terminy dostaw. Odpowiedź – „Liczę na to, że większość części będzie w dniu 28. 
Dzień 28.
Kontaktuję się z serwisem sprawdzić jak idzie. Odpowiedź: Większość części już mamy, ciągle czekamy na kilka innych, które powinny przyjść dnia 35, a samochód będzie złożony do kupy dnia 37 i 38. 
Dzień 36.
Kontaktuje się z warsztatem czy już dostali części, które „na pewno” miały być dnia 35. W odpowiedzi otrzymuję informację, że spodziewają się ich dziś i złożą samochód do końca dnia 38. 
Dzień 38. 
Około południa kontaktuję się z serwisem czy są w stanie dotrzymać obietnicy, którą złożyli w dniu 28 i powtórzyli dnia 36. Oczywiście nie. Prognozowany nowy termin oddania – dzień 41 lub 42. Dzwonię do departamentu obsługi klienta z oficjalną reklamacją oraz piszę e-maila do serwisu z kopią do managera, że chcę pisemnego raportu o tym jak toczyły się prace nad naprawą mojego samochodu oraz informację czy zamierzają trzymać się wyceny, którą dali mi dnia 16, czy też i tu mnie zrobia w wała. Manager serwisu, który ma mój numer komórkowy oraz do pracy wybiera telefon do Szpulki. W końcu wysyła mi e-maila w którym zapewnia, że samochód będzie gotowy dnia 43, czyli dzień później niż obiecywali jego chłopcy z warsztatu. 
Samochodu wciąż nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. Czy ktoś zna jakąś australijską instytucję, która mogłaby zbadać czy moje prawa konsumenckie nie zostały w tym przypadku naruszone? 

Nie wszyscy emigranci trafili do Australii z wyrachowania czy czystego przypadku. Całkiem spora grupa nieprzystosowanych do „nowoczesnego” życia indywidualności, żyjących w zamkniętym  świecie swoich marzeń i pragnień, nierzadko całkiem oderwanych od rzeczywistości trafiła tu w pogoni za ułudą, światem istniejącym w książkach Arkadego Fidlera, Janusza Wolniewicza czy Wojciecha Dąbrowskiego. Dla nich rodzina LeSueur z Cairns jest tym czym dla suchej studni woda, order Lenina dla prawdziwego komunisty czy wyrywający się z tysięcy gardeł piłkarskich kiboli okrzyk „ch… ci w dupę” dla Roberta Biedronia.

Gavin i Catherine LeSueur wraz z trójką dzieci oraz dwoma kotami zamieszkali na pokładzie katamaranu „Chaotic Harmony” w kwietniu 2006 roku. W lipcu tego samego roku opuścili port w Cairns wypływając w dwuletni rejs po Pacyfiku. Ich trasa wiodła poprzez Luiziady, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi i Nową Kaledonię z powrotem do Cairns. Fascynuje mnie jak piecioosobowa rodzina potrafiła się zorganizować na 13,7m katamaranie i wieść na tyle ile to jest możliwe normalne życie. Choć nie da się ukryć, że normalne ono nie było. Ich najmłodszy syn Fletcher, który miał 3 lata kiedy wyruszyli z pewnością odstawał od swoich rówieśników, którzy zostali na lądzie. Zamiast happy meal w McDonaldzie jadał to, co złapało się na wędkę i owoce które dostarczali mieszkańcy mijanych wiosek, zamiast japońskiej mangi śledził delfiny śmigające obok katamaranu, nie nauczył się jeździć ani na rowerze ani na deskorolce. Nie miała normalnego życia australijskiej nastolatki również Estela, najstarsza z rodzeństwa, która podaczas rejsu obchodziła 16 urodziny. Rzekłbym miała dość ograniczoną okazję urwania się na randkę z chłopakiem.

Na przestrzeni dwóch lat LeSueur’owie przeżyli kilka sztormów, odwiedzili setki błękitnych lagun i bezludnych wysepek. Wytrzymać tak długo w pięć osób (plus dwa koty) na ograniczonej przestrzeni katamaranu wymaga żelaznego charakteru i ogromnych pokładów tolerancji. O tym wszystkim, co przytrafiło się podczas podróży możecie przeczytać TU. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby rzucić zaszufladkowane życie i rzucić się w wir wolności, niezależności i przygody. Czemu o tym piszę? Bo to jest własnie dla mnie niemal jak biblia, wzór niedoścignionych marzeń i pragnień. Rodzina, która stoi za sobą murem, dzieląca jedną pasję i ten powiew wolności i możliwości decydowania co zrobić juro. Niestety musi upłynąć jeszcze trochę wody w Barron River zanim zrealizuje podobny scenariusz, a zrealizuje na pewno. 

Chaotic Harmony podczas rejsu.

DSCN1156
I cumująca w marinie w Cairns


Ostatnimi czasy miałem taki okres, w którym jak to mawiają człowiek byłby w stanie przytulić się choćby do jeża. Stąd właśnie przedłużająca się cisza. Trochę się wydarzyło ostatnio, choć niewiele dobrego. W zeszły wtorek rano w drodze do pracy odmówiła posłuszeństwa kijanka. Tak po prostu. Jechałem i nagle zgasł silnik. Więcej nie odpaliłem. Chwyciłem za telefon, zadzwoniłem do ubezpieczyciela by zorganizować holowanie do warsztatu. Ponieważ nie miałem przy sobie numeru polisy, musieli mnie zidentyfikować po danych osobowych. Miły Pan w call centre, o dziwo nie Hindus, na początek sprzedał mi przedłużenie plisy. Za moim przyzwoleniem, bo w tamtej chwili byłem zdecydowany przedłużyć polisę, która kończy mi się 28 listopada. Chwilę później, dowiedziałem się, że polisa zwana „pełną o szerokim zakresie” (full comprehensive) nie działa w przypaku kosztów holowania. Pan poradził mi zadzwonić do konkurencji, po czym nie był w stanie podać mi żadnego numeru alarmowego, z którego mógłbym skorzystać w zaistniałej sytuacji. Poradziłem mu, by nie naciągał firmy na znaczki, oszczędził trochę drzew i dał sobie spokój z przesyłaniem mi papierowej kopii nowej polisy, bo są firmy, które pieniądze potrafią brac z równą łatwością, ale czasami też potrafią pomóc w sytuacji alarmowej. Zadzwoniłem do konkurencji, w warsztacie byłem w ciągu 3 kwadransów. Jedyny autoryzowany serwis w mieście, w którym najpierw z konieczności (by zachować gwarancję) a później z przyzwyczajenia robiłem każdy przegląd okresowy daleki jest od standardów obsługi klienta, do których przywykłem w Polsce. Samochód przyjęli do naprawy i słuch po nim zaginął. Najpierw obiecywali naprawę jeszcze tego samego dnia. Później dowiedziałem się, że usterka jest poważna i muszą wyciągnąć i rozebrać silnik a na to potrzebują 3 dni. Najwyraźniej to jednak jest zbyt mało, gdyż mimo obietnic i moich telefonów od czasu usterki nikt nie raczył zadzwonić z jakąkolwiek informacją. Sprawa mnie strasznie frustruje, gdyż samochód jest niespełna 2 letni, serwisowany na czas w tym samym autoryzowanym warsztacie, prowadzony przez jednego kierowcę, który nie ma temperamentu Kubicy czy Niki Laudy a na dodatek eksploatowany jest na codzień na dokładnie tym samym odcinku łatwej drogi. Jeśli auto nie jest koreańskim gównem, w takich warunkach nie ma prawa wystapić poważna usterka silnika.

W dniu awarii Szpulka miała egazmin. Jeden z ważniejszych. Specjalnie by się przygotować wzięła tydzień urlopu. Po wyjściu z warsztatu postanowiłem zadzwonić i nagrać się jej na poczcie głosowej. Widziałem, że ma wyłączony telefon i że odsłucha wiadomość kiedy skończy. Tak się złożyło, że wyłączony telefon zaczął dzwonić w środku egzaminu i nie było możliwości ani odebrać ani odrzucić połączenia. Wszak przecież był wyłączony i nic nie działało. Nic poza dzwonkiem przychodzącej rozmowy. Na oczach wszystkich studentów, potępiona jako ta, która nie umie uszanować kolegów i wbrew jasnym nakazom nie wyłączyła komórki Szpulka została wyproszona z egzaminu. Mawiając językiem gier komputerowych, dodatkowe -50 do samopoczucia w tym dniu.

Z wydarzeń zeszłego tygonia płynie kilka życiowych mądrości, które wszyscy znamy, lecz nikt nie bierze ich na serio dopóki się nie przytrafią. Pierwsza z nich. Wytwory koreańskiej myśli technologicznej mimo, że dużo ładniej opakowane są tak samo gównianie jak wtedy, gdy Daewoo przejmowało warszawskie FSO. Należy je unikać wielkim łukiem, a jeśli się już zdarzy nieszczęście wejścia w ich posiadanie trzeba koniecznie sprzedać tuż przed końcem gwarancji. Od rozwoju sytuacji zależy, czy przystanę do partii politycznej, która ma w programie wyrżnięcie producentów do ostatniego plemnika, czy też ograniczę się tylko do bojkotu ich wyrobów. Przy ubezpieczaniu czegokolwiek sprawdź dokładnie polisę, bo bardziej niż odszkodowanie w przypadku powodzi, uderzenia meteoru czy globalnego ocieplenia przydaje się zwykłe holowanie w przypadku awarii. To be continued.


  • RSS