harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: zwierzaki

 
Kiedy przeciętnemu turyście lub wielbicielowi kanału Discovery zadamy pytanie o niebezpieczeństwa, które moga czekać na turystów w Australii na jednym wdechu wymienia się oczywiście węże i pająki. Na drugim wdechu, po podrapaniu się w głowę (lub po jajkach) dorzuca się rekiny i krokodyle. Tylko niewielka część kojarzy w ogóle parzące meduzy i to dopiero kiedy się spyta dokładnie o nie. Poruszałem już wcześniej ten temat TUTAJ. Dziś do niego wróce, bowiem podczas świąt stał się dość aktualny. Dość ważne jest, że wody oblewające dwie wyspy, które są widoczne z Naszej Plaży stanowią stanowisko rozrodowe irukandji, jednego z gatunku smiercionośnych meduz. Wszystkie fotki zamieszczone poniżej pochodzą ze stron The Cairns Post.


To jest Box Jellyfish (osa morska) znaleziona na sąsiadującej z nami Trynity Beach. W okresie świątecznym takie same okazy znaleziono na wszystkich północnych plażach z „naszą” włącznie. Naukowcy z Uniwersytetu Jamesa Cook’a są zgodni. Okaz tej wielkości byłby w stanie zabić zdrowego, dorosłego człowieka z 2 minuty !!!


Niektórzy turyści sądzą, że ostrzeżenia są przesadzone i trzeba mieć wyjątkowego pecha by zostać poparzonym przez meduzę. Czy aby na pewno? Na fotce plaża przu Buchan Point, miejsce połozone najbliżej wysp, o których wspominałem wyżej. Tyle meduz byłoby w stanie rozłozyć nie jeden batalion wojska.


Prawdziwym problemem są jednak nie Osy Morskie lecz meduzy z gatunku Irukanji. Są one na tyle małe, że bez problemu przecisną się przez oczka siatek zabezpieczajacych. Ostatnie poparzenia jakie miały miejsce w okolicach przypisuje się własnie temu gatunkowi.


Najgorsze jest jednak chyba to, że naukowcy nie znaleźli jeszcze odtrudki na jad tej meduzy. Wszystko co można obecnie zrobić, to łagodzić ból i odtruwać ogólnymi metodami mając nadzieje, że orgaizm jest na tyle silny iż przezwycięży truciznę. Jedna z ostatnich ofiar Irukandji wyznała, że ból był tak straszny iż w drodze do szpitala zaczęła się modlić by bóg pozwolił jej już umrzeć.


A ta mała zaraza, to MALO KINGI. Została zidentyfikowana i nazwana w 2002 roku by upamiętnić amerykańskiego turystę nazwiskiem King, który zmarł w wyniku poparzeń w okolicach Port Douglas.

Przedłużająca się cisza na blogu spowodowana jest tym, że w ostatnich dniach moje życie uległo całkowitemu wywróceniu. Nie chcę wnikać w szczegóły, bowiem chyba wyrosłem z okresu emocjonalnego ekshibicjonizmu na blogu. Wszak i tak w miarę upływu czasu wszystko się wyjaśni. Tak czy siak, bardzo ciężko mi zebrać myśli a sklecenie trzech zdań z sensem nabiera znamion „mission impossible”.
 Na szczęście dla bloga w tym tygodniu miała miejsce całkiem sympatyczna sytuacja w Fabryczce. W środku tygodnia tak się złożyło, że biuro było nieco opustoszałe. Bezzębny wraz ze Zbieraczem Zamówień podróżowali służbowo, główny inżynier doglądał na hali inspekcji suwnic a kierownicy sekcji maszyn i sekcji „montowania” z braku personelu zakasali rękawy i pracowali na równi ze swoimi podopiecznymi. W biurze było w cicho i spokojnie. Wkurzało jedynie równomierne buczenie klimatyzatorów. Czasami kiedy wpadało w wibrację drewniane obicie ścian, na których wiszą klimatyzatory po prostu je wyłączałem na kilka minut. Siedząc w błogiej ciszy i dłubiąc z nudów w nosie wyrwany zostałem z letargu odgłosem skrobania w ścianę korytarza. W miejscu gdzie mieści się nasze biuro takich dźwięków się nie lekceważy. Poderwałem się na nogi i pobiegłem sprawdzić. 
W wąskim przedsionku oddzielający pokój kierowników sekcji, głównego inżyniera, archiwum i pomieszczenie Bezzębnego zobaczyłem coś wielkości piłki do koszykówki w całości pokryte kolcami. Było niesamowicie szybkie. W panicznych ruchach biegało od ściany do drzwi starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki. Jodie – krzyknąłem do naszej koleżanki z pracy, wołaj Shanona, powiedz by wziął rękawiczki i worek, mamy jeża w biurze. Jodie w drodze z recepcji na miejsce zdarzenia uświadomiła mnie, że w Australii nie ma jeży, a ja dopiero wtedy zobaczyłem długi rurkowaty pyszczek i charakterystyczne dla samca wydłużone pazury – ostrogi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że po raz pierwszy na żywo widzę jedną z australijskich ikon – kolczatkę. 
Shanon, nasz specjalista od węży, krokodyli i wszelkich innych dzikich żyjątek, fachowo obejrzał kolczastą kulkę. Była w dobrej formie, wymagała jedynie usunięcia kilku kleszczy. Po krótkiej sesji zdjęciowej rozeszliśmy się z powrotem do swoich obowiązków. Shanon poszedł spawać kolejne wagony, Jodie odbierać telefony a ja dłubać w nosie. Kolczatka jeszcze tego samego wieczora wróciła do lasu. 
IMG_3991
Kolczatka rozrabiająca na korytarzu. Niesamowicie szybki zwierz
musiał się wślizgnąć gdy ktoś wychodził z biura na halę.

IMG_3992

Tu nieco widąć charakterystyczny długi ryjek. 
IMG_3993
A tu pięknie wyeksponowane „ostrogi”.
P.S. W naszym biurze dość często pojawiają się niespodziewani goście. Największym zaskoczeniem jednak było jak robotnicy zaczynający pracę z samego rana zastali na hali …… dwa konie !!!

Osoby:

Peter, lat 40+, mężczyzna, „poważny” kierownik sekcji „produkcja” w fabryczne dużego koncernu giełdowego, prywatnie zapalony zawodnik jajowatej piłki. To szczególnie ważne dla dalszego rozwoju wypadków, gdyż by uprawiać ten sport trzeba mieć dobry stan zdrowia, kiepski stan umysłu, być odpornym na wiedzę i ciężkim do zasiepania.

Maxi Kaz,  lat około 20, kobieta, 1.8m wzrostu, 40kg wagi, dumna przedstawicielka endemicznego dla Australii gatunku Casuarius casuarius, matka co najmniej 3 młodych

NN, lat 40+, mężczyzna, pracownik agencji stanowej zajmującej się ochroną środowiska w randze strażnika przyrody, ograniczone poczucie empatii i zrozumienia.

Miejsce: Okolice Mission Beach, daleka północ stanu Queensland

Intro:

Nucimy na melodię znanej piosenki T-Raperów znad Wisły.
 

W Far North Queensland, tam gdzie las deszczowy,
Maxi Kaz rusza na łowy.
W gęstych krzakach na śniadanie czeka,
Lepiej mijaj go z daleka.

Akcja:

Na dalekiej północy Queenslandu wczesnowiosenne, ciepłe popołudnie chyli się ku końcowi. Peter wrócił z meczu lokalnej ligi NRL, gdzie trenowana przez niego drużyna dostała strasznego łupnia od będących na gościnnych występach Aborygenów z osady Yarrabah. Żona z dwiema córkami pojechały w odwiedziny do teściowej, chata jest pusta i cicha. Peter wyciąga z lodówki piwo XXXX i siada przed telewizorem. Żadna z relacji piłkarskich nie wciąga go na tyle, by zostać w domu. Przypomina sobie, że miał pojechać obejrzeć teren, gdzie ma powstać nowe osiedle. Developer postawił już ogrodzenie i zaczął niwelację gruntu. Najlepiej będzie podjechać tam Quadem, na skróty między polami, lasem, strumieniem i nowo budowanymi osiedlami. Po kilkunastu minutach jazdy dociera do miejsca, gdzie powstaje jedno z nowych osiedli. Po lewej stronie ma długi drewniany płot postawiony przez developera. Płot ma około 2m wysokości i zbity jest z ściśle przylegających do siebie desek. Po prawej stronie ciągnie się szeroki na 2m i głeboki na ok. 1.5m rów odwadniający. Peter postanawia pojechać wzdłuż płotu i kanału, by objechać osiedle i skręcić we właściwym kierunku. Rusza. Płot jest niewykończony, czasami brakuje całych sekcji. Widać przez nie oczyszczony teren i zarośla po drugiej stronie. Tuż przed końcem płotu staje się jasne, że droga jest ślepa. Peter musi zawrócić quada i w tym momencie jak królik z kapelusza pojawia się za jego plecami kazuar. Sytuacja wygląda następująco. Po jednej stronie 2m płot, po drugiej, rów odwadniający, z przodu rozgałęzienie rowu a za plecami szarżujący Maxi Kaz. Wygląda to nieciekawie. Maxi Kaz na stopie posiada bardzo twardy, ostry pazur, którym bez najmniejszego wysiłku może wypatroszyć człowieka niczym wigilijnego karpia. Uderza adrenalina. Peter staje na quadzie, odkręcając przepustnicę na maksimum zaczyna wrzeszczeć „Chodź tu skur….., zobaczymy kto jest mocniejszy, no chodź, spróbuj.” Maxi Kaz zatrzymuje się zaskoczony tym spektaklem. Peter dostrzega kątem oka porzucony, złamany na sęku kawałek deski. Niewiele myśląc, co jest stanem naturalnym dla niego, chwyta sztachetę i zaczyna wymachiwać odgrażając się, że zatłucze go na śmierć. Przemyslawszy sprawę Maxi Kaz postanawia się oddalić, ale Peter nie rezygnuje i rzuca się ze sztachetą w ręku w pogoń. Dociera do miejsca, gdzie w płocie brakuje całej sekcji, Maxi Kaz salwując się ucieczką wbiega tam. Poczuwszy zew zwycięzcy Peter kontynuuje pogoń, gdy wtem staje jak wryty. Po drugiej stronie płotu, tuż przy dziurze stoi strażnik przyrody z oczami wielkości monet 50 centowych i gębą rozdziawioną niemal do ziemi obserwując sceną, która z jego strony wyglądała mniej więcej tak. Przez nieukończoną sekcją płotu wpada wystraszony na śmierć kazuar biegnąc na oślep tak, że o mało nie połamie nóg. Tuż za nim biegnie mały kurdupel trzymający w reku kawał deski i wykrzykujący różne brzydkie słowa na temat mamusi Maxi Kaza.

Z opowieści jednej ze stron: Strażnik nie wykazał empatii i współczucia. Nie miał również za grosz litości i zdolności aktorskie strony wycenił na 2200 AUD.

Post Scriptum

Z Cairns Post z dnia 17.09.2009.: Dwóch policjantów z Mission Beach stało przy drodze łapiąc kierowców na radar kiedy z lasu wynurzył się rozeźlony kazuar. Sierżant Dan Gallagher opisał sytuację mniej więcej tak: „On był wyższy ode mnie i nie był zadowolony, że stoimy w tym miejscu.  W jego wzroku można było odczytać nie respektujący sprzeciwu rozkaz ‚spierd…. mi stąd’, co też niezwłocznie uczyniliśmy”.

P.S.2 Imię głównego bohatera zostało zmienione.

 

Ładnie spaśliśmy stworka przez te kilka dni prawda?




To oczywiście żart, fotka przedstawia zupełnie inna pałankę. Nasz stworek natomiast wylądował w miejscu, gdzie dostanie znacznie lepsza opiekę niż moglibyśmy mu zapewnić. Około 30 godzin (i 15 karmieniach) po zrobieniu tamtej fotki odezwała się do nas kobieta, która prowadzi szpital dla nietoperzy. Poza nimi spacjalizuje się też w ratowaniu pałanek, lotopałanek i koali. Kiedy tam dotarliśmy i zobaczyliśmy inkubator, urządzenie, którego nie posiada niejeden szpital, od razu uwierzyliśmy, że malec trafił w najlepsze z możliwych miejsc. Niebawem go odwiedzimy by zobaczyc jak się miewa.
W ostatnim czasie miał miejsce również mój „performance review” czyli doroczny przegląd osiagnięć i dokonań. Jest to coś, czego najbardziej niecierpię w Korporacji. Biurokratyczna procedura nie służąca niczemu poza odbyciem samej procedury. Przy okazji mój szef z centrali oświadczył, że poprzez moje przyłączenie się do ogólnoświatowej korporacji świat stanął przedemną otworem. Nie chciałem mu tego mówić, ale ja dokładnie wiem którym otworem. Z innych wydarzeń ostatniego tygodnia, warto nadmienić, że Szpulka znów mogła mieć kłopoty ze zdrowniem. Nie cieszy mnie to, bo każda kolejna wizyta u lekarza kończy się sentencją „Co prawda nie wiemy co Pani dolega, ale pewni jesteśmy, że nie jest to sraczka, bo sraczka ma inne objawy”. Ja natomiast biegnę zaraz do optyka sprawić sobie nowe bryle, bo ostatnimi czasy w kategorii wzrok przegrałbym nawet z krecikiem. 
 

 

Pałanka.

9 komentarzy
Szanse na przezycie poniżej 20%, jednak będziemy się starać. 

DSCN0468
DSCN0466

 
Z okazji weekendu coś lżejszego gatunkowo.



Co ty k… wiesz o leniuchowaniu !?

paw
Ktoś puścił pawia.

Papugi1
W popularnych parkach czy campingach papugi są bardzo przyzwyczajone do ludzi.

krokodyle
„Bajorko teściowej”. Wprawne oko dostrzeże więcej niż jednego krokodyla.

Korale
„Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego”.
Korale w zatrwarzającej większości należą do świata zwierząt, choć w równie
rozpowszechnionej, co błędnej opinii wiekszość uważa je za rośliny.

indyk lesny
Dziki indyk leśny. Może napedzić stracha na szlaku.

Indyk hodowlany
Zupełnie nie dziki, choc niezupełnie oswojony indyk hodowlany.

Środa.

3 komentarzy

 
Środa jak to środa zazwyczaj jest bezbarwna, bo każdy już zapomniał o poprzednim weekendzie, a do następnego jeszcze kawał czasu. Takoż mijał i mi dziś czas i nie warta byłaby notki, gdyby nie pewien mały szczegół pod koniec dnia.

Około 3.20 po południu jak co dzień zawyła syrena oznaczająca koniec dnia dla pierwszej zmiany. Jeden z naszych robotników, jak co dzień wyrwał co sił w nogach do swojego pick-upa. Wkładając na pakę pudełko (eski), w którym miał lunch wzrok jego padł na małe zawiniątko znajdujące się na kole zapasowym.





Po rozwinięciu zawiniatko okazało się całkiem sporym pytonem ametystowym. Z resztą zobaczcie sami, tu widoczne jest mniej więcej 2/3 węża, reszta długości została „zmeandrowana”. Po zmierzeniu stało się jasne, że delikwent ma prawie 4.5m długości.





To największy wąż zamieszkujący Australię. Shanon, nasz specjalista od tego typu wydarzeń mówił, że najwiekszy wąż z jakim miał do czynienia, to właśnie osobnik tego gatunku. Mierzył ponad 8.20 m i ważył 80 kg. Musiał poprosić 3 kumpli, by pomogli go przenieść. Mimo to i tak mieli serce w gardle, bo tak wielki gad z łatwością zmiażdżyłby całą czwórkę. Nasz dzisiejszy gość nie miałby najmniejszych kłopotów z połamaniem człowieka. A na koniec jeszcze jedna fotka z takiej sobie środy w FNQ.




 


  • RSS