harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: the-end

 Wielkie cielsko Boeninga powoli ruszyło spod rękawa terminalu. Na pokładzie stewardesy ze znudzoną miną demonstrują obowiązkową pogadankę o bezpieczeństwie. Niespiesznie dotaczamy się do krawędzi pasa startowego, stajemy. Otępiałym wzrokiem bez życia patrzę bezmyślnie w okienko przy którym siedzę. Nie mija 10 sekund a do uszu dobiega wizg gwałtownie zwiekszanych obrotów silnika. Chwilę później przeciążenie wciska mnie w fotel. Samolot nabiera prędkości, zaczyna się trzęść. Jeszcze kilkanaście sekund i dziób unosi się do góry. Startujemy. Lotnisko w Cairns znajduje się w najbliższym sąsiedztwie miasta. Centrum położone jest na osi pasa startowego. Nieco dalej mamy zbocza górskie, dlatego z powodów bezpieczeństwa samoloty zaraz po starcie wykonują ostry skręt w stronę oceanu. 

Przez okienko w samolocie dostrzegam turkusowe plamy koralowych lagun rozrzucone pośród ciemo granatowych wód oceanu. Widzę Green Island a zaraz później Fitzroy Island. Przed oczami staje mi moja ulubiona Nudey Beach z Ulą w bialej koszuli pozującą do zdjęcia na tle czerwono żółtych kajaków, bieli żaglowca, błekitu nieba i wody. O ironio zawsze na tym zdjęciu wydawała mi się taka czysta, nieskazitelna, niewinna. 
Kolory tropików znikają wśród białej waty chmur, w którą zanurza się samolot po nabraniu wysokości. Zerkam jeszcze ostatni raz na „wyspę szczęśliwą”, którą właśnie opuszczam.  Opuszczam „wyspę”, kótra oprócz wielu radości i nadziei, dała mi również smutek, cierpienie i zgryzoty. Opuszcza ją 38 letni starzec, człowiek zrezygnowany, pozbawiony całkowicie marzeń i pragnień. Ktoś, w kim zabita została cała radość życia i wiara w ludzi. Czuję się wyjałowiony ze wszystkich uczuć niczym gaza na stole operacyjnym. Nie ma we mnie już ani miłości ani nienawiści, ani radości ani smutku. Zabieram ze sobą bagaż doświadczeń emiranta. Tych dobrych, pożytecznych i wzbogacających mnie, jak i tych gorszych. Żegnaj Cairns, żegnaj Australio !!!!
Blog ten zacząłem pisać tuż po przyjeździe do Australii i retrospektywnie uzupełniłem od chwili mojego przyjazdu. Dziś, kiedy opuszczam „Wyspę Szczęśliwą” przyszedł naturalny koniec tego projektu. W styczniu pisałem, że gdybym wtedy przerwał pisanie blog byłby niepełny. Dziś już jest pełny. Kompletna i zamknięta historia haroma w Australii. O jaka piękna katastrofa !!! Dziekuję wszystkim wiernym „czytaczom” za wszystkie wspólnie spędzone lata. Może bedzie nowy projekt, a może nie. Ten jest już definitywnie skończony, tak jak moja australijska przygoda. 

 
Biurokracja przy sprzedaży domu w Australii, a przynajmniej w stanie Queensland ogrniaczona jest do minimum. Kiedy po wielu podchodach uda się w końcu złapać klienta Agent podsuwa standardową umowę. Z góry ustalony wzór to 3 strony podpunktów plus jakieś pouczenie. Po podpisaniu przesyła się umowę do prawnika i czaka na termin zapadalności poszczególnych warunków. Domyslnie zazwyczaj są trzy. Dom musi przejść inspekcję budowlaną, inspekcją „robaczaną” oraz nabywca musi zgromadzić pieniądze. Jeśli w terminach określonych w umowie nie zostają zgłoszone zastrzeżenia uznaje się dany warunek za spełniony. W ten sposób 21 kwietnia minał termin do kiedy kupiec mógł zerwać umowę ze względu na stan budynku lub z powodu zarobaczenia i czekaliśmy już tylko na to czy dostanie kredyt. Ten warunek został spełniony we wtorek i tym samym umowa stała się obowiązująca. Tego dnia, 27 kwietnia o godzinie 17:00 stałem się znów bezdomny. Teraz musimy opuscić lokum i przekazać je nabywcy dokładnie 14 maja. To dokona już nasz prawnik. Coś się kończy, coś się zaczyna pisał Sapkowski. W moim życiu z pewnością właśnie skończył sie pewien etap. Teraz czas rozejrzeć się co można zacząć. 
 


Małymi kroczkami posuwamy się „na przód”. W zeszłym tygodniu podpisaliśmy kontrakt na sprzedaż domu. Nie dostaliśmy takiej ceny jaka by nas zadowalała lecz to lepsze niż „wożenie” się z domem na karku przez następne miesiące. Kontrakt stanie się bezwarunkowy 20 kwietnia, a na wyprowadzkę mamy czas do 14 maja. To z pewnością koniec pewnej epoki. Przynajmniej dla mnie, bo bardzo jestem związany emocjonalnie z tym domem i tym miejscem. Może przywiązuję zbyt dużą wage do symboli, bo ten dom był dla mnie symbolem czegoś. Po garbusie, to kolejna z naistotniejszych rzeczy którą należało zmknąć.

Dziś natomiast w chyba najdłuższą podróż swojego życia wyruszył Kłopot. Punktualnie o 10:00 zapukała do naszych drzwi pani kurier. Kłopot jak na pół dzikusa przystało od razu dała nura do szafy, gdzie skryła się na samym koniuszku. Wywlec ją stamtąd w obecności obcego nie było łatwo. Pisząc te słowa podziwiam piekną 7 cm szramę, która ciągnie mi się przez zewnetrzną stronę dłoni. Specjalną klatkę przystosowaną do podrózy lotniczych wyściełaliśmy znajomym Kłopotowi kocem przesiąkniętym jej i Szpulki zapachem. Do kompletu dorzuciliśmy jej ulubioną zabawkę. Po umieszczeniu w klatce, Kłopot ku mojemu największemu zaskoczeniu, nie rzucała się na oślep próbujac panicznie wydostac się na zewnątrz. Była bardziej zaciekawiona niż spanikowana. Kiedy umieściłem ją w samochodzie pani kurier widziałem, że zupełnie nie jest zestresowana, powiedziałbym nawet lekko zrelaksowana. Zrobiło mi się troche lżej na duszy, bo najorsze co mogłoby się zdarzyć, to rozstanie się z Kłopotem szaleńczo próbujacą się uwolnić z zamknięcia. Dziś czeka ją lot do Sydney. Tam spędzi noc, gdzie ją nakarmią i napoją, jak również przejdzie ostatnie badanie weterynaryjne. Jutro o 15:30 wylatuje do Londynu a później do Warszawy, gdzie przybedzie w czwartek o 17:15 miejscowego czasu. Dopóki nie dostane informacji od kuzyna, że kot został odebrany cały i zdrowy bedę siedział jak na szpilkach. I tak ze zwykłego dachowca urodzonego na plantacji bananów na dalekiej północy australijskiego stanu Qeensland Kłopot stanie się najdroższym sierściuchem w Skarżysku :) Powodzenia moja księżniczko !!!

 
Sytuacja, w której się obecnie znajdujemy, zakrawa lekko na groteskę. Życie przebija Gombrowicza w każdym calu. Nie jesteśmy już razem, ale też nie całkiem osobno. Wciąż mieszkamy pod jednym dachem, prowadzimy w miarę wspólne gospodarstwo domowe. Ula  pierze i gotuje, ja ją odwożę do pracy, czasami podrzucam na jakieś zajęcia typu „zumba”. Razem sprzątamy, doglądamy domu. Jednocześnie im bardziej Szpulka jest odseparowana od swojego lubego, tym mocniej przebiera nogami z niecierpliwości kiedy z nim zamieszka. Im częściej sugeruję, że to zwykły kołek, tym bardziej jest przekonana, że chce z nim być. Sytuacja dobija psychicznie obie strony. O ile Szpulka znajduje ukojenie w ramionach Nowego Modelu, tak ja coraz bardziej odczuwam, że moja rana jest cholernie głęboka i każdego dnia, zamiast zabliźniać, jątrzy się coraz bardziej. To że jeszcze nie zwariowałem zaliczyć należy do kategorii „cud”. 
Sytuacja zawieszenia i pata nie może trwać w nieskończoność. Nie możemy być zakładnikami własnego domu, dlatego wspólnie doszliśmy do porozumienia, że co by się nie działo, dom jest na sprzedaż nie dłużej niż do końca kwietnia. Z początkiem maja, o ile nadal będzie w naszych rękach, a miejmy nadzieję, że nie będzie, zostanie wystawiony pod wynajem. Mimo, że do wynajęcia będzie dostępny od 21 maja, my wyprowadzimy się już 15, by umożliwić odpowiednim „służbom” przygotowanie domu dla przyszłych lokatorów. Dziś właśnie byliśmy u naszej agentki od nieruchomości by poinformować o sprawie. Zegar zaczął tykać. Zostało jeszcze max. 60 dni. 


Degrengolada  – staczanie się; upadek moralny a. materialny.  Etym. – fr. dégringolade pot. ‚jw., spadek wartości (pieniądza)’ od dégringoler ‚staczać się’.
Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych

Proces degrengolady naszego związku postępuje w najlepsze. Głównymi aktywami, których staramy się pozbyć jest dom, garbus i Kłopot. Od czasu ostatniej notki na ten temat posunęliśmy się nieco do przodu w niszczeniu wszystkiego tego, co zbudowane zostało na przestrzeni ostatnich 7 lat. A chyba najbardziej w nadziei na przyszłość.

Dom. W Australii nieruchomości sprzedaje się za pośrednictwem Agenta. Jest to zawód, który wraz z dilerem używanych samochodów okupuje sam dół listy profesji cieszących się społecznym zaufaniem i szczacunkiem. I muszę powiedzieć, że oba te zawody sumiennie zapracowały na swoją opinię. Co więc robi taki agent by sprzedać nasz dom? Generalnie głównie bierze prowizję i to nie małą. W Australii (przynajmniej w QLD), jak na każde socjalistyczne państwo przystało, prowizja jest uregulowana urzędowo. Wynosi ona 4000 AUD od pierwszych 80 tys. wartości domu i 2,5% od nadwyżki ponad to. Łatwo wyliczyć, że za dom wart 400 tys. agent pobierze sobie 12 tys. prowizji. Poza prowizją agent refakturuje na klienta koszty ogłoszeń w prasie i internecie. Faktury są według cennika gazety, więc teoretycznie na nich nie zarabia, lecz w praktyce dostaje duże rabaty i upusty od kwot cennikowych. Raz na dwa tygodnie agent „organizuje” Open House, czyli zjawia się w domu, gdzie przez godzinę czeka na ewentualnych chętnych, którzy przyjdą (albo i nie) oglądać dom. Nasz dom jest już na rynku 3 tygodnie. W przeciągu kilku pierwszych dni mieliśmy kilku oglądających. Po tygodniu od wystawienia agentka zorganizowała pierwszy Open House. W podsumowaniu powiedziała, że w tym okresie aż dwanaście osób oglądało dom i kilka było zainteresowanych. Och, jak wspaniale, dobrze że coś się dzieje, to lepiej niż jakby miał się nikt nie interesować. Przez następne dwa tygodnie agentka nie przyprowadziła nikogo. Nieśmiało zacząłem podejrzewać, że ona po prostu ściemniała. Wczoraj utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdyż udało nam się złapać ją na kłamstwie. Po niezbyt udanym „open house”, gdzie przez dwa dni zjawił się tylko 1 oglądający zadzwoniła zostawiając informację, że popracuje nad osobą, której pokazywała nasz dom w poniedziałek. Szkopuł w tym, że w poniedziałek Szpulka siedziała cały boży dzień w domu nie wystawiając na zewnątrz nawet jednej dziurki od nosa i jakoś nie spotkała się z Agentką. Jak widać akcja „sprzedać dom” nadal w toku.

Garbus - Niestety mimo najlepszych chęci nie byliśmy w stanie skończyć remontu Juniora. Jasne również się stało, że w zaistniałej sytuacji będzie on tylko balastem. Nie wszystkie domy mają garaże, część ma jedynie zadaszone miejsca parkingowe, gdzie trzymanie remontowanego samochodu na pastwę warunków atmosferycznych i przypadkowych ludzi o lepkich rękach jest nie najlepszym pomysłem. Tym bardziej, że jako singiel na 99% będę szukał mieszkania, gdzie garaże są już na prawdę rżadkością. Nie było innej rady, niż dać ogłoszenie do gazety. Ku mojemu zdziwieniu po ukazaniu się ogłoszenia zainteresowanie było ogromne. Po niewielkim zamieszaniu pojawił się u nas pewien jegomość w okolicach 50-tki, który powiedział, że przygarnie Juniora i zostawił zaliczkę. Miał wrócić w weekend, nie wrócił. Minęło pół tygodnia, nie dawał żadnego sygnału, więc zostawiłem mu wiadomość. Dwa dni później przyszedł i powiedział, że jednak nie weźmie tego samochodu, bo nie ma miejsca. No cóż za palant !!! Złapałem za telefon i obdzwoniłem wszystkich chętnych z poprzedniego tygodnia. Opowiedziała młoda dziewczyna. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Przyjechała z chłopakiem, obejrzeli samochód i powiedzieli, że biorą. Następnego dnia przyjechali z laweta i zabrali wszystkie „zabawki”. Jeden problem mniej.

Kłopot – Jak już pisałem zanosi się na to, że Kłopot będzie najdroższym siersciuchem w Skarżysku. Trzy tygodnie temu odwiedziliśmy weterynarza, gdzie kocina dostała odpowiednie szczepionki i została „zachipowana”. Szczepionka przeciw wściekliźnie potrzebuje 21 dni by zacząć być skuteczną, więc powinno już być wszystko w porządku. Teraz nadszedł czas by mu zarezerwować bilety i zorganizować całą podróż na druga stronę globusa. Na chwile obecną nie jawi się to jako problem, lecz zwykła rzecz do zrealizowania.

Ja staram sobie co dziennie powtarzać, że „szklanka jest w połowie pełna, nie w połowie pusta”. Nie jest to jednak takie łatwe. Nastąpiło coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca w moim życiu. Zawsze do tej pory miałem plan A, plan B, plan C a nie rzadko nawet plan K, L, Ł i inne literki. Dopóki żyłem z Ulą był tylko jeden plan, plan A. Nie potrzebowałem żadnych innych. Była tylko ona, jedynie słuszna droga, cel do którego należy dążyć uparcie i który powoli zaczął byc osiągalny. Teraz trzyma mnie przy życiu jakaś „akcja”, coś się dzieje ale to nie będzie trwało wiecznie. Garbus już poszedł, kot niebawem też zostanie wysłany a i dom się sprzeda w bliżej określonym horyzoncie czasowym. Później  w moim życiu pojawi się pustka, jakiej nigdy dotąd nie było. Pustka, która mnie przeraża. Przeraża mnie na równi z myślą, że nie mam żadnego pomysłu jak i czym ją wypełnić. Czasami czuje się jak schizofrenik. Stoje gdzieś obok siebie i widzę jak w niezrozumiałym szale pędzę ku katastrofie niczym leming ku przepaści. Obserwuję to jako widz i miotam się z bezsilności, że to moje alter ego, które stoi jeszcze twardo obiema nogami na ziemi nie ma żadnych możliwości wpływu na ta drugą samodestrukcyjną naturę. Bo taka dwoista jest moja natura i o ile w życiu zawodowym radzę sobie całkiem nieźle, tak w życiu prywatnym nie radzę sobie w ogóle.


Jestem w emocjonalnej rozsypce. Moje nastroje wahają się od krótkotrwałych poziomów względnej równowagi, kiedy po długiej rozmowie przez g-g czy Skype z którymś z nielicznych przyjaciół, kładę się spać z myślą, że coś się wykluje, bo zawsze coś się wykluwa, aż po przeważąjące poczucie, że wszystko co najlepsze już dawno mi się przytrafiło i dalej bedzie już tylko gorzej. Jeśli to jest depresja, to Rów Mariański wygląda przy niej jak pikuś. Słowa pocieszenia w komentarzach na blogu i na e-maila są bardzo ważne lecz najwięcej otrzeźwienia przynoszą krótkie, cięte i dowcipne riposty dystansujace się trochę od zaistniałej sytuacji. Na chwilę obecną cytatem dnia, tygodnia czy nawet miesiąca niech będą słowa pewnego naszego wspólnego znajomego, który po obejrzeniu na Facebook’u profilu Szpulki nowego partnera stwierdził: „No to teraz zamiast fotek z Syrii czy Laosu na Naszą Klasę będzie wysyłać zdjęcia z dużego pokoju”. I nie ma w tym złośliwości, bowiem życie u boku domatora bedzie wyglądać inaczej niż z powsinogą.

W pracy chodzę nieobecny, jakby ogłuszony obuchem od siekiery. Większośc współpracowników nie kojarzy jednak tego z problemami osobistymi, co doprowadziło w tym tygodniu do bardzo zaskakującej, chwytającej za gardło i oszałamiającej sytuacji.  Ale od początku. Sprawa wiąże się pośrednio z KIA. Dokładnie po 60 dniach od awarii dostałem z powrotem „naprawiony” samochód. Po tygodniu wylądował w warsztacie po raz trzeci. Następnego dnia odebrałem samochód, ale nie do końca sprawny. Dopiero główny inżynier w fabryczce zlitował się, wziął auto na halę, rozebrał silnik i przeczyścił tak jak należy. W poniedziałek padła pompa od wspomagania kierownicy i oba paski klinowe, więc we wtorek znów nawiedziłem warsztat. Tego dnia pożyczyłem samochód od recepcjonistki, która była w mieście na szkoleniu. W pracy kląłem jak szewc na najwyższą jakość wytworów koreańskiego przemysłu, poprzysiągłem wendetę do końca życia oraz wysłałem e-maila do Premiera Tuska i Prezydenta Kaczyńskiego z prośbą by Polska zawiesiła członkostwo w ONZ dopóki na czele tej organizacji stoi Koreańczyk !!! Kiedy już mi przeszło i ochłonąłem, w rozmowie z Frankiem wspomniałem, że chcę go nauczyć kilku rzeczy, bowiem nie wiem, czy nie zdecyduję się na odejście z firmy i chciałbym, by w razie gdy mnie zabraknie mógł sam sobie przez jakiś czas poradzić. Ponieważ w mojej głowie 90% czasu tkwi myśl jak bedzie wyglądał „krajobraz po Szpulce” nawet nie przewidziałem, że może to być odebrane na opak. W czwartek po przerwie śniadaniowej Frank, Colin i Jodie poprosili mnie o rozmowę na osobności. Zaznaczyli, że jest to ich osobista inicjatywa i by nikogo nie mieszać. Doszli do wniosku, że za moją decyzją o odejściu z firmy stoją kłopoty finansowe związane z kosmicznymi wydatkami jakie ponoszę ostatnio na samochód i zaproponowali, że zrzucą się we trójkę 10K AUD jeśli jest to w stanie wpłynąć na moją decyzję. Stałem jak wryty nie mogąc wydusić z siebie słowa, bo co miałem powiedzieć? Że są dobrymi ludźmi, jakich we współczesnym świecie mało, że od dawna nie spotkało mnie coś podobnego, czy że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się komuś potrzebny i to w okresie kiedy dano mi do zrozumienia, że „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” odstawiając jak niepotrzebny już przedmiot? Prawie się popłakałem, bo wzruszyłem się autentycznie. Jednocześnie dotarło do mnie, że podświadomie sporo namieszałem. Podziękowałem za tą ofertę i wyjaśniłem, że moje wahania spowodowane są głównie tym, że jeszcze nie wiem co będę robił po sprzedaży domu i wśród kilku opcji jest również i taka, że odejdę z pracy i nie chciałbym zostawiać po sobie syfu, więc za wczasu bez względu na decyzję jakiej jeszcze nie podjąłem, chciałbym by profilaktycznie nauczyli sie kilku rzeczy. Nie mniej jednak, tak jakbym ostatnio miał zbyt mało emocji, rozmowa ta przyspieszyła tylko pęd emocjonalnego rollercastera, którym obecnie podróżuję przez życie powodując jeszcze większe przeciążenia. 

 

To czego najbardziej nie lubię, to być niesłownym, robić z mordy cholewę, mówić jedno a robić zupełnie coś innego. Pisząc ten tekst wychodzi, że właśnie to czynię. Poprzedni wpis powstał pod wpływem emocji o niespotykanej sile, tak ogromnej, że niewiele brakowało by tamta notka była w ogóle moją ostatnią. Trudno w najbliższym czasie oczekiwać ciekawej historyjki z Cairns, Australii czy Świata, bo właśnie cały mój świat się zawalił. Jak po trzęsieniu ziemi na Haiti, legł w gruzach cały gmach mojego dotychczasowego życia, rozsypał się w proch aż po fundamenty. Patrząc pod tym kątem sens prowadzenia www.harom.blog.pl przestał istnieć. Od ostatniego wpisu nie ma godziny bym nie myślał o całej sprawie. Sięgam pamięcią do roku 2002, przebiegam przez wszystkie następne lata. Robię to kiedy samotnie zasypiam, kiedy prowadzę samochód czy nie mam nic do roboty w pracy. Zdaję sobie sprawę z błędu zaniedbania, który popełniłem i którego skutki będę teraz ponosił do końca swoich dni. Świadomy również jestem ile z siebie dawałem.  Samoocena nie ma tu jednak nic do rzeczy, bowiem człowiek jest wart tyle, ile siebie chcą dać za niego inni. Wartość moich akcji na tej giełdzie pokazała ile naprawdę warty jest taki nikomu niepotrzebny śmieć jak ja. Doszedłem jednak do wniosku, że przerywanie pisania w tej chwili sprawiłoby, iż blog byłby niepełny, że muszę to pociągnąć jeszcze przez okres demontażu status quo ante. To tyle w kwestii spowiedzi, dlaczego nie dotrzymuje słowa danego w poprzednim wpisie. 
Szpulka i harom Spółka z Nieograniczoną Nieodpowiedzialnością została postawiona w stan likwidacji z chwilą gdy jeden ze wspólników wręczył drugiemu pisemne wypowiedzenie. Status tej spółki tak jest skonstruowany, że wystąpienie któregokolwiek ze wspólników kończy jej żywot. Jak w każdym przypadku likwidacji wkroczył syndyk masy upadłościowej i rozpoczął się proces sprzedaży aktywów by za uzyskane wpływy pokryć zobowiązania. Największym aktywem jest nasz dom. Z początku plan obejmował wystawienie go na rynek pod koniec marca, po uprzednim odświeżeniu i pomalowaniu. Nastąpiła jednak nieoczekiwana zmiana w okolicznościach i dom wylądował na rynku już teraz. Jeśli ktoś jest chętny na chałupkę z 3 sypialniami, 2 pokojami dziennymi, podwójnym garażem a co najwartościowsze położony jedynie 300m od plaży, to detale może znaleźć TUTAJ. Drugim najwartościowszym aktywem jest nasz kot Kłopot. Jego kocia egzystencja sprawia ogromny problem. Szpulka go wziąć nie może z powodu głębokiej alergii i astmy jaką posiada, oraz że ze swoim nowym partnerem chcą wynająć mieszkanie. Tu w Australii nie wolno trzymać zwierząt w mieszkaniach, nikt takiego mieszkania nie wynajmie. Jeśli ktoś chce trzymać zwierzę inne niż rybki, chomik czy tasiemiec musi wynająć dom. Dom to dużo większy czynsz i dużo więcej obowiązków. Mi też nie pasuje płacić 100 dolarów tygodniowo (5200  rocznie) więcej niż powinienem by mieć luksus posiadania kota. Dodatkowo po co samotnemu facetowi dom z 4 czy 5 pokojami? Wychodzi na to, że kota trzeba oddać. Poszedłem więc onegdaj do schroniska dla zwierząt rozeznać się co nieco. Rezultaty mnie zatrwożyły. Usypiane jest ponad 80% kotów, które do nich trafiają. Te, które znajdują nowy dom, to przeważnie małe, milusie kociaki, które trafiły tam razem z matkami. Nie wykastrowana kotka w wieku 2.5 lat ma 100% szansy na uśpienie w 3 miesiące po oddaniu jej do schroniska. Jeśli tak, to wolałbym ją chyba sam zanieść do weterynarza i uśpić od ręki oszczędzając kilkumiesięcznych cierpień. I tu się nieoczekiwanie odezwał mój kuzyn z Polski, który oświadczył, że weźmie kota do siebie. Zaczęła się cała procedura i jeśli dojdzie do skutku z pewnością będzie to najdroższy dachowiec jaki kiedykolwiek pojawił się w Skarżysku !!! W poniedziałek Kłopot udaje się do weterynarza po serię koniecznych szczepień i certyfikatów a także „mikrocipę”. Oj będzie to dość ciekawe, bo nasz kot po pierwsze panicznie boi się ludzi a po drugie jeszcze nigdy nie był u lekarza. Dobrze, że mam okulary, bo jak znam zwierzaka, bez pazurów panicznie wbijanych gdzie popadnie na pewno się nie obejdzie. Dłuższy brak notki świadczył będzie, że odgryzł mi ręce. 
… jesteśmy wolni, możemy iść. 
To będzie bardzo trywialna i melodramatyczna notka. Chaotyczna, godna mydlanej opery lub pamiętnika gimnazjalistki. 
Notka na blogu o stracie weny, później kilka niespójnych kiepskich wpisów na siłę. Wpis o tym, że moje życie wywróciło się do góry nogami. Nietrafne komentarze spekulujące o powodach. Coraz rzadsze notki o niczym.
Film „Testosteron”, Janis rozmawia z ojcem udającym jego żonę, która właśnie go rzuciła. Frajer, skomli płacze, tarza się chce wzbudzić litość. Jest żałosny, godny politowania. Looooser.
26 stycznia, Australia Day, święto narodowe obchodzone z wielką pompą. Dzień szczególny dla Australijczyków. Dla tych, którzy właśnie odbiorą akt nadania obywatelstwa data podwójnie podniosła, bo to ich szczególny dzień. Jeden z najważniejszych dni w życiu, który należy świętować w gronie najbliższych. Skoro ceremonia wyznaczona została w takim dniu, należy go uczcić czymś szalonym, niepowtarzalnym. Zrobić mocny start w nowe życie. Ula odbiera certyfikat, oklaski wiwaty, grono znajomych. A później szalone party w pubie i kulminacja, noc hotelu z kimś szczególnym, bo szczęście trzeba dzielić z najbliższą osobą. 
Samotny powrót do domu po ceremonii w strugach ulewnego deszczu, którego nie są w stanie zebrać wycieraczki nawet na 2-gim biegu. Łzy wielkości grochu lecą same, nie można w żaden sposób ich powstrzymać choć staram się jak mogę, bo przeszkadzają w prowadzeniu.  Bezsensowne włóczenie się z kąta w kąt. Bezsenna noc przed komputerem, która to już z rzędu? Ostatni, pożegnalny wpis do bloga i świadomość, że ta, którą kocham odeszła z innym. 
The END 

  • RSS