Biały katamaran lekko odbił od pirsu. Niespiesznie wycofał się z ciasnej mariny w stronę środka szerokiego estuarium, którego przeciwległy brzeg bujnie był porośnięty mangrowcami. Mniej więcej w 1/3 odległości dzielącej katamaran od zielonej nieprzeniknionej gęstwiny leniwie kołysały się zacumowane jachty. Były wśród nich płaskodenne barki przerobione na pływające domy, w których zazwyczaj mieszkają ceniący niezależność indywidualiści, kilka skromnych aczkolwiek zadbanych jednostek pełnomorskich oraz cała gama próchniejących i rozpadających się kryp. Bez problemu można było zauważyć prawidłowość, że im bardziej pompatyczna nazwa widniała na burcie tym bliżej zatonięcia była dana łajba. Katamaran wykonał łagodny zwrot i powoli skierował się ku wyjściu w morze. Basowy pomruk potężnych silników wprawiał całą jednostkę w lekkie wibracje. Szpulka i harom wygodnie rozsiedli się na „trampolinie” rozciągniętej z przodu, miedzy kadłubami. Podziwiali długie drewniane magazyny zbudowane na wysokich palach powbijanych w muliste dno. Zaczął się odpływ. Na brunatnych belkach zwisały długie zielone girlandy glonów. Tuż przy linii wody drewno oblepione było skorupami małży. Chwilę później katamaran minął dwie boje wyznaczające tor wodny. Estuarium przeszło w otwarty ocean. Fale gnane przez dość silny wiatr łamiąc się na płyciźnie uderzyły w dwa kadłuby jednostki. Katamatran zatańczył na ich spienionych grzbietach ponad wszelką wątpliwość udowadniając, że nazwa „Wavedancer” (Tańczący na falach) jest tu jak najbardziej adekwatna. Za nami po prawej stronie pozostał w tyle skalisty pagórek z wciśniętymi w palmowy gąszcz rezydencjami. Na bezanmaszcie i grotmaszcie zalśniły bielą żagle. Usłyszeliśmy świst wiatru w linach, zadarliśmy głowy. W górze niczym królik wyciągnięty z kapelusza pojawił się przepiękny biały sztaksel.



Po pół godzinie od wypłynięcia z portu z naszych oczu znikł kompletnie duzy wycieczkowy prom wiozący ponad 300 pasażerów na zewnętrzną rafę. Z początku płynęliśmy dość blisko za nim. Później jego dziób uniósł się do góry i juz tylko obserwowaliśmy jak oddala się niesiony mocą potężnych silników. Kilka mil przed nami bielił się samotny żagiel jednomasztowego jachtu. Płynął mniej więcej w takim samym tempie. Za to łódź, która pojawiła się z tyłu poruszała się znacznie szybciej. Mała łupina na horyzoncie rosła z każdą minutą. Wkrótce zrównała się z nami. Była to typowa łódka wędkarska. Szybka, zwinna stworzona dla relaksu z kijem w ręku.



W nozdrzach wirował zapach słonej wody. Katamaran ciął fale, silny wiatr pchał nas coraz mocniej. Nieźle huśtało. Czasami wspinaliśmy się na grzbiet fali by runąć w dół z prędkością rollercastera. Niekiedy fale rozbijały się z hukiem o kadłuby wybijając spod trampoliny gejzery wody. Wiatr targał nam czupryny, słońce bezlitośnie piekło.




Wreszcie ukazał się naszym oczom cel dzisiejszej podróży. Mała szara kreska na powierzchni oceanu rosła powoli nabierając kształtów i kolorów. Zlewająca się ze srebrzysta wodą szarość przeistoczyła się w zieleń. Zieleń następnie została przełamana bielą latarni morskiej. Chwilę później kolory zostały uzupełnione żółtawo platynową barwą plaży i czerwienią dachu latarni.



Wavedancer nie mógł podejść do samego brzegu. Dostępu broniły rafy. Zacumowaliśmy więc w lagunie przy boi. Na brzeg zabrała nas płaskodenna łódź. Stanęliśmy jak wryci. Rafa była wszędzie dookoła. Na wciągnięcie ręki. Nie jakiś mały osamotniony kawałek czy rozrzucone kępki. Jak okiem sięgnąć zajmowała całą lagunę. Odcinała się kolortem zarówno od nieba jak i oceanu. Zapraszała, wręcz krzyczała do nas. A gdzieś tam daleko za horyzontem w koronie z gór leży Cairns.



Wielkim nietaktem byłoby nie skorzystanie z zaproszenia takiego gospodarza jak Wielka Rafa Koralowa. Zawsze trzeba jednak szanować zwyczaje obowiązujące w danym miejscu. Do meczetu wchodzimy w odpowiednim nakryciu, w pagodzie zdejmujemy buty, w Świątyni Korali też obowiązuje specjalny ubiór.  Obcisłe, potwornie nieprzyjemne w dotyku kombinezony stanowią niezbędne zabezpieczenie przeciw wszystkiemu, co mogłoby nas poparzyć. Dodatkowo nie musimy się obawiać o ostre tropikalne słońce lejące nieprzerwanie żar z nieba.



Na wyspie zastają nas odpływ. Oprócz codziennego cyklu pływów mamy również cykl miesięczny uzależniony od faz księżyca. Tak jak podczas pełni występują „king tides”, czyli ponadprzeciętnie wysokie fale przypływu dziś mamy wyjątkowo wielką skalę odpływu. Woda cofa się znacznie odsłaniając dno laguny. Gdzieś tam w oddali widać jak fale wyznaczają granicę płycizny.



Low Isles to mały skrawek lądu składający się z dwóch wysp. Pierwszą jest koralowa Low Isle, drugą płaska, prawie w całości zalewana podczas przypływu Woody Island. Stanowi ona zamknięty rezerwat przyrody, miejsce gniazdowania i wylęgu wielu gatunków morskiego ptactwa. Przy takim odpływie jak dziś wiele nie brakuje, by można się tam dostać suchą stopą.



Low Isle w przeciwieństwie do swojego drzewiastego sąsiada jest zagospodarowana przez ludzi. Pod koniec XIX wieku postawiono tu latarnię morską, która w niezmienionym kształcie wyziera bielą spośród otaczającej roślinności. Dziś już nie ma na wyspie latarników, ostatni opuścili wyspę w 1993r., zastąpiły ich automaty. W erze GPS i radarów mało kto korzysta również z nawigacji świetlnej. Dziś jedynymi mieszkańcami wyspy, która ma wielkość przeciętnego polskiego podwórka są pracownicy stacji naukowej uniwersytetu.



Spacer dookoła wyspy to przedsięwzięcie zajmujące nie więcej  niż 10 minut. Idylliczna atmosfera udziela się nam w pełni. Po przeciwnej stronie wyspy dostrzegamy zacumowany jacht i sportową lódź. Odnoszę wrażenie, że horyzont bez nich byłby pusty, czegoś by brakowało, obraz byłby banalny, nieciekawy. Może to biel jachtu a może czerwień łodzi, a może jedno i drugie dopełnia scenę. Tak, to wymarzone miejsce na niedzielną eskapadę. Siedzimy i gadamy o tym, że trzeba wreszcie kupić własny jacht. Tak jak również wszystkie meble do domu i wyremontować garbusa.



Wszystko co dobre za szybko się kończy. Zbieramy się późnym popołudniem, wracamy na Wavedancera. Musimy dotrzeć do lądu przed zachodem słońca. Jeszcze jeden rzut oka na Low Isle, jeszcze jedna pamiątkowa fotografia i pognamy do domu tnąc fale. Pognamy pod żaglami pędzeni wiatrem, który się wzmógł. W naszej pamięci zostanie zielona wyspa, biała latarnia, żółty piasek, błękitna laguna i nie dająca się opisać słowami Rafa Koralowa.