harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: praca


W środę odeszliśmy na trochę od starego zwyczaju załatwiania spraw firmowych na mieście tylko w piątki. Tak się złożyło, że musiałem podpisać w imieniu firmy kilka papierów w kancelarii prawnej. Zebrałem więc około południa Jodie i pojechaliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie owa kancelaria miała siedzibę. W sumie mogłem jechać sam, ale raz, że Jodie jest fajna dziunia, dwa, że lubię z nia rozmawiać, trzy, że obawiałem się, iż u prawnika wywiąże się jakaś rozmowa podczas której przyda się ktos dysponujący „wiedzą”. „Wiedza” w tym przypadku oznacza znajomość okoliczności jakie miały miejsce przed przejęciem Fabryczki przez Korporację.

Była pora lunchu. Misteczko, jak większość australijskich osad, wyglądało na urbanistyczny koszmar architekta. Rozłożone na planie kratownicy centrum, zabudowane jednopiętrowymi budynkami, w których parter zawsze pełni funkcje handlowe a piętro biurowe lub mieszkalne, tętniło wczesnopopołudniowym życiem. Pracując w biurze na odludziu nie mam szansy by codziennie obserwować ludzi w trakcie zwykłej krzątaniny dnia codziennego, dlatego też bacznie obserwowałem i „taksowałem” każdego kto nawinie mi się pod nos. Począwszy od nastoletnich uczennic w mundurkach, poprzez strażników miejskich na zwykłych Aborygenach kończąc. Przy okazji wizyty w miasteczku Jodie chciała wymienic baterie od zegarka, więc weszliśmy do jedynego w mieście zegarmistrza, który był również jubilerem. Przed nami oglądając jakiś wisiorek stała dość typowa jak na tutejsze realia para. On standardowy australijski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem. Spod niedopiętej nonszalancko koszuli kłębiły się całe pokłady ciemnych włosów, testosteron ciekł mu uszami. Jednym słowem marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarczy udany seks i kilka błyskotek od jubilera. Jego partnerka już na pierwszy rzut oka spełniała te kryteria. Wychudzona szkapa ubrana była w łachman, który w każdym cywilizowanym kraju robiłby nie za kieckę, lecz za nocną koszulę. Przebierali, marudzili, nie mogli się zdecydować. Zegarmistrz/jubiler był sam w sklepie, więc z wiadomych przyczyn nie mógł nas obsłużyć. Nawet mnie nie zdziwiło, kiedy zagadał do Jodie z pytaniem jak się ma jej siostra. Tu każdy zna każdego, urok małej społeczności gdzie nie ma ludności napływowej.  Wreszcie, po jakiś 15 minutach lalunia z osiłkiem wybrali klejnocik i mogliśmy byc obsłużeni.

Kancelaria mieściła się dwie uliczki dalej, w jednym z nielicznych nowo wybudowanych budynków w mieście. Podeszliśmy tam „z buta”. W drodze, Jodie powiedziała, bym zwrócił uwagę na sekretarkę, zapewniła, że na pewno mi się spodoba. Hmmm, pomyślałem, prawnik to dobry fach w tym kraju, zarabiają nieprzyzwoite pieniądze, więc lala pewnie będzie plastikową blondyną, ze szponami jak u drapieżnego ptaka, na obcasach wysokości Pałacu Kultury i cyckami wypchanymi jak arbuzy. Czemu tak? No bo prawnik, gość sztywny jak kij od szczotki i nudny jak flaki z olejem z pewnością nie będzie miał na recepcji nikogo kreatywnego, szalonego, niezależnego. Jakież było moje zdziwienie, gdy tylko przekroczyliśmy próg kancelarii. Zza niewysokiego biurka, na którym był komputer i kilka kupek papierów wyzierało „coś”. Trudno znaleźć mi dobre określenie na to co zobaczyłem. Niewątpliwie był to humanoid płci chyba żeńskiej. Trupioblada skóra wyglądała jakby ktoś dodatkowo przyprószył ją mąką. Na jej tle odcinały się dwa wielkie czarne oczodoły, powyżej których był kołtun. Tylko czekałem, aż zaczną z niego wypełzać jakieś robaki. Przedstawiliśmy się, „coś” poprosiło byśmy usiedli a samo pognało do szefa. Z nieukrywaną nuta szyderstwa zapytałem Jodie, czy nie słyszała czasem o jakimś przypadku rozgrzebania grobu na lokalnym cmentarzyku. „Romek, no coś ty” – oburzyła się Jodie – „To bardzo fajna dziewczyna, a ten czarny image zupełnie nie ma nic wspólnego z satanizmem”. „Jodie” – westchnąłem – „ja nie sugerowałem, że ona rozgrzebuje groby, tylko że ją wygrzebano z grobu !!!”. Nasze dywagacje przerwał nagły powrót obiektu plotek. Zaprosiła do Pana Mecenasa. A to dupek, pomyślałem, nadęty bufon nawet nie pofatygował się do nas osobiście. Włączył mi się „agresor”. Weszliśmy do gabinetu, który był przytulny jak kibel w McDonaldzie. Był na planie prostokąta. Jeden z dłuższych boków zajmowały okna, w których wisiały wertikale. Pod ścianą po przeciwnej stronie stały trzy najprostsze półki wypełnione segregatorami. Na końcu pokoju równie proste i ascetyczne biurko. Nad zasiadającym tam sztywniaczkiem szereg oprawionych w ramki dyplomów. Przejałem inicjatywę. „Dzień dobry R. i J. z Korporacji, czy mamy do czynienia z panem X czy spółką?” Dobrze wiedziałem, że bufon nie jest partnerem w kancelarii „X & spółka”, więc jego nazwiska nie ma na drzwiach i wbije mu szpilę w ten sposób. I udało się, momentalnie zyskałem jeszcze jednego wroga. :) Dalsza część spotkania przebiegła w iście syberyjskim chłodzie. Jeśli byliśmy 10 minut w gabinecie to wszystko.

Po wyjściu Jodie skomentowała całe zajście, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że mogę byc taki złośliwy. Odparłem jej, że jestem zodiakalnym skorpionem i to wszystko, co może wyczytać w horoskopach opisowych o wrednym charakterze to prawda, nawet jeśli przez dłuższy czas nie ujawniałem swojej natury. Jestem złośliwy i mściwy a wyrządzonych krzywd nigdy nie zapominam. Agresor, który włączył mi się poprzednio chyba nie przestał jeszcze działać, bo przerażona moim tonem Jodie nie wypowiedziała ani słowa. Do pracy wróciliśmy w całkowitym milczeniu. Na szczęście dziś rano wszystko wróciło do normy. Mój agresor ustąpił, a Jodie odzyskała mowę.


Kiedy zaczynałem swoją pierwszą po studiach pracę w Polsce tydzień roboczy trwał 42 godziny. Oznaczało to nie mniej nie więcej tylko jedną roboczą sobotę w miesiącu. Wtedy dzień przed pracującą sobotą zwany był piątkiem, a ten przed wolną sobotą – piąteczkiem. W Australii mamy 38 godzinny tydzień pracy. Rozkłada się to na 8 godzin od poniedziałku do czwartku oraz sześć godzin w piątek. Z racji, że w tym dniu robotnicy zaczynają pracę o 6.20 i kończą 12.20, piątek właściwie ma status „pół dnia”. Biuro oficjalnie ma pracować do 16.00, ale przeważnie do tej godziny zostaję tylko ja. Reszta rozchodzi sie począwszy od mniej więcej 11.00. Z racji swojego „połówkowego” statusu piatek wykorzystywany jest głównie do aktywności zewnętrznej. W tym dniu, po zakończeniu zmiany, na hali pracują elektrycy. W piątek do południa organizuje się spotkania z kooperantami z zewnątrz, odbywa szkolenia czy umawia na kontrolę z różnych instytucji, jeździ się załatwić sprawy do banku, rady miasta, instytucji administracyjnych czy oddać samochód do przeglądu. Takoważ „akcja” miała miejsce i dziś.

Gdzieś około godziny 8.30 udaliśmy się do jednej z instytucji edukacyjnych, agendy rządu stanowego Queensland. Musieliśmy obgadać kilka spraw związanych z naszymi praktykantami, szkoleniami naszych robotników, wsparcia w postaci rządowych programów szkoleniowych i generalnie współpracy Fabryczki z wyżej nie wymienioną z nazwy Szacowną Instytucją. Od samego początku wycieczka zapowiadała się ciekawie. W drodze na spotkanie utknęliśmy w tasiemcowym korku. Jak się okazało niebawem robotnicy odmulali i oczyszczali przydrożny rów po tym co zostało naniesione w porze monsunowej. Robili to w iście australijskim stylu, czyli jeden kopał a trzech się patrzyło. Tak się tu przyjęło, że nad każdymi robotami drogowymi czuwają „kontrolerzy ruchu”, czyli panowie z lizakami przepuszczający ruch wahadłowo czy tego potrzeba, czy nie. Czasami wygląda to komicznie, bo np. widuję gościa, który 8 godzin siedzi na taborecie przy drodze dzierżąc w ręce znak „zwolnij”. Po drugiej stronie robót, które odbywają się gdzieś na poboczu sterczy drugi taki nieszczęśnik. Do tak poważnego zadania jak oczyszczanie rowu zamyka się natomiast na całej długości jeden pas ruchu. Wszystko dla obopólnego bezpieczeństwa, zarówno kierowców jak i pracujących. Jaki to ma efekt w porannym szczycie komunikacyjnym nie trudno sobie wyobrazić. Słowem jadąc w korku z zazdrością patrzyłem na żebraków weteranów wojennych o kulach, którzy nas wyprzedzali. Po czasie pięciokrotnie dłuższym niż zajęłoby to normalnie dotarliśmy do Wielce Szacownej Instytucji na spotkanie z Bardzo Ważną Szefową.

W ramach zemsty za nasze spóźnienie musieliśmy odczekać swoje zanim udzielono man audiencji. Czas się strasznie dłużył, plastikowe krzesła wpijały się w tyłek a nieotynkowane ściany pociągnięte jedynie olejną farbą nie pozwalały zapomnieć w jakim kraju się znajdujemy. Kiedy już zacząłem podejrzewać, że tam umrzemy a nasze wysuszone szkielety przekazane zostaną do lokalnego muzeum z okrutnym piskiem rozwarły się jedne z drzwi a zza nich wyłonił się …… Kocmołuch. No w mordę, demonem piękności nie jestem, włosy czasami mam potargane, brodę zmierzwioną, ale ku nam zmierzał prawdziwy Kocmołuch. Miała  około 35-40 lat, jej rzadkie włosy długimi tłustymi strąkami kleiły się do głowy i spadały do połowy szyi. Spomiędzy nich wyraźnie prześwitywała biała, łuszcząca się skóra głowy. Przynajmniej nie ma problemów z łapaniem wszy, pomyślałem, bo tego, że ma wszy byłem więcej niż pewien. Poniżej, kocmołuch miał białą bluzeczkę, całkiem dobrego kroju. Chyba dzięki temu, że biała na ramionach nie widać było łupieżu. Pod lewą piersią widniała duża tłusta, niedoprana plama. Czarna spódnica była chyba jedynym w miare schludnym elementem kompozycji. Może dlatego, że czarna i nic na niej nie było widać, a może oryginalnie wcale nie była czarna? Poniżej kończącej się tuż za kolanem spódnicy nasza rozmówczyni miała dwie, zgrabne, prościutkie nóżki. Byłyby nawet bardzo sexy, lecz miały mały defekt. Takiego zarostu jak ona na nogach nie miał na brodzie nawet Rumcajs z żacholeckiego lasu. To po prostu było futro gęstsze niż ma nasz kot. Zastanawiałem się tylko kiedy te długie ciemne włosy zaczną jej się zakręcać w naturalne loki. Z letargu wyrwała mnie fala obopólnie nieszczerych przeprosin za spóźnienie i zapewnień, że nic się nie stało. Wyciągnęła do mnie rękę w geście powitania. Pod pachą zobaczyłem dużą mokrą plamę. O, pomyślałem, pomieszczenie klimatyzowane, bez futerka w tym miejscu takiej kałuży by nie było. W tej samej chwili przeleciało mi przez myśl co też może znajdować się w pewnym intymnym zakątku jej ciała. Na moich ustach pojawił się szyderczy uśmiech, który przez pomyłkę został odebrany jako radość ze spotkania. Chwilę później dyskretnie pociągnąłem nosem w oczekiwaniu, że doleci do mnie „zapach ryby”. Doleciał całkiem miły, słodki aromat lekkich kwiatowych perfum. Czułem się rozczarowany. Przeszliśmy do jej gabinetu. Był schludny, znaczy się odziedziczyła po poprzedniku.

Rozmowa z Kocmołuchem przebiegała jak próba pchnięcia wozu o kwadratowych kołach. Miałem spore trudności, żeby zrozumieć o co pyta. I nie dlatego, że nie rozumiałem angielskiego, ja po prostu nie rozumiałem jej pytań. Są to chwile, kiedy ktoś zadaje pytanie „jak ma na imię i nazwisko Jan Kowalski” albo „w wodzie pływa i ryba się nazywa”. No kurde, nie może to być tak proste myślisz. Skoro ktoś pyta, to nie wie, więc odpowiedź nie może być zawarta w pytaniu, inaczej pewnie by nie pytał. Podejrzewasz, że np. chodzi o przypadek Czesława Niemena czy Annę Jantar, wtedy pytanie ma sens, bo to pseudonimy artystyczne, pod którymi występowały osoby o zupełnie innych nazwiskach. Zakładasz pewną inteligencję rozmówcy i nie chcesz byc infantylny. No i robisz z siebie barana, bo odpowiedź na pytanie brzmi „Jan Kowalski”. Wychodzi, że to ty jesteś durniem a nie autor pytania. Ja generalnie mam problemy w komunikacji z ludźmi, a w takim przypadku urasta to do wysokości Mount Everestu. Już po wymianie kilku zdań wiedziałem, że mam do czynienia z kimś z IQ na poziomie rośliny doniczkowej. I nie jestem przekonany, czy nie jest to czasami komplement w odniesieniu do Kocmołucha.  Męczarnie przeżywałem okrutne, głównie za sprawą pytań, w których Kocmołuch sam nie wiedział o co pyta np. „ile gazu zużywamy”. Ale jakiego ku… gazu, bo zużywamy klasyczny LPG do pieca w kuźni, do spawania tlen, argon, azot, hel, dwutlenek węgla itp. Po wyjaśnieniach okazało się, że chodzi o to ile gazów cieplarnianych produkujemy. A to zupełnie inna bajka, bo krowa na łące gazów cieplarnianych nie zużywa a pierdząc produkuje ich całkiem sporo. I tak „w koło Macieju”.

Wyszedłem ze spotkania wypruty psychicznie i zmęczony jak koń po westernie. Idąc w milczeniu do samochodu rozmyślałem. Jakbym nie kombinował wyszło, że jej wysoko postawiony mąż albo kochanek musi być fetyszystą.  No bo tak, stanowiska tego Bardzo Ważna Szefowa na 100% nie dostała za swoje walory intelektualne. Poziom wykształcenia i wiedzy ogólnej wskazywał, że mogłaby mieć spore trudności z ukończeniem trzeciej klasy podstawówki w Polsce. Biorąc poprawkę na Australię, byłaby to góra 8 klasa. „Year 12″ czy studia wyższe już zupełnie był poza jej zasięgiem. Łapówkarstwo też nie wchodziło w grę, bo musiała by wydać fortunę. Nikt decyzyjny przy zdrowych zmysłach, za żadne pieniądze by jej nie promował. Skoro nie mogła osiągnąć tego ani przekupstwem ani głową musiała zrobić to d… I tylko kochanek (ślubny czy poza ślubny) fetyszysta mógł być usprawiedliwieniem dla tych burzanów włosów na nogach, kropelek łoju na głowie i plam na bluzce. Obejrzałem się za siebie i westchnąłem. Zawsze, że ów wysoko postawiony promotor mógł być homoseksualistą gustującym w metroseksualnych chłopcach. Ci przeważnie dbają o głowę, golą nogi a na ich pedantycznie dobranej odzieży nie uświadczysz plam. Myśl, kogo bym zastał na stanowisku Bardzo Ważnej Szefowej gdyby ów fetyszysta gustował w owieczkach skutecznie przywróciła mi dobry humor na resztę dnia. :)


… ten ginie od ran postrzałowych. W dobie krysysu, którego zdaniem niektórych w ogóle nie ma, Fabryczka dość cieńko przędzie. Sprzedaż po pierwszym półroczu ledwie przekroczyła połowę tego, co rok wcześniej, a w grudniu 25% załogi poszło na bruk. W równie ciężkiej sytuacji znajduje się Zbieracz Zamówień. Generalnie od kiedy dołączył do Korporacji brak mu spektakularnych osiągnięć. Nie zdobył żadnego nowego, znaczącego klienta, nie zawarł ani jednego dużego kontraktu ze stałymi klientami. Generalnie klienci zamawiają dokładnie to samo, co zamawiali przez ostatnie 30 lat. Słowem Zbieracz Zamówień potrzebuje sukcesu, czegoś, co sprawi, że choć na chwilę jego gwiazda rozbłyśnie. Brak takowych na polu sprzedaży zmusiło do działań zaczepnych na zupełnie innym obszarze.

Kilka tygodni temu Zbieracz Zamówień  przyszedł do mnie z listą zamówień jakie u poprzednich właścicieli Fabryczki złożył Duży Koncern, nasz stały klient. Sęk w tym, że właściciele to krętacze i oszuści jakich mało nawet w Polsce a intendent Dużego Koncernu, to ich wieloletni zażyły przyjaciel, który wydatnie pomógł nadmuchać księgę zamówień przygotowując grunt pod sprzedaż biznesu. Interesy na tej lini kryją cały szereg mrocznych tajemnic skrzętnie skrywanych w mniej czy bardziej zawualowany sposób. Słowem Zbieracz doszedł do wniosku, że uderzając w ten obszar na 100% coś ustrzeli. W jego mniemaniu mechanizm przekrętu był prosty. Byli właściciele nie wystawili faktur i skasowali „pod stołem” pieniądze za dostawy, które realizowane były przez Fabryczkę już po sprzedaży biznesu. W ten sposób zarobili na Korporacji dodatkowy „bonus”, bo po dniu sprzedaży wszystkie ich należności stały się własnością Korporacji płatne na jej konto. Moja zabawa z „rachunkowością śledczą” trwała 5 minut. Zajrzałem do raportów z ksiąg poprzednich właścicieli. Do dnia ich zamknięcia zafakturowano znakomitą większość kontraktu, rzekłbym 85-90%. Sprawę uznałem za zamkniętą.

Zbieracz Zamówień nie odpuścił jednak tak łatwo. Przez kilka tygodni wertował papiery. Jeździł do miasta do archiwum gdzie przekopywał się przez tony nieuporządkowannych i celowo „zaciemnionych” pozostałości po poprzednich właścicielach. Na początku tego tygodnia wrócił i triumfalnie ogłosił zwycięstwo. Wg niego 1/3 wartości kontraktu została zrealizowana bez wystawienia faktur. Pozostałe 2/3  kontraktu mniej więcej w połowie zostało zafakturowane przez poprzednich właścicieli a w połowie już przez Korporację. O swojej wiktorii poinformował Rona I Bezzębnego oraz jego szefa w Centrali. Z Centrali przyszła krótka odpowiedź „Zorganizujcie informatyka, postawcie stary serwer, wykorzystajcie haroma do wygrzebania ze starego systemu księgowego tylu informacji ile się tylko da”.

System, na którym pracowali poprzedni własciciele w nagłówku dumnie wyswietla nazwę i rok 1992. Stary, oparty na DOSie, kompletnie nieprzyjazny użytkownikowi system obsługuje się bardzo opornie. Raz, że liczba opcji wyszukiwania i sortowania jest ograniczona do minimum, dwa że poprzedni właściciele mieli manierę używania go jako wtórne źródło księgowości. Wszystkie operacje z gruntu były prowadzone, rozliczane i rozksięgowane ręcznie na papierze, po czym raz-dwa razy w miesiącu dane po „uzgodnieniu” trafiały do komputera. Dwa dni spędziłem babrając się w czymś, co może wysłać wydruk na ekran lub do drukarki (oczywiście nie istniejącej już od dawna). Przy okazji odkryłem dwa równoległe „byty” :). Opłaciło się jednak. Znalazłem dokładnie co do sztuki każdą fakturę i powiązane z nimi dokumenty wydania z magazynu, które sumarycznie zgadzały się z wielkościami z raportu jaki wcześniej przekazałem Zbieraczowi. Co z tego wynika? Jeśli poprzedni właściciele wystawili faktury na 85% kontraktu a Korporacja dodatkowo na 35% to Duży Koncern został obciążony o 20% więcej niż powinien. Teoria, że nie zapłacili nikomu (przynajmniej oficjalnie) około 1/3 wartości kontraktu i że możemy domagać się pieniędzy za dostarczone produkty wzięła w łeb. Zamiast dodatkowych faktur i extra przypływu gotówki powinniśmy się spodziewać, że pod koniec roku ktoś zwróci się do nas o wystawienie not korygujących i zwrot pieniędzy. Niewątpliwie Zbieracz ustrzelił problem, ale chyba nie dokońca o taki efekt chodziło.


  • RSS