harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: polityka

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 


Nie odpowiadałem na komentarze do poprzedniego wpisu, bo właściwie to musiałem sam sobie odpowiedzieć na parę pytań. Ta przerwa poza chwilą do namysłu pozwoliła mi na kilka odskoczni. Po pierwsze pochłonąłem kilka książek. Przeżułem Trylogię Husycką  Sapkowskiego. Mistrzowski język, choć czasami na siłę zbyt agzaltowany. Fabuła do dupy. Lektura przywiodła mi na myśl gry RPG, gdzie bohater pokonuje coraz większe trudności na coraz wyższych poziomach gry. Lektura ciężka jednak miła. Pochłonąłem też trylogię Ahaja Ziemiańskiego. Mogę powiedzieć, że czyta się ją miło i bezproblemowo. I to wszystko dobre co mozna powiedzieć o dziele Ziemiańskiego. Fabuła nędzna, wiele wątków zupełnie niepotrzebnych, nic nie wnoszących do akcji. Trochę przypomina dzieło emerytowanego wojskowego, który na cały świat patrzy z pryzmatu hełmu, sztabowej mapy i podręcznika taktyki i strategii prowadzenia kampanii wojennej.

W tak zwanym międzyczasie zorganizowaliśmy wypad pod namiot. Niedaleko, nawet nie wyjechaliśmy z Cairns, choć biwakowaliśmy około 120 km od domu. Pojechaliśmy na mały camping na jednej z odludnych plaż. Pole biwakowe oferowało 5 stanowisk. Trafiliśmy na początek szkolnych wakacji, więc odludnie tak nie było. Na stanowisku obok nas rozbiła się aborygeńska ferajna. Dwie dorosłe Aborygenki, jedna Azjatka, szóstka dzieci z czego piątka czarnych a jedno białe, przeraźliwie rude i piegowate. Raz dziennie rozklekotanym sedanem dojeżdżał do nich zaniedbany 50-latek, do którego cała ferajna bez wyjątku zwracała się per „tato”. Wyjazd udał się połowicznie. Chciałem odbyć daleki spacer wzdłóż plaży do osady, gdzie nie prowadzi żadna droga, gdzie można tylko dopłynąć łodzią lub dojść z buta po plaży. Niestety przyroda okazała się tym razem niezbyt łaskawa. Plaża nieopodal pola namiotowego przecięta jest przez zamieszkały przez krokodyle strumień. Jedyna szansa by dostać się na jego drugi brzeg to przebrodzenie w oceanie. Możliwe jest to tylko podczas odpływu. Woda w tym miejscu przybiera około 1.9m, czyli jeśli podczas odpływu jest do połowy łydek, to podczas przypływu sięga ponad głowę. Tego dnia maksymalny odpływ był około godziny 15. Musielibyśmy wyruszyć tak ze dwie godziny przed końcem odpływu, o 13, by wrócić najpóźniej  o 17. Inaczej utknelibyśmy na drugim brzegu do kolejnego odpływu, do 3 nad ranem. Tyle, że w tych godzinach upał jest niemiłosierny. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała gdyby odpływ miał miejsce o godzinie 9 rano. Wtedy poszlibyśmy na dłuuuugi spacer zaraz po wschodzie słońca i wrócili przed 11, kiedy słońce nie piecze jeszcze tak niemiłosiernie. W trakcie tego wypadu zrozumiałem dlaczego niektóre ośrodki reklamują się „child free enviroment”.  Doceni to każdy, kogo o 5 nad ranem obudzi rozkrzyczany, nieokiełznany żywioł.

W Cairns przez wszystkie przypadki odmienia się słowo bezrobocie. Oficjalne statystyki wskazują, że w całej Australii bezrobocie osiągnęło 5,8%. Niby niewiele, lecz główną przyczyną jest sposób w jaki ABS zakłamuje statystyki. Otóż osobę, która pracowała choć przez godzinę tygodniowo nie uznaje się jako bezrobotną. W Australii jest bardzo duzy odsetek ludzi pracujących na niepełne etaty po kilka/kilkanascie godzin tygodniowo. Pod presją firm zajmujących się badaniem rynku ABS przyznało w końcu, że w przeliczeniu na pełne etaty bezrobotnych pozostaje 13,9% (sic !!!). To dotyczy całej Australii. W Cairns ten oficjalny, zaniżony wskaźnik wynosi (w zależności od mediów) od 11,4% do 12,8%. A to już jest tragedia. Na to nakłada się fakt, że Cairns żyje z turystyki a w tym biznesie, jak również w handlu detalicznym odsetek pracowników niepełnoetatowych może sięgać aż 66%, choć zamiast tej ekstremalnej wielkości bliżej jest przyjąć przeciętną około 45%. Dla przykładu w skład działu którym kieruje Szplulka wchodzi 6 osób przy czym tylko 1 ma pełny etat. Pozostali pracują „dorywczo”.  Nakładając to na oficjalne statystyki okazuje się, że bezrobocie w mieście realnie wynosi 25-30%. Mieliśmy nawet swoje 5 minut, kiedy premier Kevin „ministrant” Rudd wspomniał mimochodem o Cairns podczas swojego wystapienia w ONZ. Choć ja uważam, że to taki powód do dumy jak być ostatnim przypadkiem dżumy podczas światowego kongresu zdrowia.

W bardziej ogólnoaustralijskim zakresie przyglądam się jak rozwija się się sprawa ostatnich napaści na studentów z Indii. O co chodzi? Przez wiele lat Australijczycy zapominając jak wyżynali Aborygenów uważali siebie samych za wzór tolerancji rasowej i idealnie pracujący mechanizm wielokulturowego społeczeństwa. Pierwsza poważna rysa na tym kryształowym wizerunku pojawiła się w 2005 roku kiedy w Sydney na Cronulla Beach doszło do reguralnych zamieszek na tle rasowym. Nie tak dawno wypłynęła na powierzchnię afera ze studentami z Indii. Otóż w Sydney i Melbourne lokalna młodzież okazywała Hindusom tradycyjną australijską gościnność urządzając im co pewien czas regularne mordobicia. Wracałem właśnie z pracy do domu słuchając ABC News Radio, kiedy wypowiadał się wysokiej rangi gliniarz z Melbourne. A był to wyjątkowo głupi oficer. W skrócie szedł w zaparte. Powiedział, że żadnych napadów na tle rasowym nie było, a tak w ogóle to przestępczość ciągle spada a w kategorii rozbojów, to już zupełnie odnoszą nieustające pasmo sukcesów. No kretyn niemiłosierny. Jakby powiedział, że bardzo przejęli się sprawą, wzieli do serca, ustanowili priorytety a sprawców złapią i doprowadzą przed oblicze sprawiedliwości byc może sprawa rozeszłaby się po kościach. nawet gdyby nikt nie kiwnął palcem i  nie ruszył się zza biurka. Niestety duma i pycha nie pozwoliła na taki przebieg sprawy, no bo przecież to byłoby przyznanie się, że nie jest dobrze. Od tej chwili sprawa nabrała tempa. Hindusi przestali siedzieć cicho, sprawę podchwyciły media. I tu się okazało, że usługi edukacyjne są trzecim co do wielkości przemysłem eksportowym Australii dostarczającym prawie 15 mld dolarów rocznie. Jak na nieistniejące napady władze dość ciekawie rozegrały sprawę. Na początku poleciała do Indii 10 osobowa delegacja notabli z Wiktorii przekonywać, że Australia jest jednak bezpiecznym miejscem do studiowania. Misja chyba im się nie powiodła, bo w sprawę „nieistniejących” napadów zaangażował się rząd stanowy a później Pani wicepremier rządu federalnego. Ostatnim akordem było spotkanie w USA premierów Indii i Australii, gdzie również poruszano tą kwestię. Musicie przyznać, że dość ciekawa reakcja władz jak na coś co podobno było mało istotne a wręcz nie mające miejsca. Przy okazji niejako rykoszetem padło kilka szkółek wizowych, które wystawiają lipne papiery pozwalające na staranie się o wize studencką (z pozwoleniem na pracę). Ten wątek szybko jednak ukręcono, 15 mld dolarów to bardzo istotna wielkość dla Australijskiej ekonomii, za dużo do stracenia, by była polityczna chęć walki z edukacyjnymi oszustami.

Na koniec coś świeżutkiego. ABC NEws Radio zadało swoim słuchaczom pytanie czy Polański powinien być wydany USA. Prawie 82% respondentów odpowiedziała „tak, oczywiście”. Stacja ta ma bardzo wysoko sprofilowanych odbiorców. Nie są to ani niewykształceni robotnicy, ani farmerzy czy nastoletni studenci. Dlaczego więc ludzie z elity tak głosowali? Może dlatego, że w Australii (poza nielicznymi wyjątkami) nie istnieje pojęcie przedawnienia i za przestępstwo sprzed 30 i więcej lat odpowiada się tak samo jak za to sprzed tygodnia. Może dlatego, że w przekonaiu Aussiech tkwi, że przepisów trzeba zawsze przestrzegać, więc nie powinno się robić żadnych wyjątków bez względu na to kim jest i czego dokonał oskarżony i czy cała procedura ma w ogóle sens i czemuś służy. Musze powiedzieć, że ten wynik nawet lekko mnie rozczarował. Znając australijską mentalność i mając na uwadze obyczajowy aspekt sprawy sądziłem, że za ekstradyjcją będzie powyżej 90%.


W Polsce jeśli chcemy pozbyć sie niewygodnego przeciwnika politycznego, albo konkurenta w wyścigu do koryta najczęściej (choć nie wyłącznie) stosuje się metodę na IPN. Oskarżenie o wpółpracę z Służbą Bezpieczeństwa potrafi skutecznie wyrzucić ze stołka premiera  (Oleksy), biskupa (Janusz Jagucki),  uprzykrzyć życie politykom (Wałęsa), dziennikarzom (Wołoszański, Niezabitowska), aktorom (Damięcki), itp. Oskarżenie wcale nie musi być prawdziwe, bo cóż, że po kilku latach niezawisły sąd orzeknie, że to nadinterpretacja czy wręcz wyssane z palca konfabulacje? Premier nie wróci na stanowisko a dziennikarz do redakcji.

W Australii nie mieliśmy „poprzedniego reżimu” a i współpraca z organami bezpieczeństwa pojmowana jest jako zaszczytny, godny naśladowania obywatelski postępek a nie jako rzecz godna napiętnowania. Nie oznacza to, że nie ma nieczystych zagrywek. Są, tylko metoda jest inna. Dla kochających się w skandalach obyczajowych Aussiech taka metodą jest niszczenie przeciwnika poprzez hm….. Chciałem napisać afery damsko-męskie, lecz w dobie tak powszechnego równouprawnienia mogą również być męsko-męskie i damsko-damskie. Słowem w Australii zamiast metody na IPN mamy metodę na sex. Metoda nader często wykorzystywana i w większości przypadków skuteczna. Nie tak dawno pisałem o kulisach wyboru na pozycję „najlepszej pracy na swiecie”. Jedna z kandydatek została skreślona w drugim etapie rekrutacji po oskarżeniach o wystepowanie w filmach pornograficznych publikowanych na internecie. Film był jeden, pojawił się znienadzka na youtube kilka dni po tym, jak 26 letnia oceanograf z Rosji przeszła do drugiego etapu i równie szybko znikł. Chwilę po tym, jak wykluczono ją z konkursu. Metoda ta stosowana jest również w walce politycznej. Podczas wyborów w 2007 polityczni przeciwnicy oskarżyli obecnego premiera o wizytę w klubie go-go. To akurat wiele nie zaszkodziło jego szansie na elekcję. Inaczej miała się sprawa z Paulin Henson. Do walki politycznej użyto jej roznegliżowanych zdjęć, zrobionych rzekomo w latach 70-tych przez jej partnera. Henson, to polityk pokroju Andrzeja Leppera. Niegdys lider skrajnie populistycznego ugrupowania, które już kiedyś miało swoje „5 minut” w parlamencie. Tym razem startowała w wyborach parlamentarnych w stanie Queensland. Przepadła i choć niewiele osób specjalnie za nią płacze nie sposób pominąć że w gazetach pojawiły się przeprosiny za publikacje podrobionych zdjęć. Po fakcie.

W ostatnich dniach przez media przetacza się fala skandali związanych z jedną z lig organizujących rozgrywki w jajowata piłkę. Zaczęło się chyba od skandalu związanego z sexem grupowym jaki miał miejsce kilka lat temu w Nowej Zelandii. Sprawa „z brodą”, nie skończyła się oskarżeniem i została dopiero teraz wyciągnięta na światło dzienne. Dziewczyna poszła z jednym zawodnikiem do pokoju hotelowego, w wiadomym celu, ten jednak zapomniał jej wyjaśnić, że w tej odmianie jajowatej piłki przepisy dopuszczają w trakcie gry zmianę kilku zawodników z pola. W innym przypadku przeczytałem w gazecie tłumaczenie ofiary grupowej zabawy z ruggbystami: „bawiliśmy się dobrze, lecz po kilku pocałunkach wszystko poszło zupełnie nie tak”. Jak żywo przed oczami staneły mi kadry z filmu na szkoleniu przeciwpożarowym. Tam dwóch „wykwalifikowanych” Aussiech podobnie tłumaczyło się z puszczenia z dymem połowy osiedla. Zdzierali farbę ze 100 letniego, wysuszonego na pień, drewnianego domu za pomocą palnika gazowego. Z początku też było dobrze a po kilku następnych ruchach palnikiem „wszystko poszło zupełnie nie tak”. Nie od dziś wiadomo, że w tej lidze testosteron wylewa się zawodnikom uszami, dlatego wystarczy zwyczajnie otworzyć oczy. Jak grzyby po deszczu wysypały się następne sprawy. To gdzieś zaproszono striptiserkę by zmotywowała zawodników przed meczem, to gdzieś indziej dwie prostytutki by zmotywowały zespół jeszcze bardziej. Media huczą. Nie wiedzą na co bardziej mają się rzucić. Na to że (nareszcie!!!) mamy przypadki świńskiej grypy w Australii, czy sex skandal w ruggby.

W polityce uzywa sie metody na d… by walczyć z przeciwnikami, a co można osiągnąć wywołując taki skandal w jajowatej piłce? Głównie pretekst by wycofać się ze sponsoringu. Właśnie dwa z klubów straciły swoich strategicznych dobroczyńców, gdyż Ci jak oświadczyli zbyt dbają o dobre imię i wizerunek, by ich marka była kojarzona z takimi zachowaniami. Wymówka dobra jak każda inna. W miejsce starych sponsorów szybko znajdą się inni. Skandale obyczajowe zajmują poczytne miejsce w australijskich mediach. I o ile politycy powinni być „czyści jak łza” tak celebryci zupełnie przeciwnie. Skandale przyciągają uwagę, zwiekszają oglądalność/słuchalność mediów. To stwarza przestrzeń reklamową, miejsce dla sponsorów. Im większe będzie zainteresowanie jajowatą piłką, tym chętniej i szybciej kolejny tycoon otworzy swój portfel. Interes musi się przecież kręcić.


Orwelowskie idee. Rząd Kevina „Ministranta” Rudda przystąpił do ostatniej fazy przygotowania jednej z wyborczych obietnic, mianowicie zblizenia nas do Chin. Nic dziwnego w końcu Rudd włada biegle kantońskim mandaryńskim, ale dlaczego to zbliżenie ma nastąpić na polu internetu? Właśnie weszła w fazę prób technicznych idea filtrowania obywatelom dotepu do internetu poprzez blokowanie nieodpowiednich treści. Odnoszę jednak wrażenie, że albo rząd „stracił do tego serce”, albo sprawa idzie strasznie po grudzie, bo do testów przystapiło 6 firm. Wśród nich nie ma żadnego „tuza” lokalnego rynku a raczej same płotki, dla których pojawienie się nazwy w mediach jest sposobem na zaistnienie. I nie ważne czy mówi się dobrze czy źle, grunt, że się mówi. Zamiast docelowych 10 000 stron do testów wybrano okoł 1200 z czego jak ogłoszono około 650 o treściach pedofilskich. Hmmm, dlaczego to akurat wyeksponowano? Przychodzi mi na myśl stary dowcip z brodą. W barze na plaży, gdzieś na meksykańskiej rivierze siedzą Putin z Bushem i popijają tequillę. Do lokalu wchodzi wąsaty Meksykanin. Na głowie kapelusz z szerokim rondem, na ramionach opończa. Podchodzi do nich i pyta. – Przepraszam, czy to Pan Bush z Panem Putinem? – W rzeczy samej – odpowiadają politycy. _ Czy moge zapytać, co przywódcy dwóch światowych mocarstw robią w tak zapadłej dziurze w Meksyku? – Dyskutujemy jak zgładzić dwa miliony Afgańczyków i listonosza – odparł Bush. – Listonosza ????? – Meksykanin nie mógł ukryć zaskoczenia. – A mówiłem Ci Władek, – zwrócił się Bush do Putina – że dwoma milionami Afgańczyków ludzie się mniej przejmą niz zwykłym listonoszem. Połknijmy więc tą przynętę i na chwilę nie przejmujmy się tymi pozostałymi filtrowanymi stronami. Jeśli zgodzimy się, że cenzura prewencyjna jest ok. w pewnych określonych przypadkach strzelamy we własną nogę. Oto bowiem rząd federalny ponad rok temu jedną ustawą uznał, że krokodyl jest rybą, czyli podpada pod wszystkie przepisy dotyczące ryb. Do czego dążę? Zawualowanie do celu. Kilka tygodni temu w bibliotece stanowej Perth miała miejsce wystawa fotografi pod roboczym tytułem „Przedmieścia Zachodniej Australii”. Wystawa pewnie przeszłaby bez echa, gdyby nie nadgorliwość jej komisarza. Z wystawy zostało usunięte zdjęcie, które jak określono może w pewnych okolicznościach nieść niezdrowe podteksty, w domyśle sexualne. W pewnych okolicznościach to ja mogę zginąć od uderzenia meteoru, ale w domu z tego powodu się nie zamknę.  Fotografię, o której mówię można zobaczyć TUTAJ. Jeśli równie chory na umyśle bigot bedzie klasyfikował co podpada pod filtr, a co jest dozwolone dla oczu Australijczyków osiągniemy poziom nieznany nawet ortodoksyjnym mułom w krajach islamskich.

Pij tylko mleko, będziesz kaleką. Laktaza to enzym odpowiedzialny za zdolność trawienia cukru mlecznego zwanego laktozą. U większości ssaków wydzielanie enzymu a zarazem zdolnośc do trawienia laktozy zanika pod koniec okresu karmienia. U człowieka produkcja laktazy spada o 90% w okresie pierwszych 4 lat życia. Mówiąc statystycznie, około 70% dorosłej populacji ludzkiej utraciło zdolność trawienia tego cukru. Jak zwykle jest jakieś „ale”. Otóż w społeczeństwach „nabiałowych”, którym mleko towarzyszy od setek pokoleń nastąpiła mutacja jednego genu i organizm wraz z wiekiem nie poprzestaje produkcji laktazy. Jakie to społeczeństwa? Otóż np. tylko 1% Holendrów nietoleruje  laktazy, 2% Szwedów, 5% w pozostałych krajach Skandynawskich, 5-15% Brytyjczyków, 12-15% Niemców, Szwajcarów, Austriaków, Słowian (w Polsce regionalnie do 20%), już 35% Portugalczyków, 55% mieszkańców Bałkan, 71% Sycylijczyków, 78% Libańczyków i Żydów, 85% Aborygenów. Ku mojemu zaskoczeniu tylko 4% białych Australijczyków ma tą nietolerancję. Wynika z tego, że Australijczycy, to społeczeństwo mleczne. A jak najlepiej zarobić na społeczęństwie mlecznym? Obłożyć go podatkiem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z akcyzy jaką obłozony jest każdy litr paliwa. Mało kto wie jednak, że mleko obłożone jest podobnym podatkiem wysokości 11 centów od  litra. Dobrą wiadomośćią jest, że ten haracz znika z końcem lutego. Ciekawe czy supermarkety obniżą ceny na półkach o całe 11 centów na litrze czy też zachowają część tej kwoty jako extra zysk w kieszeni. A więc pij mleko……..

Bezrobocie. Jak to jest z tym bezrobociem w Australii? Z jednej strony wszyscy krzyczą „Australia need skills”, że brakuje rąk do pracy, że należy zwiększyć pulę imigracyjną. Skoczmy na stronę Biura Statystycznego, gdzie przeczytamy, że w grudniu 2008 mieliśmy 10 749 tys. zatrudnionych i 498 tys bezrobotnych, co daje 4,4% stopę bezrobocia. Na pierwszy rzut oka wszytko dobrze, ale warto chyba zagłębić się w ta informację. Wynika bowiem, że na 100 Australijczyków zatrudnionych jest 96. Nie wynika natomiast ile tak na prawdę jest etatów. W Australii jest bardzo wiele osób pracujących na pół etatu lub wręcz dochodzących na kilka godzin tygodniowo. Jeśli więc na te 96 zatrudnionych osób, na pełny etat pracuje 80 a pozostałych 16 na pół etatu, to mamy w sumie 88 etatów na 100 osób. Jeśli tak spojrzymy, to  bezrobocie wynosi nie 4% a 12%. Te liczby to mój szacunek, bo nie znam dokładnej liczby pracowników dochodzących i niepełnoetatowych.  Czuję jednak „przez skórę”, że realia są bliższe 12% niż 4%. Dlaczego? Bo 4% to bardzo blisko bezrobocia natutalnego, czyli stanu, gdzie nie zatrudniony jest tylko ten, kto właśnie zmienia pracę lub z własnego wyboru jej nie podejmuje. Przy tak niskim bezrobociu pracodawcy powinni zabijac się za jakimikolwiek rękami do pracy. Nawet jesli ktoś nie ma odpowiednich kwalifikacji powinni przyjmować postawę: „Nieważne, jesli chcesz dla nas pracować my Cię wyszkolimy. Nie masz prawa jazdy na wóżek widłowy, wyślemy Cie na kurs, masz zamorskie kwalifikacje, brak Ci Australijskich certyfikatów, przyjdź do nas a my ułatwimy Ci je zdobyć”. Tymczasem w ogłoszeniach o prace roi się od warunków zaporowych. Nawet na zwykłego mało wykwalifikowanego robotnika wymagania są kolosalne. Pracodawcy przebierają jak w ulęgałkach. Ten nie, bo nie ma kwitka na to, a tamten na owo, a ten trzeci nie ma doświadczenia w Australii, a poza australią to oni nic nie wiedzą. Tak nie postępuja pracodawcy na rynku, gdzie jest głód siły roboczej. Tak się dzieje w gospodarce, gdzie jest nadmiar ludzi chętnych do pracy w stosunku do wolnych etatów. A ten nadmiar nie wystepuje w sytuacji 4% bezrobocia. Prognozy ekonomistów mówią, że w przeciągu 2 lat bezrobocie w Australii ma wzrosnąć do 6%. Tak wyliczona wartość wg. obecnie stosowanej metodologii bedzie oznaczać nie mniej nie więcej tylko grubo poniżej 90 etatów na 100 chętnych do pracy.


  • RSS