Polsce to nie było nudno. Albo klęska suszy, albo klęska urodzaju i co roku na wiosnę powódź, choć niekórzy twierdzą, że prawdziwym żywiołem są tylko kobiety. W Australii jest inaczej, choć również ciekawie. Ostatni tydzień obfitował w dość ekstremalne zjawiska pogodowe.

Na południu Australii zmagają się z falą upałów. Trudno nazwać ją niespotykaną, bowiem co roku o tej porze mniej więcej wygląda tak samo. Temperatura przez kilka dni z rzędu koło południa przekracza 40st. Dla mieszkańców metropolii wiąże się to z dużymi niedogodnościami. Po pierwsze, mój ulubiony wróg z czasów pomieszkiwania w Melbourne, Connex, odwołał kilkaset pociągów !!! Dla sieci, która normalnie funkcjonuje na granicy swojej zdolności przewozowej to katastrofa. Jeśli jeden pociąg wypadnie z rozkładu nastepny nie jest w stanie zabrać wszystkich pasażerów. Im bliżej centrum tym mniejsze są szanse, że w ogóle uda się wsiąść do wagonu. W efekcie pociąg łapie coraz większe opóźnienie i coraz więcej ludzi zbiera się na peronach. Na drugi dzień kto może wsiada w samochód. W oczywisty sposób przyczynia się to do makabrycznego zakorkowania miasta. Na domiar złego każdy chce uciec od upałów włączając klimatyzację. Władze apleują by zamiast tego udać się do centrum handlowego, gdzie jest „klima”. Powodem tych apeli nie jest chęć nabicia kieszeni sprzedawcom lecz obawa przed przeciążeniem sieci. Jak donoszą media podczas obecnej fali upałów w Melbourne zabrakło prądu i Krajowy Regulator Rynku nakazał dystrybutorom wyłączyć zasilanie w około 150 000 domów, by starczyło energii dla przemysłu. Słowem lekko nie jest. W Adeli kilkanaście osób zmarło z powodu upałów.

U nas na północy dla odmiany mieliśmy w weekend szybką akcję pt. zbliża się cyklon. W sobotę zaobserwowano tropikalny nad oceanem niż kilkaset kilometrów na wschód od Cairns. W niedzielę przerodził się już w cyklon. Na szczęście słaby, najniższej kategorii. Z cyklonami jednak nigdy nie wiadomo czy przybiorą na sile, i dokąd powędrują. Obecny z początku kierował się ku Cairns. Po kilkunastu godzinach skręcił na południe i zaczął się od nas oddalać. My jednak wynagrodzeni byliśmy kolejną falą monsunowych opadów. Od piątkowego popołudnia do niedzieli rano nie przestało padać nawet na sekunde. Deszcz nie siąpił, po prostu non stop padał. W niedzielę rano metereologowie wydali ostrzeżenie. Takie ostrzeżenie lepiej napędza kasę supermarketom niż Boże Narodzenie. Ludzie masowo rzucili się na jedzenie w puszkach, pieczywo o wydłużonej dacie przydatności do spożycia, kamyczki dla kota i karmę dla psów. Na stacjach benzynowych ruch jak w ulu. Każdy tankował do pełna i miał ze soba jeszcze 1-2 kanistry. Mimo, że cyklon oddalał się od miasta momentami całkiem mocno wiało. Mimo, że tym razem generalnie obyło się bez większych szkód, nasiąknięte wodą potwornie cieżkie liście z  największej naszej palmy roztrzaskały nam pergolę. Metalowe rurki grubości małego palca połamały się jak zapałki pod ciężarem spadających z góry kilkudziesięciu kilo. Liście były tak ciężkie, że jak porwałem się by przenieść dwa na raz nie dałem rady ich podnieść. Fakt, sztangistą nie jestem, ale to nie zmienia postaci rzeczy. Cieszyny się, że palma stoi w rogu podwórka, bo niechciałbym przetestować wytrzymałości blachy na dachu. W niedzielę wieczorem śledziłem na przemian komunikaty z przejezdności dróg i z biura meteo. Około 23 meandrujący gdzieś 200 km na południe od Cairns cyklon  skręcił gwałtownie na północ. Nie był to dobry znak, ale przecież nic mi nie da ślęczenie i patrzenie dokąd sobie idzie. Nad ranem po cyklonie nie było już śladu. Nie przybrał na sile i rozszedł się „po kosciach” około 150 km na południe. A już miałem lekką nadzieję na długi weekend. :) No nic, tym razem trzeba było iść do pracy. Z utęsknieniem czekam na kolejny cyklon.