harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: plaza

 



Przystanek autobusowy w „dobrej dzielnicy”.

DSCN5501
Przystanek autobusowy w trochę innej dzielnicy.

DSCN4570
Zdjęcie zupełnie nie pasujące do 2 pozostałych.
„Beach Bar” na Naszej Plaży, wejście prosto z Oceanu.
 

 
Chciałbym, żeby ten czas nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął.

Sobota, to taki dzień tygodnia, gdzie mamy okazję coś załatwić, coś
kupić, coś zrobić. Kiedyś w Australii nawet wojsko pracowało od
poniedziałku do piątku od 8 do 16.30. O 16.30, a w piątek nawet
wcześniej wyłączali radary i do domu na weekend. Teraz wszystko się
powoli zmienia. Coraz więcej sklepów i biznesów czynnych jest również w
sobotę. Wykorzystujemy to. Tego dnia również mamy czas zrobić coś przy
domu. A posiadanie własnej chałupy z kawałkiem trawnika, to niekończąca
się harówka. Owego dnia postanowiliśmy zmajstrować urządzenie do
ściągania liści z palm. W sklepach można dostać piłkę lub sekator na
wysięgniku, lecz kosztuje to bajońskie krocie a na 4m tyczce obcina się
kiepsko. Nasz plan był prostszy. Z samego ranka udaliśmy się do sklepu
z ekwipunkiem morskim i wędkarskim, gdzie metodą kupna nabyliśmy
solidny hak oryginalnie służący do wciągania na łódź dużych ryb.
Następnie zaszczyciliśmy swoją obecnością market budowlany, skąd
przywlekliśmy stosownej długości drewnianą tyczkę. Po połączeniu obu
elementów za pomocą wiertarki i druta otrzymaliśmy cudowną broń do
walki w ogrodzie. Do tej pory cięliśmy liście, które swobodnie spadły
na ziemię, mogłem oberwać z drabiny lub zwisały do takiej wysokości, że
można było do nich sięgnąć. Parę tygodni temu spadający z naszej
największej palmy „listek” połamał w jak zapałki metalowe pręty
pergoli. To był sygnał, że trzeba zacząć działać, nie czekać aż
następny przebije na wylot blachę na dachu. Teraz, kiedy już mieliśmy
hak na tyczce bez problemu oczyściliśmy większość drzew. Wystarczyło
wbić go w łodygę liścia i mocno pociągnąć. I w ten sposób harom vel
pomysłowy Dobromir i Szpulka odwalili kawał dobrej, nikomu nie
potrzebnej roboty. Tego dnia jeszcze wymieniliśmy olej w kosiarce,
odwiedziliśmy znajomych, napadliśmy rzeźnię, upichciliśmy żeberka w
miodzie i piwie, wywierciliśmy 12 otworów w uchwycie na śróbokręty
haroma, naprawiliśmy cieknący prysznic.

A wieczorem? Wieczorem poszliśmy na spacer. Nawiedziliśmy sklep z
artukułami pierwszej potrzeby
monopolowy na naszej plaży, kupilśmy
butelkę dobrego, białego wina. Zatoczyliśmy kółko po dzielnicy i
poszlismy nad ocean. Był już wieczór. Ocean głośno dudnił wielkimi
falami łamiącymi się z hukiem na płyciznach. Gdzieś tam daleko na
połódniu szalał cyklon Hamisz, który minął nas rankiem. Nad nami
księzyc prawie w pełni lekko przezierał przez pierzaste obłoki.
Siedliśmy na wyrzuconym na brzeg grubym pniu, odszpuntowaliśmy butelkę.
Wino pod parasolem gwiazd na plaży smakuje wyśmienicie. I gadaliśmy.
Gadaliśmy od rzeczy o pierdołach. I nie istniała cała sobota zajęć w
domu, cały tydzień użerania się w pracy. Nawet nie wiem ile lat miałem
tego sobotniego późnego wieczora.

Nie lubię półśrodków. Jak mieszkać nad oceanem, to góra kilkaset
metrów, tak by można było tam podejśc w każdej chwili, napić się wina
czy piwa nie martwiąc się, że trzeba wsiąść „za kółko”. Nie wyobrażam
teraz sobie mieszkać w Brisbane, gdzie do plaży w najlepszym przypadku
jest 70 km. W Sydney czy Melbourne jest co prawda bliżej, ale 20-30 km
to też kawałek.


  • RSS