harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: obyczaje


W Polsce wielkimi krokami zbliża się koniec sezonu Piłki Nożnej. I znów będą kolejki cudów, gdzie zagrożona spadkiem drużyna z końca tabeli niespodziewanie pokona faworyta. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wszystko to Polacy robią jakoś naokoło i nieefektywnie. Trzeba bowiem przekupić sędziów, dać w łapę obserwatorom, podejść piłkarzy i działaczy drużyny przeciwnej. Kosztuje to kupę zachodu, wagon pieniędzy a i tak czasami cały ten gigantyczny wysiłek idzie psu w dupę, bo drużyna sąsiadująca w tabeli wyłoży więcej kasy, wygra jedna bramką więcej i pogrąży przeciwnika. Pod tym względem Polacy powinni brać przykład z Australii. Tu przeciwdziała się korupcji w sporcie dwojako. Po pierwsze, jesli coś zalegalizujesz, nie jest już tak korucjogenne, po drugie likwidując źródło likwidujesz zjawisko korupcji. I tak w Australii rozgrywki ligowe organizuje się na zasadzie podobnej do franczyzy. Każda liga czy to jenda z 3 „ogólnoaustralijskich” lig jajowatej piłki, liga piłki nożnej czy koszykówki to towarzystwo wzajemnej adoracji. Nie ma systemu promocji i spadku z niższych lig. „Wykupujesz franczyzę” i możesz przegrać wszystkie mecze w sezonie a i tak nie wylecisz z ligi. Dla przykładu Wiktoriańska Liga Futbolu przez 61 lat aż do 1986 skupiała dwanaście tych samych zespołów. Obecnie zespołów jest 15, z czego 5 spoza Wiktorii, więc nazwę ligi w 1987 r. zmieniono na „Australijską Ligę Futbolu”. Czyż nie byłoby to idealne rozwiązanie dla 6 ostatnich klubów z polskiej Ekstraklasy i 6 z I ligi? Kilka klubów, które co roku ocierają się o spadek, lub nie udaje im się awansować mogłoby połowę funduszy przeznaczonych na łapówki wydać na zorganizowanie konkurencyjnych do PZPN rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Może wtedy taki Piast Gliwice czy Odra Wodzisław mógłby być Mistrzem Polski ? Zapewne FIFA i UEFA nałożyłaby ekskomunikę na takie rozgrywki i zabroniła rozgrywać meczów z „prawomyślnymi” zespołami, lecz na wzór australiskiego „State of Orgin” możnaby rozgrywać mecze między Dolnym Śląskiem a Mazowszem lub Wielkopolską a Mazurami. Co więcej, można do gry wciągnąć np. Polsat czy TVN, który transmitowałby rozgrywki w konkurencji do Canal+, a po czasie jak pokazuje przykład innej australijskiej franczyzy NRL, gdzie chcą dołączyć kluby z Papui Nowej Gwinei i Fidżi,  chęć gry w takiej lidze zgłosiłyby kluby, np. z Białorusi, San Marino czy Wysp Owczych.

Jedyną rzeczą, której raczej bym nie polecał adoprować takiej nowej lidze jest „salary cup”. Salary Cup to stosowany zarówno w AFL, NRL jak i australijskiej lidze piłki nożnej maksymalny limit wynagrodzeń. Po prostu nie możesz zapłacić zawodnikom więcej niż pozwoli zarządzający ligą i już. W końcu to „liga” daje franczyze a klub musi działać wg. jej warunków. Dla przykładu w A League (liga piłki nożnej) całkowita suma wynagrodzeń piłkarzy (a ma ich byc w składzie minimum 20) na nowy sezon nie może przekroczyć 2.65 mln AUD. W Polsce starczyłoby to dla mniej więcej 7-8 zawodników Wisły Kraków. Wyjątkiem jest jedna gwiazda, która w każdym klubie nie podlega tym ograniczeniom. Salary cup był przedmiotem ostatniej afery w australijskim sporcie. Otoż zespół Melbourne Storms, utworzony przez magnata finansowego Roberta Murdocha został przyłapany, na tym, że płaci pod stołem swoim zawodnikom więcej niż pozwalają przepisy. Zespołowi odebrano dwa tytuły mistrzowskie i zapowiedziano, że nie bedzie zdobywał punktów w tym roku. Zdegradować go nie można, bo nie ma gdzie :) Czyż to nie piękne? Widzew Łódź byłby wniebowzięty !!!


Nigdy w życiu nie spotkałem się z tyloma przypadkami osób chorych na raka co w Fabryczce. Praktycznie KAŻDY z naszej załogi ma w rodzinie kogoś, kto rozwinął nowotwór. Nie wiem czy statystyki wyłapują tą prawidłowość, czy też rozwadniają wśród całej góry innych danych, lecz tu na miejscu ludzie zdają sobie dokładnie sprawę, że liczba zachorowań z pewnością nie jest w normie. Winą obarczają głównie tysiące ton pestycydów, które od dziesiątek lat non stop trafiają na pola trzciny cukrowej, plantacje bananów, mango, awokado itp. zanieczyszczając rzeki, gleby, kumulując się w uprawach i organizmach zwierząt hodowlanych. Tajemnicą poliszynela jest również, że dzielni żołnierze australijscy testowali w okolicach broń chemiczną a dokładniej środek zwany „Orange”. W zeszłym roku sprawa ta wypłynęła nawet do mediów ogólnokrajowych, ale bardzo szybko jej ukręcono łeb. Oficjalne śledztwo wykazało oczywiście, że żadnych testów nie dokonywano i sa to tylko pomówienia. Nie wiem gdzie lezy prawda, jednak przez dłuższy czas władze utrzymywały również, że przeprowadzając w sercu Australii testy broni jądrowej nie robiono doświadczeń na Aborygenach. Dziś wiemy, że nie do końca to była prawda. Starsi pracownicy Fabryczki bez wahania potwierdzają, że wojsko testowało środki chemiczne w okolicach. W tak sprzyjających „okolicznościach przyrody” przyszło nam dziś pożegnać ojca jednego z kierowników, który w niedzielę przegrał walkę z rakiem.

Pogrzeb taty Franka był pierwszą tego typu imprezą na jakiej miałem okazję być w Australii. Z pewnością nie był to tradycyjny australijski pogrzeb, bo jakąż tradycję mogą mieć Australijczycy? Cała „impreza” była zmutowanym przez emigrację odbiciem włoskiego pogrzebu. Na wejściu każdy uczestnik dostawał mała broszurkę z przebiegiem ceremonii. Było w niej wszystko, kto czyta psalmy, kiedy należy wstać, kiedy klęknąć, itp.  Msza w kościele tylko w detalach różniła się liturgii jaką znam w Polsce, toteż skupiłem się na obserwacji ludzi. Pierwsze wrażenie, to kompletny brak żałobników w czerni. Większość rodziny ubrana była w białe koszule i czarne spodnie. Kobiety, poza najstarszą córką Franka ale o tym w następnym paragrafie, w lekkie stonowane sukienki odkrywające ramiona i sięgające w dół w okolice kolan. Część tuż przed, część nieco za kolana. Ubrania nie były przesadnie uroczyste, raczej typ na niedzielny obiad do teściowej, niż na procesję w Boże Ciało. Wyraźnie odstawała nasza grupa z fabryczki. Osoby z biura wystąpiły w biznesowych koszulach, delegacja robotników w drelichach roboczych.

Maciej Maleńczuk ostatnimi czasy rzekł, że „artystystom mozna więcej”. Choć komentował sprawę skompromitowanego senatora myślał również o sobie, a nie powinien, bo z niego artysta jak ze mnie Dziewica Orleańska. Maksyma ta chodziła mi non stop po głowie podczas pogrzebu kiedy obserwowałem Elain. Starsza córka Franka jest uzdolniona muzycznie. Ma spore osiągnięcia w grze na fortepianie a oprócz tego potrafi zagrać na wszystkim, co wpadnie jej w ręce bez względu czy są to skrzypce, gitara czy piła z tartaku. To co dziś pokazała można skomentować „niezła z niej artystka”. Dziewczę w wieku jak rzekliby nasi przodkowie łożnicowym ubrało zielono – niebieską  sukienkę w motyw pawich piór. Dla mnie bardziej wygadało jakby ktoś się upoił Blue Curacao i puścił pawia do stawu pełnego rzęsy. W efekcie wyglądała jak papuga wśród wróbli i srok. Na dole sukienka sięgała lekko za kolana a na górze opinała piersi pozostawiając odkryte ramiona. Kiedy podchodziła do mównicy coś przeczytać biust o mało jej nie eksplodował spod tej sukni. Podczas gdy pozostałym członkom rodziny głos łamał się Elain deklamowała niczym zawodowa aktorka, generalnie zachowywała się jakby to nie był pogrzeb członka jej rodziny lecz zwykła impreza, na którą została wynajęta. Idąc między ławkami spod drzwi wejściowych w stronę ołtarza czuła się jak modelka na wybiegu. Z premedytacją stawiała stopy w jednej lini, co wprawiało jej biodra w ruch hipnotyzujący wszystkich staruszków. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu gdy zauważyłem jak jeden po drugim bezwiednie przełykają ślinę. Podczas komunii zaśpiewała pieśń czystym, silnym i donośnym głosem. I znów mowa jej ciała skierowała wszystkie oczy w tamta stronę. Dla pełni obrazu dodam, że w chwilach gdy nie służyła do mszy obściskiwała się w kościelnej ławie ze swoim facetem. W ten oto sposób zmarły nawet podczas własnego pogrzebu nie był osobą, która najbardziej zajmowała myśli żałobników.

Cmentarz, na którym pochowano Franka tatę niczym nie różnił się od większości żalników w okolicy. Groby utrzymywane sa w miarę w porządku do 30 lat od daty pochówku. Starsze, przeważnie zaniedbane wyraźnie popadały w ruinę. Przechodząc wśród nich usłyszałem za sobą sentencję naszego naczelnego inżyniera, że dopiero tu wyrównują się różnice w naszym postrzeganiu ludzi. Nie bardzo złapałem o co mu chodzi, poprosiłem więc o sprecyzowanie, co ma na myśli.

- Popatrz – powiedział – właśnie mijamy grób Madonny Viali, jak myślisz co mówił o niej ksiądz podczas pogrzebu.
- Że była dobrą kobieta i wychowala dzieci na ludzi – strzeliłem.
- Tak właśnie mówił. – potwierdził – A uwierz mi Madonna nie była spokojną staruszką, która piekła ciasteczka swoim wnukom i cieszyła się z ich osiągnięć w footy. To była wredna i wścibska harpia, która do końca życia wsadzała nos w nie swoje sprawy i mieszała ludziom.
„Harpia” – pomyślałem, skąd on zna takie słowo, przecież to takie nie australijskie. No ale w końcu jest inżynierem a nie portierem, więc może cos greckiego obiło mu się o uszy.
- Po śmierci – ciągnął niewzruszenie – prawie po każdym zostają w pamięci ludzkiej tylko dobre wspomnienia.
- Noel, a ty się nie boisz, że skoro Madonna była taka jadowita za życia, to słysząc niepochlebne opinie o sobie teraz po śmierci przybędzie z zaświatów by Cię straszyć?
- Nie boję się – odparł dziarsko – mam wodę święconą.

Wracając do samochodu między grobami trochę dudniło mi w głowie od tego co powiedział Noel. Zawsze w takich chwilach przypominam sobie pewien kawałek nikomu nie znanej kapeli Kromkruag. Nawet nie wiem jak to poprawnie zapisać, bo piszę ze słuchu.

„Zamaże nas czas”

Na twoim grobie będą rosły kwiaty
Czy byłeś biedny czy byłeś bogaty
Czy wódkę piłeś czy całe życie się modliłeś
Po stu latach nikt nie będzie pamietał
Że istniała taka jak ty menda
Twoje imię zniknie zamaże je czas

Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś

Czy jesteś stal czy meteor człowiek
Czy jesteś mądry a może półgłówek
Na twoim grobie zamazane nazwisko
A obok kartka uwaga ślisko
Ludzie to miejsce będą omijali
Może czasem ktoś świeczkę zapali
Twoje imię zniknie zamaże je czas
Czas, czas zamaże nas czas, czas.


Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś


W środę odeszliśmy na trochę od starego zwyczaju załatwiania spraw firmowych na mieście tylko w piątki. Tak się złożyło, że musiałem podpisać w imieniu firmy kilka papierów w kancelarii prawnej. Zebrałem więc około południa Jodie i pojechaliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie owa kancelaria miała siedzibę. W sumie mogłem jechać sam, ale raz, że Jodie jest fajna dziunia, dwa, że lubię z nia rozmawiać, trzy, że obawiałem się, iż u prawnika wywiąże się jakaś rozmowa podczas której przyda się ktos dysponujący „wiedzą”. „Wiedza” w tym przypadku oznacza znajomość okoliczności jakie miały miejsce przed przejęciem Fabryczki przez Korporację.

Była pora lunchu. Misteczko, jak większość australijskich osad, wyglądało na urbanistyczny koszmar architekta. Rozłożone na planie kratownicy centrum, zabudowane jednopiętrowymi budynkami, w których parter zawsze pełni funkcje handlowe a piętro biurowe lub mieszkalne, tętniło wczesnopopołudniowym życiem. Pracując w biurze na odludziu nie mam szansy by codziennie obserwować ludzi w trakcie zwykłej krzątaniny dnia codziennego, dlatego też bacznie obserwowałem i „taksowałem” każdego kto nawinie mi się pod nos. Począwszy od nastoletnich uczennic w mundurkach, poprzez strażników miejskich na zwykłych Aborygenach kończąc. Przy okazji wizyty w miasteczku Jodie chciała wymienic baterie od zegarka, więc weszliśmy do jedynego w mieście zegarmistrza, który był również jubilerem. Przed nami oglądając jakiś wisiorek stała dość typowa jak na tutejsze realia para. On standardowy australijski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem. Spod niedopiętej nonszalancko koszuli kłębiły się całe pokłady ciemnych włosów, testosteron ciekł mu uszami. Jednym słowem marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarczy udany seks i kilka błyskotek od jubilera. Jego partnerka już na pierwszy rzut oka spełniała te kryteria. Wychudzona szkapa ubrana była w łachman, który w każdym cywilizowanym kraju robiłby nie za kieckę, lecz za nocną koszulę. Przebierali, marudzili, nie mogli się zdecydować. Zegarmistrz/jubiler był sam w sklepie, więc z wiadomych przyczyn nie mógł nas obsłużyć. Nawet mnie nie zdziwiło, kiedy zagadał do Jodie z pytaniem jak się ma jej siostra. Tu każdy zna każdego, urok małej społeczności gdzie nie ma ludności napływowej.  Wreszcie, po jakiś 15 minutach lalunia z osiłkiem wybrali klejnocik i mogliśmy byc obsłużeni.

Kancelaria mieściła się dwie uliczki dalej, w jednym z nielicznych nowo wybudowanych budynków w mieście. Podeszliśmy tam „z buta”. W drodze, Jodie powiedziała, bym zwrócił uwagę na sekretarkę, zapewniła, że na pewno mi się spodoba. Hmmm, pomyślałem, prawnik to dobry fach w tym kraju, zarabiają nieprzyzwoite pieniądze, więc lala pewnie będzie plastikową blondyną, ze szponami jak u drapieżnego ptaka, na obcasach wysokości Pałacu Kultury i cyckami wypchanymi jak arbuzy. Czemu tak? No bo prawnik, gość sztywny jak kij od szczotki i nudny jak flaki z olejem z pewnością nie będzie miał na recepcji nikogo kreatywnego, szalonego, niezależnego. Jakież było moje zdziwienie, gdy tylko przekroczyliśmy próg kancelarii. Zza niewysokiego biurka, na którym był komputer i kilka kupek papierów wyzierało „coś”. Trudno znaleźć mi dobre określenie na to co zobaczyłem. Niewątpliwie był to humanoid płci chyba żeńskiej. Trupioblada skóra wyglądała jakby ktoś dodatkowo przyprószył ją mąką. Na jej tle odcinały się dwa wielkie czarne oczodoły, powyżej których był kołtun. Tylko czekałem, aż zaczną z niego wypełzać jakieś robaki. Przedstawiliśmy się, „coś” poprosiło byśmy usiedli a samo pognało do szefa. Z nieukrywaną nuta szyderstwa zapytałem Jodie, czy nie słyszała czasem o jakimś przypadku rozgrzebania grobu na lokalnym cmentarzyku. „Romek, no coś ty” – oburzyła się Jodie – „To bardzo fajna dziewczyna, a ten czarny image zupełnie nie ma nic wspólnego z satanizmem”. „Jodie” – westchnąłem – „ja nie sugerowałem, że ona rozgrzebuje groby, tylko że ją wygrzebano z grobu !!!”. Nasze dywagacje przerwał nagły powrót obiektu plotek. Zaprosiła do Pana Mecenasa. A to dupek, pomyślałem, nadęty bufon nawet nie pofatygował się do nas osobiście. Włączył mi się „agresor”. Weszliśmy do gabinetu, który był przytulny jak kibel w McDonaldzie. Był na planie prostokąta. Jeden z dłuższych boków zajmowały okna, w których wisiały wertikale. Pod ścianą po przeciwnej stronie stały trzy najprostsze półki wypełnione segregatorami. Na końcu pokoju równie proste i ascetyczne biurko. Nad zasiadającym tam sztywniaczkiem szereg oprawionych w ramki dyplomów. Przejałem inicjatywę. „Dzień dobry R. i J. z Korporacji, czy mamy do czynienia z panem X czy spółką?” Dobrze wiedziałem, że bufon nie jest partnerem w kancelarii „X & spółka”, więc jego nazwiska nie ma na drzwiach i wbije mu szpilę w ten sposób. I udało się, momentalnie zyskałem jeszcze jednego wroga. :) Dalsza część spotkania przebiegła w iście syberyjskim chłodzie. Jeśli byliśmy 10 minut w gabinecie to wszystko.

Po wyjściu Jodie skomentowała całe zajście, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że mogę byc taki złośliwy. Odparłem jej, że jestem zodiakalnym skorpionem i to wszystko, co może wyczytać w horoskopach opisowych o wrednym charakterze to prawda, nawet jeśli przez dłuższy czas nie ujawniałem swojej natury. Jestem złośliwy i mściwy a wyrządzonych krzywd nigdy nie zapominam. Agresor, który włączył mi się poprzednio chyba nie przestał jeszcze działać, bo przerażona moim tonem Jodie nie wypowiedziała ani słowa. Do pracy wróciliśmy w całkowitym milczeniu. Na szczęście dziś rano wszystko wróciło do normy. Mój agresor ustąpił, a Jodie odzyskała mowę.

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 

Stara świecka

1 komentarz

 

Tatuś Tradycji: O tym imieniu to ci jeszcze powiem, że takie dziecko – Tradycja, to się ostatnio w Gdańsku narodziło. Masz, czytaj!
Paluch: „Po ceremonii w pałacu ślubów… państwo młodzi udali się dooo raady zakładowej, gdzie dostali wiązanki ślubnych kwiatów. Wszyscy wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji”. Rzeczywiście! To w związkach zawodowych im się urodziła? 
Tatuś Tradycji: Pisze, nie? 
W kultowej polskiej komedii na siłę forsowano nową świecką tradycję. W Australii mamy również świecką tradycję bożonarodzeniową, choć nie jest ona tak nowa. Przywędrowała tu już z Angolami. Australijską tradycją są świąteczne zakupy. Okresem świątecznym, zarówno przed, jak i po Bożym Narodzeniu wcale nie rządzi malutki Jezus, ani też Maryja czy Józef. Okres ten jest współcześnie w całości poświecony Hermesowi, bogowi wędrowców, złodziei, handlu, kupców, oraz posłańców.
Szał przedświąteczny zaczyna się na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Kiedy w Polsce pojawiały się głosy oburzenia, że świąteczne dekoracje w połowie listopada to lekka przesada, my już zdążyliśmy się nimi znudzić. W Australii bowiem, świąteczne towary pojawiają się pod koniec września a w listopadzie już nikogo nie szokują. Prawdziwa gorączka ogarnia jednak lud pracujący (working families) tydzień przed „godziną 0″. Wtedy to większość galerii handlowych, które normalnie zamykane są między 16 a 17, pracuje do godziny 21. Parkingi przed centrami zapełniają się prawie po brzegi. Kulminacja tego szaleństwa przychodzi tuż przed świętami. Dnia 23.12 sklepy otwierane są o godzinie 6 rano i zaczyna się 36 godzinny maraton. To jedyna noc w roku, kiedy sklepy czynne są całą dobę. W Wigilię nie można znaleźć miejsca już nie tylko na parkingu przed centrum, ale nawet na trawnikach wokół galerii i sąsiadujących uliczkach. Punktualnie o godzinie 18.00 następuje przesilenie. Sklepy są zamykane, klienci udają się na krótką przerwę do domów. Handlowcy wcale jednak nie mają wolnego. Za zamkniętymi drzwiami sklepów praca wre. Trwają przygotowania do poswiątecznych wyprzedaży. 
Wielka wyprzedaż zaczyna się w Australii już 26 grudnia. Sklepy otwierane są tego dnia o 5 rano (sic !!!) i tłum rusza do akcji. Ale nikt tego lepiej nie opisze jak Kabaret Ani Mru Mru: „A więc tłum przed drzwiami to w pierwszych rzędach renciści i emeryci oraz osoby, które cierpią na bezsenność, albowiem, żeby stanąć w pierwszej lini, trzeba tu było być około 22 już wczoraj. Zaraz za nimi, lekko z lewej bezrobotni, dalej wycieczki szkolne, a po prawej konsumenci z zaprzyjaźnionego z naszym miastem Sosnowca. A później to już kolejno: matki z dziećmi, emeryci, młodzież, renciści i znów emeryci. ” Jeśli akcja dzieje się w Sydney czy Melbourne słowa emeryci i renciści należy zamienić na hindusi i Azjaci. Konsumenci z Sosnowca trafią się chyba wszędzie. Sceny z panienkami regularnie okładającymi się po mordzie i wyrywającymi sobie nawzajem z rąk przecenioną bluzeczkę będą gościły tego wieczora w telewizyjnych serwisach informacyjnych. 
Takie właśnie mamy w Australii bożonarodzeniowe świeckie tradycje. 


Uważny czytelnik bez problemu zauważy, że mam dość krytyczny stosunek do tego, co nazywa się tolerancją w kraju kangura, misia koali tudzież innych wombatów. Zazwyczaj dotyczy to stosunku rdzennych Aussiech do emigrantów lub tubylców. Trudno to dostrzec w dużych miastach, gdzie większość stanowi „element napływowy”. Inaczej wygląda sprawa tu w FNQ. W biurze gdzie pracuje widać to dobitnie. Jestem jedyną osoba urodzoną poza terytorium Australii, co więcej tylko jedna z pozostałych osób, choć sama urodzona w Australii ma rodziców imigrantów. Wszyscy pozostali są Australijczykami urodzonymi z obojga rodziców urodzonych w Australii. W takim towarzystwie wymiana poglądów następuje sprawniej niż w biurach, gdzie znaczną część załogi stanowią emigranci. Upraszaczając Aussie dzielą ludzi następująco: bogowie – biali obywatele Australii z urodzenia, ludzie – biali emigranci z krajów anglojęzycznych, podludzie – biali emigranci z pozostałych państw, często mogą przeskoczyć do wyższej kategorii, ale bogami nie zostaną nigdy. Dalej już jest „nawóz”, czyli Hindusi, Azjaci, Arabowie i pozostali kolorowi emigranci, następne w kolejce są owce i kangury a po nich klasyfikują się Wyspiarze i Aborygeni. Sprawa nie jest jednak tak jednokierunkowa jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Aborygeni, Wyspiarze, „nawóz” i podludzie też mają swój ciekawy stosunek do Aussiech, którego przykład dane mi było widzieć w środę. Kangury i owce zostały zdyskryminowane i nie brały w tym udziału.

Zaczęło się w poniedziałek. Dostałem e-maila, że koordynator programów etnicznych w radio, gdzie co środę prowadzę audycję zwołał w trybie pilnym spotkanie wszystkich prezenterów programów etnicznych. Ponieważ spotkanie zaczynało się godzinę przed moim programem postanowiłem się tam zjawić. Na początku koordynator zapewnił, że nie zwołał tego spotkania jako „funkcyjny” lecz jako zwykły członek radio, później ostrzegł, że „cokolwiek powiemy może być użyte przeciwko nam” dlatego lepiej byśmy przemyśleli każdą wypowiedź zanim otworzymy usta, po czym przeszedł do rzeczy. Otóż na zebraniu „komitetu wykonawczego” radia jedna z osób powiedziała, że miała skargi od swoich przyjaciół na jakość programów w języku angielskim prowadzonych przez obcokrajowców. Rzuciła też uwagę, że programy takie powinny być prowadzone tylko przez prezenterów z australijskim akcentem. Siedziałem tam i patrzyłem osłupiały na to co się dzieje. Wg. mnie sprawa powinna się skończyć na zebraniu komitetu komentarzem, że skoro nie dotarły żadne oficjalne skargi od słuchaczy drogą „służbową”, to nie istnieje sprawa, którą komitet powinien się zająć, a uwaga o Aussie akcencie była nie na miejscu i osoba, która ją wygłosił powinna lepiej dobierać słowa i czasami użyć mózgu zanim puści parę z gęby. Tak się nie stało i stąd owo zebranie w środę. Patrzyłem jak poszczególni rozmówcy wzajemnie się nakręcają. Jak z niemrawej na początku rozmowy, w której nie wiadomo o co chodzi, rodzi się żywiołowa dyskusja. Zaczęło się niegroźnie od propozycji by grzecznie zwrócić uwagę na niefortunność tej wypowiedzi. Później nastapiły ataki personalne. Czekałem tylko aż padnie deklaracja czyją kochanką jest lub była owa Pani. Dalej sprawa potoczyła się lawinowo. Po 45 minutach spotkania prezenterzy kolektywnie doszli do wniosku, że czują się obrażeni i doszło do aktu dyskryminacji ze względu na pochodzenie. Tak, zajęło to około 3 kwadransów by sobie uświadomili jak bardzo zostali znieważeni.  Teraz, kiedy już ustalono zbrodnię przeszli do wymierzania kary. Zaczęło się od pomysłu, że wystosowany zostanie list od prezenterów. Następnie gorączkowo omawiano jego treść. Koreanka, która wiodła prym na przemian z dwoma Filipinkami prześcigała się w podnoszeniu rangi przestępstwa. Z początku list miał wyrażać stanowisko prezenterów etnicznych wobec zaistniałego faktu. Kilka wypowiedzi później już domagano się oficjalnych pisemnych przeprosin. Następnie wysunięto żądania by cały komitet przeprosił za ten niewybaczalny akt dyskryminacji rasowej. W tym momencie musiałem opuścić zebranie, lecz siedząc obok nawiedzonej Koreanki i Filipinki, które najbardziej zdyskryminowała i uraziła wypowiedź jakiej nie słyszały i znają tylko z ustnego przekazu koordynatora przypuszczam, że propozycja by sprawę zgłosić do komisarza d/s dyskryminacji wisiała na włosku. Zacietrzewione jak dwie przekupki na targu pewnie gotowe były zawieźć sprawę do samej Cambery. Najspokojniej w całej sprawie zachowywała się stara, gruba Aborygenka, która obok mnie była chyba jedyna osobą uważającą, że jedyna aferą jaka zaistniała jest ta wykreowana na spotkaniu. Ponieważ wcześniej wyszedłem ze spotkania, teraz spokojnie czekam na protokół, z którego dowiem się czy złoczyńca zasłużył na pal, na ukamienowanie, czy tylko na zwykły stryczek, jak olbrzymie straty moralne ponieśli obrażeni obywatele Australii dla których koreański czy filipiński jest językiem ojczystym i czy wnukom winowajców starczy majątku na zrekompensowanie tych strat.


Należę do ludzi, którzy mają ponadprzeciętnego pecha do zakupów. Jeśli w sklepie na półce jest 10 odkurzaczy, a wśrod nich 1 popsuty, to z pewnością trafi mi się ten uszkodzony. Dodatkowo jestem mało asertywny. W pracy smieją się, że moje zdolności negocjacyjne kończą się na zdaniu „Zamknij się Frank i rób co Ci kazałem”. :) To wszystko razem wzięte zawsze stanowilo dla mnie problem przy próbie zwrotu do zakupionego wcześniej towaru. Trzeba również szczerze przyznać, że w Polsce kultura w tym wzgledzie była kiepska. No teraz to już na pewno jest ho, ho, ho lepiej. W końcu nie było mnie tam juz ponad 4 i pół roku !!! :) W mojej świadomości wciąż brzmią jednak slowa pewnego znajomego, który handlował laptopami. „Każdemu klientowi daję gwarancję zwrotu kasy, oczywiście. I oczywiście nie mam jej zamiaru respektować”. Gazety i internet pełne są przypadków, kiedy gwarancja zwrotu pieniedzy jest tak skonstruowana, że nie opłaca się jej ekzekwować, bo np. żeby zwrócić małowartościową rzecz trzeba zadzwonić na drugi koniec polski a później odesłać towar na własny koszt. I tak ludzie rezygnują z szarpania się o 10 PLN. Kilka razy byłem rownież świadkiem jak klienci z paragonem i towarem w orginalnym opakowaniu w ręku mieli problem ze zwrotem towaru w supermarkecie. Szczerze mówiąc frustrowało mnie to okrutnie. No teraz to już w Polsce na pewno jest ho, ho, ho lepiej. :)

W Australii moje najgorsze fobie i kompleksy niestety nie mają podatnego gruntu do wzrostu. Pisałem już kiedyś na blogu, na co może liczyć klient, jeśli przy kasie supermarketu spożywczego zobaczy, że cena na rachunku jest inna niż cena na półce. Jeśli jest to pojedyńczy towar dostaje go za darmo. Jeśli kupił kilka sztuk, to pierwsze trzy ma za darmo, resztę po cenie z półki. Oczywiście mówimy o przypadkach, gdy cena z półki jest niższa od tej, którą wskazała kasa. Takie przypadki mieliśmy już wielokrotnie. Zdarzyło nam się dostać szampon albo kilogram pistacji. To dotyczy supermarketów spozywczych, ale w sklepach z innym asortymentem też można się targować. Kilka miesięcy temu w sklepie monopolowym zwanym tu na wyrost „supermarketem” kupiłem 0.7l czeskiej Beherowki. Kupiłem, bo cena była atrakcyjna. Przy kasie okazało się, że w systemie cena jest mniej więcej o 50% wyższa. Poprosiłem kierownika, poszliśmy do półki, gdzie w rzędzie równiótko stały ułożone butelki Beherowki. Cena rzeczywiście była niska, tyle, że nie za ten produkt. Nie przeczytałem dokładnie, tego co jest napisane małym drukiem. Pod Beherowka była cena za zupełnie inną wódkę. Zasugerowałem, że alkohole są ułozone w porządku, pod każdym z rodzajów jest odpowiednia cena a ja wybrałem ten własnie alkohol, bo zobaczyłem 38 AUD pod dwoma rzędami równo ustawionych butelek i że ktoś może to uznać za celowe wprowadzanie klienta w błąd. Co zrobił kierownik? Sprzedał mi towar po tej nizszej cenie.

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach musieliśmy kilkukrotnie zwrócic towar do sklepu. Pierwszy raz spięty jak baranie jaja pobiegłem zwrócić matę termiczną jaką Szpulka kupiła dla stworka, którego nniańczyliśmy niedawno. Zestresowałem się nieco, bo by wyjąć towar trzeba było trochę uszkodzić opakowanie. W sklepie okazało się, że jedynym „problemem”, za który sprzedawca mnie z resztą bardzo przepraszał, było iż pieniądze nie mogą zostać zwrócone w gotowce lecz na kartę kredytową, bo zakup był właśnie na kartę. Niedługo potem wybraliśmy się na piknik. Skuszeni niską ceną materaca nabylismy takowy drogą kupna w supermarkecie. Już na miejscu okazało się, że materac nie był jednak kompletny. Brakowało korka do zaworu. W sklepie przy zwrocie zapytano nas tylko czy chcemy wymienić towar, czy odzyskać gotówkę. Nikomu nie przyszło do glowy by oskarżać klienta, że kupił sprzęt, zdekompletował zabierając potrzebne mu części i próbuje naciągnąć sklep. W ostatnią niedzielę natomiast przyszło nam zwrócić energooszczędne żarówki. Pani w obsłudze klienta zapytała, co jest z nimi nie tak. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że żarówki są całkiem w porządku, ale ich nie chcemy i dlatego zwracamy. Jakiś problem? Żadnego; „laeczka” jecze nam podziękowała, że jestesmy ich klientami.

Może to brzmi śmiesznie, ale na prawdę takie sytuacje powodują, że dobrze się tu czuję. Jeden stres mniej w podłym życiu emigranta.

 

Ładnie spaśliśmy stworka przez te kilka dni prawda?




To oczywiście żart, fotka przedstawia zupełnie inna pałankę. Nasz stworek natomiast wylądował w miejscu, gdzie dostanie znacznie lepsza opiekę niż moglibyśmy mu zapewnić. Około 30 godzin (i 15 karmieniach) po zrobieniu tamtej fotki odezwała się do nas kobieta, która prowadzi szpital dla nietoperzy. Poza nimi spacjalizuje się też w ratowaniu pałanek, lotopałanek i koali. Kiedy tam dotarliśmy i zobaczyliśmy inkubator, urządzenie, którego nie posiada niejeden szpital, od razu uwierzyliśmy, że malec trafił w najlepsze z możliwych miejsc. Niebawem go odwiedzimy by zobaczyc jak się miewa.
W ostatnim czasie miał miejsce również mój „performance review” czyli doroczny przegląd osiagnięć i dokonań. Jest to coś, czego najbardziej niecierpię w Korporacji. Biurokratyczna procedura nie służąca niczemu poza odbyciem samej procedury. Przy okazji mój szef z centrali oświadczył, że poprzez moje przyłączenie się do ogólnoświatowej korporacji świat stanął przedemną otworem. Nie chciałem mu tego mówić, ale ja dokładnie wiem którym otworem. Z innych wydarzeń ostatniego tygodnia, warto nadmienić, że Szpulka znów mogła mieć kłopoty ze zdrowniem. Nie cieszy mnie to, bo każda kolejna wizyta u lekarza kończy się sentencją „Co prawda nie wiemy co Pani dolega, ale pewni jesteśmy, że nie jest to sraczka, bo sraczka ma inne objawy”. Ja natomiast biegnę zaraz do optyka sprawić sobie nowe bryle, bo ostatnimi czasy w kategorii wzrok przegrałbym nawet z krecikiem. 
 

 


Australia jest jednym z tych krajów, gdzie podobnie jak w USA, panuje bardzo brzydki zwyczaj ciągania się po sądach z byle powodu. Oczywiście, tak jak w każdym kraju, sądy nie są po to by czynić sprawiedliwość lecz po to by sądzić. Czasami trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wyroki są swego rodzaju aktem zemsty lub dowaleniem komuś na oślep by ulżyć w nieszczęściu. Ale po kolei.

Jedną z „działek”, które dorzucono mi do obowiązków po redukcjach personelu są statystyki BHP. Z tego powodu znajduje się na liście dystrybucyjnej wszelkiej korespondencji dot. bezpieczeństwa. Lektura tych listów jest niezłą rozrywką dla kogoś, kto ma poczucie humoru pozwalające np. traktować obrady sejmu jako kabaret, a nie jako łabedzi śpiew intelektualnych eunuchów. W korespondencji tej poraża  lekkomyslność ludzi, którzy ulegli wypadkom, indolencja sądów i bezmyslność procedur.

Dziś właśnie dostałem taką informację:

„Sąd w Nowej Południowej Walii nałożył na przedsiębiorstwo budownictwa kolejowego z Sydney karę wysokości 95 000 AUD za uchybienia w egzekwowaniu procedur bezpieczeństwa osób wizytujących po tym jak podwykonawca zginął w eksplozji”. Jak na razie nic nadzwyczajnego, „dali ciała”, zginął człowiek, więc wydawałoby się, że kara jest słuszna. Czytam dalej.

„W 2006 roku ukarana firma zadzwoniła do firmy oponiarskiej i złożyła zlecenie na wymianę zużytej opony w samojezdnym dźwigu. Firma oponiarska wysłała robotnika z poleceniem zbadania opony na miejscu i zawiadomienia przełozonych w przypadku, gdyby opona wciąż była na dźwigu. Po przybyciu na miejsce robotnik zaczął jednak zdejmować oponę, która wybuchła odrzucając go 7 metrów w tył powodując śmiertelne obrażenia. Zleceniodawca został ukarany za złamanie Occupational Health and Safety Act 2000 poprzez nie zapewnienie bezpieczeństwa podwykonawcy”. (sic !!!)

„Sędzina Frances Backman orzekła, że choć firma kolejowa posiadała system i procedury bezpieczeństwa, to nie zostały one efektywnie  wykorzystane. Podwykonawca nie wpisał sie do księgi wejść/wyjśc, i nie przeszedł wprowadzenia. Doadatkowo, tabliczka informująca „nie odkręcaj śrub dopóki opona nie jest wpełni wypompowana” znajdowała się tylko po lewej stronie dźwigu a nie po prawej, gdzie miało miejsce nieszczęście.” Dalej w uzasadnieniu znajduje się temu podobny stek bzdur.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że stało się nieszczęście i trzeba było komus dopierd…. Procedury wprowadzające, o których wspomniała sędzina to pogadanka dokładnie taka, jaką stewardesa przeprowadza w samolocie przed startem. Mówią o specyficznych zagrożeniach w fabryce, sygnałach, drodze ewakuacji itp. Nie mówią np. żeby nie spuszczać wody w sedesie zanim się z niego nie wstanie, czy by nie wkładać gwoździ do kontaktu, czy nie tytułować managera per skur…… Nie mówią o tym, co każdy człowiek powinien wiedzieć korzystając z tak zwanego zdrowego rozsądku.  Nawet, gdyby te procedury były w ukaranej firmie przestrzegane w 100% w tym przypadku nie uchroniłyby człowieka przed śmiercią. Rozumiem, gdyby firma nie zabezpieczyła dynamitu, którego używa do kruszenia skał i kontraktor rzucając niedopałek doprowadził do eksplozji. Owszem, palić nie powinien, ale to firma nie zadbała o należyte zabezpieczenia. Tu jednak to kontraktor zginął z powodu własnego błędu a nie dlatego, że nie wpisał się do księgi wejść/wyjść czy dlatego, że nie wysłuchał w którą stronę uciekać w razie pożaru.

Przeraża mnie to. Jaka bowiem jest różnica czy „specjalista” został wezwany do fabryki czy do osoby prywatnej? To specjalista a nie zleceniodawca powinien być expertem w swojej dziedzinie i wiedzieć czym grozi zdejmowanie napompowanej opony. Czy zwykły szary ludzik, który do wymiany boilera wezwie elektryka a ten zginie porażony prądem bo nie wyłączył bezpieczników też będzie odpowiedzialny za jego smierć? A może jak najmę Panią do sprzątania, to musze jej powiedzieć, żeby nie piła płynu do mycia kibli oraz, że żelazko jest gorące i nie należy sprawdzać językiem czy już się nagrzało? Hmmm, muszę opracować „safety induction” dla naszego domu, bo Kłopot strasznie lubi gryźć po łydkach jak się wkurzy.

Pędzimy !!!

1 komentarz


Domowy wyrób alkoholi cieszy sie w Australii dużą popularnością. Kiedy po raz pierwszy tu przyjechałem jedną z egzotycznych, nieznanych mi wcześniej rzeczy były sklepy z ekwipunkiem dla domorosłych piwowarów i winiarzy. To dwa najpopularniejsze trunki, jakie wytwarza się metodą domową. Miodosytnictwo jest tu praktycznie nieznane a retyfikacja alkoholi wysokoprocentowych podlega specjalnym restrykcjom.

Amatorzy trunków z procentami mogą się zaopatrzeć w niezbedny sprzęt nawet w przeciętnym supermarkecie. Co prawda nie można tam kupić gotowego piwa, lecz bez problemu dostanie się beczki do fermentacji, drożdże, odżywki, specjalne „zestawy startowe” (o tym paragraf niżej) a nawet kapsle do butelek. Prawdziwą mekką sa jednak „Brew Shopy”, wyspecjalizowane sklepy, ze wszystkim co potrzeba do domowego wyrobu alkoholu. Oprócz wymienionych wcześniej rzeczy, które mozna znaleźć w supermarketach, tu możemy kupić wszelkiego rodzaju dodatki, barwniki, koncentraty, termometry, alkometry, hydrometry, kapslownice, itp. a nawet kompletne bimbrownice. Muszę jednak przyznać, że stosunek jakości do ceny tych ostatnich jest zatrważająco mizerny. Na dodatek technologicznie są niezmiernie prymitywne. O profesjonalnych 1,5m kolumnach retyfikacyjnych z refluxem mozna tylko pomarzyć. 

Najwiekszą popularnością cieszy się w Australii warzenie piwa. Proces technologiczny jest prosty jak drut. Zazwyczaj sprowadza się do kupna gotowego zestawu startowego w puszce, rozpuszczenia go w odpowiedniej ilości wody, dodaniu cukru, drożdży, odżywki i zamknieciu wszystkiego w pojemniku fermentacyjnym z rurką. Po odpowiednim czasie piwo rozlewa się do butelek, dodaje trochę cukru i odstawia by dojrzało.

Drugim co do popularności alkoholem wytwarzanym domowo z jakim się spotkałem jest ….. bimber. W Australii można legalnie, bez zezwolenia posiadać bimbrownice, o ile pojemnośc zbiornika nie przekracza 5l. Oficjalnie jednak nie można jej wykorzystywać do destylacji alkoholi. Jeśli chcemy na własną ręke (i dla własnych potrzeb) wytwarzać mocniejsze trunki musimy się zarejestrować w urzędzie, zdobyć licencję na produkcję alkoholu i płacić do fiskusa odpowiedni haracz. W chwili obecnej akcyza na domowej roboty destylaty wynosi 60 AUD za litr 100% spirytusu. Jeśli licencjonowany gorzelnik wyprodukuje np. 45% wódkę to musi odprowadzić 27 AUD podatku od każdego litra. Z rozmów jakie odbyłem w pracy wynika, że lekko licząc ponad połowa załogi Fabryczki zajmuje się tym procederem, z pominieciem spraw podatkowych oczywiście.

Australia w mniemaniu jej mieszkańców na cały świat słynie z wina. Znajduje to odzwierciedlenie w lokalnych sklepach monopolowych, gdzie wino stanowi pokaźną wiekszość asortymentu. W zaciszu domowych balonów ustępuje jednak w stosunku do piwa i bimbru. Trudno mi wyjaśnic ten fenomen. Może tłumaczyc to, faktem, że jednak przy wyrobie wina trzeba się więcej napracowac niż wytwarzając piwo z gotowego zestawu a moc alkoholu nie wynagradza wysiłku, tak jak ma to miejsce w przypadku czegoś destylowanego?

Duet Szpulka i harom, spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością właśnie od poniedziałku dołączył do szrokiego grona domowych wytwórców. Będąc z posiadaniu 2 pojemników do fermentacji postanowiliśmy zrobić z nich użytek. Do pierwszego zakupiliśmy w supermarkecie gotowy zestaw piwa jabłkowego, cidera. Wymieszaliśmy wszystko jak przykazała instrukcja, nastawiliśmy i….. nie ruszyło. Dziś bedę musiał pogonić je jeszcze raz. W drugim pojemniku nastawiliśmy wino ryżowe. Kosztowało nas to sporo pracy. Samo wypłukanie 5kg ryżu już jest wyzwaniem. Dodatkowo trzeba było przegotować i ostudzić ponad 18 litrów wody. Mam nadzieje, że winko zaskoczy i nie będzie to pierwsze i ostatnie wino jakie nastawimy w Australii. Tym bardziej, że strasznie za mną chodzi, by pokusić się o sfermentowanie miodu. Taki trójniak wymaga zacięcia i cierpliwości, bo samo leżakowanie to najlepiej z półtora roku ale ambrozja w gębie wynagradza to w zupełności.

Z alkoholowym pozdrowieniem.


  • RSS