Czwartek – Czwartek zaczął się niemrawie i tak by się skończył gdyby nie doniesienie meteorologów, że w Zatoce Karpentaria uformował się tropikalny niż. Oznacza to nie mniej ni więcej tylko możliwość powstania cyklonu.

Piątek – Jak podają meteorolodzy już jest 50% szansy, że niż przerodzi się w cyklon. Choć cała rzecz dzieje się grubo ponad 1000 km na zachód powoli przemieszcza się w stronę Cairns dodatkowo pchając przed sobą ogromne nagromadzenie chmur deszczowych. Lokalne gazety donoszą o pierwszej ofiarze smiertelnej. Szesnastolatek z Outbacku chciał na motocyklu przejechać strumień. Porwała go wezbrana woda.

Sobota - Meteorologowie potwierdzają, niż przerodził się w tropikalny cyklon Charlote i przemieszcza się na zachód. Cyklon kategorii 1 w 5-cia stopniowej skali, czyli postraszy, ale destrukcyjnej siły nie będzie. Jeśli nie osłabnie nad lądem do Cairns dotrze w poniedziałek nad ranem. W Cairns zaczyna siąpić deszcz. Nic wielkiego, ot nieustanna zawiesina wody w powietrzu niczym jesienne szarugi czy przedwiośnie w Polsce.

Niedziela. – Cyklon uderza w ląd, chwilę wcześniej osiągnął 2 kategorię. Media donoszą o gigantycznych opadach na Płaskowyżu około 300 km na zachód od Cairns. W mieście coraz mocniej pada. To już nie mżawka, to już regularny deszcz.  Późnym wieczorem dowiadujemy się, że cyklon słabnie i rozejdzie się zanim dotrze do Cairns. Około 22.00 zaczyna się ulewa. Dosłownie oberwanie chmury. Rzęsiste opady niczym podczas gwałtownej burzy w Polsce dudnią o blaszany dach naszego domu. Musimy podnosić głos by usłyszeć się na wzajem. Czuję się jak na koncercie heavy metalu, tyle, że nie na widowni ale w srodku perkusji. W połowie nocy deszcz nie ustaje nawet na sekundę. Przestraszony kot wciska się nam do łóżka. Nie idzie w nogi jak zwykł to robić ale kładzie się tuż przy naszych głowach.

Poniedziałek. – Wstaję rano do pracy. Na podwórku mamy dwa stawy, jeden na trawniku przed domem, drugi za. Jem śniadanie, w radio podają że dziś będzie „king tides”. To największa fala przypływu. O ile podczas zwykłych przypływów woda podnosi się o ok. 2m tak dziś bedzie ponad 3.8m. Jest to o tyle istotne, że cofająca się woda oceanu wedrze się poprzez sieć kanałów głęboko w ląd. Wypełnione kanały nie będą miały miejsca by pomieścić deszczówkę. Deszcz non stop leje. Od wczoraj nie przestał nawet na sekundę. Wyjeżdżam do pracy. Wycieraczki nie nadążają zbierać wody na 2-gim brzegu. Pierwsza przeszkoda pojawia się już kilkaset metrów od domu. W poprzek drogi płynie szeroki na dwa podwórka strumień. Widżę asfalt, więc wiem, że przejadę. Powoli, nie więcej niż 5km/h pokonuję przeszkodę. Rodzi się jednak myśl, czy będę w stanie wrócić tędy po południu. Wyjeżdżam na główną drogę do miasta. Tuż za naszą plażą jest spora łąka, na której można zobaczyć dziesiątki kangurów. Mógłbym przysiąc, że stoją tam jak zwykle w płetwach i maskach z rurkami. Słucham radio. Od wczoraj spadło na miasto już 296 mm wody. Kilka osiedli znajdujących się na półwyspach zamieniło się w malownicze wyspy. Dolina Redlinch kompletnie odcięta. Newralgiczny most na rzece Mulgrave, gdzie utknąłem w zeszłym roku już jest tylko 0,5 m nad wodą. Nie ma mowy, poleje tak kilka godzin więcej i woda popłynie górą. Wolę utknąć po właściwej stronie rzeki. Decyduję się wrócić do domu. Mijam Trinity Beach, plażę sąsiadującą z nami. Jeden pas ruchu wyłączony zupełnie, drugi, tak ze 20 cm pod wodą. Znów powoli, na 2-gim biegu pokonuję przeszkodę. Na naszej plaży próbuję dojechać do domu okrężną drogą. Dobrze, że jadą przede mną inne samochody, przynajmniej widzę ile wody jest na jezdni. Tuż przy kanałku odprowadzającym deszczówkę do oceanu widzę jak „jeep” z napędem na 4 koła wyciąga z wody pick-upa (zwanego tutaj ute). O nie, tędy to nie przejadę. Zawracam i dojeżdżam do domu przez ten sam uroczy strumień pędzący przed dwa podwórka. Szpulka ma dziś wolne. Zastaję ją zamiatającą szczotką…….. trawę. Ziemia jest tak mokra, że nie przyjmuje wody, więc Szpulka zmiata ją w kierunku kratek odpływowych. Ja biorę kilof i łopatę i idę odkopać i pogłębić odpływ z przodu domu. Około dziesiątej deszcz ustaje. Do końca dnia będzie jeszcze kilka ulew, ale generalnie monsun oddalił się na południe. W południe udajemy się na objazd po mieście. Centrum miasta około 1m pod wodą. Hotel w którym pracuje Szpulka po 80 latach znów stał się „water front”. Wszystkie osiedla sąsiadujace z kanałmi burzowymi przypominają jeziora. Tu i ówdzie majaczą dzieciaki w kajakach, na dmuchanych dętkach czy deskach surfingowych. Po południu radio podaje, że w ciągu 24 godzin na miasto spadło 400 mm deszczu. To tyle ile wynoszą średnioroczne opady na Mazowszu. Włączamy TV. W lokalnych wiadomościach przepiekne ujęcia z helikoptera. W wiadomościach centaralych reporter z Townsville donosi o katastrofie. W ciągu doby spadło im 90mm deszczu. Wybuchamy niepohamowanym śmiechem. Wieczorem utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem zostając w domu. Właśnie do mostu dotarła woda z gór i obecnie jest 1m ponad jezdnią. Jak nic utknąłbym na noc w szczerym polu.

Wtorek – Jedziemy z samego rana do pracy. Na łące za naszą plażą kangury stoją już bez masek i płetw. W centrum nie widać już śladu po powodzi. Na moście nad rzeką Mulgrave dużo naniesionego przez wodę mułu, kamieni, drewna, itp. Woda mniej więcej 2m poniżej jezdni. Nade mną piękne błękitne niebo z serią pierzastych obłoków. Ani śladu ciężkich ołowianych chmur deszczowych. Na moście około 3 km od mojej pracy również mnóstwo szlamu, mułu i połamanych gałęzi. Na przybrzeżnych drzewach widać osad tak mniej więcej do 2 metrów ponad obecny poziom wody. Gdybym nie widział powodzi na własne oczy nigdy bym nie uwierzył, ze to wszystko działo się wczoraj.


Średni  poziom wody w poniedziałek



Na naszej ulicy.


Lekcja pokory