Jeśli dobrze pamiętam pierwszą książką sci-fi, którą przeczytałem byli
„Astronauci” Lema. Działo się to gdzieś w połowie podstawówki. Wkrótce
na warsztat poszedł „Kongres Futurologiczny”. Nie zaowocowało to jednak
wybuchem wielkiej i niepohamowanej miłości ani do fantastyki, ani do
Lema. Czytałem dużo i wszystko co wpadło w ręce. Byłem mało wybiórczy.
Był i „Magazyn Polski” i „Młody Technik”, „Szkiełko i oko” i
„Miesięcznik Fantastyka”, z przymusu „Kraj Rad” a z wyboru „Żagle”, 
„Wiedza i Życie”, „Poznaj Świat” i „Bajtek”.  Z doskoku, choć raczej niezbyt często
„Mówią Wieki”. Z biegiem czasu okazało się, że jedne pisma wpadają do
prenumeraty, inne z niej wypadają ale od dłuższego czasu utrzymuje się
„Miesięcznik Fantastyka”, zastąpiony później przez „Nową Fantastykę”.
Tak powoli, systematycznie, krok po kroku uzależniałem się od s-f i
fantasy. Kiedy poszedłem na studia nie czytałem już chyba nic innego,
nie wyłączając akademickich skryptów. Dziś chciałbym zamieścić mój
subiektywny ranking pozycji, które wywarły na mnie największe wrażenie.

Pierwsze miejsce bezapelacyjnie i bezkonkurencyjnie trylogia „Pamięć,
Smutek i Cierń” Tada Williamsa. Najlepsze dzieło fantasy jakie
czytałem. Później jest długo, długo, długo nic. Czytałem to po polsku i
w oryginale, kilka razy. Oryginał wydał mi się lepszy. Jest tu wszystko
co powinno być w dobrej fantasy, a przede wszystkim dokładne, kompletne
i opisane z detalami uniwersum. Kiedy czytałem ją pierwszy raz
myślałem, że Williamsowi płacą od kilograma tekstu. Cała trylogia ma
coś około 3500 stron a akcja rozkręca się przez mniej więcej pierwsze
200. Później zrozumiałem, że autor misternie i precyzyjnie buduje
świat, w którym rozgrywa się akcja, z detalami, bogatymi i plastycznymi
opisami. Nie czytałem drugiej tak kompletnej, dobrze napisanej i
porywającej fantasy.

Zaraz za trylogią Williamsa postawiłbym Sapkowskiego z jego
opowiadaniami i „Sagą o Wiedźminie”. Właściwie za opowiadania i
pierwsze trzy tomy sagi. Później już zabrakło mu inwencji i tomy „Wieża
Jaskółki” oraz „Pani Jeziora” uważam za przeciętne gnioty. Sapkowski
podbił moje serce sprawnym i bogatym językiem, dużą elokwencją, oraz
bogatym zaczerpnięciem z mitologii i wierzeń Słowian. Onegdaj bardzo
się interesowałem wierzeniami Słowian, nie mogłem zrozumieć dlaczego w
szkole ucza mnie mitów greckich a nic a nic nie ma o naszej własnej
demonologii. Próbowałem dotrzeć do ludzi o podobnych zainteresowaniach,
ale okazywało się, że grupy rodzimowierców albo były ugrupowaniami
skrajnych nacjonalistów, albo skinheadów a najczęściej jednych i
drugich.

Na trzecim miejscu postawię „Całą prawdę o planecie KSI” Janusza A.
Zajdela. Ufff, bardzo ciężki kawałek fantastyki socjologicznej. I
właśnie dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Ledwo przez to
przebrnąłem. Porzucałem, później wracałem, czytałem od początku. I
mimo, że nurt ten mnie nie porwał mała wycięta z gazet broszurka,
zszyta domowym sposobem w książkę pozostała na długo w mojej pamięci,
tworząc pewien kanon, do którego mogłem odnosić kilka innych pozycji z
nurtu literatury socjologicznej.

Miejsce czwarte przypadnie Kalowi E. Wagnerowi za jego cykl o Kane.
Przeczytałem go w trochę zmiksowanej kolejności. Pierwszą pozycją jaka
wpadła mi w ręce był „Pierścień z Krwawnikiem”. Było to coś
niesamowitego. Książka formatu szkolnego zeszytu wydrukowana na
fotopowielaczu. Szara okładka żywcem zrobiona chyba z pudełka po butach
a za nią równie szare kartki pokryte klasyczną czcionką maszyny do
pisania. Całość wyglądała jak jakaś nielegalna podziemna bibuła.
Przyznam, że w pierwszej chwili właśnie ten „nielegalny” wygląd mnie
zaintrygował. Oczekiwałem czegoś na kształt Orwellowskiego „Folwarku
Zwierzęcego” czy „Roku 1984″, słowem dzieła z drugiego obiegu. Trafiłem
na fantasy, która rozpaliła moje zmysły. To było w pierwszej lub
drugiej klasie liceum. Sapkowski w Fantastyce opublikował dopiero jedno
lub dwa opowiadania, Tolkien mnie nie pociągał, a Ursulę Le Guin chyba
jeszcze nie zaczęto wydawać.

Miejsce piąte dla Larego Nivena za „Pierścień”. Powieść nie jest ani
specjalnie odkrywcza, ani zachwycająco piękna. Ani fabuła, ani język
nie zbliżają się do pojęcia arcydzieła. Ja jednak po przeczytaniu długo
rozmyślałem nad jej przesłaniem. Powieść ta to wielowymiarowa historia,
o tym, że nie wszystko jest
przesądzone, koleje losu nie zawsze prowadzą w miejsce, do którego
zmierzamy, że nie da się przechytrzyć Boga (Przeznaczenia), a
super-nowoczesne technologie czasem bledną w konfrontacji ze zwykłym
szczęściem.

I na koniec miejsce szóste dla Rogera Zelaznego za jego kroniki Amberu.
Mam tu duży dylemat. Książki są ubogie językowo i napisane bardzo
prosto. Idea, pomysł na fabułę jest jednak genialny. To jedno z tych
dzieł, gdzie chciałoby się by Zelazny współpracował z Sapkowskim czy
Williamsem. Zelazny snułby opowieść, a inni oblekali ja w formę i
treść.

Jest jeszcze jedna powieść, która nie daje mi spokoju. Nie pamiętam ani
autora, ani tytułu. Chciałbym ją ponownie przeczytać, ale nie wiem jak
znaleźć. Może ktoś z „czytaczy” posłuży wskazówką? Książka ta jest o
człowieku, który budzi się gdzieś na obcej planecie. Zamieszkują ją
„anioły”, na które mówi „ono”. Jedzenie znajduje w wielkich betonowych
bunkrach. Przez całą powieść przewija się motyw braku zegarka. Na końcu
bohater dociera do wielkiej rozpadliny, kanionu, na którego
przeciwległym brzegu widać same kobiety. Finał jest taki, że bohater
dowiaduje się, iż ludzie chcieliby mieć jedzenia pod dostatkiem, nie
liczyć czasu i móc zobaczyć kobietę. No to ktoś im taki świat stworzył.
Jak dobrze pamiętam autorem był Polak. Kojarzy ktoś?