harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: kino

 
 Horror to gatunek, który wymaga od widza skupienia, zaangażowania emocjonalnego i inteligencji. W przypadku braku tej ostatniej zostaje użyć powolnych ruchów głowy markujących potakiwanie ze zrozumieniem. W mniemaniu haroma poradniki rzeźnika, gdzie jest dużo krwi a ludzie obcinają sobie kończyny za pomocą ostrych narzędzi nie mieszczą się w kategorii horror. Dobry horror nie musi być „straszny” musi wciągać, kusić intrygować zmuszać do myślenia i zaskakiwać, bynajmniej nie siekierą zza węgła. Harom lubi jak pierwsze skrzypce w horrorze grają aktorzy a nie narzędzia ogrodnicze. Oto  subiektywna lista horrorów, które wywarły na mnie największe wrażenie i zasługują na nieustające uwielbienie. 

1. Duch (Poltergeist – reżyseria Tobe Hooper 1982) – Wielki przebój kinowy wyprodukowany przez Spilberga. Niesamowicie opowiedziana „ghost story”. Nawet jakże amerykańska scena z krwią i robakami nie jest wyrwana z kontekstu. Widziałem ten film kilkanascie razy. Na początku myślałem, że podobał mi się, bo to jednen z pierwszych horrorów, na których byłem w kinie. Po kilku następnych seansach utwierdziłem się, że to jednak film ponadczasowy. Przez długie lata był No 1 wyprzedzając o klika długości konkurencję.

2. Krąg (The Ring reżyseria Hideo Nakata, 1998) – Prawie podgryzł ducha na pozycji lidera. Za co ? Za nastrój. Bez spektakularnych efektów specjalnych, muzyki sugerującej, że za chwilę wyskoczy szaleniec z piłą łańcuchową, bez głupiutkich małolat mordowanych na ruziny Nakata tworzy bardzo kameralny obraz, który na długo zapada w pamięć. Na dodatek szumy i trzaski pokazane na taśmie video nieodzownie porzywodza mi na myśl Ducha. Uwielbiam ten sposób budowania napięcia, tą manierę aktorów. W 2002 roku wyszedł amerykański sequel. Warto porównać obie produkcje by zrozumieć czym różni się dobry horror od przeciętnego hollywoodzkiego filmu klasy „B”.

3. Omen (reżyseria Richard Donner, 1976) – To horror legenda, klasyka gatunku. Niesamowia muzyka, klimat wszechobecnego strachu i gra aktorska to główne atuty filmu. Uzupełniają one przemyślaną fabułę i nieprzewidywalne zakończenie. Oto zapowiadany w biblii Antychryst przychodzi na Ziemię we własnej osobie. Syn Szatana ukazany jest w filmie nie jako jakś bliżej nieokreślona, nadprzyrodzona, nieuchwytna moc, ale jako realna postać, człowiek z krwi i kości, którego nie można ot tak po prostu zabić osikowym kołkiem.

4. Rzecz (The Thing -reżyseria John Carpenter, 1982) – Uwielbiam Johna Carpentera za horrory, „Ucieczkę z Manhattanu” i za to, że do głównych ról zatrudniał Kurta Russela. Rzecz po niemrawym początku, który ma uśpić widza przeistacza się w katedrę strachu. Reżyser tworzy atmosferą odosobnienia w której nikt nikomu nie ufa.

5. Mgła (The Fog, reżyseria John Carpenter, 1980) – Nie mylić pod żadną postacią z remakiem z 2005 roku lub ekranizacją Stephena kinga z 2007 pod tym samym tytułem. W myśl zasady, że strach ma wielkie oczy i najbardziej się boimy tego, czego nie widzimy lub nie rozumiemy Carpenter niespiesznie buduje napiecie. Jak podaje jedna z recjenzji ” Tak naprawdę, cały film utrzymany jest w takiej właśnie gawędziarskiej konwencji. To więcej niż horror, to filmowa pieśń kubryku, trwająca 86 minut nastrojowa ponura ballada o śmierci, chciwości i zemście”. Nic dodać, nic ująć.

6. Egzorcysta (The Exorcist reżyseria William Friedkin, 1973) – Film po 35 latach nadal cieszy się sławą jednego z najlepszych horrorów. Ma niezapomniane, realistyczne i na prawdę budzące groze sceny opętania. Z zadania wystraszenia widza wywiązuje się na medal.

7. Lśnienie (The Shining, reżyseria Stanley Kubrick, 1980) – Za powieść Stephena Kinga, za reżyserię Kubricka, za genialną kreację Nicholsona i za muzykę Pendereckiego.

8. Ukryty wymiar (Even Horizon reżyseria Paul W.S. Anderson, 1997) – Dość dobry horror i kiepski film sci-fi. Pomysł w swoim fantastycznym wymiarze wydaje się nieco zaczerpnięty z Lema (Solaris). Film, na którym można się bać, choć jak na mój gust obyłoby się bez jadki i rzeźni. Podoba mi się jak sugestywnie buduje atmosferę zagrożenia.

9. Honogurai mizu no soko kara ( From the Depths of Dark Water, reżyseria Hideo Nakata, 2002) – nie znam polskiego tytułu, o ile w ogóle film ten ukazał się w Polsce. To kolejne dzieło reżysera Ringu. Może trochę na wyrost  w rankingu, ale duże brawa za zdjęcia i efekty dźwiękowe.

10. Klątwa Ju-on (Ju-on: The Grudge reżyseria Takashi Shimizu, 2003) – Cały czas zastanawiam się nad tym filmem. Im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewny, że niedługo awansuje na tej liście. To kolejna japońska produkcja, która buduje nastrój niesamowitej grozy. Trochę trudna w odbiorze, bo to zbiór jakby niepołączonych ze sobą scen. Dodatkowo przydaje się choćby szczątkowa wiedza o japońskim świecie duchów czy okultystyce.

 


Tak sie jakoś ostatnio porobiło, że do kina chodzimy z pewnym opóźnieniem. Tym razem wypadło na „Australię”. Właściwie to nie wybieraliśmy się na ten film w ogóle, ale… No tak, zawsze jest jakieś „ale”. Otóż przeczytwaszy kilka recenzji oscylujących w przedziale od „arcydzieło” (głównie w Australii) aż po „można iść, tylko po co?” (np. w Polsce) postanowiłem iść i wyrobić sobie własne zdanie.

Zacznę od końca, czyli podsumowania. Na film warto się wybrać z kilku powodów. Powód pierwszy, to ten dla którego film powinien być wyświetlany  w szkole filmowej na zajęciach z reżyserii jako przestroga, czyli jak z fantastycznego i nośnego scenariusza można zrobić zwykłego gniota. Powód drugi, to ten dla którego film powinien być w tej samej szkole wyświetlany na zajeciach z robienia zdjęć, czyli jak można zwykłego gniota za pomocą mistrzowskich ujęć wyciągnąć ponad przeciętność.

Australia ma wszystko, co powinien mieć film klasowy. Ma wielką miłość, tajemnicę, dramaturgię, przygodę, wielką wojnę w tle. To na prawdę wielka szuka z tego materiału sklecić tak żałosny film. Baz Luhrmann powinien poprzestać na napisaniu scenariusza pozostawiając reżyserię choćby średnio rozgarniętemu absolwentowi filmówki. Co konkretnie zabia ten film? Na początek odtwórcy głównych ról. Nicole Kidman przez cały film wygląda jak porcelanowa lalka a Hugh Jackman bardziej pasuje na członka boysbandu niż prawdziwego jackaroo. Trudno również znaleźć bardziej nienaturalne dialogi miedzy bohaterami. I nie chodzi, co mówią do siebie, ale jak mówią.  Luhrmann umiejętnie zabił całą dramaturgię i emocję skrywanej tajemnicy. Scena śmierci Aborygenki została paskudnie strywializowana, jej pogrzeb jeszcze bardziej. Trzydniowy marsz bohaterów z 1500 sztuk bydła poprzez targaną piaskową burza pustynię trwa krócej niż scena w której Jackman zdejmuje ramiączko stanika Nicole Kidman. Tajemnica morderstwa aborygeńską dzidą nie podsyca akcji, trwa może 5 minut. Gdybym wiedzę o „stolen generations” czerpał z tego filmu, to umieszczenie dzieci półkrwi aborygeńskich w katolickich misjach traktowałbym jako akt miłosierdzia a wywóz młodego Nullah do misji jak wycieczkę na letnią kolonię. Generalnie film jest dość schematyczny. Po scenie pokazującej trudności następuje scena gdzie wszystkie kłopoty sa już rozwiązane. Jak przypadło na poprawny politycznie film, źli osadnicy dyskryminuja Aborygenów, kobiety i Chińczyków. Za to „ferajna” głównych bohaterów to „sól tej ziemi” czyli angielska szlachcianka, biały jackaroo, adoptowany osierocony półkrwi aborygeński dzieciak, dwie aborygeńskie kobiety w rolii jillaroo oraz Chiński kucharz. Wszyscy zgodnie, ramie w ramie dążą do tego samego, wsppólnego celu w sposób jaki nakazuje antydyskryminacyjne prawo jak socjalistycznej ojczyźnie.


Dwa mocne punkty tego filmu to jak już wspomniałem zdjęcia oraz odtwórca roli małego półkrwi Aborygena Brandon Walters. Zarówno Kidman jak i Jackman powinni pójśc do młodego na warsztaty. Wiele, na prawdę wiele mogliby się od niego nauczyć. O zdjęciach nie da się napisać wiele poza tym, że są oszałamiające, zapierające dech w piersiach i niepowtarzalne. Atmosferę tą tworzą nie tylko plenery, ale przede wszystkim sposób ich filmowania. Szerokokątne ujęcia, wiele zdjęć z powietrza. I nie zepsuje tego nawet kiepsko dorobiony komputerowo obraz krowy spadającej w przepaść. Słowem arcydzieło. I to właśnie dlatego, mimo, że film trwa ponad trzy godziny, trywialna love story w ogóle się nie dłuży.

P.S. Jak już się wybierzecie na film, zwróćcie uwagę na seans „Czarnoksiężnika z Oz” w kinie w Darwin. W pierwszej scenie jest to czarno-biały obraz w drugiej już pokazują kolorowy. Smaczku dodaje fakt, że tą wersję nakręcono w sepii, czyli nie była ani czarno-biała ani kolorowa.


  • RSS