harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: fnq


To był wczesny marcowy wieczór. Oświetlające izbę lampy naftowe dawały ciepły migotliwy blask kładąc miliony cieni na sufit i ściany. Drewniane deski podłogi skrzypiały pod stopami rodziców i dudniły niczym taraban pod nogami ganiających się dzieci.  Mała, dziewięcioletnia Maria bawiła się ze swoim o trzy lata młodszym bratem Luigi. Końcówka sezonu monsunowego była bardzo ciężka dla pracowników najemnych, jakim był ich ojciec, emigrant z Włoch. Dla bogatszych emigrantów, farmerów lub drobnych handlarzy okres ten nie był również łatwy. Beztroską zabawę rodzeństwa przerwał znany, złowrogo brzmiący odgłos zblizających się konnych. To już nie pierwszy raz, Maria już nie płakała, bez słów wiedziała co ma zrobić. Chwyciła swojego brata za rękę i pociągnęła do sąsiedniego pokoju. Tam na samym środeczku stał ogromny, zdolny pomieścić 8 osób stół. Zwisające z niego nakrycie sięgało samej ziemi. Rodzeństwo wślizgnęło się bezszelestnie pod spód. Maria ostrożnie by nie wydać najmniejszego skrzypnięcia uniosła wielką klapę w podłodze. Gdyby działo się na prawdę źle, miała wyślizgnąć się z domu przez otwór, przeczołgać na podwórko i pobiec w stronę lasu, (broń Boze nie na plantację trzciny) znaleźć jakiś wykrot i przeczekać tam z bratem do rana. Rankiem zaś pomaszerować do mieszkającej 6 km dalej ciotki. Na razie siedziała cichutko pod stołem w ciemnym pokoju obserwując przez szczelinę co się dzieje w sąsiedniej izbie. Trochę wypaczone a trochę źle dopasowane drzwi rozwarły się z impetem z hukiem uderzając w ścianę. Do środka weszło dwóch wysokich odzianych w woskowane skóry mężczyzn. Śmierdzieli tak, że siedząca w sąsiednim pokoju Maria po zapachu mogła bez problemu rozpoznać nie tylko wiek ale i maść koni na których przyjechali. Nie byli pijani, więc nie będą się dziś awanturować, zanosiło się na to, że odjadą szybko, jak tylko się najedzą.  Dziewczynka lekko odetchnęła, jej brat dziś był bardzo dzielny, siedział cichutko jak mysz pod miotłą, nie chlipał pod nosem jak kilka razy wcześniej. Maria już sie przyzwyczaiła do nocnych wizyt, ale kilka miesięcy wcześniej po odjeźdie konnych długo nie mogła usnąć trzęsąć się ze strachu i chichutko popłakując wtulona w piersi swojej mamy. Często w nocy męczą ją jednak koszmary, w których ucieka z płonacego domu w stronę lasu a za nią  pędzi konno pijany, napastnik wlokąc po ziemi jej tatę.  Rodzice rodzeństwa nie musieli płacic haraczu jak jej bogatsi krewni. Musieli jednak w zamian za „ochronę” zapewnić członkom „Czarnej Ręki” wikt i opierunek o każdej porze dnia i nocy. 

Tą opowieść usłyszałem w  piątek podczas przerwy śniadaniowej. Mała Maria, to matka jednego z naszych kolegów z biura. Byłem zszokowany. Nie dawało mi to spokoju. W porze lunchu postanowiłem zrobić własne małe, prywatne śledztwo. Pojechałem do Innisfail, gdzie vis-a-vis supermarketu IGA mieści się siedziba Towarzystwa Historycznego. Tam rzeczywiście potwierdzili istnienie „Czarnej Ręki”, organizacji mafijnej działającej wśród włoskich osadników. Jedyna pełna monografia dotycząca regionu została wydana drukiem w 1973 roku. Przekartkowałem liczącą 409 stron pozycję. O Czarnej Ręce wspomniane jest 3 razy i to w stylu w jakim podreczniki z czasów PRL wspominały o Katyniu, czyli pobieżnie, politycznie poprawnie, tylko z dziennikarskiego obowiązku. Z siedziby Towarzystwa pojechałem do informacji turystycznej. Tam równiez potwierdzili mi istnienie owej organizacji, tyle że potraktowali to jako atrakcję turystyczną. Patrzcie jacy „cool” jesteśmy, mieliśmy nawet swoją mafię !!! Znacznie więcej mozna dowiedzieć się z gazet wydawanych w tamtych czasach. Nie podlegały cenzurze w takim stopniu jak oficjalna współczesna propaganda sukcesu, a nawet troszeczkę koloryzowały by nadac sprawie bardziej sensacyjny charakter. Przekopałem się przez tonę publikacji z tamtego okresu, z których dowiedziałem się o wielu pikantnych detalach. Tak zwany „wywiad środowiskowy” pozwolił mi uzupełnić ten obraz.

Włoscy osadnicy, którzy między Tully a Innisfail stanowili 80% społeczeństwa przywieźli ze sobą nie tylko spagetti, wiarę katolicką i zamiłowanie do muzyki. Razem ze wszystkimi dobrymi rzeczami importowali do Australii też włoską mafię. Specyficzna sytuacja, jaka miała miejsce się w północnym Queensland stworzyła przychylny klimat do jej rozwoju. Po pierwsze, australijskie banki nie chciały wówczas udzielać kredytów drobnym włoskim farmerom. Wolały kredytować bogatych anglosaskich przedsiębiorców lub przemysł wydobywczy. Jednocześnie wielu bogatych Włochów miało nadmiar gotowki, który ochoczo pożyczali na procent wahający się od 25% aż po 75%. By zapewnić sobie spłatę wynajmowali róznych nieciekawych typów, którzy egzekwowali długi lub przywoływali do porządku opornych. Po drugie, bedąca wówczas na głębokiej prowincji policja dbała jedynie o bezpieczeństwo i interesy niewielkiej grupy dobrze sytuowanych „zacnych obywateli” zostawiając porachunki wewnątrz włoskiej diaspory jako ich wewnętrzne sprawy. Z biegiem czasu zbrojne ramię windykatorów oderwało się od korzeni tworząc organizację zwaną Czarna Ręka i zaczęło wymuszenia na własny rachunek. W zamian za „opiekę” ściągali haracze od farmerów, opłatę w naturze od drobnych sklepikarzy czy rzemieslników oraz różne „usługi” od robotników najemnych. Opornym przytrafiały się różne nieprzyjemne sytuacje. Podpalano plantacje trzciny lub obejścia, okaleczano poprzez np. obcięcie uszu lub fizycznie likwidowano, jak wtedy gdy w biały dzień na głównej ulicy Innisfail wpakowano facetowi 6 kul z rewolweru. Sytuacja taka trwała przez wiele lat. Lektura gazet z epoki pokazuje również, że czasami próbowano nawet sztuczek niczym oświadczenie z Sexmisji, gdzie „mężczyzn nie było, nie ma i nie potrzeba” zaprzeczając wogóle istnieniu jakiejkolwiek mafi. Ostatecznie kiedy sprawa stała się wstydliwa już nawet na poziomie federalnym władze wzięły się do roboty i deportowano kilku członków Czarnej Ręki. Nie wyłapano jednak wszystkich i mimo odtrąbionego sukcesu włoska mafia działała jeszcze przez jakiś czas. Z biegiem lat organizacja „zmarła śmiercią naturalną”. Część bandytów wyrżnęła się na wzajem inni wzięli sobie do serca maksymę, że drugi milion dolarów możesz zacząć zarabiać uczciwie i przeobrazili się w biznesmanów dając początek kilku znanym i poważanym dziś w okolicy rodom.

Kilka wstawek „w temacie”:


http://newspapers.nla.gov.au/ndp/del/article/10915979
morderstwo

http://newspapers.nla.gov.au/ndp/del/article/17397623
podpalenie

http://newspapers.nla.gov.au/ndp/del/article/11954906
policja może zacznie dzialac

Nie wszyscy emigranci trafili do Australii z wyrachowania czy czystego przypadku. Całkiem spora grupa nieprzystosowanych do „nowoczesnego” życia indywidualności, żyjących w zamkniętym  świecie swoich marzeń i pragnień, nierzadko całkiem oderwanych od rzeczywistości trafiła tu w pogoni za ułudą, światem istniejącym w książkach Arkadego Fidlera, Janusza Wolniewicza czy Wojciecha Dąbrowskiego. Dla nich rodzina LeSueur z Cairns jest tym czym dla suchej studni woda, order Lenina dla prawdziwego komunisty czy wyrywający się z tysięcy gardeł piłkarskich kiboli okrzyk „ch… ci w dupę” dla Roberta Biedronia.

Gavin i Catherine LeSueur wraz z trójką dzieci oraz dwoma kotami zamieszkali na pokładzie katamaranu „Chaotic Harmony” w kwietniu 2006 roku. W lipcu tego samego roku opuścili port w Cairns wypływając w dwuletni rejs po Pacyfiku. Ich trasa wiodła poprzez Luiziady, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi i Nową Kaledonię z powrotem do Cairns. Fascynuje mnie jak piecioosobowa rodzina potrafiła się zorganizować na 13,7m katamaranie i wieść na tyle ile to jest możliwe normalne życie. Choć nie da się ukryć, że normalne ono nie było. Ich najmłodszy syn Fletcher, który miał 3 lata kiedy wyruszyli z pewnością odstawał od swoich rówieśników, którzy zostali na lądzie. Zamiast happy meal w McDonaldzie jadał to, co złapało się na wędkę i owoce które dostarczali mieszkańcy mijanych wiosek, zamiast japońskiej mangi śledził delfiny śmigające obok katamaranu, nie nauczył się jeździć ani na rowerze ani na deskorolce. Nie miała normalnego życia australijskiej nastolatki również Estela, najstarsza z rodzeństwa, która podaczas rejsu obchodziła 16 urodziny. Rzekłbym miała dość ograniczoną okazję urwania się na randkę z chłopakiem.

Na przestrzeni dwóch lat LeSueur’owie przeżyli kilka sztormów, odwiedzili setki błękitnych lagun i bezludnych wysepek. Wytrzymać tak długo w pięć osób (plus dwa koty) na ograniczonej przestrzeni katamaranu wymaga żelaznego charakteru i ogromnych pokładów tolerancji. O tym wszystkim, co przytrafiło się podczas podróży możecie przeczytać TU. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby rzucić zaszufladkowane życie i rzucić się w wir wolności, niezależności i przygody. Czemu o tym piszę? Bo to jest własnie dla mnie niemal jak biblia, wzór niedoścignionych marzeń i pragnień. Rodzina, która stoi za sobą murem, dzieląca jedną pasję i ten powiew wolności i możliwości decydowania co zrobić juro. Niestety musi upłynąć jeszcze trochę wody w Barron River zanim zrealizuje podobny scenariusz, a zrealizuje na pewno. 

Chaotic Harmony podczas rejsu.

DSCN1156
I cumująca w marinie w Cairns

Przedłużająca się cisza na blogu spowodowana jest tym, że w ostatnich dniach moje życie uległo całkowitemu wywróceniu. Nie chcę wnikać w szczegóły, bowiem chyba wyrosłem z okresu emocjonalnego ekshibicjonizmu na blogu. Wszak i tak w miarę upływu czasu wszystko się wyjaśni. Tak czy siak, bardzo ciężko mi zebrać myśli a sklecenie trzech zdań z sensem nabiera znamion „mission impossible”.
 Na szczęście dla bloga w tym tygodniu miała miejsce całkiem sympatyczna sytuacja w Fabryczce. W środku tygodnia tak się złożyło, że biuro było nieco opustoszałe. Bezzębny wraz ze Zbieraczem Zamówień podróżowali służbowo, główny inżynier doglądał na hali inspekcji suwnic a kierownicy sekcji maszyn i sekcji „montowania” z braku personelu zakasali rękawy i pracowali na równi ze swoimi podopiecznymi. W biurze było w cicho i spokojnie. Wkurzało jedynie równomierne buczenie klimatyzatorów. Czasami kiedy wpadało w wibrację drewniane obicie ścian, na których wiszą klimatyzatory po prostu je wyłączałem na kilka minut. Siedząc w błogiej ciszy i dłubiąc z nudów w nosie wyrwany zostałem z letargu odgłosem skrobania w ścianę korytarza. W miejscu gdzie mieści się nasze biuro takich dźwięków się nie lekceważy. Poderwałem się na nogi i pobiegłem sprawdzić. 
W wąskim przedsionku oddzielający pokój kierowników sekcji, głównego inżyniera, archiwum i pomieszczenie Bezzębnego zobaczyłem coś wielkości piłki do koszykówki w całości pokryte kolcami. Było niesamowicie szybkie. W panicznych ruchach biegało od ściany do drzwi starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki. Jodie – krzyknąłem do naszej koleżanki z pracy, wołaj Shanona, powiedz by wziął rękawiczki i worek, mamy jeża w biurze. Jodie w drodze z recepcji na miejsce zdarzenia uświadomiła mnie, że w Australii nie ma jeży, a ja dopiero wtedy zobaczyłem długi rurkowaty pyszczek i charakterystyczne dla samca wydłużone pazury – ostrogi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że po raz pierwszy na żywo widzę jedną z australijskich ikon – kolczatkę. 
Shanon, nasz specjalista od węży, krokodyli i wszelkich innych dzikich żyjątek, fachowo obejrzał kolczastą kulkę. Była w dobrej formie, wymagała jedynie usunięcia kilku kleszczy. Po krótkiej sesji zdjęciowej rozeszliśmy się z powrotem do swoich obowiązków. Shanon poszedł spawać kolejne wagony, Jodie odbierać telefony a ja dłubać w nosie. Kolczatka jeszcze tego samego wieczora wróciła do lasu. 
IMG_3991
Kolczatka rozrabiająca na korytarzu. Niesamowicie szybki zwierz
musiał się wślizgnąć gdy ktoś wychodził z biura na halę.

IMG_3992

Tu nieco widąć charakterystyczny długi ryjek. 
IMG_3993
A tu pięknie wyeksponowane „ostrogi”.
P.S. W naszym biurze dość często pojawiają się niespodziewani goście. Największym zaskoczeniem jednak było jak robotnicy zaczynający pracę z samego rana zastali na hali …… dwa konie !!!

 


Fitzroy Island w całej okazałości. Fotka ze stron nieczynnego resortu.

 



Takie ławice śmigają przed oczami turystów za dnia.
Miedzy 3 w nocy a 7 rano w tym samym miejscu średnia wielkośc ryby to ponad 1m.



Koralowa plaża z widokiem na stały ląd.



Nudey Beach, miejsce uwiecznione na setkach pocztówek z regionu.
 Ta sama plaża z innego ujęcia znajduje się na fotce głównej bloga.



Żółto-czerwone kajaki wnoszą pewne ożywienie do kadru i łamią monotonię barw.



Autor w okularach spawacza na okrutnie nieprzyjemnej dla stóp koralowej plaży.



Wsłuchując się w szmer korali w oczekiwaniu na zachód słońca.



Droga na szczyt. Wyasfaltowane koleiny pozwalały na dostarczenie zapasów
dla obsługi latarni morskiej.Dziś to dość forsowna ścieżka spacerowa.


LighhouseWalk
Górzysty środek wyspy ma zupełnie inne, bardzej surowe oblicze niż jej zawietrzne plaże.

OldResort1 
Stary Resort. Tablica upamietniająca początek ery turystycznej na wyspie.
Dziś już opuszczony i zaniedbany powoli popada w ruinę.

OldResortBar 
Jeszcze rok temu pod tym niebieskim zadaszeniem słychać było gwar rozmów
 i specyficzne odgłosy nalewanego piwa.

OLDResort3 
Wejście zabito deskami, lecz świateł nie pogaszono.

OldResortBungalow 
Takie drewniane domki z „louversami” zamiast szyb w oknach
i dwoma pietrowymi pryczami w każdym pokoju nie były w stanie
konkurować na współczesnym rynku ani jakościowo, ani cenowo.

ReefarmHouse 
„Reefarm”, opuszczone gospodarstwo morskie. Dom managera.

ReefarmEquipment 
„Reefarm”, resztki instalacji wodnych.

AbandonedTanks 
Wyładowane na brzeg zbiorniki prawdopodobnie nigdy nie zostały zainstalowane.

AbandonedShip 
Kuter został wyciągnięty na ląd by uchronić go przed cyklonem lub dokonac napraw.
Jak widać nigdy juz nie wrócił na morze.

NewResort1 
Najnowsza porażka na Fitzroy Island.
Kilkadziesiąt milionów zainwestowanych dolarów funkcjonuje jak miasto duchów. 

NewResortPool 
Napełniony do połowy basen czeka na gosci hotelowych.

NewResortBuilding 
Moim zdaniem jedna z przyczyn porażki projektu.
Goście płacący po kilkaset dolarów za noc wymagają troche więcej przestzrzeni i prywatności.
Trudno ich zadowolić konstrukcją na miarę taniego hotelu dla Polaków rodem z tureckiej riviery.

NewResortBungalow 
Choć bardziej estetyczne niż domki z poprzedniego resortu,
nadal zbyt drogie by przyciągnąć gości.

NewResortGames 
Wciąż włączone automaty do gier potęgują wrażenie, że wszyscy mieszkańcy resortu
 zostali nagle w jednej chwili zgładzeni przez jakiś niewyobrażalny armagedon.

NewResortAtNight 
Jak niezamieszkała stacja kosmiczna, z włączonymi wszystkimi systemami
podtrzymywania życiaw oczekiwaniu na kolejną załogę wahadłowca.


W ostatni weekend wybraliśmy się na Fitzroy Island, która jest najpiękniejszą i najmniej spenetrowaną przez turystów wyspą w najbliższej okolicy Cairns. Kiedyś prom pływał tam 3 razy dziennie, dziś jest tylko jeden rejs zabierający nie więcej  niż 50-70 osób. Są w okolicach wyspy o dziesięciokrotnie mniejszej powierzchni, gdzie przybijają codziennie dwa wielkie 300 osobowe katamarany.
Opuszczając wczesnym sobotnim rankiem Marinę Merlinów nie mieliśmy zbyt dobrych przeczuć. Ciężkie ołowiane chmury zasłaniały prawie całe niebo. Ładnie kontrastowały z biela kołyszących się leniwie jachtów, lecz nie wróżyły niczego dobrego, słowem zanosiło się na deszcz. Po wyjściu w morze dodatkowo dał o sobie znać wiatr. Pędzone silnymi podmuchami fale sprawiały, że niewielka jednostka tańczyła po wzburzonym oceanie niczym dziecięcy bączek. Dla pasażerów była to atrakcja porównywana z jazdą rollercassterem lub thunderboat’em czyli łodzią, która potwierdza teorię, że jeśli doczepisz silniki o odpowiednio dużej mocy to utrzymasz na powierzchni wody nawet zwykłą cegłę. Oczami wyobraźni widzieliśmy się już moknących w strugach rzęsistego deszczu, w przemoczonym namiocie tęskno patrzących na wzburzoną wodę uniemożliwiającą  pływanie po rafie. Na miejscu okazało się jednak, że jesteśmy ludźmi małej wiary.

Piękna.

Zarówno przystań, jak i plaże na Fitzroy Island znajdują się po zawietrznej stronie wyspy. To niewyobrażalne jak dużą ochronę przed wiatrem daje górujące nad wyspą 270m wzniesienie. W efekcie kiedy dobijamy do pomostu woda jest gładka niczym tafla jeziora. I ten kolor !!!! Na Fitzroy woda zawsze jest błękitno turkusowa. Zawsze, bez względu na porę dnia i oświetlenie. Ilość ryb, które pływają przy pomoście potrafi przyprawić o palpitację serca każdego wędkarza. Turyści schodzący z promu szybko gdzieś się rozpływają. Część z nich pójdzie na malowniczą Nudey Beach by popływać z rurką, inni wybiorą się w forsowną wycieczkę pod górę na wschodni kraniec wyspy do latarni morskiej, jeszcze inni wypożyczą kajaki. Kajaki są żółto-czerwone. Kiedy leżysz na platynowobiałej plaży, patrzysz w błękit nieba, zieleń gór na nieodległym lądzie, turkus wody, kołyszące się leniwie zacumowane nieopodal jachty, to ta żółć i czerwień łamiąca monotonię jest idealnym dopełnieniem obrazu. Ci, którzy wybiorą pływanie z rurką też się nie zawiodą. Na Fitzroy, gdziekolwiek by się nie weszło do wody zawsze trafi się na rafę, a ta posiada nadal całe połacie kolorowych korali. I to właśnie jest niezwykłe, gdyż większość raf na szelfie w okolicach Cairns jest już w kolorze moro. Bura, wyblakła, monohromatyczna. Tak właśnie definiujemy rozwój ludzki, którego nie może stopować jakaś tam rafa. Ale nie tylko korale są atrakcją, można tu spotkać ogromne żółwie morskie, ośmiornice, homary i niezliczone masy różnych kolorowych ryb. Plaża na wyspie jest usypana z połamanych szkieletów korali. Dla tych, którzy tak jak my zdecydują się zostać na wyspie na noc dostępne są jeszcze dwie atrakcje. Pierwsza, to zachód słońca. Spektakularny, kolorowy, eksplodujący na pomarańczowo nad czarnymi wierzchołkami oddalonego o kilka km. w lini prostej łańcucha gór na stałym lądzie. Taki zachód wspaniale się ogląda siedząc na plaży z kubkiem kawy w ręku, gdy ocean szumi w oddali, a przewalane falami przyboju szkielety korali wydają nieustający dźwięk niczym chińskie dzwonki zwane tu „łapaczami duchów’.

Pechowa.

Fitzroy Island jest tak piękna jak i pechowa. Pecha mieli Chińczycy, którzy w XIXw musieli tu przejść kwarantannę zanim pozwolono im zejść na stały ląd. Trzy tysiące osób spakowanych na tak małym obszarze nie miało lekkiego życia. Wyspa nie ma też szczęścia do zarządzających. Ponad 90% obszaru to park narodowy zarządzany przez „Agencję Ochrony Środowiska”, latarnią morską zarządza odpowiednik Urzędu Morskiego, molem Zarząd Portów w Cairns, camping to własność Rady Miasta w Cairns. Nie od dziś wiadomo, że „gdzie kucharek sześć, tam ………. cycków 12″, więc miejsce z tyloma gospodarzami na raz w skutek braku koordynacji zarządzane jest nie najlepiej.  Na dokładkę znajdują się tam 3 prywatne posesje. Fortuna nie była łaskawa dla wszystkich trzech.

Pierwszą jest „stary resort”, onegdaj własność firmy operatora promu na wyspę. Otwierany z pompa w 1981 roku przez ówczesnego premiera Queensland stanowi dziś obraz nędzy i rozpaczy. Opuszczone budynki mają drzwi pozabijane deskami, obszerny kontuar gdzie jeszcze w zeszłym roku nalewano „z kija” piwo dziś zasłania płat blachy falistej. Pozostawione same sobie rabatki zdziczały a starannie pielęgnowana i dopieszczona roślinność ustąpiła miejsca zwykłym chwastom. Młode pędy powoli rozsadzają chodnik z kostki brukowej. Na patio, gdzie były rozstawione stoliki zrzucono materiał nigdy nie rozpoczętego remontu. Upadek tego miejsca wcale mnie nie dziwi. Onegdaj docierały tu trzy promy dziennie a w weekendy organizowano „disco on the reef” a pasażerów zabierał nocny prom o 1 nad ranem. Dziś prom mamy jeden. Małe, ciasne i ciemne drewniane domki przypominające jak żywo standard polskich „campingów” z lat 70-tych, z ceną 200 AUD/noc nie były w stanie sprostać współczesnej konkurencji ani finansowo, ani jakościowo.

Kolejną nieruchomością, której nie sprzyjała fortuna jest gospodarstwo Morskie „Reefarm”. Idąc ścieżką w stronę latarni morskiej napotykamy porzucone na brzegu ogromne „wanny” z włókna szklanego. Ułożone piętrowo sprawiają wrażenie jakby po wyładunku nigdy nie były wykorzystane. Tuż za nimi wyciągnięty na brzeg rdzewieje niewielki kuter. Jego śruba pokryta jest korozją, gruba chropowatą niczym ciało trędowatego. Po przeciwnej stronie ścieżki przez szpary w płocie widać porzucone elementy mniej czy bardziej zdekompletowanych instalacji wodnych, grube przypominające rynny rury PCV, szkielety budowli, które w innych wypadkach można by wziąć za szklarnie. Tuż wyżej, na zboczu opuszczony dom. Na podwórku przed nim rdzewiejący traktor i kilka bliżej nieokreślonych urządzeń. Gospodarstwo powstało w latach 80-tych jako „sen o potędze” aptekarza z Cairns. Zamarzyła mu się hodowla małży na przemysłową skalę. Niestety, to co stosunkowo łatwo da się osiągnąć w akwarium, nie koniecznie mozna powtórzyć na skalę przemysłową. Farma od początku borykała się z dużymi kłopotami  przyczyn powiedziałbym organicznych. Australia od zawsze w rozwoju kieruje się metodą ekstensywną. Jeśli chciano zwiększyć plony, zwiększano areał, nie szukano lepszych, wydajniejszych metod pracy na tym samym obszarze. Tak też zaprojektowano Reefarm. Opierała się na bardzo niewydajnych i niepewnych metodach. Przez wszystkie lata działalności borykała się zarówno z nieefektywną technologią jak i niedofinansowaniem by ostatecznie zostać sprzedaną w 1997 roku.

Największym kompleksem budynków na wyspie jest „Resort Fitzroy Island”, trzeci przypadek biznesu, któremu szczęście nie dopisało. Kompleks został oddany do użytku na początku 2009 roku. Zyskał trochę rozgłosu kiedy na wyspie i w jego wnętrzach kręcono kilka odcinków popularnego telewizyjnego reality show „The Biggest looser” familiarnie nazywanego przez nas „Spaślaki”. Hotel wraz z basenami i całą infrastrukturą funkcjonował około 3 miesięcy. Któregoś pięknego ranka przypłynął właściciel, wskazał 3 osoby, które zostają a resztę zwolnił. Skończyły mu się pieniądze.  Dziś miejsce to wygląda jak z filmu katastroficznego z cyklu „The day after”, tak jakby wszystkich ludzi zabiła broń masowego rażenia a kompleks nadal funkcjonuje, choc nie ma dla kogo. Trudno mieć inne skojarzenie, jeśli w lobby pozostają włączone automaty do gier, tak jakby ktoś odszedł tylko na chwile do baru po drinka. Wybrane pomieszczenia nadal są rotacyjnie klimatyzowane, by tropikalny klimat nie wyrządził szkody wnętrzom. Budynek pozostaje oświetlony, by nie uległy zniczeniu zainstalowane generatory. Wielki basen przed recepcją pozostaje napełniony do połowy by dać możliwość pracy pomp i stacji uzdatniania wody.  W projekt włożono grubo ponad 50 mln AUD !!!!  Oczywiście w większości pieniędzy z kredytów bankowych. Przyszło jednak załamanie gospodarcze i właściciel stał się niewypłacalny. Banki przejęły aktywa i wystawiły je na sprzedaż. Jeśli ktoś dysponuje 45mln AUD na zbyciu kompleks jest do wzięcia. Może w końcu odwróci się jakieś panujące nad wyspą fatum?

 
Sześć lat temu gdy przyjechałem do Cairns mimo, że się nie starałem,
porównywałem wszystko do Polski. Dziś z perspektywy czasu myślę, że
była to forma aklimatyzacji, próba oswojenia dziwnej, nieznanej, innej
rzeczywistości. Obecnie staram się tego nie robić. Wczoraj jednak coś
mnie natchnęło. Ale od początku.

W Polsce włamywali mi się do samochodu 4 razy. Dwa razy ukradli radio,
raz tylną kanapę a czwartym razem, kiedy się włamali nie ukradli nic a
wręcz zostawili butelkę wiśniówki. Szkoda tylko, że włożyli ją przez
szybę z tyłu samochodu. Dla każdego pomieszkującego w Warszawie, nie do
pomyślenia byłoby zostawienie komórki, laptopa czy jakiejś innej cennej
rzeczy w samochodzie na widoku. W mniejszych mieścinach jest podobnie,
choć może nie aż tak drastycznie. Dlatego kiedy przyjechałem do Cairns
dużym szokiem był dla mnie apel policji by zamykać samochody, które
parkowane są przy chodnikach. Powody były dwa. Pierwszy, dość
prozaiczny, czyli okazja czyni złodzieja. Z nie zamkniętego samochodu
łatwiej coś ukraść niś z zamkniętego, a grupy aborygeńskich podrostków
zaczęły patrolować miasto w poszukiwaniu wszystkiego, co można
spieniężyć w lombardzie. Drugim powodem apelu było wykorzystywanie
samochodów przez młodzież, która z odległych przemieść zjechała do
centrum na „balety”. Jeśli auto nie było zamknięte, stanowiło znakomite
schronienie dla szukających odrobiny prywatności by przeżyć sexualne
uniesienie. Słowem policja apelowała o coś, co w Polsce było powszechne
jak hemoroidy u kierowców TIRów.

Skąd przyszło mi do głowy właśnie to porównanie? Wyszedłem wczoraj
przed Fabryczkę. Przed biurem, na poboczu wzdłuż torów wąskotorówki
stał zaparkowany pick-up. Drzwi kierowcy były otwarte, w stacyjce
tkwiły kluczyki. Cofnąłem się do recepcji, nie było tam nikogo.
Przysiadłem na schodkach i zaczekałem. Po mniej więcej kwadransie do
samochodu podszedł farmer z sąsiadującej z nami plantacji bananów.
Zapomniał czegoś wziąć i się wrócił. Kiedy spytałem, czy nie bał się że
mu ktoś może ukraść samochód popatrzył na mnie tak, jakby tym kimś
mógłbym byc tylko ja.

Zerknąłem na parking znajdujący się z boku hali fabrycznej. Co prawda
ogrodzony, lecz w godzinach pracy dwie bramy są otwarte na oścież. W
zatoczce znajdującej się najbliżej płotu parkowało dokładnie 31 aut.
Nie mogłem się oprzeć, poszedłem sprawdzić. Jeśli ktoś mnie obserwował
z hali musiałem wyglądać dość podejrzanie. Obszedłem wszystkie 31 aut,
27 z nich nie było zamknięte. Cztery pozostałe, to modele dośc
nowoczesne, więc nie wiem czy właściciel zamkną je osobiście, czy też
auta same się blokują, jeśli wyłączony jest silnik i nie ma kluczyków w
stacyjce. Spośród tych 27 nie zamkniętych aut 11 miało zostawione
kluczyki w stacyjce. Popatrzyłem na parking i westchnąłem, tak FNQ to
zupełnie inny świat. Ale czy gorszy?
 

 
Za podsumowanie niech wystarczy stwierdzenie, że była to najlepsza impreza na jakiej byłem do tej pory w Australii. A teraz fotostory. 
IMG_3672
Tablica ostrzegawcza przed wjazdem na Cape York. Teraz zimą wszystkie drogi są przejezdne, ale od grudnia do kwietnia cały obszar jest odcięty od swiata. Tam gdzie są asfaltowe pasy startowe mozna dotrzec samolotem. Tam, gdzie są jedynie ziemne, pozostaje czekac aż opadną wody.
IMG_3681
W piątek po przyjeździe na miejsce załapalismy się na końcówkę występu grupy z Kurandy. Kuranda to turystyczna wioska 8 km na zachód od Cairns. Zespoły mają dużo okazji by tańczyć i szlifować rzemiosło. Nazwałbym ich półprofesjonalistami w tym fachu.
IMG_3708
Zespół ze wspólnoty w Lockhard River szlifuje choreografię przed występem. O ile nie pominąłem kogoś w tabunach kurzu jaki wzbudzali, to naliczyłem ponad 50 osób. Cała osada liczy 700 stałych mieszkańców.
IMG_3728
Wieczorne występy rozpoczeły się wraz z zachodem słońca. Niestety pozyczony aparat typu „małpka” kiepsko spisywał się w nocy.
IMG_3754
Zaaczelismy się zastanawiać, czy duzo papug zostało w osadzie skąd pochodził ten zespół. Dodatkową atrakcją jaką zaproponowali były sześdziesięcioletnie babcie tańczące bez biustonoszy. Powalające wrażenie. 
IMG_3796
A ten zespół roboczo nazwaliśmy arlekinami. Wygadali fantastycznie w bladoniebieskim swietle. Farba, którą byli pomalowani fosforyzowała jak białe bluzeczki w dyskotekach.
IMG_3846
Zespół z Hope Valey składał się głównie młodych tancerzy. Z braku starszych w wiosce uczą ich dorośli z innych wspólnot. 
IMG_3889
Typowy zespół to mieszanka tancerzy obu płci w wieku od pieluchowca po starsze babcie. 
IMG_3891
Pierwsza z prawej Aborygenka wraz ze starszym prowadzi zespół z Hope Valey, o którym wspominałem wyżej.
IMG_3893
Tu dokładniej widać rozpiętość wiekową. 
IMG_3899
To była historia o Aborygenie wywiezionym z kajdanach na Plan Island (osrodek odosobnienia), który ucieka z niewoli i wraca pieszo do swojej wspólnoty. Na powitanie wychodzi mała dziewczynka, jako jedyna się go nie boi. Wspólnota przekonuje się i przygarna go na powrót.
IMG_3912
A to opowieść o życiu w stadzie kangurów. Kiedy wszyscy śpią mały kangurek bawi się samopas i dostrzega niebezpieczeństwo. Wraca więc do stada i po kolei budzi dorosłe kangury. 
IMG_3924
To natomiast opowieść o życiu w stadzie nietoperzy. 
IMG_3904
W każdym zespole wiodącą postacią był stary Aborygen, który dysponował wiedzą i mógł przekazać młodszemu pokoleniu całą tradycję. 
IMG_3907
Współcześnie we wspólnotach aborygeńskich żyją przedstawiciele wielu klanów i grup. Nie brakuje również dzieci z mieszanych związków. 
IMG_3921
Gdyby ta młoda tancerka urodziła się 30 lat wcześniej mogła by zostać siłą zabrana ze swojej wioski i umieszczona w przytułku w celu „asymilacji” z białą wiekszością. Takie osoby nazywane są w Australii „stolen generation” czyli skradzione pokolenie. Jako dorośli nie znają tradycji swoich klanów, są wobcowani a biali zawsze ich traktowali jako podludzi. 
IMG_3934
Zespół z Brisbane. Przybycie tu kosztowało ich wiele wyrzeczeń, miedzy innymi dwa dni drogi autokarem. Wszystko to, by przez dwa dni pokazać swoje tradycje na festivalu. Można też zauważyć jak wspólnoty mające kontakt z cywilizacją na codzień różnią się od tych, dla których kontakty te sa nadal limitowane. 
IMG_3935
Wśród tanczerzy z Brisbane widziałem też po raz pierwszy w życiu blond Aborygenkę. Dodam, że nie jedyną tego dnia. 
IMG_3948
Wspólnota z Yarrabah, które znajduje się po drugiej stronie zatoki w Cairns. To druga co do wielkości wspólnota w Australii. Nic więc dziwnego, że przysłali aż trzy zespoły.
IMG_3953
Ich rekwizyty były zrobione z najprostrzych dostępnych pod ręką materiałów.
IMG_3957
Tu za „starszego” robił ten pan z mikroportem (pierwszy z lewej). Jak widac też pochodzi z mieszanego związku a o tym, że jest „lokalem” świadczył jego angielski. Dużo gorszy nawet od mojego. 
IMG_3965
To chyba najmniej liczna reprezentacja. Cały zespół wliczając akompaniujacych składał się z 8 osób. Wykorzystywali elementy, które juz lekko odbiegały od tradycji. Malowane w aborygeńskim stylu tarcze są trochę „pod publikę”.
IMG_3971
Ten zespól jako jeden z 2 wykonywał też układ taneczny, który uzywając aborygeńskiego języka ruchów opowiadał współczesną historię. Śmialismy się, że chłopcy mają piersi większe niż większość ich rówieśnic. Widocznie jedzą wiele kurczaków, ktorym na fermach podaje się hormony na przyrost masy. 
IMG_4030
Zespół ze wspólnoty Wujal Wujal (czyt. łudżu – łudżu). Jak widać od gości z Kurandy różnili się jedynie kolorem pieluchy. 
IMG_3981
Drugi z trzech zespołów z Yarrabah. Jak wszystkie chętnie pozował turystom do fotografii. 
IMG_3986
Pokaż, pokaż jak wyszłam !!!
IMG_3987
A ja jestem bardzo (po)ważna artystka. 
IMG_4029
A tu już zespół w „akcji”. I znów najbardziej dostrzegalną różnicą jest kolor pieluchy.
IMG_4003
I kolejna wspólnota i też w pieluchach. 
IMG_4005
Ten panw słomkowym kapeluszu za wszelką cenę chciał zobaczyć, czy Aborygeni nosza pod pieluchą majtki. 
IMG_4018
A to już Wyspiarze, czyli Melanezyjczycy z Cieśniny Torresa. Na pierwszy rzut oka widać różnice w kostiumach.
IMG_4017
To uczniowie jednej ze szkół. Utrzymywanie tradycji jest przedmiotem, który wykładany jest w ramach normalnych zajęć lekcyjnych zamiast np. geografii, biologii czy fizyki. Można do tego różnie podchodzić, ale chyba przychylam się do opiniil, że znajomość tradycji jest dla nich ważniejsza niż wiedza o wodniczce tętniącej rozwielitki. 
IMG_4021
Wspólny taniec dziewcząt i chłopców. Większośc tańców wykonywali oddzielnie. 
IMG_4022
I na koniec występ prawdziwych wojowników w tańcu wojennym. 
IMG_3687
Poza sceną działo się wiele równie ciekawych rzeczy. Choć farby używane do malowania nie zrobiono metoda tradycyjną, to można mieć 100% pewności o tym, że aborygeńskie artefakty zostały zrobione ręcznie. 
IMG_3979
Dla chętnych Aborygeni prowadzili darmowe warsztaty tradycyjnego plemiennego rękodzieła. 
IMG_3875
Wykładowcy byli zróźnicowani pod względem płci i wieku.
IMG_3976
Tu mała Aborygenka uczy obdartusy młodzież wyzwoloną jak wykonać najprostrze plecionki.
IMG_3879
Kiedy obdartusy dzieci kwiaty już się nauczą ….
IMG_3977
Wolna miłość, pokój wszystkim ludziom i wycofanie wojsk z Afganistanu to fajna rzecz, ale żyć trzeba. Np. sprzedając na aborygeńskim festiwalu plecionki, których wytwarzania nauczyli się od Aborygenów. To chyba jedyna rzecz, która mnie zniesmaczyła na festiwalu. 
IMG_3994
Widownia była zróżnicowana. Na fotce Szpulka z dalsza rodziną.
IMG_3984
Przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie. 
IMG_4019
To była druga blond Aborygenka jaką widziałem w życiu.
IMG_3980
I na koniec najlepsza fotka, jaką udało mi się pstryknąć w Laura.


 I pojechali. Harom ze Szpulką i Szpulka z haromem. Z początku jedną z czterech dróg, którymi mozna wydostać się z miasta. Wijącymi się niczym piskorz wyciągnięty z wody serpentynami wspięli się na strome zbocza Wielkich Gór Wododziałowych, przecięli tropikalny las deszczowy, pokonali rzekę Barron i pognali przez płaskowyż na zachód. Teren, choć stepowy zagospodarowany był przez ludzi. Minęli Zoo-Safari, kilka plantacji kawy i dotarli do miasteczka Mareeba, gdzie odbili na północ. Nie minęło pół godziny a powoli zaniknęły przejawy działalności człowieka. Skończyły się plantacje kawy, herbaty, mango czy orzeszków ziemnych. Jeszcze tylko wielkie rozlewisko sztucznego jeziora z wystającymi ponad powierzchnię kikutami drzew okupowanymi przez dziesiątki gatunków wodnego ptactwa przypominało o pozostawionej gdzieś tam w tyle cywilizacji. Gnali na Półwysep York, miejsce o powierzchni połowy Polski gdzie znajduje się góra 20 miejscowości a połowa z nich ma nie więcej niż 200 mieszkańców.  Duża biała tablica przy drodze informowała, że wszystkie odcinki dróg są przejezdne.  Dalej już towarzyszył im już tylko czerwono-bury jednostajnie monotonny krajobraz stepu porośniętego sucholubną roślinnością wśród której majaczyły karłowate drzewa i kolczaste krzaki. Kiedy wdrapali się na jedyne w okolicy wzniesienie ujrzeli ogromną, płaska niczym stolnica równinę zamkniętą od wschodu wysokim łańcuchem górskim. Gdzieś tam za nim był las deszczowy i ocean. Później była już tylko asfaltowa wstęga podążająca w stronę słońca. Wkrótce jednak skończył się i asfalt. Dalej był juz tylko kurz i kamienie. 

Na miejsce dotarli szybciej niż się spodziewali. Camping zlokalizowany był w środku niczego. Ot drewniany portal pomiędzy drzewami. Gdyby nie kolejka kilku oczekujących na wjazd samochodów można by go przeoczyć w biały dzień. Po zachodzie słońca raczej nie ma mowy by go znaleźć. Wjechali. Tuż za wjazdem mdły ochotnik stał wymachując kartonem z napisem „max 10 km/h”. Zaraz zrozumieliśmy dlaczego. Dróżka wiodąca wśród zagajnika pokryta była pyłem tak drobnym jak talk. Poprzedzający samochód jadący nie więcej niż owe 10 km/h wzbijał tumany kurzu. „Jak nic zderzyła się tu ciężarówka wioząca talk z drugą, wiozącą kakao, to by wyjaśniało kolor” – pomyślał harom zastanawiając się czy nie włączyć wycieraczek. Camping, a właściwie coś co nazwalibyśmy polem namiotowym był ogromny. Od wjazdu do miejsca gdzie ostatecznie rozbili namiot mógł spokojnie kursować autobus. Wśród drzew królowały samochody z napędem na 4 koła, minibusy lub wozy campingowe. Choc widać było całkiem sporo pojedynczych namiotów, to przeważały całe „obozowiska”. Jeden rzut oka wystarczył by nabrać pewności, że ich mieszkańcy mogli spokojnie przetrwać na biwaku długie tygodnie. Niektórzy mieli nawet własne generatory elektryczne. Mniej więcej w środku campingu znajdowała się scena. Wygadała jak zrobiona z falistej blachy wiata większego przystanku autobusowego, albo zadaszenie na peronie kolejowym. Przed sceną rozciągała się arena, na której tańczyli Aborygeni. Długa na około 30m i szeroka na 15, otoczona rzędami krzesełek campingowych i ludzi leżących bezpośrednio na ziemi. Kiedy tam dotarli właśnie kończyła się popołudniowa sesja pokazów. W centralnym punkcie imprezy rozlokowały się namioty handlarzy oraz sponsorów imprezy. Było stoisko z pizzą (10 AUD za placek wielkości spodeczka pod herbatę), z wodą (5 AUD za butelkę), fryzjer na kółkach, namioty władz celnych, kwarantanny, lokalnych instytucji pozarządowych. Szybką inspekcję campingu zakończyli nad rzeką. Gromada kapiacych się w niej aborygeńskich dzieci pozwalała miec nadzieję, że w rzece nia ma krokodyli (albo ze się najedzą zawczasu).

Wieczorne pokazy zaczynały się około 18.30. Zanim dotarli na miejsce przydybali zespół z Lockhard River ćwiczący na uboczu. Robił wrażenie. Trzech wiekowych Aborygenów siedziało na ziemi. Jeden dmuchał w digeridoo, dwaj wybijali rytm dwoma kawałkami drewna drąc się wniebogłosy. Około 50 tancerzy, kobiet, mężczyzn, dziewczyn, chłopców i nieokreślonej płci berbeciów wzbijało tabuny kurzu tak geste, że tracili z oczu członków zespołu stojących 2 metry od nich. Momentalnie otoczyła ich cała masa turystów z aparatami. Harom mógł tylko zgrzytać zębami, że utopił swojego Nikona, bo pozyczony aparat zastępczy nie był tym, „co tygryski lubia najbardziej”. Zakurzeni opuścili trenujących i zajęli miejsca leżące na trawie w pierwszym rzędzie. Na dworze zmierzchało. W tej szerokości geograficznej od zmierzchu do całkowitej ciemności mija nie więcej niż pół godziny. Arena przed scena zalana została kolorowym światłem z reflektorów. Wyszedł pierwszy zespół. Kilkanaście osób. Mężczyźni zawinięci w „pieluchę”, wymalowani białą farbą tak by podkreślić żebra, kości rąk czy nóg, kobiety w spódnicach do kolan, topach odsłaniających brzuch. Jeden ze starszych usiadł na ziemi z digeridoo, inni stanęli obok. Chwila ostatnich konsultacji i zaczęli. Aborygen na ziemi dmuchał w rurę, starsi niemiłosiernie zawodzili, Szpulka mogłaby przysiąc, że słowa każdej z pieśni nie składały się z więcej niż 3 wyrazów powtarzanych w kółko. Kilku starszych wiekiem tancerzy wybijało rytm dwoma kawałkami drewna lub dwoma bumerangami, reszta zwijała się jak w ukropie wzbijając tabuny kurzu. Wśród nich pałętali się 3-4 letni gówniarze próbując naśladować starszych. Jak to się stało, że żaden nie został zadeptany nikt do końca nie wie. Aborygeńskie tańce to krótkie historie przekazujące jakąś legendę, wiedzę mit czy scenkę z życia klanu. I tak odtańczono np. historię o polowaniu na kangura lub o tym jak krokodyl zjadł człowieka, skąd się wzięli ludzie lub dlaczego kruk jest czarny i paskudnie skrzeczy. Taki taniec jest dość bezpośredni. Wygląda to tak, że np. całe plemię kładzie się na ziemi udając sen. Jeden mały odgrywa skaczącego kangura. Kica między leżącymi udając że podnosi coś krótkimi kangurzymi łapkami z ziemi i wkłada do ust, albo podnosząc ręce do głowy imitując, że kangur nasłuchuje. Następnie budzi po kolei członków klanu i nadchodzi „finał”. Wybijany na drewienkach rytm nabiera szaleńczego tempa, „prowadzacy” Aborygen wykrzykuje coraz głośniej i szybciej te same słowa a tancerze biegaja trzęsąc nogami i wzbijając tabunu kurzu. Nagle wszystko cichnie jakby ciął nożem. trzy sekundy kompletnej ciszy i bezruchu i znów szaleńcza kakofonia, „finał B”. Zarówno Szpulka jak i harom widzieli wcześniej jak tańcza Aborygeni, ale wieczorne pokazy miały dodatkowa magię. Atmosferę tworzyło niebo z milionami gwiazd, unoszący się dookoła zapach dymu, ciepła trawa, na której siedzieli a przede wszystkim gra światła i cieni, która dawała pokazom niesamowitej magii. Operator oświetlenia był dobry w swoim fachu. We właściwym momencie potrafił podświetlić arenę adekwatnie do odgrywającej się tam akcji. I tak czasami w trupio bladym świetle widać było jedynie fosforyzujące refleksy odbijane przez farbę, która wymalowani byli tancerze. Innym razem pokaz zalewało żółte światło uwydatniając plecione z wysuszonych liści rekwizyty, albo zielone podkreślając te uwite ze świeżych. Czasami zapadała całkowita ciemność, by po sekundzie całkowitej ciszy wybuchnąć kolorem wraz z kakofonią dźwięków i orgią ruchów. Wszystkie zespoły, które prezentowały się tego wieczoru miały powtórzyć swój występ nazajutrz w świetle dnia. Ale wraz z końcem pokazów aborygeńskich nie kończyła się impreza. Na drugim końcu pola rozłożył się całkiem współczesny zespół. Do późnych godzin nocnych można było pobujać się w rytmie bluesa, jazzu, rocka i regge. Nieopodal pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięto wielki biały ekran, na którym wyświetlano filmy.

W sobotę impreza rozpoczęła się około 9.00. Tym razem Szpulka z haromem zajęli dwa porzucone plastikowe krzesełka. Na scenie, ponad areną, na której tańczą zespoły pojawili się oficjele. Z Cairns przyleciała minister turystyki w rządzie stanowym oraz lokalny poseł do parlamentu federalnego. Gdzieś między gapiami krążył również federalny senator. Tuż obok polityków usadzono 82 letniego starszego z jednego z klanów zamieszkujących okolicę, ostatniego człowieka mówiącego jednym z 4 języków, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni. Był zarośnięty, ogromna siwa broda kontrastowała z ciemną i pomarszczoną jak suszona sliwka twarzą. Ubrany w długie spodnie i niebieską koszulę strażnika przyrody, na której jak łaty na dziurawym kocu widniały naszywki z logo różnych instytucji wyglądał trochę jak wystawione na pokaz ludzi zwierze w zoo. Zanim z ust pani minister padła formułka „Festiwal uwazam za otwarty” Szpulka zdążyła oblecieć wszystkie stragany i przynieść 3 reklamówki różnych gadżetów. I zaczął się pokaz. Na arenę wychodziły kolejno zespoły z różnych wspólnot. Niektóre liczyły od kilkunastu do kilkudziesięciu członków inne zaledwie kilku. Wszędzie pałętały się pod nogami dzieci. Po kilku pierwszych występach można było zacząć się nudzić. We wszystkich zespołach grano jedynie na digeridoo, wybijano rytm dwoma kawałkami drewna, czasami na pustym pniu drzewa. Wszystkie prezentowały te same „figury taneczne”, (chód emu, skoki kangura, itp.), opowiadały podobne historie. A to o rybaku, którego zjadł krokodyl, a to o kangurze ostrzegającym stado przed niebezpieczeństwem, a to o zrywaniu owoców z drzew przez kobiety lub „łowieniu” krewetek w utkane z palmowego łyka siatki. Harom nie mógł wyjść z podziwu dlaczego paralityczno drgawkowy taniec „dżimbalu” (drżenie nóg), który mógł przypominać ruchy targanego epilepsją Elvisa wzbudzał euforię wśród publiczności. Wszystkie występujące plemiona, a było ich kilkanaście, niewiele różniły się też ubiorem. Główna różnica była w kolorze pieluchy w którą zawinięci byli mężczyźni. Czasami mieli na ciele więcej farby, czasami mniej. I wreszcie wyszedł przed scenę zespół z Wysp w Cieśninie Torresa. I na własne oczy można było zobaczyć, co to jest przepaść cywilizacyjna. Mieszkańcy wysp, to Melanezyjczycy. Ich występ pod każdym względem pokazywał kierunek ewolucji. Muzycznie, występ różnił się od poprzedników tym czym różnią się  naskalne, płaskie, dwuwymiarowe  malowidła ludzi pierwotnych od średniowiecznych obrazów z głębią i perspektywą. Instrumenty nadal były nieskomplikowane, bębenki, grzechotki, itp, ale wygrywane melodia i rytmika zdecydowanie bardziej urozmaicona. Zamiast powtarzanych przez Aborygenów w kólko słów, które brzmiały mniej więcej jak „szewc zabija szewca, bumtarara, bumtarara, bum” (Misiowie Puszyści zespołu Siekiera) wykonywane piosenki miały melodykę, zdawały się mieć zwrotki i refreny.  Kobiety i dziewczęta ubrane były w kolorowe, kwieciste sukienki, we włosy wpięte kwiaty. Mężczyźni mieli białe koszule, ciemne spodenki, białe opaski dookoła nadgarstków, pod łokciami, pod kolanami i na kostkach.  Ich taniec był bardziej statyczny, nie biegali po całym obszarze jakby ktoś wylał na nich wiadro wrzątku. Tancerze uformowali dwa równoległe rzędy a z przodu przysiadła kilkunastoosobowa grupa akompaniująca. W odróżnieniu od plemion Aborygeńskich całą grupą trzęsła babka.

Sobotnie pokazy odbywały się w t sesjach. Pierwsza do południa, druga po obiedzie a trzecia najbardziej atrakcyjna wizualnie nocą. Tak samo jak dnia poprzedniego po zakończeniu pokazów na drugim końcu pola grały współczesne kapele na jak najbardziej współczesnych instrumentach oraz wyświetlano filmy. Szpulka z haromem udali się nad rzekę, gdzie zmyli z siebie kurz z całego dnia udowadniając, że w tym miejscu nie ma krokodyli. Później poszli przed namiot, gdzie rozpalili wieczorne ognisko. Siedzieli tak pod parasolem gwiazd wsłuchując się w trzask pękających w płomieniach polan i czekali aż upieką się wrzucone w żar ziemniaki. To był bardzo udany wieczór.

Niedziela przywitała ich zimnym rankiem. Zanim słońce nie wzeszło i nie rozgrzało okolicy mozna było szczękać zębami. Zwinęli się z samego rana chcąc uniknąć powrotu wśród tłumu innych gości, nie czekając na ogłoszenie festiwalowych wyników, które miało byc o 15.00. Pojechali do oddalonej o 15 km Laury, osady liczącej niewiele ponad 100 stałych mieszkańców. Tam nawiedzili lokalne centrum informacyjne, gdzie prześledzili krótką historię okolicy. Poznali jak radzili sobie farmerzy w czasach, gdy nie znano lodówek, jak wybuchła i zgasła gorączka złota, jak obszar ten był eksplorowany przez pierwszych pionierów. Przypomnieli sobie, że choć potomkowie Angoli skrzętnie tego unikają wysławiając Jamesa Cooka, to nie był on pierwszym europejczykiem, który miał kontakty z Aborygenami. Naocznie przekonali się również jak sztuczne są obecne podziały administracyjne. Wśród 4 grup językowych, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni trzy są zbliżone jak język polski do czeskiego i słowackiego a czwarty odstaje od nich jak niemiecki od języków słowiańskich. I bogatsi o ta wiedzę oraz cały szereg niezatartych wrażeń wrócili szczęśliwie do Cairns.


P.S. Część 3 będzie zawierać fotorelację wzbogaconą o krótki opis i podsumowanie.


Aborygeni uważani są za najbardziej prymitywny lud na Ziemi dlatego, że przez 50 tysięcy lat ich cywilizacja nie posunęła się ani na krok na przód.  Pierwsi biali osadnicy na kontynencie zastali Aborygenów dokładnie w takim samej fazie rozwoju społecznego w jakiej przybyli oni do Australii z Nowej Gwinei czy Indonezji 40-65 tysięcy lat temu. Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego ludzie, którzy przecież musieli wykazać inicjatywę i chęć zmian by skolonizować nowy ląd przybywszy na miejsce zarzucili postęp i zdegenerowali się, bo przecież brak postępu jest cofaniem się. I tak nasi przodkowie z paleolitu, którzy udomowili psy czy polowali na mamuty żyli na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż Aborygeni w dniu przybycia Jamesa Cooka. Aborygeni prowadzili koczowniczy tryb życia, byli nomadami. Żyli w składających się z kilkunastu do kilkudziesięciu członków klanach rodzinnych. W zależności od warunków przemieszczali się po obszarze od 200 km2 w urodzajnych okolicach Cairns aż do 30 000 km2 (powierzchnia Belgii) w skrajnie nieprzyjaznych warunkach pustyni Zachodniej Australii. Zakładali tymczasowe obozowiska w miejscach obfitujących w pokarm, a gdy ten się wyczerpał ruszali dalej. Nie zakładali stałych osad, nie uprawiali roli, nie posiedli umiejętności hodowli zwierząt. W polowaniu posługiwali się włóczniami z kamiennymi ostrzami. Polowanie za pomocą narzędzi, malowidła naskalne oraz zalążek handlu wymiennego to jedyne rzeczy, które nie pozwalały sklasyfikować ich jako kolejne zwierze w przyrodzie. Ich życie było bardzo podobne do tego, które w barwny, literacki przedstawia film Jean-Jacques Annauda pt. „Walka o ogień”. Teorii o Aborygenach jako istotach ludzkich nie podzielali bynajmniej Angole, którzy podbijając kontynent i tworząc niezależne od korony państwo wpisali Aborygenów do Księgi Flory i Fauny. I tak jako nieludzie przetrwali do początku lat 70-tych XX wieku, kiedy ich oficjalnie skreślono z tej haniebnej publikacji. Pełnię praw wyborczych uzyskali jednak dopiero w 1984 roku, aczkolwiek w „świadomości społecznej” jeszcze nie zaistnieli jako ludzie.  Liczbę Aborygenów u progu kolonizacji szacuje się na około 600-700 tysięcy. Pod czułą opieką władz kolonialnych (a później australijskich) populacja skurczyła się do ok. 67 tys. w 1933 roku. Dziś ludność aborygeńska to około 220 tys.

Mimo całego swojego zacofania lud ten posiadał jakąś ponadplemienną mądrość. Cały szereg wierzeń, nakazów i zakazów  kierował ich postępowaniem tak, jak kazała logika przetrwania gatunku. Logika, której nikt nie rozumiał, a której przestrzegano z żelazną konsekwencją. Fascynuje mnie to, że pierwotny lud żył według zasad nadrzędnych, stawiających interes przetrwania rasy nad interesem grupy etnicznej czy klanu. Tak, jakby kierowała nimi jakaś niewidzialna ręka, siła wyższa. Skąd bowiem ludzie, którzy nie mogli miec pojęcia o podstawie genetyki mogli wiedzieć, że zbyt bliskie pokrewieństwo między rodzicami powoduje w dłuższym okresie mutacje, że potrzeba jest wymiany genów, by nie dopuścić do degeneracji rasy? Nie mogli tego wiedzieć, ale reguły nakazywały im by co pewien czas do klanów napływała „świeża krew”. Dlatego klany z sąsiadujących ze sobą grup etnicznych w wyznaczonym miejscu regularnie organizowały ponadplemienne spotkania, które w dzisiejszym języku nazwalibyśmy festiwalami. Prezentowano na nich tańce, obrzędy i rytuały każdego z klanów, które de-facto były opowiadaniem historii, formą przekazywania wiedzy w społeczeństwie, które nie rozwinęło pisma. Prowadzono prymitywną wymianę handlową. Plemiona znad oceanu mogły „oferować” wyroby np. z rybich ości w zamian za kamienne groty do włóczni. Najważniejszą rzeczą na takim „zlocie” było jednak aranżowanie małżeństw a pośrednią spotkanie z rodziną. W każdym klanie bowiem ktoś miał swoją ciotkę, wuja, brata czy siostrę. W ten sposób zabezpieczano różnorodność genetyczną klanu i zapobiegano konfliktom. Jednym z miejsc, gdzie od tysięcy lat odbywały się takie spotkania jest oddalona o 350 km na północ od Cairns miejscowość Laura. Regularnie, co dwa lata w czerwcu spotykają się tu aborygeńskie plemiona by prezentować swój dorobek kulturalny i kultywować tradycję.

Kiedy w 2003 roku byłem w Cairns jako student, byłem biedny jak mysz kościelna i festiwal przeszedł mi koło nosa. W 2005 roku, będąc w Cairns po raz drugi znów nie było sprzyjających warunków finansowych, by tam pojechać. Dwa lata później sprowadziliśmy się do Cairns na stałe dokładnie w miesiąc po festiwalu. Teraz jednak już nie odpuszczę, nie pozwolę by czwarty raz festiwal przeszedł mi koło nosa. Dlatego już jutro wyruszamy ze Szpulką do Laura na festiwal tradycyjnego tańca i sztuki aborygeńskiej. A o tym, jak współcześnie wygląda spotkanie plemion aborygeńskich dowiecie się już z następnej notki.

 Miesiąc maj zleciał nam jak biczem strzelił. Podobnie poprzedni tydzień. Jeszcze przed chwilą byl weekend a tu juz się zrobił piątek i koniec tygodnia. Nowa notka na blogu nalezy się jak psu buda.

O ile ten weekend przebimbaliśmy, tak poprzedni był dość intensywny. W sobotę z samego rana (około 7.00) pojechaliśmy do Yangabura. To mała miejscowość na Płaskowyżu słynąca z szwajcarskiej knajpy i comiesięcznego targu. Co tydzień w Sobotę i niedzielę gdzieś w okolicy odbywa się targ. Ten w Yangubara jest jednak największy. Trudno jednak szukać podobieństw z targami w miastach i mieścinach, które znam z dzieciństwa. Nie ma tu wozów konnych, z których chłopi sprzedawali żyto, owies czy pszenicę, nie ma jatek mięsnych z wielkimi drewnianymi pniami i toporami ociekającymi krwią, brak drobnych rzemieślników, którzy w oparach kwasu wielka kolba łatali dziurawe garnki. Market w Yangabura to kilka rzędów równoległych wiat namiotowych rozbitych na dość dużym płaskim terenie. Można tu znaleźć stoiska z ciuchami i z owocami, z lustrami w miedzianych oprawach i z domowego wyrobu mydłem. Są pachnące świeczki, wypalane w przydomowych piecach gliniane figurki, drewniane meble z polerowanego drewna. Przytłaczająca większość straganów ma dokładnie to samo barachło, które można kupić w tandetnych butikach dla turystów w Cairns.  Są jednak nieliczne wyjątki jak przygodne wróżki robiące klienta w wała przepowiadające przyszłość z fusów, wróżące z kart Tarota czy wyjaśniające tajemnice numerologii. Tu i ówdzie można zobaczyć klatkę z kurczkami czy kaczkami. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to zwierzęta gospodarskie. Na jednej z klatek widnieje wyraźna reklama „Kurczaki, wymagania jak świnka morska a o ile więcej frajdy”. W środku coś, co nazwałbym skrzyżowaniem kury z hippisem. Długie cienkie pióra przypominają włosy, pod ich gęstwiną ginie grzebień, spadają kurczakowi na oczy i dziób, rosną nawet na kurzych łapkach. Są też stragany z wyrobami domowymi. Żadnej tam babci w chustce, która z przepastnego wiklinowego koszyka sprzedawała biały ser, śmietanę lub jajka. Tu sprzedaje się domowej roboty ciasta z wściekle różowym lukrem (idę o zakład, że nie użyto soku z buraka) a przede wszystkim wszelkiej maści dżemy. Oprócz tradycyjnych morelowych, mango i pomarańczowych jest rochę egzotyki. Dla mnie zaczyna się ona na dżemach migdałowo-figowych a kończy na wynalazku z pomidorów i imbiru. Kiedyś nawet się na to skusiłem. Pierwsze kilka kromek przeszło gładko, później nad wyraz często gościłem w kibelku. Reasumując Yangabura market z pewnością jest największym targiem w okolicy, ale nie ma tu niczego, czego nie dałoby się kupić na pomniejszych targach w okolicy.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o herbaciarnię nad Lake Barrine. To przepiękne jezioro położone w kraterze wygasłego wulkanu. Rozsiedliśmy się na drewnianym tarasie na piętrze znajdującej się tam restauracji z imbrykiem pełnym gorącej aromatycznej herbaty. Sącząc powoli boski płyn podziwialiśmy krystalicznie czyste wody jeziora, beztrosko baraszkujące kaczki i tnące powietrze niczym sztylet jaskółki. Bardzo lubię to miejsce.

Niedzielę przeznaczyliśmy na wycieczkę do Port Douglas. To niewielki kurort około 50 km na północ od naszej plaży. Szydercy mawiają, że dawniej cała wioska żyła z rybołówstwa, dziś z cudzołóstwa. I choć od Monaco czy Saint Tropez dzielą go jakościowo lata świetlne, to ma opinię miejsca, gdzie w drogich hotelach wypoczywają australijskie (i nie tylko) snoby. Tu spędzał urlop Bill Clinton i All Gore, tu można spotkać członków Rolling Stones, Spilberga czy Toma Hanksa. To tu paparazzi polują na Kylie i jej nowego chłopaka. Rzeczywiście Port Douglas jest pełne miejsc, gdzie za apartament płaci się nawet i 4000 AUD i więcej za dobę, pól golfowych, prywatnych lądowisk helikopterów. Stoi to w dużym kontraście z warunkami życia zwykłych obywateli. Lokalny samorząd splajtował i obszar włączono administracyjnie w granice Cairns. Usługi publiczne sa na zatrważająco niskim poziomie. Średnio co dwa miesiące wybucha afera, że woda z wodociągów miejskich jest niezdatna do picia a prom na rzece Daintree nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. My jednak nie pojechaliśmy by eksplorować różnice między poziomem życia a poziomem wypoczynku w port Douglas. Udaliśmy się tam w konkretnym celu, mianowicie przejażdżki wąskotorówką zwaną „Billy Holey”. To pozostałość po kolejce cukrowniczej. W czasach świetności zwoziła z pól trzcinę do cukrowni, transportowała cukier do portu a w przeciwna stronę maszyny i urządzenia. Dziś cukier wozi się ciężarówkami do samego Cairns a pola trzciny cukrowej w Port Douglas ustąpiły miejsca polom golfowym. Odcięta od głównej sieci odnoga przez wiele lat popadała w ruinę. Dopiero kilka lat temu grupa zapaleńców przywróciła do ruchu kilkukilometrowy odcinek.

Przejażdżka zaczyna się przy samej marinie. Stojąc po przeciwnej stronie ulicy można zaobserwować obrazek jak z bajki. Daleko w tle mamy przybrudzoną zieleń lasów namorzynowych, tuż przed nimi turkus oceanu, trochę bliżej przycumowane do pomostów majestatycznie kołyszą się białe jachty, szybkie łodzie motorowe i zwykłe łódki wędkarskie. Nad tym wszystkim nieprzebrany błękit nieba. Na pierwszym planie na peron przy pieczołowicie odnowionym drewnianym budynku stacji wtacza się kolorowy pociąg. Czerwony parowozik łamie naturalne kolory otoczenia, kontrastuje ze wszystkimi barwami przyrody. Za nim podążają trzy odkryte żółto-czerwone wagoniki pasażerskie. Godne podziwu jest jak dokładnie płaszczyzna peronu zgrana jest z podłogą wagoników. Chwilę później załoga odczepia lokomotywkę od składu. Jedzie ona kilkadziesiąt metrów dalej na obrotnice. To urządzenie do zmiany kierunku jazdy, taka ogromna „Lazy Suzan”. Parowóz wjeżdża na olbrzymie koło, obracany jest o 180st i zjeżdża już przodem do kierunku jazdy. W blasku fleszy fotoamatorów doczepiany jest do reszty składu. Po skończonych manewrach wsiadamy do wagonika, kilka minut postoju i słychać przenikliwy wibrujący dźwięk gwizdka. Chwilę później sapniecie lokomotywki, szarpniecie wagoników i ruszamy w drogę. Pierwsze kilkaset metrów prowadzi tuż nad brzegiem mariny. Podziwiamy jachty, wzdychamy po cichu do katamaranów. Za nami w tyle pozostają drewniane pomosty, molo, urokliwy budynek stacji, rzędy kafejek i restauracji. Nie mija 5 minut jak wjeżdżamy w las namorzynowy. To typowe zarośla bagienne. Jest sucho, więc zamiast wody wszędzie widać wysuszony muł, nad który wystają pozwijane w fantazyjnych kształtach korzenie. W porze mokrej ten obszar stoi w wodzie. Plotki głoszą, że onegdaj, przed przybyciem Europejczyków kiedy Aborygenka była zbyt stara, zniedołężniała i nieprzydatna dla swojego klanu przychodziła samiuteńka na te bagna. Problem rozwiązywali kilkumetrowi mieszkańcy mokradeł. Wypatrywaliśmy ich uważnie, lecz tym razem żadnego nie dostrzegliśmy. Wśród tych gęstwin zbudowano pierwszy przystanek, stację przy schronisku dla ‚backpackersów’. Wygląda jak zbita na prędce drewniana trybuna dla oficjeli na pochodzie pierwszomajowym gdzieś w powiatowym miasteczku Polski „B”. Dalsze przystanki są o wiele bardziej reprezentacyjne, jak np. ten zaraz po wyjeździe z zarośli. Znajduje się przy jednym z wielu ekskluzywnych kurortów. Drewniane ażury wiaty peronowej, płotek i wszystkie elementy małej architektury są w identycznym stylu jak budowle, które widzimy za płotem ośrodka. Ku naszemu zaskoczeniu na stacji kilka osób wsiadło i tyleż wysiadło z pociągu. To samo miało miejsce na kolejnych stacjach. Po pół godzinie dotarliśmy do kresu podróży. Stacja końcowa to też część dużego ośrodka. Podczas manewrów parowozu obserwowaliśmy położone nieopodal pole golfowe, miniaturowe sylwetki ludzików i poruszające się to tu, to tam białe melexy. Teren był urozmaicony. Wielkie soczysto zielone obszary falowały lekkimi pagórkami. Tu i ówdzie srebrzyło się oczko wodne. Całość przecinała ciemna wstęga strumienia wijącego się wśród wzgórz niczym gigantyczna sznurówka. Jego brzegi spięte były malowniczym kratownicowym mostkiem, który pozwalał przedostać się melexom na drugą stronę pola. Droga powrotna do mariny była dokładnym odwróceniem tej, którą tu przybyliśmy. Najpierw przeciskaliśmy się wśród starannie wypielęgnowanej zieleni resortów zatrzymując się na stacjach przed głównymi ich bramami, po czym wjechaliśmy w bagienne zarośla by dotrzec na ostatnia prosta wzdłuż mariny. Całość zajęła nam około 1 godziny 15 minut.

Pobuszowaliśmy jeszcze trochę w Port Douglas i udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Nie dotarliśmy tam jednak bezpośrednio. Postanowiłem pokazać Szpulce Oak Beach, jedna z kilku plaż między Port Douglas a „naszą plażą”. Jest bardzo romantyczna, idylliczna. Nie dotarło tu szaleństwo masowej turystyki. Na kilkusetmetrowej esplanadzie stoi kilkanaście zwykłych domów mieszkalnych. Plaża jest z tych dużych płaskich. W tym miejscu ocean jest bardzo płytki, dlatego odpływ odsłania dosłownie kilkaset metrów piaszczystego dna. My trafiliśmy właśnie na odpływ. Postanowiłem, że wejdę w ocean i zrobię fotkę. Takie ujęcie, gdzie na pierwszym planie wśród granatowo zielonkawej toni oceanu są pieniące się na biało grzywy fal łamiących się na płyciźnie, później platynowy kolor piasku plaży, za nim zieleń zarośli, w tle czarne łaty bazaltowych skał przebijających przez las pokrywający spadające stromo do oceanu zbocza i błękit nieba z porozrzucanymi pierzastymi obłokami. Jak postanowiłem tak uczyniłem. I była to ostatnia fotka jaka udało mi się zrobić. Chwilę później oślepiony słońcem odwróciłem się w stronę oceanu by przejrzeć zdjęcia. Skupiony na tym by w ostrym słońcu wypatrzeć coś na małym ekranie o niskim kontraście nie zauważyłem nadchodzącej fali. Nie był to żaden bałwan pędzący z szumem w moim kierunku. Ot zwykłe lekko widoczne zgrubienie na powierzchni, coś jak mulda na osiedlowej uliczce. To wystarczyło. Wpatrując się w skupieniu w ekran zobaczyłem jak powoli przetacza się nad nim 1 cm morskiej wody. Wszystko działo się jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Fala oddaliła się bez pośpiechu, a ja zostałem w tej samej kretynskiej pozycji co byłem z mokrym aparatem w ręku. Wystarczył jeden rzut oka by się przekonać, że nie był wodoodporny. Czułem się bardzo rozczarowany. Pierwszy telefon komórkowy utopiłem w sedesie. Wyślizgnął mi się z kieszeni w koszuli gdy sięgałem po szczotkę stojącą obok muszli. To było spektakularne. Szpulka utopiła swój telefon w Oceanie równie widowiskowo. A tu co? Ot aparat dział i nagle nie działa. Bez żadnej dramaturgii, bez fajerwerków. Wyciągnąłem z niego baterię a po powrocie do domu rozkręciłem zostawiając by wysechł. Niestety minął tydzień i nic. Martwy jak egipski faraon. W najbliższym czasie nie ma więc co liczyć na jakiekolwiek fotki na blogu. A szkoda, bo już niedługo w laura bedzie miał miejsce festiwal tańca aborygeńskich plemion na który zamierzamy się wybrać.  Chyba, że ktoś naiwny szlachetny pożyczy nam swój. Oczywiście jeśli znalazłby się altruista i podarował (lub na dłuższy czas wypożyczył) jakiś zbędny, nieużywany sprzęt w zamian za tytul oficjalnego sponsora bloga harome, to polecam się pamięci. E-mail znacie :) 
 


  • RSS