harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: filozofowanie

W całości cytat z „zaprzyjaźnionego”, dolinkowanego, rumiankowego :) bloga.

„Rytmiczność związku określa stopień jego autentyczności. Ta z kolei zależy od zdolności małżonków do bycia sobą – tylko wówczas mogą być wolni w swoim związku, nie potrzebują szukać we współmałżonku tego, co pozwoliłoby im uzupełniać własne braki, nie muszą go ciągle zwodzić i nim manipulować. Mogą partnera poznawać. W związku rytmicznym małżeństwo tworzą dwie silne osobowości, które stymulują się wzajemnie w rozwoju, a nie „konsumują” partnera…”

„Partnerska gra pozorów”, Beata Banasiak – Parzych, Charaktery 2/2010

Wydaje się, że kluczowe są tu dwa słowa, mianowicie „zwodzić i manipulować”. Czy rzeczywiście brak zdolności do bycia sobą musi w efekcie pociągać takie zachowanie partnera? Jak poznać czy trafić do osoby, która sobą jest tylko dla siebie? Jak poznać, że to tylko manipulacja, gra pozorów, maska zakładana na potrzeby chwili? I czy w ogóle istnieją odpowiedzi na te pytania? 
 


Boże, użycz mi:

Pogody ducha
- abym godził się z tym, czego nie mogę zmienic,

Odwagi
- abym zmieniał to, co mogę zmienić

I szczęścia
- aby mi się jedno z drugim nie popieprzyło

Stephen King


Po częstotliwości notek wyraźnie widać, że mam „kryzys twórczy”. W istocie tak jest. I sprawa wygada dość poważnie. Straciłem ostatnio energię i werwę do pisania do tego stopnia, że zastanawiam się czy jest sens kontynuować dalej. Nie piszę tego kokieteryjnie by wymusić komentarze typu „kochamy Cie, pisz bo będzie nam Cię brakować”. Nie jestem hipokrytą, który posunie się do tego, by popławić się chwilę w uwielbieniu, nasycić swoją próżność. Piszę, co mi kołata się po głowie i nad czym się poważnie zastanawiam. Przez długi czas bardzo wiele sytuacji rozważałem w kategoriach „to świetnie nadaje się na bloga lub nie”. Wiele razy łapałem się na tym, że zamiast nad sednem samej rzeczy myślałem jak to ubrać w słowa by umieścić na blogu. Czy bardziej pasuje opis akcji czy sytuacji, czy pisać w pierwszej osobie, czy może z pozycji narratora? Od dłuższego czasu straciłem tą energię. Coraz trudniej i z większym wysiłkiem przychodzi mi sklecenie nowej notki. Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że jest to rodzaj kieratu, który nałożyłem sobie na kark a nie rodzaj spontanicznego i radosnego hobby. Dodatkowo dochodzi autocenzura. Przez lata dzieliłem się na blogu wieloma rzeczami, które aktualnie przykuły moja uwagę, bulwersowały, rozśmieszyły czy wzruszyły. Niedawno czytałem np. o eutanazji w Australii. Poważny temat, wielki dylemat moralny. Chciałem napisać o tym notkę, bo były dwa dobre powody. Z jednej strony Australia była pierwszym krajem, na którego części terytorium legalnie była dozwolona eutanazja i jednocześnie pierwszym krajem, gdzie przeprowadzono eutanazję w majestacie prawa, z drugiej natomiast, sam proces wydał mi się iście diabelski. Zanim doszedł do władzy rząd Johna Howarda, który zniósł przepisy pozwalające na eutanazję dokonano 4 zabiegów. Końcowym ogniwem procedury był komputer uruchamiający mechanizm wstrzykujący śmiertelną dawkę leków. Zanim to nastąpiło pacjent musiał opowiedzieć na ekranie komputera na szereg pytań. Strasznie makabryczna wydała mi się wizja quizu, w którym za udzielenie poprawnej odpowiedzi na wszystkie pytania możesz wygrać własną śmierć. Zacząłem grzebać w sieci, zbierać materiały dokumetujące te przypadki eutanazji. Chciałem sklecić notkę w formie opisu akcji śledzącą któryś z tych przypadków, coś na kształt tej o tsunami. Potem przyszła autocenzura, że mogę zbyt strywializować poważny problem, że to ogromny dylemat moralny dzielący społeczeństwo no i że temat zbyt poważny na bloga. To był jakiś punkt zwrotny, kiedy uświadomiłem sobie, że w ten sposób ocenzurowałem wiele innych tematów zarówno z życia prywatnego jak i ogólnoaustralijskich czy lokalnych.

Co dalej z blogiem? Nasuwa się kilka rozwiązań. Pierwsze, najbardziej drastyczne nazywa się „delete”. Można i tak, ale po co? Drugie to mniej więcej to, które stosuje jak mi przyjdzie w robocie ochota trochę popracować. Po prostu siadam cichutko w kąciku i czekam aż mi przejdzie. To podpowiada głos rozsądku, każdy w końcu ma czasami ujemny biorytm, a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, jutro też będzie dzień i tuzin podobnych komunałów można znaleźć na ten temat. Rozwiązanie nie głupie, ale nie daje gwarancji, że człowiek znów się zakocha i zacznie znów „iskrzyć” i będzie wszystko tak jak dawniej. Na dodatek, nie ma co czekać tylko ciągnąć ten kierat w nadziei, że jednak się odmieni. Ostatnio jednak zaczęło pączkować we mnie trzecie rozwiązanie. Może wewnętrzną potrzebę pisania zrealizować w inny sposób? Może stworzyć fikcyjnego bohatera, umieścić go w fikcyjnej rzeczywistości i pisać o nim przelewając część swoich marzeń, pragnień i cech charakteru? Stworzyć coś na kształt podrasowanej lub skarykaturyzowanej w krzywym zwierciadle wersji samego siebie? Ale czy to daje jakąkolwiek gwarancję na przyszłość. Nic, nie rozstrzygnę tego w tej notce, więc na razie musi pozostać po staremu. Przynajmniej do chwili gdy zbiorę się w sobie by podjąć decyzję co dalej z blogiem.


Każdy z nas zna osoby, o których może powiedzieć „tym to się powodzi”. Najczęściej spoglądamy w ich stronę z zazdrością, czasami z pożałowaniem a jeszcze innym razem z pogardą. Zawsze jednak możemy powiedzieć co jest źródłem tego „powodzenia”. Wśród wielu przypadków są takie, które śmiało możemy powiedzieć że doczekały „lepszego jutra”, czyli wykazując niewiele inicjatywy ze swojej strony znalazły się w dużo lepszym położeniu niż otoczenie z którego startowały. Ja takie przypadki dzielę na kilka kategorii.


Kategoria „Forest Gump”, czyli dryfujemy przez życie niczym piórko na wietrze tam, gdzie skieruje nas mocniejszy podmuch. Kiedy po pierwszym roku studiów porzuciłem szanowaną lecz nie dającą przyszłości fizykę na rzecz rachunkowości spotkałem się z całą masą ludzi, którzy zbyt słabi na uniwersytet czy uczelnie techniczną trafiali z przypadku na ekonomię. Nie inaczej było z „M”. Pochodził z małej wioski w nieistniejącym już dziś województwie. Do podstawówki poszedł we własnej wiosce, bo tak było pisane. Gdzieś przecież musiał iść a nikt nie wymaga by jeździł 10 km PKSem. Skończył podstawówkę i edukację kontynuował w gminnym liceum w oddalonym o kilkanaście kilometrów zapadłym miasteczku. Podczas, gdy jego koledzy wybierali technika czy zawodówki, on poszedł do przechowalni talentów, bo tam dyrektorką była jego matka. Skończywszy przeciętne liceum miał zamkniętą drogę do wielu uczelni, ale jego koledzy szli na ekonomię, więc poszedł i on. Na studiach nie był orłem, ale nie był tez outsiderem. Plasował się w dolnej strefie stanów średnich. Skończył uczelnię, wrócił do siebie. Wkrótce zatrudnił się (co wynikało z naturalnej kolei rzeczy) w dużym państwowym molochu w byłym miescie wojewódzkim. Moloch, zarówno jako Przedsiębiorstwo Państwowe, jak i jako Spółka Skarbu Państwa podlegał mocno koniunkturze politycznej. Każde wybory i zmiana władzy przynosiła mocne przeciągi, które wywiewały kadry ze spółki. „M” w tym czasie piął się zgodnie z wewnętrzną drabinką. Dziś jest bardzo ważnym dyrektorem, znanym i szanowanym obywatelem miasta. Wcale bym się nie zaskoczył, jeśli kolejny podmuch historii zaniósłby ten puch marny do ministerstwa. Kto wie, może za kilka lat w jakimś rządzie będziemy mieli ministra „M”.


Kategoria „właściwy człowiek na we właściwym czasie na właściwym miejscu”. Inny mój znajomy, „L”, nie miał okazji do pobierania nauk jak „M”. Skończył podstawówkę, później zaocznie wieczorowe technikum. „L” nie jest głupi, może jest prosty, ale nie jest prostakiem jak przedstawiciel kolejnej kategorii. Jako prosty człowiek, ale rozsądny i dobrze zorganizowany przez większość swojego życia zawodowego był kierowcą, handlowcem, prowadził warzywniak. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych został dyrektorem jednej z firm znanego powszechnie aferzysty. Aferzysta poza interesami zupełnie szemranymi prowadził również półlegalne i całkiem legalne. Takim właśnie interesem kierował „L”. Pewnego pięknego ranka okazało się, że aferzysta zniknął. Całe imperium zostało osierocone. „L” został sam na sam z dobrze zorganizowaną niezależną częścią konglomeratu. Miał ludzi, miał podpisane kontrakty z klientami, interes się kręcił, więc ucieczki aferzysty organizacyjnie nie odczuł wcale. Po kilku tygodniach wszyscy dotychczasowi pracownicy mieli już zawarte umowy o pracę z „L” a klienci umowy o świadczenie usług. Tym drugim spadł kamień z serca, gdyż bez żadnych zawirowań dostawali usługi na tym samym poziomie a jednocześnie nie byli już kojarzeni z niepopularnym aferzystą. „L” jako człowiek roztropny, dobrze zorganizowany i ostrożny nie dał sobie już niczego wydrzeć z rąk. Prowadził firmę przez następne 11 lat, po czym w wieku lat 52 sprzedał ją inwestorowi za gigantyczne pieniądze. Jak pisałem „L” był człowiekiem prostym, nie ufał więc niczemu, czego nie znał a takimi rzeczami była giełda, akcje, obligacje, fundusze. Dodatkowo nie wierzył w jakiś elektroniczny zapis gdzieś w komputerowym rejestrze biura maklerskiego. Fortunę, którą dostał za swoją firmę ulokował w nieruchomościach. Dziś jego „emerytura” to kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie jakie otrzymuje z wynajmu a dzięki boomowi na nieruchomości wartość jego aktywów jest na prawdę imponująca.


Kategoria „Nikodem Dyzma”. Każdy z nas ich spotkał. Klasyczny przykład chama, bez koszty kultury i ogłady, który przez przypadek lub podstępem dostaje się „na salony”. „K” jest niedouczonym wiejskim dzieckiem, które przez wiele lat jest zerem, dziadem nad dziadami ledwo wiążącym koniec z końcem, niczym bohater powieści Dołęgi-Mostowicza, który był bezrobotnym urzędnikiem pocztowym z prowincji. Ma jednak pewne zdolności do socjalizowania się, które pomagają mu w zawieraniu kolejnych cennych znajomości. W ten sposób buduje „network”, i po znajomości udaje mu się  załapać do pracy w pewnej hermetycznej instytucji. Tam jego ignorancja i braki w edukacji pozostają niezauważone i pozwalają piąć się po szczeblach kariery i zamiast biegac po polu w zgrzebnej sukmanie jak jego kumotrzy kmiecie, odreagowuje traumę z dzieciństwa mieszając z błotem tych, którzy coś osiągnęli dzięki ciężkiej pracy, zdolnościom lub inteligencji. Ot ucieleśnienie cwaniactwa i karierowiczostwa. 


Szanowny Czytaczu, jeśli podmuch losu niesie Cię tak, że za każdym razem spadasz na pysk z głośnym plaśnięciem, swoje „5 minut” już w życiu miałeś i przegapiłeś i nie masz zadatków na „Nikodema Dyzmę”, to nie czekaj na lepsze jutro !!! Ono samo nigdy nie nadejdzie !!! Weź rzeczy w swoje ręce, rusz dupę z posad i wyjdź mu naprzeciw. Przy okazji mocno się przepychaj łokciami by nie stratował Cię tłum, który również będzie szukał lepszego jutra. Głupio byłoby je znaleźć i zostać zadeptanym.

 


  • RSS