Postanowiłem sobie zrobic krótką świąteczną przerwę na blogu. Jak się byczyć, to na całego. Swięta się jednak skończyły i skończył się odwyk od bloga.

W tym roku nie mieliśmy świąt w ogóle, jeśli nie liczyć świątecznego żurku w niedzielę. Z początku planowaliśmy wyjazd do Cooktown, osady 300 km na północ od Cairns, znanej z tego, że James Cook spędził tam kilka tygodni podczas pierwszej wyprawy dookoła świata. Miejsce to jest również uważane, za pierwszą europejską osadę na kontynencie. Z planów jednak nic nie wyszło. Pogoda spłatała nam figla i całe święta lało. Mieliśmy krótką powtórkę z mokrego sezonu. Nawet woda tak samo stała na trawnikach. To jeden powód a właściwie wymówka na osłodę, wygodne usprawiedliwienie, dzięki któremu możemy powiedzieć „dobrze, że nie pojechaliśmy, bo zmoczyłoby nam tyłki i więcej byłoby kłopotu niż frajdy”. Inną sprawą jest, że Szpulka pracowała przez całe święta. Trochę z zachłanności, trochę z konieczności. Z zachłanności, bo w święta płacą 2.5 normalnej stawki, więc w 2 dni można zarobic tyle co w cały tydzień. Z konieczności, bo Ula pracuje na cały etat i musi wyrobic 38 godzin tygodniowo. Standardowo ma wolne w środę i czwartek, bo wtedy chodzi na uniwersytet. Gdyby wzięła jeszcze święta, czyli piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek, to w pozostałe dni musiałby chyba siedzieć po 19 godzin w pracy :)

Szpulka pracowała za to ja miałem wydłużone leniuchowanie. Ron I Bezzębny postanowił zamknąć biznes na 4 dni po świętach i wysłać wszystkich na przymusowe urlopy. W ten oto sposób miałem wolne od 9 do 19 kwietnia. Przepiękny okres na słodkie leniuchowanie. Aż żal, że nie mieliśmy możliwości wykorzystać tego i polecieć gdzieś poza Australię, np. do Birmy, która mi ciągle chodzi po głowie. Własciwie zmitrężyłem ten czas leżąc na przemian to do góry brzuchem, to do góry dupą i czytając „tonami” książki. Dzięki temu nadrobiłem sporo zaległości, przypomniałem sobie też kilka pozycji z listy zamieszczonej w poprzedniej notce. Zacząłem też czytać „Ostatni Kontynent” Pratchetta, jak można przeczytać w komentarzach do poprzedniego wpisu satyrę na Australię. Czytam i doszedłem do wniosku, że to może podobać się wszystkim, tylko nie Australijczykom. Oni w przeciwieństwie do Polaków nie umieją śmiać się ze swoich przywar i karykaturalnej rzeczywistości. Polacy uwielbiają Bareję i jego komedie pokazujące PRL w krzywym zwierciadle. Wypunktowanie niedorzeczności i śmieszności systemu wzbudza salwy śmiechu. Australijczycy od pokoleń żyją w przekonaniu, podsycanym codziennie przez rządących i media, że mieszkają w najlepszym ze światów, raju na ziemi. A raj z definicji nie ma niedociągnięć czy rzeczy ułomnych. W raju wszystko jest perfekcyjne, nie tylko całokształt, ale każdy element z osobna. W takim środowisku nie ma miejsca na satyrę z własnego otoczenia i rzeczywistości. Próba jej ośmieszenia bardzo często odbierana jest jak obraza majestatu, zbrodnia przeciwko ustalonemu porządkowi. W najlepszym razie po prostu jest nie zrozumiana, słowem nic śmiesznego. Ot dygresja. Kiedyś dostałem na e-maila w pracy serię obrazków z „obrzydliwym żarciem”. Pomiedzy fotkami z pieczonymi karaluchami, czerwiami i innym robactwem było zdjęcie węgorza. Kiedy spytałem, co jest nie tak, wszyscy w pracy jak jeden mąż odpowiedzieli „przecież to jest węgorz, ohydztwo”. I ja tego nie zrozumiałem. Nie zrozumiałem dlaczego dla ludzi, którzy z lubością zjadają robale majace 10 nóg, długie czułki i dwoje wielkich czarnych oczu osadzonych na czubku głowy (krewetki, w Boże Narodzenie maja taki status jak karp w Polsce), zwykły węgorz jest synonimem czegoś obrzydliwego. Dlatego myślę, że ten tom Świata Dysku nie był popularny w Australii. Aussie nie łapią tego rodzaju humoru, tak jak ja nie łapę dlaczego węgorz może być „be”. A krewetki uwielbiam i nie przeszkadza mi, że są robalami.