harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: cairns

 
Biurokracja przy sprzedaży domu w Australii, a przynajmniej w stanie Queensland ogrniaczona jest do minimum. Kiedy po wielu podchodach uda się w końcu złapać klienta Agent podsuwa standardową umowę. Z góry ustalony wzór to 3 strony podpunktów plus jakieś pouczenie. Po podpisaniu przesyła się umowę do prawnika i czaka na termin zapadalności poszczególnych warunków. Domyslnie zazwyczaj są trzy. Dom musi przejść inspekcję budowlaną, inspekcją „robaczaną” oraz nabywca musi zgromadzić pieniądze. Jeśli w terminach określonych w umowie nie zostają zgłoszone zastrzeżenia uznaje się dany warunek za spełniony. W ten sposób 21 kwietnia minał termin do kiedy kupiec mógł zerwać umowę ze względu na stan budynku lub z powodu zarobaczenia i czekaliśmy już tylko na to czy dostanie kredyt. Ten warunek został spełniony we wtorek i tym samym umowa stała się obowiązująca. Tego dnia, 27 kwietnia o godzinie 17:00 stałem się znów bezdomny. Teraz musimy opuscić lokum i przekazać je nabywcy dokładnie 14 maja. To dokona już nasz prawnik. Coś się kończy, coś się zaczyna pisał Sapkowski. W moim życiu z pewnością właśnie skończył sie pewien etap. Teraz czas rozejrzeć się co można zacząć. 
 


W Australii niezbyt popularne jest jeżdżenie „okazją”. Przynajmniej nie tak popularne jak w Europie. Dla mnie jest to kolejna rzecz z kategorii „australijski ewenement”, bowiem w kraju gdzie praktycznie nie istnieje komunikacja publiczna autostop powinien być o niebo bardziej rozpowszechniony niż w pokrytej gęsta siecią pociągów czy PKSów Europie. Dlatego jadąc gdziekolwiek staram się w miarę możliwości podwozić autostopowiczów. A mam ku temu sposobność codziennie jadąc do pracy.

Wracając w piątek z Innisfail zauważyłem jak po poboczu drepta człowiek z charakterystycznie uniesionym palcem do góry. Zatrzymałem się. Po krótkiej wymianie zdań władował mi się do samochodu typowy „wyspiarz”, mieszkaniec wysp rozrzuconych pomiędzy Półwyspem York a Nową Gwineą. Jak już wielokrotnie wspominałem, wyspiarze nie są spokrewnieni ani z Aborygenami ani z Papuasami. To mieszanka etnicznych Melanezyjczyków i Polinezyjczyków. Mój pasażer miał ciemno brązową skórę, czarne niczym dwa węgielki żywe oczy, krótko obcięte kręcone włosy. Był wychnięty na wiór, sama skóra, ścięgna i kości. Jak na trampa i włoczykija odzienie miał nadwyraz schludne i czyste. Już tym samym odróżniał się od większości ciemnoskórych podróznych. Ruszyliśmy w stronę Cairns.

- Skąd pochodzisz Romek ? – zapytał po uprzedniej wymianie grzeczności.
- Z Europy, a dokładniej z Polski. Słyszałeś kiedys o takim kraju? – odparłem
- No oczywiście. Co ty masz mnie za głupka? – zirytował się David mój rozmówca. – Polska to wielki kraj z bogata historią. macie wielki i waleczny naród, który wsławił się niejednokrotnie.
- W sumie masz rację. – odrzekłem kurtuazyjnie myśląc w duchu, że trafiłem na kogoś wyszczekanego niczym akwizytor handlowiec z Melbourne. W duchu zaś dodałem „echh, pewnie nie masz pojęcia nawet, że istnieje taki kraj, ale inteligentny jesteś, bo w sumie połechtasz dumę narodową każdego w ten sposób, a sprzedajesz takie kawałki, że trudno im zaprzeczyć”.
- Czytałem o waszej historii – kontynuował David, a ja zastanawiałem się jak daleko zabrnie i ile bedzie w stanie lawirować operując ogólnikami.
- W 1683 roku uratowaliście Europę przed Turkami. Wasz król Żan Sobieski rozbił pod Wiedniem w proch turecką armię. Użył przy tym wspaniałej kawalerii wyposażonej w skrzydła z ptasimi piórami, które wytwarzały taki wizg, że wróg uciekł w popłochu.
- Jan the third Sobieski – tyle tylko zdołałem powiedzieć, moje oczy nabrały rozmiarów monety 50 centowej, a szczęka opadła do podłogi.
- A później jeszcze raz Polacy uratowali Europę. W 1922 roku pod Warszawą Dżozef Pisucki pokonał Rosjan i odwlekł od Europy groźbę zalania komunizmem.
- W 1920. – poprawiłem, lecz nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani słowa więcej. Oto bowiem człowiek z małej wysepki na końcu Rafy Koralowej nie tylko wie gdzie lezy Polska, co nie często się zdarza Australijczykom, nawet tym „dobrze wykształconym”, lecz bezsprzecznie zna kilka faktów z naszej historii.

Dalsza droga do Cairns upłynęła w atmosferze mojego najszczerszego podziwu dla przygodnego pasażera. David okazał się kopalnią informacji, szczególnie na temat Półwyspu York i okolicznych wysp. Dowiedziałem się, że są jeszcze miejsca, dokąd można odbyć pionierską podróż morską. Na większość Wysp najłatwiej bowiem dostać się statkiem, który dostarcza zaopatrzenie. Na jego wyspę płynie się dwa dni i jedną noc a statek odpływa z Cairns co dwa tygodnie. Dowiedziałem się jak na imie ma kapitan i ile za taka podróż kasuje. Podwiozłem go w Cairns dokładnie pod wskazaną lokalizację. Dostałem adres i zapewnienie, że zawsze bede miłym gościem u Niego na wyspie. Rosztalismy się a moje zdziwienie i zaskoczenie pozostało jeszcze ze dwa dni. Po powrocie do domu rzuciłem się na internet by poszukać przynajmniej 2 bohaterów narodowych z Kambodży :)
 

 
Kiedy przeciętnemu turyście lub wielbicielowi kanału Discovery zadamy pytanie o niebezpieczeństwa, które moga czekać na turystów w Australii na jednym wdechu wymienia się oczywiście węże i pająki. Na drugim wdechu, po podrapaniu się w głowę (lub po jajkach) dorzuca się rekiny i krokodyle. Tylko niewielka część kojarzy w ogóle parzące meduzy i to dopiero kiedy się spyta dokładnie o nie. Poruszałem już wcześniej ten temat TUTAJ. Dziś do niego wróce, bowiem podczas świąt stał się dość aktualny. Dość ważne jest, że wody oblewające dwie wyspy, które są widoczne z Naszej Plaży stanowią stanowisko rozrodowe irukandji, jednego z gatunku smiercionośnych meduz. Wszystkie fotki zamieszczone poniżej pochodzą ze stron The Cairns Post.


To jest Box Jellyfish (osa morska) znaleziona na sąsiadującej z nami Trynity Beach. W okresie świątecznym takie same okazy znaleziono na wszystkich północnych plażach z „naszą” włącznie. Naukowcy z Uniwersytetu Jamesa Cook’a są zgodni. Okaz tej wielkości byłby w stanie zabić zdrowego, dorosłego człowieka z 2 minuty !!!


Niektórzy turyści sądzą, że ostrzeżenia są przesadzone i trzeba mieć wyjątkowego pecha by zostać poparzonym przez meduzę. Czy aby na pewno? Na fotce plaża przu Buchan Point, miejsce połozone najbliżej wysp, o których wspominałem wyżej. Tyle meduz byłoby w stanie rozłozyć nie jeden batalion wojska.


Prawdziwym problemem są jednak nie Osy Morskie lecz meduzy z gatunku Irukanji. Są one na tyle małe, że bez problemu przecisną się przez oczka siatek zabezpieczajacych. Ostatnie poparzenia jakie miały miejsce w okolicach przypisuje się własnie temu gatunkowi.


Najgorsze jest jednak chyba to, że naukowcy nie znaleźli jeszcze odtrudki na jad tej meduzy. Wszystko co można obecnie zrobić, to łagodzić ból i odtruwać ogólnymi metodami mając nadzieje, że orgaizm jest na tyle silny iż przezwycięży truciznę. Jedna z ostatnich ofiar Irukandji wyznała, że ból był tak straszny iż w drodze do szpitala zaczęła się modlić by bóg pozwolił jej już umrzeć.


A ta mała zaraza, to MALO KINGI. Została zidentyfikowana i nazwana w 2002 roku by upamiętnić amerykańskiego turystę nazwiskiem King, który zmarł w wyniku poparzeń w okolicach Port Douglas.

Nie wszyscy emigranci trafili do Australii z wyrachowania czy czystego przypadku. Całkiem spora grupa nieprzystosowanych do „nowoczesnego” życia indywidualności, żyjących w zamkniętym  świecie swoich marzeń i pragnień, nierzadko całkiem oderwanych od rzeczywistości trafiła tu w pogoni za ułudą, światem istniejącym w książkach Arkadego Fidlera, Janusza Wolniewicza czy Wojciecha Dąbrowskiego. Dla nich rodzina LeSueur z Cairns jest tym czym dla suchej studni woda, order Lenina dla prawdziwego komunisty czy wyrywający się z tysięcy gardeł piłkarskich kiboli okrzyk „ch… ci w dupę” dla Roberta Biedronia.

Gavin i Catherine LeSueur wraz z trójką dzieci oraz dwoma kotami zamieszkali na pokładzie katamaranu „Chaotic Harmony” w kwietniu 2006 roku. W lipcu tego samego roku opuścili port w Cairns wypływając w dwuletni rejs po Pacyfiku. Ich trasa wiodła poprzez Luiziady, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi i Nową Kaledonię z powrotem do Cairns. Fascynuje mnie jak piecioosobowa rodzina potrafiła się zorganizować na 13,7m katamaranie i wieść na tyle ile to jest możliwe normalne życie. Choć nie da się ukryć, że normalne ono nie było. Ich najmłodszy syn Fletcher, który miał 3 lata kiedy wyruszyli z pewnością odstawał od swoich rówieśników, którzy zostali na lądzie. Zamiast happy meal w McDonaldzie jadał to, co złapało się na wędkę i owoce które dostarczali mieszkańcy mijanych wiosek, zamiast japońskiej mangi śledził delfiny śmigające obok katamaranu, nie nauczył się jeździć ani na rowerze ani na deskorolce. Nie miała normalnego życia australijskiej nastolatki również Estela, najstarsza z rodzeństwa, która podaczas rejsu obchodziła 16 urodziny. Rzekłbym miała dość ograniczoną okazję urwania się na randkę z chłopakiem.

Na przestrzeni dwóch lat LeSueur’owie przeżyli kilka sztormów, odwiedzili setki błękitnych lagun i bezludnych wysepek. Wytrzymać tak długo w pięć osób (plus dwa koty) na ograniczonej przestrzeni katamaranu wymaga żelaznego charakteru i ogromnych pokładów tolerancji. O tym wszystkim, co przytrafiło się podczas podróży możecie przeczytać TU. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby rzucić zaszufladkowane życie i rzucić się w wir wolności, niezależności i przygody. Czemu o tym piszę? Bo to jest własnie dla mnie niemal jak biblia, wzór niedoścignionych marzeń i pragnień. Rodzina, która stoi za sobą murem, dzieląca jedną pasję i ten powiew wolności i możliwości decydowania co zrobić juro. Niestety musi upłynąć jeszcze trochę wody w Barron River zanim zrealizuje podobny scenariusz, a zrealizuje na pewno. 

Chaotic Harmony podczas rejsu.

DSCN1156
I cumująca w marinie w Cairns


Uważny czytelnik bez problemu zauważy, że mam dość krytyczny stosunek do tego, co nazywa się tolerancją w kraju kangura, misia koali tudzież innych wombatów. Zazwyczaj dotyczy to stosunku rdzennych Aussiech do emigrantów lub tubylców. Trudno to dostrzec w dużych miastach, gdzie większość stanowi „element napływowy”. Inaczej wygląda sprawa tu w FNQ. W biurze gdzie pracuje widać to dobitnie. Jestem jedyną osoba urodzoną poza terytorium Australii, co więcej tylko jedna z pozostałych osób, choć sama urodzona w Australii ma rodziców imigrantów. Wszyscy pozostali są Australijczykami urodzonymi z obojga rodziców urodzonych w Australii. W takim towarzystwie wymiana poglądów następuje sprawniej niż w biurach, gdzie znaczną część załogi stanowią emigranci. Upraszaczając Aussie dzielą ludzi następująco: bogowie – biali obywatele Australii z urodzenia, ludzie – biali emigranci z krajów anglojęzycznych, podludzie – biali emigranci z pozostałych państw, często mogą przeskoczyć do wyższej kategorii, ale bogami nie zostaną nigdy. Dalej już jest „nawóz”, czyli Hindusi, Azjaci, Arabowie i pozostali kolorowi emigranci, następne w kolejce są owce i kangury a po nich klasyfikują się Wyspiarze i Aborygeni. Sprawa nie jest jednak tak jednokierunkowa jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Aborygeni, Wyspiarze, „nawóz” i podludzie też mają swój ciekawy stosunek do Aussiech, którego przykład dane mi było widzieć w środę. Kangury i owce zostały zdyskryminowane i nie brały w tym udziału.

Zaczęło się w poniedziałek. Dostałem e-maila, że koordynator programów etnicznych w radio, gdzie co środę prowadzę audycję zwołał w trybie pilnym spotkanie wszystkich prezenterów programów etnicznych. Ponieważ spotkanie zaczynało się godzinę przed moim programem postanowiłem się tam zjawić. Na początku koordynator zapewnił, że nie zwołał tego spotkania jako „funkcyjny” lecz jako zwykły członek radio, później ostrzegł, że „cokolwiek powiemy może być użyte przeciwko nam” dlatego lepiej byśmy przemyśleli każdą wypowiedź zanim otworzymy usta, po czym przeszedł do rzeczy. Otóż na zebraniu „komitetu wykonawczego” radia jedna z osób powiedziała, że miała skargi od swoich przyjaciół na jakość programów w języku angielskim prowadzonych przez obcokrajowców. Rzuciła też uwagę, że programy takie powinny być prowadzone tylko przez prezenterów z australijskim akcentem. Siedziałem tam i patrzyłem osłupiały na to co się dzieje. Wg. mnie sprawa powinna się skończyć na zebraniu komitetu komentarzem, że skoro nie dotarły żadne oficjalne skargi od słuchaczy drogą „służbową”, to nie istnieje sprawa, którą komitet powinien się zająć, a uwaga o Aussie akcencie była nie na miejscu i osoba, która ją wygłosił powinna lepiej dobierać słowa i czasami użyć mózgu zanim puści parę z gęby. Tak się nie stało i stąd owo zebranie w środę. Patrzyłem jak poszczególni rozmówcy wzajemnie się nakręcają. Jak z niemrawej na początku rozmowy, w której nie wiadomo o co chodzi, rodzi się żywiołowa dyskusja. Zaczęło się niegroźnie od propozycji by grzecznie zwrócić uwagę na niefortunność tej wypowiedzi. Później nastapiły ataki personalne. Czekałem tylko aż padnie deklaracja czyją kochanką jest lub była owa Pani. Dalej sprawa potoczyła się lawinowo. Po 45 minutach spotkania prezenterzy kolektywnie doszli do wniosku, że czują się obrażeni i doszło do aktu dyskryminacji ze względu na pochodzenie. Tak, zajęło to około 3 kwadransów by sobie uświadomili jak bardzo zostali znieważeni.  Teraz, kiedy już ustalono zbrodnię przeszli do wymierzania kary. Zaczęło się od pomysłu, że wystosowany zostanie list od prezenterów. Następnie gorączkowo omawiano jego treść. Koreanka, która wiodła prym na przemian z dwoma Filipinkami prześcigała się w podnoszeniu rangi przestępstwa. Z początku list miał wyrażać stanowisko prezenterów etnicznych wobec zaistniałego faktu. Kilka wypowiedzi później już domagano się oficjalnych pisemnych przeprosin. Następnie wysunięto żądania by cały komitet przeprosił za ten niewybaczalny akt dyskryminacji rasowej. W tym momencie musiałem opuścić zebranie, lecz siedząc obok nawiedzonej Koreanki i Filipinki, które najbardziej zdyskryminowała i uraziła wypowiedź jakiej nie słyszały i znają tylko z ustnego przekazu koordynatora przypuszczam, że propozycja by sprawę zgłosić do komisarza d/s dyskryminacji wisiała na włosku. Zacietrzewione jak dwie przekupki na targu pewnie gotowe były zawieźć sprawę do samej Cambery. Najspokojniej w całej sprawie zachowywała się stara, gruba Aborygenka, która obok mnie była chyba jedyna osobą uważającą, że jedyna aferą jaka zaistniała jest ta wykreowana na spotkaniu. Ponieważ wcześniej wyszedłem ze spotkania, teraz spokojnie czekam na protokół, z którego dowiem się czy złoczyńca zasłużył na pal, na ukamienowanie, czy tylko na zwykły stryczek, jak olbrzymie straty moralne ponieśli obrażeni obywatele Australii dla których koreański czy filipiński jest językiem ojczystym i czy wnukom winowajców starczy majątku na zrekompensowanie tych strat.


Nie odpowiadałem na komentarze do poprzedniego wpisu, bo właściwie to musiałem sam sobie odpowiedzieć na parę pytań. Ta przerwa poza chwilą do namysłu pozwoliła mi na kilka odskoczni. Po pierwsze pochłonąłem kilka książek. Przeżułem Trylogię Husycką  Sapkowskiego. Mistrzowski język, choć czasami na siłę zbyt agzaltowany. Fabuła do dupy. Lektura przywiodła mi na myśl gry RPG, gdzie bohater pokonuje coraz większe trudności na coraz wyższych poziomach gry. Lektura ciężka jednak miła. Pochłonąłem też trylogię Ahaja Ziemiańskiego. Mogę powiedzieć, że czyta się ją miło i bezproblemowo. I to wszystko dobre co mozna powiedzieć o dziele Ziemiańskiego. Fabuła nędzna, wiele wątków zupełnie niepotrzebnych, nic nie wnoszących do akcji. Trochę przypomina dzieło emerytowanego wojskowego, który na cały świat patrzy z pryzmatu hełmu, sztabowej mapy i podręcznika taktyki i strategii prowadzenia kampanii wojennej.

W tak zwanym międzyczasie zorganizowaliśmy wypad pod namiot. Niedaleko, nawet nie wyjechaliśmy z Cairns, choć biwakowaliśmy około 120 km od domu. Pojechaliśmy na mały camping na jednej z odludnych plaż. Pole biwakowe oferowało 5 stanowisk. Trafiliśmy na początek szkolnych wakacji, więc odludnie tak nie było. Na stanowisku obok nas rozbiła się aborygeńska ferajna. Dwie dorosłe Aborygenki, jedna Azjatka, szóstka dzieci z czego piątka czarnych a jedno białe, przeraźliwie rude i piegowate. Raz dziennie rozklekotanym sedanem dojeżdżał do nich zaniedbany 50-latek, do którego cała ferajna bez wyjątku zwracała się per „tato”. Wyjazd udał się połowicznie. Chciałem odbyć daleki spacer wzdłóż plaży do osady, gdzie nie prowadzi żadna droga, gdzie można tylko dopłynąć łodzią lub dojść z buta po plaży. Niestety przyroda okazała się tym razem niezbyt łaskawa. Plaża nieopodal pola namiotowego przecięta jest przez zamieszkały przez krokodyle strumień. Jedyna szansa by dostać się na jego drugi brzeg to przebrodzenie w oceanie. Możliwe jest to tylko podczas odpływu. Woda w tym miejscu przybiera około 1.9m, czyli jeśli podczas odpływu jest do połowy łydek, to podczas przypływu sięga ponad głowę. Tego dnia maksymalny odpływ był około godziny 15. Musielibyśmy wyruszyć tak ze dwie godziny przed końcem odpływu, o 13, by wrócić najpóźniej  o 17. Inaczej utknelibyśmy na drugim brzegu do kolejnego odpływu, do 3 nad ranem. Tyle, że w tych godzinach upał jest niemiłosierny. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała gdyby odpływ miał miejsce o godzinie 9 rano. Wtedy poszlibyśmy na dłuuuugi spacer zaraz po wschodzie słońca i wrócili przed 11, kiedy słońce nie piecze jeszcze tak niemiłosiernie. W trakcie tego wypadu zrozumiałem dlaczego niektóre ośrodki reklamują się „child free enviroment”.  Doceni to każdy, kogo o 5 nad ranem obudzi rozkrzyczany, nieokiełznany żywioł.

W Cairns przez wszystkie przypadki odmienia się słowo bezrobocie. Oficjalne statystyki wskazują, że w całej Australii bezrobocie osiągnęło 5,8%. Niby niewiele, lecz główną przyczyną jest sposób w jaki ABS zakłamuje statystyki. Otóż osobę, która pracowała choć przez godzinę tygodniowo nie uznaje się jako bezrobotną. W Australii jest bardzo duzy odsetek ludzi pracujących na niepełne etaty po kilka/kilkanascie godzin tygodniowo. Pod presją firm zajmujących się badaniem rynku ABS przyznało w końcu, że w przeliczeniu na pełne etaty bezrobotnych pozostaje 13,9% (sic !!!). To dotyczy całej Australii. W Cairns ten oficjalny, zaniżony wskaźnik wynosi (w zależności od mediów) od 11,4% do 12,8%. A to już jest tragedia. Na to nakłada się fakt, że Cairns żyje z turystyki a w tym biznesie, jak również w handlu detalicznym odsetek pracowników niepełnoetatowych może sięgać aż 66%, choć zamiast tej ekstremalnej wielkości bliżej jest przyjąć przeciętną około 45%. Dla przykładu w skład działu którym kieruje Szplulka wchodzi 6 osób przy czym tylko 1 ma pełny etat. Pozostali pracują „dorywczo”.  Nakładając to na oficjalne statystyki okazuje się, że bezrobocie w mieście realnie wynosi 25-30%. Mieliśmy nawet swoje 5 minut, kiedy premier Kevin „ministrant” Rudd wspomniał mimochodem o Cairns podczas swojego wystapienia w ONZ. Choć ja uważam, że to taki powód do dumy jak być ostatnim przypadkiem dżumy podczas światowego kongresu zdrowia.

W bardziej ogólnoaustralijskim zakresie przyglądam się jak rozwija się się sprawa ostatnich napaści na studentów z Indii. O co chodzi? Przez wiele lat Australijczycy zapominając jak wyżynali Aborygenów uważali siebie samych za wzór tolerancji rasowej i idealnie pracujący mechanizm wielokulturowego społeczeństwa. Pierwsza poważna rysa na tym kryształowym wizerunku pojawiła się w 2005 roku kiedy w Sydney na Cronulla Beach doszło do reguralnych zamieszek na tle rasowym. Nie tak dawno wypłynęła na powierzchnię afera ze studentami z Indii. Otóż w Sydney i Melbourne lokalna młodzież okazywała Hindusom tradycyjną australijską gościnność urządzając im co pewien czas regularne mordobicia. Wracałem właśnie z pracy do domu słuchając ABC News Radio, kiedy wypowiadał się wysokiej rangi gliniarz z Melbourne. A był to wyjątkowo głupi oficer. W skrócie szedł w zaparte. Powiedział, że żadnych napadów na tle rasowym nie było, a tak w ogóle to przestępczość ciągle spada a w kategorii rozbojów, to już zupełnie odnoszą nieustające pasmo sukcesów. No kretyn niemiłosierny. Jakby powiedział, że bardzo przejęli się sprawą, wzieli do serca, ustanowili priorytety a sprawców złapią i doprowadzą przed oblicze sprawiedliwości byc może sprawa rozeszłaby się po kościach. nawet gdyby nikt nie kiwnął palcem i  nie ruszył się zza biurka. Niestety duma i pycha nie pozwoliła na taki przebieg sprawy, no bo przecież to byłoby przyznanie się, że nie jest dobrze. Od tej chwili sprawa nabrała tempa. Hindusi przestali siedzieć cicho, sprawę podchwyciły media. I tu się okazało, że usługi edukacyjne są trzecim co do wielkości przemysłem eksportowym Australii dostarczającym prawie 15 mld dolarów rocznie. Jak na nieistniejące napady władze dość ciekawie rozegrały sprawę. Na początku poleciała do Indii 10 osobowa delegacja notabli z Wiktorii przekonywać, że Australia jest jednak bezpiecznym miejscem do studiowania. Misja chyba im się nie powiodła, bo w sprawę „nieistniejących” napadów zaangażował się rząd stanowy a później Pani wicepremier rządu federalnego. Ostatnim akordem było spotkanie w USA premierów Indii i Australii, gdzie również poruszano tą kwestię. Musicie przyznać, że dość ciekawa reakcja władz jak na coś co podobno było mało istotne a wręcz nie mające miejsca. Przy okazji niejako rykoszetem padło kilka szkółek wizowych, które wystawiają lipne papiery pozwalające na staranie się o wize studencką (z pozwoleniem na pracę). Ten wątek szybko jednak ukręcono, 15 mld dolarów to bardzo istotna wielkość dla Australijskiej ekonomii, za dużo do stracenia, by była polityczna chęć walki z edukacyjnymi oszustami.

Na koniec coś świeżutkiego. ABC NEws Radio zadało swoim słuchaczom pytanie czy Polański powinien być wydany USA. Prawie 82% respondentów odpowiedziała „tak, oczywiście”. Stacja ta ma bardzo wysoko sprofilowanych odbiorców. Nie są to ani niewykształceni robotnicy, ani farmerzy czy nastoletni studenci. Dlaczego więc ludzie z elity tak głosowali? Może dlatego, że w Australii (poza nielicznymi wyjątkami) nie istnieje pojęcie przedawnienia i za przestępstwo sprzed 30 i więcej lat odpowiada się tak samo jak za to sprzed tygodnia. Może dlatego, że w przekonaiu Aussiech tkwi, że przepisów trzeba zawsze przestrzegać, więc nie powinno się robić żadnych wyjątków bez względu na to kim jest i czego dokonał oskarżony i czy cała procedura ma w ogóle sens i czemuś służy. Musze powiedzieć, że ten wynik nawet lekko mnie rozczarował. Znając australijską mentalność i mając na uwadze obyczajowy aspekt sprawy sądziłem, że za ekstradyjcją będzie powyżej 90%.

Szukając jakiegoś fajnego miejsca, gdzie można byłoby podjechać w weekend znalazłem szczyt o dość orginalnej nazwie. Zobaczcie sami. To ten, którego nazwa jest w kolorze fioletowym.  
To pewnie przywoła usmiech na twarz każdego Polaka. Jest również w Cairns dzielnica, która reguralnie plasuje się w czołówce plebiscytów na najdziwniejszą nazwę w języku angielskim. Do zobaczenia na obrazku poniżej.  
Dla niewładających trudnym narzeczem Shakespeare spieszę wyjaśnić, że nazwę tą przetłumaczyć można jako fiut lub kutas Yorkiego. 
 


26 Grudnia 2004.

Oficer z The Pacific Tsunami Warning Center (PTWC) w Honolulu próbuje dodzwonić się do Instytutu Meteorologii na Sri Lance, bezskutecznie. Kolejno podejmuje dwie bezowocne próby połączenia się z centrum obserwacyjnym Palakelle, a później w stolicy kraju Kolombo. Nie dając za wygraną łączy się z biurem Prezydenta, gdzie nagrana na automatycznej sekretarce wiadomość informuje, iż Pani Prezydent przebywa poza wyspą na prywatnych wakacjach. Wreszcie udaje mu się skontaktować z żywym człowiekiem. Jest to oficer łącznikowy w biurze premiera. Choć premiera nie ma w biurze pracownik PTWC zostawia wiadomość, że z Indonezji nadciąga do nich tsunami. Prosi by jak najszybciej powiadomić o tym premiera. Oficer zapisuje informację w książce po czym nadaje jej drogę służbową. Dwie godziny później na końcu pasa startowego lotniska Katunayake w Kolombo parkuje czarna rządowa limuzyna z tabliczką „Welcome Mr. T. Sunami – Indonesia”.

Niedziela 1 Kwietnia 2007

Gizo – Wyspy Salomona. Dwudziestoletnia Judith jest instruktorem w lokalnej firmie organizującej wyprawy dla nurków. Jak co dzień po skończonej pracy wraca do wynajmowanego do spółki z innymi bungalow na środku wyspy. Choć pora monsunowa juz definitywnie się skończyła na dworzu nadal jest parno i duszno. Wisząca w powietrzu para pogłębia tylko korozję brunatnych od rdzy blaszanych dachów pokrywających wiekszośc budynków w mieście. Coś jeszcze wisi w powietrzu, Judith to czuje, choć sama nie wie co to może być. Niepokoi ją, że nie słyszy skrzeczenia papug, które o tej porze, tuż przed zachodem słońca, wypełniały krzykiem całą wyspę.


Cairns – Australia. James i Nigel znają się od dziecka. Wychowywali się w Gordonvale zwanym podówczas Mulgrave. Ich ojcowie razem pracowali w lokalnej cukrowni, matki zajmowały się domem a oni znani byli całemu osiedlu jako nieokiełznane utapienie. Dziś każdy z nich ma własną rodzinę lecz nadal utrzymują kontakty. Właśnie spotkali się całymi rodzinami na BBQ u Jamesa. Panowie siedza na patio rozprawiając o footy, pracy i inwestycjach. Nigel wlasnie podpisał nowy dwuletni kontrakt w Mont Isa. Będzie pracował dwa tygodnie w Outbacku a później przez 10 dni bedzie w domu. Praca w górnictwie jest dobrze płatna. Nigel chce pomnożyć te pieniądze inwestując w akcje. James przekonuje go, że nieruchomości są bardziej pewne. Ich małżonki zatopione są w rozmowie o nowej miłostce sześćdziesięcioletniego szefa jednego ze znanych hoteli w mieście. Niespełna dziewietnastoletnia kochanka korzystając z poplecznictwa pojawia się niemal w każdej reklamówce w lokalnej TV. Rozmowę kwitują twierdzeniem, że osiemnastoletnia dziwka zawsze bedzie  dobrze wygladać na opalonym kurduplu. Jest ciepły niedzielny wieczór. W powietrzu czuć zapach kwiatów przemieszany z dumem z BBQ. Setki kolorowych papug  niemiłosiernie krzycząc przelatują nad ich głowami by zdążyć schronić się na drzewach przed zachodem słońca. W krzyku dorównują im córki Nigela i Jamesa, które skaczą do upadłego na rozstawionej na trawniku trampolinie. Początkowo dotrzymywała im kroku Misty, pies Nigela, ale teraz zmęczona siedzi pod stolikiem z jęzorem wywieszonym na zewnątrz.


Tokyo lotnisko Narita – Japonia. Ai i Yukiko siedza na pokładzie samolotu Japan Airlines lecącego do Cairns. Głośno rozpamiętują pomyłkę jaką zrobiły po przejściu kontroli paszportowej. Pomyliły numery terminalu i zjechały ruchomymi schodami jeden poziom w dół. Niestety nie mogły już wrócić tą samą drogą, musiały wsiąść do bezzałogowego pociągu, pojechac na sąsiedni terminal, przejść na drugi peron i wrócić pociągiem na drugą stronę torów. Są podekscytowane. Lecą na pół roku do szkoły językowej. Jest jedna rzecz, która je wyróżnia od przeciętnych Japonek udających się do Cairns. Ai i Yukiko nie są klientakmi biura podróży, które zorganizuje im czas od rana do wieczora. Wykupiły co prawda szkołę poprzez pośrednika ale nie zamieszkają z australijską rodziną. Zamieszkają w kampusie z innymi studentami, tak jak większość Europejczyków. Najbardziej jednak nie moga się doczekać wyprawy na rafę koralową. 

Poniedziałek 2 kwietnia 2007

Godzina 6:40 czasu wschodnioaustralijskiego (7:40 lokalnego), około 45 km na południe od Gizo, 10 km pod powierzchnią ma miejsce potężne trzęsienie ziemi o sile 8.1 stopnia. W Gizo przygotowującą się do wyjścia do pracy Judith zaskakuje potężny huk. Brzmi jak olbrzymia eksplozja. Judith zdaje sobie sprawę, że to trzęsienie ziemi, nawiedzają one ten obszar dość często. Profilaktycznie wybiega przed dom. Nie widzi żadnych śladów pęknięć czy paniki. Nagle do jej uszu dobiega potężny szum. Z oddali z oceanu zbliża się olbrzymia fala. Jak zaczarowana patrzy jak fala porywa ze sobą wielką łodź, wdziera się na płyciznę, wypiętrza i uderza z całą niszczycielską siłą w pomosty i nadbrzeżne zabudowania. Cofając się zmywa ze sobą ludzi, przedmioty pozostawione na pomostach, luźne elementy budowli zostawiając w zamian ogromną łódź na środku głównej ulicy miasteczka. Judith nie zdaje sobie sprawy, że właśnie zostali odcięci od świata, gdyż fale zniszczyły pas startowy jak również szpital i szkołę. Nie wie również, że na sąsiedniej wyspie Choiseul fale sięgają 10 metrów i wdarły sie ponad 500 metrów w głąb lądu niszcząc ponad 300 domów.


Godz. 6:53 The Pacific Tsunami Warning Center (PTWC) w Honolulu wydaje pierwsze ostrzeżenie o możliwości wystąpienia fal tsunami na obszarze Wysp Salomona i Papui Nowej Gwinei. Dziesięć minut później ostrzeżenie zostaje rozszerzone o pozostałe kraje południowego wliczając Australię.


Godz. 7:00. W Cairns jest leniwy poniedziałek. Większość ludzi opieszale zbiera się do pracy.  W oddziale biura Meteorologicznego w Cairns panika. Jedyne co biuro może powiedzieć, to że nie wie czy trzęsienie spowodowało falę tsunami i jak moze ona byc wysoka.


Godz. 7:12 Ai i Yukiko są już po odprawie paszportowej i kontroli bagaży. Trochę były zaskoczone tym z jaką gorliwośćią młoda oficer w cieńkich silikonowych rękawiczkach przerzucała zawartośc ich plecaków. W końcu dostały „glejt do wolności”. Mimo zmęczenia po całonocnej podróży ustaliły, że jadą do akademika rzucić bagaże, wziąć prysznic i idą nad ocean. 


Godz. 7:19 Automatyczne czujniki rejestrujące poziom oceanu rozmieszczone wzdłóż wybrzeża Australii zostają przekalibrowane na 1 minutowy cykl pracy. Normalnie dokonuja jednego pomiaru na 10 minut.


Godz. 7:53 W godzinę po informacji otrzymanej z Hawajów biuro meteo w Cairns ogłasza ostrzeżenie dla całego północnego Queensland.


Godz. 7:58 Loaklna linia lotnicza Skytrans odwołuje wszelkie połączenia z Cooktown, lotnisko pozostaje jednak otwarte. Port morski również nie przerywa działalności. Wszystkie łodzie wycieczkowe przygotowują się do wypłynięcia na rafę jak codzień.


Godz. 8:00 Nigel w drodze do pracy słucha radio. Przeważnie jednym uchem wpuszcza a drugim wypuszcza to, co mówi się na antenie. Tym razem jednak sytuacja wyglada zupełnie inaczej. Wysłuchuje w skupieniu komunikatu o trzęsieniu ziemi na Wyspach Salomona i o tym, że fala tsunami dotrze do Cairns o 9:49. Nie zwalniając ani trochę wystukuje na komórce numer domowy. Po trzech dzwonkach odbiera żona. Każe jej natychmiast spakować dzieci, zabrać najpotrzebniejsze dokumenty i czekać przed domem. Drugi telefon wykonuje do Jamesa. Jego kumpel jednak już wie, że nadciąga niszczycielska fala. Właśnie wraz z żoną pakują dobytek do Jeepa.


Godz. 8:08 Z centrum Cairns własciciele i operatorzy zaczynają ewakuować przedszkola.


Godz. 8:13 We francuskiej kolonii Nowa Kaledonia władze organizują ewakuację ludności z terenów zagrożonych. Fala spodziewana jest tam dwie godziny później niż w Cairns. Do najniżej położonych osad wysyłane są ostrzeżenia i zawiadomienia o czasie odjazdu specjalnie podstawionych środków transportu. Mają one mieć bezwzględne pierwszeństwo w stosunku do pojazdów osobowych.


Godz. 8:15 Nigel mija droge prowadzącą do Kurandy. Korek sięga już podnóża gór.


Godz. 8:20 Nigel zjawia się pod domem. Spakowanie żony i 2 córek do samochodu wraz z całym dobytkiem zajmuje im około 5 minut. O godzinie 8:25 wyruszają w stronę Kurandy.


Godz. 8:30 Zgodnie z prognozami fala tsunami właśnie mija stację meteo na małej koralowej wyspie Willis Island. Załoga stacji nie notuje żadnych anomalii ani znaczącego wzrostu poziomu wody. 


Godz. 8:31 Nigel dociera do Smithfield skąd zaczyna się jedna z 2 dróg prowadzących w góry. Przed nim rozpościera się obraz jak z katastroficznego filmu w Hollywood. Wszystkie pasy jezdni zapełnione są samochodami. Korek przemieszcza się z prędkością zmęczonego żółwia. Nigel chwyta za telefon i dzwoni do Jamesa. Ten własnie wraca z Gordonvale. Druga droga, którą można przedostać się w góry została już totalnie zablokowana. James wraca do miasta i bedzie wspinał się do Lake Morris. To położone wysoko w górach jezioro. Ślepa droga, ale przynajmniej bezpiecznie. To nasuwa Nigelowi myśl o pewnym leśnym trakcie zwanym Quaid Road biegnącym od Wangetti Beach wgłąb gór. Prowadzi ona do Southedge Dam, tamy znanej również pod nazwą as Quaids Dam. Tama została wybudowana w 1986 roku ale nigdy nie zostala oddana do użytku i z nieznanych Nigelowi przyczyn niecka majacego zajmować 3290 ha jeziora pozostaje pusta.


Godz. 8:42 Lokalne supermarkety pękają w szwach. Takiego najazdu nie było od czasu Bozego Narodzenia. Mimo poniedziałku wszystkie kasy są obsadzone. W 15 minut od otwarcia znika z półek cały zapas butelkowanej wody. Dużym powodzeniem cieszą się też baterie, paczkowane pieczywo i konserwy.


Godz. 8:48 Stacje benzynowe w ciagu godziny mają taki utarg jak przez tzry dni w normalnym tygodniu. Kolejki są nie tylko przed dystrybutorami, sięgają kilkuset metrów przed wjazdem.


Godz. 8:50
James dzwoni do Nigela z informacją, że utknął w połowie drogi do Lake Morris. To wąska kręta serpentyna, gdzie momentami jest miejsce tylko na jeden samochód. Samochody stojace zderzak w zderzak zajmują nie więcej niż 5 metrów ale jeśli na ten sam pomysł wpadnie 3000 rodzin, to dokładnie wypełnią 16 km.


Godz: 9:00 Ai i Yukiko są już w mieście. Za dziesięć minut idą nad lagunę. Choć z trudem utrzymują powieki za nic teraz nie pójdą spać. Są zbyt podekscytowane.


Godz. 9:07 Cairns jest wyraźnie podzielone. W turystycznym centrum życie toczy się dalej jakby nigdy nic. Nie ma żadnych oznak by działo się coś nadzwyczajnego, niecodziennego. Przedmieścia opanowane przez „lokali” tętnia jak w ulu. Sytuacja jest na skraju paniki, którą umiejętnie podsyca jedna z lokalnych rozgłośni.


Godz. 9:13 Samochód Nigela wspina się w górę po śliskiej glinaninej drodze. Choć pora deszczowa już się skończyła tu w sercu tropikalnego lasu ziemia jeszcze jest mocno nasiąknięta wodą.


Godz: 9:28 James stojąc na zboczu patrzy w strone oceanu starając się dostrzec nadciągającą falę. Kilka osób stojących w korku razem z nim obserwuje odległą połać oceanu przez lornetki. Na ich twarzach zaczyna się rysować zwątpienie.


Godz: 9:35 Pod lewymi kołami samochodu Nigela obsuwa się ziemia. Prawa strona nie chwyta przyczepności ślizgając się na glinie niczym na kostce masła. Auto przechyla sie na bok i powoli zsuwa w dół wraz ze skarpą. pasażerów przytrzymuja pasy bezpieczeństwa. Pięć, może 6 metrów niżej zatrzymuja się na drzewach. Nikt nie odnosi obrażeń, silnik nadal pracuje. Powoli odpinają pasy i wysuwają się z auta przez okno. Ich podróż właśnie się skończyła na dziś. Choc początkowo wygladąło to groźnie obeszło się tylko na strachu. Jesne jest jednak, że bedą musieli ściągnąć pomoc by wydostac samochód spowrotem na drogę. Zdziwiona Misty macha ogonem patrząc na swoich właścicieli.


Godz: 9:45 Ai i Yukiko spacerują Esplenadą. Mijają zielony trawnik nad laguną, gdzie powoli schodzą się backpackersi. Zatrzymują się przy rybach, stalowych rzeźbach, integralnym elemencie laguny. W wodzie pluskają się beztrosko turyści i aborygeńskie dzieci. Dziewczyny prosza przypadkowego przechodnia by zrobił im pamiatkową fotkę. Od oceanu odziela ich zaledwie kilkunastocentymetrowej wysokości murek. Nikt ich nie poinformował, nie mają więc pojęcia, że za 4 minuty uderzy w Cairns fala tsunami. Śmiejąc się ogladają fotografię i siadają na murku twarzą w stronę zatoki radośnie machając swobodnie zwisającymi nogami.

Godz: 9:49 Do Cairns dociera fala tsunami. W zależności od miejsca ma od 12 do 20 cm wysokości. Ai i Yukiko jak i wiekszośc turystów opalających się czy pływających w lagunie dowie się o niej z wieczornych informacji lub jutrzejszego wydania The Cairns Post. Gdyby fala osignęła taka wysokość jak w Gizo zginęłoby setki osób.

*****

Wypadki związane z tsunami towarzyszącemu trzęsieniu ziemi na Wyspach Salomona odbiły sie szerokim echem. Ówczesny premier Queensland Peter  Beattie powiedział, że nie był to fałszywy alarm lecz gorzka nauczka. Trudno mówić, o najsłabszym ogniwie w łańcuchu skoro nie było łańcucha. Wydarzenia z 2 kwietnia 2007 pokazały,  że nauka jaką dało azjatyckie tsunami z 2004 poszła w las i obnarzyły jak Australia jest nieprzygotowana na tego typu katastrofę. W Australii nie ma komputerowego modelowania rozchodzenia się fal tsunami. Biuro Meteo nie potrafi przewidzieć ani wielkości, ani prędkości ani wysokości fal jakie uderzą w brzeg. Jedyne co mogło zrobić to po 50 minutach od otrzymania komunikatu z Hawajów wydać własne ostrzeżenie, że zbliża się tsunami, którego zasieg i siła destrukcji nie są znane. Kolejną słabością okazał się całkowity brak planów i map pokazujących zagrożone tereny i ryzyko jakie niosą ze soba różnej wysokości fale. Choć między oceanem a podnóżem gór średnia wysokość wynosi zaledwie 6m n.p.m. to nawet 10 metrowe fale tsunami zagroziłyby jedynie obszarowi kilkaset metrów od brzegu. Im głębiej w ląd tym więcej budowli pracowałoby jak falochrony. Realnie niebezpieczeństwo istnieje tylko dla dzielnic nadmorskich (my z naszymi 300m do oceanu pływalibyśmy bez wątpienia) i domów wzdłóż kanałów, którymi woda wdarłaby się w ląd. Kolejną słabością okazał się brak efektywnego systemu pozwalającego w krótkim czasie dotrzeć z ostrzerzeniem do tysięcy osób. Ewakuacja na zasadzie „ratuj się kto może” jest najgorszym z możliwych rozwiązań i jak pokazują doświadczenia choćby z pożarów buszu w Wiktorii często pociąga za sobą setki ofiar. Wydarzenia z 2 kwietnia pokazały, że ludzie nie wiedzieli co robić, nie było wyznaczonych dróg ewakuacji. Mieszkańcy wyżej położonych dzielnic nie musieli się obawiać nawet 20 metrowych fal a ci z dzielnic nadmorskich mogli ewakuować się na wyżej położone tereny, niekoniecznie uciekać z miasta. Tyle mówią eksperci.

Wiele z tych słabych punktów usunięto od ręki. Nie wiem czy BOM posiada już odpowiednie oprogramowanie pozwalające przewidzieć skalę tsunami, niemniej utworzono jednostkę zwaną Joint Australian Tsunami Warning Centre. Lokalny samorząd ocknął się i przypomniał, że cyklony i powodzie mamy „obcykane”. Bazując na mapach pokazujących  jakie części miasta zostaną zalane w przypadku gdy cyklon spietrzy wodę przygotowano przewidywany obszar zniszczeń w wyniku tsunami. Plany ewakuacyjne nie różnią się na jotę od tych przeciwpowodziowych. W kilka tygodni później wydrukowano i rozesłano do każdego mieszkańca miasta ulotki pokazujące drogi ewakuacji w przypadku ogłoszenia alarmu o klęsce żywiołowej. Do filmów i szkoleń przeciwcyklonowych, które regularnie odbywają się w wielu miejscach dołączono informacje o tsunami. Na Esplenadzie zainstalowano dodatkowe syreny alarmowe tak, by turyści przebywający nad laguną nie mogli ich nie usłyszeć.

W środę 15 lipca 2009 roku na oceanie w pobliżu Nowej Zelandii miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 7.8 stopni. Joint Australian Tsunami Warning Centre ogłosiło alarmu już w 20 minut po fakcie. W lokale media serwują całą gamę opinii. Jedne odtrąbiły wielki, spektakularny sukces inne mówią, że to był test, który oblali, jeszcze inne, że było to pierwsze ostrzeżenie o tsunami w australijskiej historii.


Cairns jest ważnym centrum kongresowym. Ze względu na tropikalne położenie, mnóstwo naturalnych atrakcji i wakacyjny styl życia wiele firm właśnie tu organizuje spotkania, zjazdy, sympozja i kongresy. Zawsze to miło wyrwac się na kilka dni z kieratu codziennych obowiązków i pod pozorem uczestnictwa w bardzo ważnym kongresie urządzić sobie kilkudniowe wakacje w tropikach. W Cairns Convention Center odbywają się imprezy różnej rangi, od targów pracy dla Aborygenów, poprzez mecze koszykówki, koncerty rockowe aż po zjazd premierów z 18 krajów Oceanii, który będzie miał miejsce w przyszłym miesiącu. Ciekawostką jest, że żadna z poważnych politycznych imprez nie jest uwzględniona w terminarzu ogólnie dostępnym na witrynie internetowej centrum. Względy bezpieczeństwa?

Nie tak dawno w Cairns odbywał się 5 Światowy Kongres Kardiochirurgów Dziecięcych i Chirurgii Serca. Zjechało na niego ponad 2500 delegatów z całego świata w tym kilkunastu z Polski. Kilku z nich trafiło do Szpulki hotelu. Pierwszego namierzyła jeszcze przed kongresem. Przystojny, wysortowany czterdziestoparolatek śledził węża w holu. Zanim trafił do restauracji zwiedził wszystkie ściany. Stojąc przed kontuarem starał się podpisać rachunek, lecz każda próba trafienia długopisem w paragon kończyła się na blacie kilka centymetrów obok miejsca na autograf. Zmagania Pana Doktora (jak on tymi trzęsącymi się łapskami operuje serce?) widziała też Szpulka. W końcu nie wytrzymała i przez zaciśnięte zęby syknęła: „Podpisz gdziekolwiek i nie rób więcej obciachu !!!” Gość wytrzeźwiał w ciągu 0.3 sekundy. Grzecznie podpisał rachunek i podszedł do stolika, gdzie siedziała inna para z Polski.

Szpulka zawsze mawia, że łatwo wyczuć kto z gości hotelowych przywykł do pieniędzy od dziecka, a kto jest nowobogacki. Uogólniając wśród ludzi dobrze usytuowanych od pokoleń trafiają się zepsute i rozkapryszone okazy. Wśród nowobogackich trafiają się czasami, choć nie często, osoby niezepsute i nierozkapryszone. Nowobogacki Polak czy ktoś z tzw. „awansu społecznego” zawsze będzie pragnął podkreślić swoją pozycję np. w co drugim zdaniu powtarzając frazę „mój mąż profesor” oraz zapewniając, że „ja wiem lepiej”.

- Jedziemy zobaczyć dziobaka – oświadczyła żona Pana Profesora w ostatnim dniu pobytu.
- Oooo, do którego zoo? Nie słyszałam o tym, że gdzieś sprowadzili – zdziwiła się Szpulka.
- Nie do zoo, jedziemy zobaczyć dziobaka w naturze !!! – oburzyła się Pani profesorowa
- To bardzo ciekawe, dziobaki są bardzo płochliwymi zwierzętami prowadzącymi głównie nocny tryb życia – rzekła Szpulka będąc pewna, że nieuczciwy touroperator chce nabic klientów w butelkę.
- Ależ co Pani mówi, nasz organizator zabiera nas gdzieś, gdzie przez całe popołudnie będziemy mogli oglądać dziobaka w naturze.
- W takim razie życzę Państwu miłej wycieczki i wielu wrażeń – Szpulce nie pozostałe nic innego do dodania.

Dziobaki w niewoli bardzo łatwo się oswajają. W Healsville, jednym z 3 ogrodów zoologicznych w okolicach Melbourne, który specjalizuje się w hodowli tych przesympatycznych ssaków znajdował się wytresowany dziobak, który podpływał do ludzi, przewracał się na grzbiet i dopraszał się by go głaskać po podbrzuszu. Na wolności te prowadzące nokturialny tryb zycia zwierzaki są niesamowicie płochliwe. By zaobserwować je na wolności trzeba wcześnie rano (między 6 a 8) udac się w miejsce gdzie żyją i w kompletnej ciszy odczekać swoje. Rozumie się samo przez się, że popołudniowa wyprawa w kilkudziesięcioosobowej grupie, w której utrzymanie ciszy jest fizycznie niemożliwe wyklucza szanse zaobserwowania dziobaka w naturze. Dodatkowo dziobaki są dość pospolitymi i powszechnymi zwierzętami od Tasmanii aż po środkowy Queensland ale nie tu na dalekiej północy. Dlaczego? To proste, nie występują w tych samych wodach co ich naturalny wróg krokodyl. A w okolicach Cairns krokodyle występują w 90% zbiorników. Ja to wiem, Szpulka to wie, ale Pani profesorowa niekoniecznie.

Kiedy Szpulka zadzwoniła do mnie do pracy z tą historią byłem święcie przekonany, że organizatorzy zawiozą delegatów do jednego z 3 ogrodów zoologicznych jakie mamy w Cairns. Wracając jednak do domu przejeżdżałem koło Tjapukai, atrakcji turystycznej bazującej na tradycjach aborygeńskich, połączeniu zespołu pieśni i tańca z Cepelią, miejsca gdzie w pigułce w fabularyzowany, strawny dla turysty sposób przedstawiła się kulturę pierwotnych mieszkańców Australii. Mijając wielką tablicę z nazwą coś mi zaświtało. Tjapukai wymawia się „dżabakai”, czyli podobnie do polskiego „dziobaka”, zawozi się tam chyba wszystkie zorganizowane grupy czy uczestników kongresów z Cairns. Cały „tour” trwa około 3-4 godzin. Najwyraźniej organizator oświadczył „We are going to see Tjapukai this afternoon” a nie „We are going to see platypus”. Byc może nawet polski pilot po prostu powiedział „Jedziemy zobaczyć dżabakai, bedziemy tam całe popołudnie”. Wielka szkoda, że polscy delegaci wyjeżdżali  jeszcze tego samego dnia. Nie dowiemy się czy zobaczyli dziobaka w naturze i jak im się podobał. Kochani turyści z Polski, posłuchajcie czasami rodaków mieszkających na miejscu.
 


Cairns jest ostatnim cywilizowanym miastem na północy Australii. Później mamy już tylko Półwysep York, a 800 km dalej, za Cieśniną Torresa Papuę-Nową Gwineę. Z racji swojego położenia jest to ośrodek administracyjny dla olbrzymiego obszaru północnego Queensland jak również zamorskiego sąsiada. Są firmy, które mają swoje rejestrowe siedziby w Port Moresby (stolicy PNG), lecz de-facto operują z Cairns. Tu mają biura i zaplecze techniczne. Powód jest prozaiczny, w Cairns jest infrastruktura i wykwalifikowany personel, którego brak na PNG. Zdają sobie sprawę z tego nie tylko businessmani i managerowie, ale również zwykli Papuasi, którzy coraz częściej szukają w Cairns  pomocy, jakiej nie uzyskaliby u siebie. Czasami są to bardzo wzruszające historie. Jedną z nich właśnie żyje Cairns.

Wydarznie miało miejsce w małej, odciętej od świata wiosce na granicy Papui-Nowej Gwinei z anekowanym przez Indonezję Irianem (zachodnia częścią wyspy). Te miejsca należą do najgorzej dostępnych lokalizacji dla człowieka. Dżungla Amazonii w porównaniu z Nową Gwineą pokryta jest gęstą siatką dróg. W jednej z wiejskich szkół miał miejsce nieszczęśliwy wypadek. Sześcioletnia dziewczynka Dulcie Nakai pechowo wypadła z okna na pokryte kolcami drzewo hibiskusa. Ostre gałęzie fatalnie rozcięły jej podbrzusze odkrywając wnętrzności. Do dziewczynki wezwany został jej wujek, 40 letni Iambai Pisau, rolnik z tej samej wioski. Jasne było, że bez fachowej pomocy dziecko nie przeżyje, a na taką nie mogli liczyć na miejscu. Musieli za wszelką cenę dotrzeć do Cairns, bagatelka ponad 1000 km dalej. Tak własnie zaczął się wyścig z czasem. Iambai Pisau zabrał swoją siostrzenice do drewnianej łodzi i popłyneli do sąsiedniej wioski, do najbliższego punktu medycznego tylko po to by pocałować przysłowiową klamkę. Punkt był zamknięty na 4 spusty, jedyna pielęgniarka rozwoziła dostawy po okolicznych osadach. Udało się jednak zorganizować trochę bandaży by opatrzyc rozległą ranę oraz zwykłego panadolu by usmierzyć ból. Stąd ambulansem dostali się do odległego o 5 godzin jazdy miasteczka Morehead. Tam przesiedli się na niewielką aluminiową łodź motorową. Pierwszego dnia płynęli 8 godzin. Więcej się nie dało. O tej porze roku dzień ma Nowej Gwinei ma około 11 godzin. Po zmroku można tylko wpakować się na pniak zostać wieczornym posiłkiem krokodyli. Chcąc, nie chcąc musieli spędzić noc na brzegu. Następnego dnia kontunuowali podróż aluminiową łupiną dopływając do wyspy Boigu w Cieśninie Torresa. Mimo, że wyspa znajduje się tylko 6 km od brzegów PNG należy do Australii. Kiedy tu dotarli, było już „z górki”. Medycy z wyspy opatrzyli Dulcie i zorganizowali transport helikopterem na wyspę o wdzięcznej nazwie Czwartek (Thursday Island). W tym samym czasie z Cairns wystartował samolot latających lekarzy. Po czterech dniach dramatycznej podróży Dulcie trafiła na stół operacyjny. Lekarze są jednomyślni, bez operacji dziecko nie miałoby najmniejszej szansy przeżyć. Co więcej, trafiła na stół w ostatnim momencie. Kilka godzin później infekcja byłaby juz niemożliwa do opanowania. Iambai Pisau za swoją determinację i upór w ratowaniu siostrzenicy został okrzyknięty bohaterem. Para pozostanie w Cairns na czas rekonwalescencji małej.

Historia ta nie jest odosobniona. Do szpitala w Cairns często trafiają mieszańcy PNG, nie zawsze jednak w równie dramatycznych okolicznościach. Mnie osobiście najbardziej porusza w całej historii, to współdziałanie wszystkich „służb”. Oto bowiem obywatele obcego kraju nielegalnie przekraczają granice w niedozwolonym miejscu nie posiadając żadnych wiz czy paszportów. Służby graniczne nie deportują Iambai Pisau ani go nie wsadzają za kratki, pozwalają lecieć z siostrzenicą. Lokalne ambulatorium organizuje najszybszy możliwy transport, bo wysyła ich na Thursday Island helikopterem a nie o wiele tańszą i wolniejszą łodzią. Co więcej, na czas pobytu Dulcie w szpitalu jej wuj ma zapewniony na miejscu dach nad głową, wikt i opierunek. I tu znów wychodzi dwoistość Australii. W ratowaniu życia system sprawdza się na medal, w ratowaniu zdrowia, no cóż spuścmy zasłonę milczenia.


  • RSS