harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: australia

Majowo

2 komentarzy

 

Maj obok okresu wrzesień-listopad to najpieknieszy okres w Cairns. Sezon monsunowy dawno mamy za sobą. Rano budzi mnie rześkie 22 stopnie by w dzień sięgnąć 28. Jadąc do pracy z nieukrywaną satysfakcją słucham radio, gdzie podają aktualne temperatury na południu. Sydney, Melbourne, Adelajda i Perth mają w granicach 12-15 stopni o 7 rano a Canbera grubo poniżej 10. Maj jest również okresem na rozjechane węże. Nie wiem czy z powodu temperatur, czy okresów lęgowych, lecz codziennie w drodze do pracy widzę kilka sztuk. Za miesiąc zacznie się „sezon na sokoły”. Wtedy to ruszy kampania cukrownicza i kombajny ścinając trzcinę odsłonią nory myszy, szczurów i wszelakich innych gryzoni. Tuż po wschodzie słońca nad polami i drogami krążyć będą drapieżniki. Z ciekawych zjawisk, które zaobserwowałem ostatnio była pełna podwójna tęcza. Tęcze występują tu bardzo często. W poczatkach i końcu mokrego sezonu, kiedy słońce może jeszcze się przebić przez gęsta watę chmur widzę tęcze przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu. Nie często jednak pełny półokrąg, tym bardziej podwójny. Za dwa miesiące nad rankiem będą królowały mgły. I zamknie się kolejny cykl przyrody w krainie niekończącego się lata, gdzie złośliwi rozróżniają jedynie porę mokrą i bardziej mokrą.

W ostatni weekend opuściliśmy dom. Przez dwa dni pakowaliśmy się, rozwoziliśmy rzeczy do nowych miejsc i próbowaliśmy sprzedać to, co zbędne i juz niepotrzebne. Nie sądziłem, że z takim bólem serca przyjdzie rozstać mi się z domem. W piątek cała sprawa przejdzie już definitywnie do historii. Na otarcie łez planuję na weekend wycieczkę na rafę. Tym razem na zewnętrzną, popływać razem z żółwiami i ogromnymi rybami. Na pewno będzie super !!!


Vacatio legis (łac. próżnowanie ustawy) to termin prawniczy oznacząjcy okres jaki mija od ogłoszenia nowego prawa do czasu wejścia jego w życie. Celem takiego rozwiązania jest umożliwienie wszystkim zainteresowanym zapoznania się z nowymi regulacjami oraz przygotowania się do nowych zasad. Termin jaki mija od ogłoszenia aktu normatywnego do dnia wejścia w życie zalezy oczywiście od rangi i stopnia skomplikowania nowych zasad. Inny bowiem bedzie dla Konstytucji a inny dla ogłoszenia stanu wyjątkowego. Dla „zwykłych uregulowań” w Polsce jest to przeważnie 14 dni od daty publikacji.

W Australii, która dla wielu jawi się „Państwem Prawa” naturalne powinno być, że rządzący nie zaskakują społeczeństwa z dnia na dzień rozwiązaniami, które stawiają ich w trudnej sytuacji bez terminu przejściowego, możliwości i czasu na dostosowanie się. Do niedawna również i ja stałem na takim stanowisku, choć ostatnio mocno zacząłem je weryfikować. Wpłynął na to szereg decyzji rządu Kevina „ministranta” Rudda, kótre jasno pokazują, że rządzący uprawiają zamordyzm i mają społeczeństwo za motłoch.

Zaczęło się od zeszłorocznego wycofania się z rządowego dofinansowania domowych instalacji produkujących energię elektryczną. W ramach targów politycznych poprzedni rząd Johna Howarda zgodził sie dopłacać do 8000 AUD ludziom, którzy zdecydują się na swoich dachach założyc baterie słoneczne o mocy od 1-10 KW. Nie był to bynajmniej efekt proekologicznej polityki ówczesnego premiera, ale cena jaką zapłacił za poparcie przez „zielonych” wprowadzenia podatku VAT (GST) w Australii. Działało to tak, że ludzie instalowali system na własny koszt a następnie składali wniosek o przynanie „rabatu”. W trakcie prac nad tegorocznym budżetem rząd Kevina „ministranta” Rudda dał do zrozumienia, że z powodu oszczędności budżetowych program ten zostanie zawieszony. Wprowadziło to trochę ożywienia do branży, bo kto do tej pory się wahał czy założyć instalację słoneczną zaczął działać by załapać się na dofinansowanie. I nagle w połowie czerwca minister srodowiska ogłosił, że rząd dofinansuje tylko te projekty, które zostana ROZPATRZONE przez urzędników do końca tygodnia !!!. Nie, że nabór aplikacji trwa jeszcze 3 dni, tylko te, które bedą miały szczęście znaleźć się na biurku jakiegoś biurokraty !!! Ile osób zostało na lodzie to tylko tajemnica. Ile firm musiało z dnia na dzień zwolnić pracowników, pozostanie również tajemnicą.

Kolejnym przykładem nie liczenia się z motłochem była zmiana przepisów emigracyjnych. Do tej pory każda zmiana dotyczyła tylko aplikacji zlożonych po dniu wejścia w życie nowych regulacji. Często, jeśli dotyczyło to studentów, dopiero tych, którzy po wejściu wżycie nowych przepisów rozpoczęli studia. Wszytko by nie stawiać w niekorzystnej sytuacji tych, którzy już wydali kilkanaście tysięcy dolarów na naukę. Tym razem rząd Kevina „ministranta” Rudda wprowadził przepisy, które obowiązują nawet osoby, które już złożyły wnioski wizowe. I tak nagle może się okazać, że ktoś spędził kilka lat na nauce, wydał majątek a jego zawód z dnia na dzień spadł z listy „pożądanych” i aplikacja, której samo złożenie kosztowało około 3k AUD stała sie właśnie czymś gorszym od papieru toaletowego.

Następnym przykładem, całkiem podobnym do tego z panelami słonecznymi było zawieszenie programu dofinansowania izolacji termicznych budynków. Sam program byl idiotyczny i od początku niewydolny lecz ogłoszenie, że z dnia na dzień rząd się z niego wycofuje skutkuje tym, że mnóstwo firm zostało z pełnymi magazynami materiałów izolacyjnych, których nikt teraz nie potrzebuje a rzesze pracowników, którzy zakładali instalacje musiało zostać zwolnionych. Ciekawe jak partyjni „spin doktorzy” wytłumaczą ludziom, że za ich rządów nikomu nie stała się krzywda a wręcz wszystkim żyje się lepiej.

Na koniec mała zmiana z ostatniej chwili. W środku dnia dowiadujemy się, że od północy rząd podnosi akcyzę na papierosy o 25%. Jako niepalącemu powinno mi to „powiewać”, lecz trudno mi się pogodzić z faktem, że ktoś z dnia na dzień podnosi podatek o 25%. Teraz czekam na radosną konferencję prasową Kevina „ministranta” Rudda na której powie „Kochani obywatele, ludu pracujący (working families) Australii dwa tygodnie temu wprowadziliśmy nowy podatek, smotne mamy (single mothers), emeryci i renciści (pensioners), opiekunowie (carrers) nigdy nie miały się lepiej w Australii niż dziś !!!”.

 
Biurokracja przy sprzedaży domu w Australii, a przynajmniej w stanie Queensland ogrniaczona jest do minimum. Kiedy po wielu podchodach uda się w końcu złapać klienta Agent podsuwa standardową umowę. Z góry ustalony wzór to 3 strony podpunktów plus jakieś pouczenie. Po podpisaniu przesyła się umowę do prawnika i czaka na termin zapadalności poszczególnych warunków. Domyslnie zazwyczaj są trzy. Dom musi przejść inspekcję budowlaną, inspekcją „robaczaną” oraz nabywca musi zgromadzić pieniądze. Jeśli w terminach określonych w umowie nie zostają zgłoszone zastrzeżenia uznaje się dany warunek za spełniony. W ten sposób 21 kwietnia minał termin do kiedy kupiec mógł zerwać umowę ze względu na stan budynku lub z powodu zarobaczenia i czekaliśmy już tylko na to czy dostanie kredyt. Ten warunek został spełniony we wtorek i tym samym umowa stała się obowiązująca. Tego dnia, 27 kwietnia o godzinie 17:00 stałem się znów bezdomny. Teraz musimy opuscić lokum i przekazać je nabywcy dokładnie 14 maja. To dokona już nasz prawnik. Coś się kończy, coś się zaczyna pisał Sapkowski. W moim życiu z pewnością właśnie skończył sie pewien etap. Teraz czas rozejrzeć się co można zacząć. 
 


W Australii niezbyt popularne jest jeżdżenie „okazją”. Przynajmniej nie tak popularne jak w Europie. Dla mnie jest to kolejna rzecz z kategorii „australijski ewenement”, bowiem w kraju gdzie praktycznie nie istnieje komunikacja publiczna autostop powinien być o niebo bardziej rozpowszechniony niż w pokrytej gęsta siecią pociągów czy PKSów Europie. Dlatego jadąc gdziekolwiek staram się w miarę możliwości podwozić autostopowiczów. A mam ku temu sposobność codziennie jadąc do pracy.

Wracając w piątek z Innisfail zauważyłem jak po poboczu drepta człowiek z charakterystycznie uniesionym palcem do góry. Zatrzymałem się. Po krótkiej wymianie zdań władował mi się do samochodu typowy „wyspiarz”, mieszkaniec wysp rozrzuconych pomiędzy Półwyspem York a Nową Gwineą. Jak już wielokrotnie wspominałem, wyspiarze nie są spokrewnieni ani z Aborygenami ani z Papuasami. To mieszanka etnicznych Melanezyjczyków i Polinezyjczyków. Mój pasażer miał ciemno brązową skórę, czarne niczym dwa węgielki żywe oczy, krótko obcięte kręcone włosy. Był wychnięty na wiór, sama skóra, ścięgna i kości. Jak na trampa i włoczykija odzienie miał nadwyraz schludne i czyste. Już tym samym odróżniał się od większości ciemnoskórych podróznych. Ruszyliśmy w stronę Cairns.

- Skąd pochodzisz Romek ? – zapytał po uprzedniej wymianie grzeczności.
- Z Europy, a dokładniej z Polski. Słyszałeś kiedys o takim kraju? – odparłem
- No oczywiście. Co ty masz mnie za głupka? – zirytował się David mój rozmówca. – Polska to wielki kraj z bogata historią. macie wielki i waleczny naród, który wsławił się niejednokrotnie.
- W sumie masz rację. – odrzekłem kurtuazyjnie myśląc w duchu, że trafiłem na kogoś wyszczekanego niczym akwizytor handlowiec z Melbourne. W duchu zaś dodałem „echh, pewnie nie masz pojęcia nawet, że istnieje taki kraj, ale inteligentny jesteś, bo w sumie połechtasz dumę narodową każdego w ten sposób, a sprzedajesz takie kawałki, że trudno im zaprzeczyć”.
- Czytałem o waszej historii – kontynuował David, a ja zastanawiałem się jak daleko zabrnie i ile bedzie w stanie lawirować operując ogólnikami.
- W 1683 roku uratowaliście Europę przed Turkami. Wasz król Żan Sobieski rozbił pod Wiedniem w proch turecką armię. Użył przy tym wspaniałej kawalerii wyposażonej w skrzydła z ptasimi piórami, które wytwarzały taki wizg, że wróg uciekł w popłochu.
- Jan the third Sobieski – tyle tylko zdołałem powiedzieć, moje oczy nabrały rozmiarów monety 50 centowej, a szczęka opadła do podłogi.
- A później jeszcze raz Polacy uratowali Europę. W 1922 roku pod Warszawą Dżozef Pisucki pokonał Rosjan i odwlekł od Europy groźbę zalania komunizmem.
- W 1920. – poprawiłem, lecz nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani słowa więcej. Oto bowiem człowiek z małej wysepki na końcu Rafy Koralowej nie tylko wie gdzie lezy Polska, co nie często się zdarza Australijczykom, nawet tym „dobrze wykształconym”, lecz bezsprzecznie zna kilka faktów z naszej historii.

Dalsza droga do Cairns upłynęła w atmosferze mojego najszczerszego podziwu dla przygodnego pasażera. David okazał się kopalnią informacji, szczególnie na temat Półwyspu York i okolicznych wysp. Dowiedziałem się, że są jeszcze miejsca, dokąd można odbyć pionierską podróż morską. Na większość Wysp najłatwiej bowiem dostać się statkiem, który dostarcza zaopatrzenie. Na jego wyspę płynie się dwa dni i jedną noc a statek odpływa z Cairns co dwa tygodnie. Dowiedziałem się jak na imie ma kapitan i ile za taka podróż kasuje. Podwiozłem go w Cairns dokładnie pod wskazaną lokalizację. Dostałem adres i zapewnienie, że zawsze bede miłym gościem u Niego na wyspie. Rosztalismy się a moje zdziwienie i zaskoczenie pozostało jeszcze ze dwa dni. Po powrocie do domu rzuciłem się na internet by poszukać przynajmniej 2 bohaterów narodowych z Kambodży :)
 


Nigdy w życiu nie spotkałem się z tyloma przypadkami osób chorych na raka co w Fabryczce. Praktycznie KAŻDY z naszej załogi ma w rodzinie kogoś, kto rozwinął nowotwór. Nie wiem czy statystyki wyłapują tą prawidłowość, czy też rozwadniają wśród całej góry innych danych, lecz tu na miejscu ludzie zdają sobie dokładnie sprawę, że liczba zachorowań z pewnością nie jest w normie. Winą obarczają głównie tysiące ton pestycydów, które od dziesiątek lat non stop trafiają na pola trzciny cukrowej, plantacje bananów, mango, awokado itp. zanieczyszczając rzeki, gleby, kumulując się w uprawach i organizmach zwierząt hodowlanych. Tajemnicą poliszynela jest również, że dzielni żołnierze australijscy testowali w okolicach broń chemiczną a dokładniej środek zwany „Orange”. W zeszłym roku sprawa ta wypłynęła nawet do mediów ogólnokrajowych, ale bardzo szybko jej ukręcono łeb. Oficjalne śledztwo wykazało oczywiście, że żadnych testów nie dokonywano i sa to tylko pomówienia. Nie wiem gdzie lezy prawda, jednak przez dłuższy czas władze utrzymywały również, że przeprowadzając w sercu Australii testy broni jądrowej nie robiono doświadczeń na Aborygenach. Dziś wiemy, że nie do końca to była prawda. Starsi pracownicy Fabryczki bez wahania potwierdzają, że wojsko testowało środki chemiczne w okolicach. W tak sprzyjających „okolicznościach przyrody” przyszło nam dziś pożegnać ojca jednego z kierowników, który w niedzielę przegrał walkę z rakiem.

Pogrzeb taty Franka był pierwszą tego typu imprezą na jakiej miałem okazję być w Australii. Z pewnością nie był to tradycyjny australijski pogrzeb, bo jakąż tradycję mogą mieć Australijczycy? Cała „impreza” była zmutowanym przez emigrację odbiciem włoskiego pogrzebu. Na wejściu każdy uczestnik dostawał mała broszurkę z przebiegiem ceremonii. Było w niej wszystko, kto czyta psalmy, kiedy należy wstać, kiedy klęknąć, itp.  Msza w kościele tylko w detalach różniła się liturgii jaką znam w Polsce, toteż skupiłem się na obserwacji ludzi. Pierwsze wrażenie, to kompletny brak żałobników w czerni. Większość rodziny ubrana była w białe koszule i czarne spodnie. Kobiety, poza najstarszą córką Franka ale o tym w następnym paragrafie, w lekkie stonowane sukienki odkrywające ramiona i sięgające w dół w okolice kolan. Część tuż przed, część nieco za kolana. Ubrania nie były przesadnie uroczyste, raczej typ na niedzielny obiad do teściowej, niż na procesję w Boże Ciało. Wyraźnie odstawała nasza grupa z fabryczki. Osoby z biura wystąpiły w biznesowych koszulach, delegacja robotników w drelichach roboczych.

Maciej Maleńczuk ostatnimi czasy rzekł, że „artystystom mozna więcej”. Choć komentował sprawę skompromitowanego senatora myślał również o sobie, a nie powinien, bo z niego artysta jak ze mnie Dziewica Orleańska. Maksyma ta chodziła mi non stop po głowie podczas pogrzebu kiedy obserwowałem Elain. Starsza córka Franka jest uzdolniona muzycznie. Ma spore osiągnięcia w grze na fortepianie a oprócz tego potrafi zagrać na wszystkim, co wpadnie jej w ręce bez względu czy są to skrzypce, gitara czy piła z tartaku. To co dziś pokazała można skomentować „niezła z niej artystka”. Dziewczę w wieku jak rzekliby nasi przodkowie łożnicowym ubrało zielono – niebieską  sukienkę w motyw pawich piór. Dla mnie bardziej wygadało jakby ktoś się upoił Blue Curacao i puścił pawia do stawu pełnego rzęsy. W efekcie wyglądała jak papuga wśród wróbli i srok. Na dole sukienka sięgała lekko za kolana a na górze opinała piersi pozostawiając odkryte ramiona. Kiedy podchodziła do mównicy coś przeczytać biust o mało jej nie eksplodował spod tej sukni. Podczas gdy pozostałym członkom rodziny głos łamał się Elain deklamowała niczym zawodowa aktorka, generalnie zachowywała się jakby to nie był pogrzeb członka jej rodziny lecz zwykła impreza, na którą została wynajęta. Idąc między ławkami spod drzwi wejściowych w stronę ołtarza czuła się jak modelka na wybiegu. Z premedytacją stawiała stopy w jednej lini, co wprawiało jej biodra w ruch hipnotyzujący wszystkich staruszków. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu gdy zauważyłem jak jeden po drugim bezwiednie przełykają ślinę. Podczas komunii zaśpiewała pieśń czystym, silnym i donośnym głosem. I znów mowa jej ciała skierowała wszystkie oczy w tamta stronę. Dla pełni obrazu dodam, że w chwilach gdy nie służyła do mszy obściskiwała się w kościelnej ławie ze swoim facetem. W ten oto sposób zmarły nawet podczas własnego pogrzebu nie był osobą, która najbardziej zajmowała myśli żałobników.

Cmentarz, na którym pochowano Franka tatę niczym nie różnił się od większości żalników w okolicy. Groby utrzymywane sa w miarę w porządku do 30 lat od daty pochówku. Starsze, przeważnie zaniedbane wyraźnie popadały w ruinę. Przechodząc wśród nich usłyszałem za sobą sentencję naszego naczelnego inżyniera, że dopiero tu wyrównują się różnice w naszym postrzeganiu ludzi. Nie bardzo złapałem o co mu chodzi, poprosiłem więc o sprecyzowanie, co ma na myśli.

- Popatrz – powiedział – właśnie mijamy grób Madonny Viali, jak myślisz co mówił o niej ksiądz podczas pogrzebu.
- Że była dobrą kobieta i wychowala dzieci na ludzi – strzeliłem.
- Tak właśnie mówił. – potwierdził – A uwierz mi Madonna nie była spokojną staruszką, która piekła ciasteczka swoim wnukom i cieszyła się z ich osiągnięć w footy. To była wredna i wścibska harpia, która do końca życia wsadzała nos w nie swoje sprawy i mieszała ludziom.
„Harpia” – pomyślałem, skąd on zna takie słowo, przecież to takie nie australijskie. No ale w końcu jest inżynierem a nie portierem, więc może cos greckiego obiło mu się o uszy.
- Po śmierci – ciągnął niewzruszenie – prawie po każdym zostają w pamięci ludzkiej tylko dobre wspomnienia.
- Noel, a ty się nie boisz, że skoro Madonna była taka jadowita za życia, to słysząc niepochlebne opinie o sobie teraz po śmierci przybędzie z zaświatów by Cię straszyć?
- Nie boję się – odparł dziarsko – mam wodę święconą.

Wracając do samochodu między grobami trochę dudniło mi w głowie od tego co powiedział Noel. Zawsze w takich chwilach przypominam sobie pewien kawałek nikomu nie znanej kapeli Kromkruag. Nawet nie wiem jak to poprawnie zapisać, bo piszę ze słuchu.

„Zamaże nas czas”

Na twoim grobie będą rosły kwiaty
Czy byłeś biedny czy byłeś bogaty
Czy wódkę piłeś czy całe życie się modliłeś
Po stu latach nikt nie będzie pamietał
Że istniała taka jak ty menda
Twoje imię zniknie zamaże je czas

Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś

Czy jesteś stal czy meteor człowiek
Czy jesteś mądry a może półgłówek
Na twoim grobie zamazane nazwisko
A obok kartka uwaga ślisko
Ludzie to miejsce będą omijali
Może czasem ktoś świeczkę zapali
Twoje imię zniknie zamaże je czas
Czas, czas zamaże nas czas, czas.


Ref: Na cmentarzu dzikie kwiaty
Będą płakać nad tym światem
I oprócz nich nikt nie będzie pamietał
Że istniałeś że się śmiałes że płakałeś
Że istniałeś że się śmiałeś że kochałeś


W środę odeszliśmy na trochę od starego zwyczaju załatwiania spraw firmowych na mieście tylko w piątki. Tak się złożyło, że musiałem podpisać w imieniu firmy kilka papierów w kancelarii prawnej. Zebrałem więc około południa Jodie i pojechaliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie owa kancelaria miała siedzibę. W sumie mogłem jechać sam, ale raz, że Jodie jest fajna dziunia, dwa, że lubię z nia rozmawiać, trzy, że obawiałem się, iż u prawnika wywiąże się jakaś rozmowa podczas której przyda się ktos dysponujący „wiedzą”. „Wiedza” w tym przypadku oznacza znajomość okoliczności jakie miały miejsce przed przejęciem Fabryczki przez Korporację.

Była pora lunchu. Misteczko, jak większość australijskich osad, wyglądało na urbanistyczny koszmar architekta. Rozłożone na planie kratownicy centrum, zabudowane jednopiętrowymi budynkami, w których parter zawsze pełni funkcje handlowe a piętro biurowe lub mieszkalne, tętniło wczesnopopołudniowym życiem. Pracując w biurze na odludziu nie mam szansy by codziennie obserwować ludzi w trakcie zwykłej krzątaniny dnia codziennego, dlatego też bacznie obserwowałem i „taksowałem” każdego kto nawinie mi się pod nos. Począwszy od nastoletnich uczennic w mundurkach, poprzez strażników miejskich na zwykłych Aborygenach kończąc. Przy okazji wizyty w miasteczku Jodie chciała wymienic baterie od zegarka, więc weszliśmy do jedynego w mieście zegarmistrza, który był również jubilerem. Przed nami oglądając jakiś wisiorek stała dość typowa jak na tutejsze realia para. On standardowy australijski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem. Spod niedopiętej nonszalancko koszuli kłębiły się całe pokłady ciemnych włosów, testosteron ciekł mu uszami. Jednym słowem marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarczy udany seks i kilka błyskotek od jubilera. Jego partnerka już na pierwszy rzut oka spełniała te kryteria. Wychudzona szkapa ubrana była w łachman, który w każdym cywilizowanym kraju robiłby nie za kieckę, lecz za nocną koszulę. Przebierali, marudzili, nie mogli się zdecydować. Zegarmistrz/jubiler był sam w sklepie, więc z wiadomych przyczyn nie mógł nas obsłużyć. Nawet mnie nie zdziwiło, kiedy zagadał do Jodie z pytaniem jak się ma jej siostra. Tu każdy zna każdego, urok małej społeczności gdzie nie ma ludności napływowej.  Wreszcie, po jakiś 15 minutach lalunia z osiłkiem wybrali klejnocik i mogliśmy byc obsłużeni.

Kancelaria mieściła się dwie uliczki dalej, w jednym z nielicznych nowo wybudowanych budynków w mieście. Podeszliśmy tam „z buta”. W drodze, Jodie powiedziała, bym zwrócił uwagę na sekretarkę, zapewniła, że na pewno mi się spodoba. Hmmm, pomyślałem, prawnik to dobry fach w tym kraju, zarabiają nieprzyzwoite pieniądze, więc lala pewnie będzie plastikową blondyną, ze szponami jak u drapieżnego ptaka, na obcasach wysokości Pałacu Kultury i cyckami wypchanymi jak arbuzy. Czemu tak? No bo prawnik, gość sztywny jak kij od szczotki i nudny jak flaki z olejem z pewnością nie będzie miał na recepcji nikogo kreatywnego, szalonego, niezależnego. Jakież było moje zdziwienie, gdy tylko przekroczyliśmy próg kancelarii. Zza niewysokiego biurka, na którym był komputer i kilka kupek papierów wyzierało „coś”. Trudno znaleźć mi dobre określenie na to co zobaczyłem. Niewątpliwie był to humanoid płci chyba żeńskiej. Trupioblada skóra wyglądała jakby ktoś dodatkowo przyprószył ją mąką. Na jej tle odcinały się dwa wielkie czarne oczodoły, powyżej których był kołtun. Tylko czekałem, aż zaczną z niego wypełzać jakieś robaki. Przedstawiliśmy się, „coś” poprosiło byśmy usiedli a samo pognało do szefa. Z nieukrywaną nuta szyderstwa zapytałem Jodie, czy nie słyszała czasem o jakimś przypadku rozgrzebania grobu na lokalnym cmentarzyku. „Romek, no coś ty” – oburzyła się Jodie – „To bardzo fajna dziewczyna, a ten czarny image zupełnie nie ma nic wspólnego z satanizmem”. „Jodie” – westchnąłem – „ja nie sugerowałem, że ona rozgrzebuje groby, tylko że ją wygrzebano z grobu !!!”. Nasze dywagacje przerwał nagły powrót obiektu plotek. Zaprosiła do Pana Mecenasa. A to dupek, pomyślałem, nadęty bufon nawet nie pofatygował się do nas osobiście. Włączył mi się „agresor”. Weszliśmy do gabinetu, który był przytulny jak kibel w McDonaldzie. Był na planie prostokąta. Jeden z dłuższych boków zajmowały okna, w których wisiały wertikale. Pod ścianą po przeciwnej stronie stały trzy najprostsze półki wypełnione segregatorami. Na końcu pokoju równie proste i ascetyczne biurko. Nad zasiadającym tam sztywniaczkiem szereg oprawionych w ramki dyplomów. Przejałem inicjatywę. „Dzień dobry R. i J. z Korporacji, czy mamy do czynienia z panem X czy spółką?” Dobrze wiedziałem, że bufon nie jest partnerem w kancelarii „X & spółka”, więc jego nazwiska nie ma na drzwiach i wbije mu szpilę w ten sposób. I udało się, momentalnie zyskałem jeszcze jednego wroga. :) Dalsza część spotkania przebiegła w iście syberyjskim chłodzie. Jeśli byliśmy 10 minut w gabinecie to wszystko.

Po wyjściu Jodie skomentowała całe zajście, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że mogę byc taki złośliwy. Odparłem jej, że jestem zodiakalnym skorpionem i to wszystko, co może wyczytać w horoskopach opisowych o wrednym charakterze to prawda, nawet jeśli przez dłuższy czas nie ujawniałem swojej natury. Jestem złośliwy i mściwy a wyrządzonych krzywd nigdy nie zapominam. Agresor, który włączył mi się poprzednio chyba nie przestał jeszcze działać, bo przerażona moim tonem Jodie nie wypowiedziała ani słowa. Do pracy wróciliśmy w całkowitym milczeniu. Na szczęście dziś rano wszystko wróciło do normy. Mój agresor ustąpił, a Jodie odzyskała mowę.

 
Z okazji rozpoczynających się właśnie Igrzysk w Vancouver małe przypomnienie okoliczności zdobycia pierwszego w historii złotego medalu Zimowych Igrzysk Olimpijskich dla Australii. Proszę zobaczyć jakiż to duch walki wstąpił w Stevena Bradbury, jak „gryzł ziemię” i walczył do upadłego zgodnie z olimpijskimi ideałami współzawodnictwa. 
Małe uzupełnienie, dal tych, którzy porównają to do szczęścia jakie miał nasz Wojciech Fortuna. Otóż do Fortuny uśmiechnęło się szczęście tylko raz, w pierwszym skoku. Steven Bradbury w ćwierćfinale, z którego awansowało 2 zawodników zajął dopiero 3 miejsce. Wszedł jednak do półfinału po dyskusyjnej dyskwalifikacji Kanadyjczyka Gagona. W półfinale wyraźnie odstawał od czołówki i tylko kraksa przed metą (fuks po raz drugi) pozwoliła mu zakwalifikować się do finału, gdzie jak widzimy na klipie podjął bezpośrednią i bezpardonowa walkę o najwyższe trofeum :) 
 

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 

 
Kiedy przeciętnemu turyście lub wielbicielowi kanału Discovery zadamy pytanie o niebezpieczeństwa, które moga czekać na turystów w Australii na jednym wdechu wymienia się oczywiście węże i pająki. Na drugim wdechu, po podrapaniu się w głowę (lub po jajkach) dorzuca się rekiny i krokodyle. Tylko niewielka część kojarzy w ogóle parzące meduzy i to dopiero kiedy się spyta dokładnie o nie. Poruszałem już wcześniej ten temat TUTAJ. Dziś do niego wróce, bowiem podczas świąt stał się dość aktualny. Dość ważne jest, że wody oblewające dwie wyspy, które są widoczne z Naszej Plaży stanowią stanowisko rozrodowe irukandji, jednego z gatunku smiercionośnych meduz. Wszystkie fotki zamieszczone poniżej pochodzą ze stron The Cairns Post.


To jest Box Jellyfish (osa morska) znaleziona na sąsiadującej z nami Trynity Beach. W okresie świątecznym takie same okazy znaleziono na wszystkich północnych plażach z „naszą” włącznie. Naukowcy z Uniwersytetu Jamesa Cook’a są zgodni. Okaz tej wielkości byłby w stanie zabić zdrowego, dorosłego człowieka z 2 minuty !!!


Niektórzy turyści sądzą, że ostrzeżenia są przesadzone i trzeba mieć wyjątkowego pecha by zostać poparzonym przez meduzę. Czy aby na pewno? Na fotce plaża przu Buchan Point, miejsce połozone najbliżej wysp, o których wspominałem wyżej. Tyle meduz byłoby w stanie rozłozyć nie jeden batalion wojska.


Prawdziwym problemem są jednak nie Osy Morskie lecz meduzy z gatunku Irukanji. Są one na tyle małe, że bez problemu przecisną się przez oczka siatek zabezpieczajacych. Ostatnie poparzenia jakie miały miejsce w okolicach przypisuje się własnie temu gatunkowi.


Najgorsze jest jednak chyba to, że naukowcy nie znaleźli jeszcze odtrudki na jad tej meduzy. Wszystko co można obecnie zrobić, to łagodzić ból i odtruwać ogólnymi metodami mając nadzieje, że orgaizm jest na tyle silny iż przezwycięży truciznę. Jedna z ostatnich ofiar Irukandji wyznała, że ból był tak straszny iż w drodze do szpitala zaczęła się modlić by bóg pozwolił jej już umrzeć.


A ta mała zaraza, to MALO KINGI. Została zidentyfikowana i nazwana w 2002 roku by upamiętnić amerykańskiego turystę nazwiskiem King, który zmarł w wyniku poparzeń w okolicach Port Douglas.

 

Dzień 41. 
Około południa dzwoni do mnie manager serwisu zapewniając solennie, że samochód będzie w środę do końca dnia. Stanowczo żadam spotkania i wyjaśnień. Zgadza się na spotkanie i obiecuje, że odpowie na wszystkie pytania. 
Dzień 42. 
Kwadrans przed piąta po południu człowiek z serwisu dzwoni….. do Szpulki. Ta na szczęście jest na mieście więc zdążyła jeszcze podejść do warsztatu, odebrać kluczyki i zapłacić. 
Dzień 43. 
Dzwoni do mnie manager z pytaniem czy możemy przełożyć spotkanie na jutro na godzinę 12.00. Zgadzam się. 
Dzień 44. 
W drodze do warsztatu Kijanka strasznie dziwnie się zachowuje. Na skrzyżowaniach na luzie silnik pracuje w zakresie 1100-1500 obrotów. Czasami nawet skacze do prawie 2000. Wpadam do serwisu tylko po to by dowiedzieć się, że manager jest od dziś na urlopie. Proszę kolesia, który mnie tak zwodził z terminami by zerknął na samochód. Zgadza się, że obroty są za wysokie. Rezerwuje mi miejsce na pierwszy dzień roboczy po świętach na 8 rano. Ruszam spod warsztatu. Silnik zaczyna się dławić i dziwnie zachowywać. Na desce rozdzielczej bije po oczach kontrolka awarii silnika. Wracam do serwisu z jadaczką od ucha do ucha. Robię taką wojnę, że czekam tylko aż zbiegną się ochroniarze z pobliskiego centrum handlowego. W efekcie Kijanka zostaje w serwisie a ja wracam do domu autem zastępczym. Samochodzik jest nówka, ma jeszcze folię na podłodze. Teraz jak mam czym jeździć to mogą trzymać mój samochód nawet do Wielkanocy jeśli mają taką ochotę. 
Samochodu znów nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.

  • RSS