harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: aborygeni


W Polsce wielkimi krokami zbliża się koniec sezonu Piłki Nożnej. I znów będą kolejki cudów, gdzie zagrożona spadkiem drużyna z końca tabeli niespodziewanie pokona faworyta. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wszystko to Polacy robią jakoś naokoło i nieefektywnie. Trzeba bowiem przekupić sędziów, dać w łapę obserwatorom, podejść piłkarzy i działaczy drużyny przeciwnej. Kosztuje to kupę zachodu, wagon pieniędzy a i tak czasami cały ten gigantyczny wysiłek idzie psu w dupę, bo drużyna sąsiadująca w tabeli wyłoży więcej kasy, wygra jedna bramką więcej i pogrąży przeciwnika. Pod tym względem Polacy powinni brać przykład z Australii. Tu przeciwdziała się korupcji w sporcie dwojako. Po pierwsze, jesli coś zalegalizujesz, nie jest już tak korucjogenne, po drugie likwidując źródło likwidujesz zjawisko korupcji. I tak w Australii rozgrywki ligowe organizuje się na zasadzie podobnej do franczyzy. Każda liga czy to jenda z 3 „ogólnoaustralijskich” lig jajowatej piłki, liga piłki nożnej czy koszykówki to towarzystwo wzajemnej adoracji. Nie ma systemu promocji i spadku z niższych lig. „Wykupujesz franczyzę” i możesz przegrać wszystkie mecze w sezonie a i tak nie wylecisz z ligi. Dla przykładu Wiktoriańska Liga Futbolu przez 61 lat aż do 1986 skupiała dwanaście tych samych zespołów. Obecnie zespołów jest 15, z czego 5 spoza Wiktorii, więc nazwę ligi w 1987 r. zmieniono na „Australijską Ligę Futbolu”. Czyż nie byłoby to idealne rozwiązanie dla 6 ostatnich klubów z polskiej Ekstraklasy i 6 z I ligi? Kilka klubów, które co roku ocierają się o spadek, lub nie udaje im się awansować mogłoby połowę funduszy przeznaczonych na łapówki wydać na zorganizowanie konkurencyjnych do PZPN rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Może wtedy taki Piast Gliwice czy Odra Wodzisław mógłby być Mistrzem Polski ? Zapewne FIFA i UEFA nałożyłaby ekskomunikę na takie rozgrywki i zabroniła rozgrywać meczów z „prawomyślnymi” zespołami, lecz na wzór australiskiego „State of Orgin” możnaby rozgrywać mecze między Dolnym Śląskiem a Mazowszem lub Wielkopolską a Mazurami. Co więcej, można do gry wciągnąć np. Polsat czy TVN, który transmitowałby rozgrywki w konkurencji do Canal+, a po czasie jak pokazuje przykład innej australijskiej franczyzy NRL, gdzie chcą dołączyć kluby z Papui Nowej Gwinei i Fidżi,  chęć gry w takiej lidze zgłosiłyby kluby, np. z Białorusi, San Marino czy Wysp Owczych.

Jedyną rzeczą, której raczej bym nie polecał adoprować takiej nowej lidze jest „salary cup”. Salary Cup to stosowany zarówno w AFL, NRL jak i australijskiej lidze piłki nożnej maksymalny limit wynagrodzeń. Po prostu nie możesz zapłacić zawodnikom więcej niż pozwoli zarządzający ligą i już. W końcu to „liga” daje franczyze a klub musi działać wg. jej warunków. Dla przykładu w A League (liga piłki nożnej) całkowita suma wynagrodzeń piłkarzy (a ma ich byc w składzie minimum 20) na nowy sezon nie może przekroczyć 2.65 mln AUD. W Polsce starczyłoby to dla mniej więcej 7-8 zawodników Wisły Kraków. Wyjątkiem jest jedna gwiazda, która w każdym klubie nie podlega tym ograniczeniom. Salary cup był przedmiotem ostatniej afery w australijskim sporcie. Otoż zespół Melbourne Storms, utworzony przez magnata finansowego Roberta Murdocha został przyłapany, na tym, że płaci pod stołem swoim zawodnikom więcej niż pozwalają przepisy. Zespołowi odebrano dwa tytuły mistrzowskie i zapowiedziano, że nie bedzie zdobywał punktów w tym roku. Zdegradować go nie można, bo nie ma gdzie :) Czyż to nie piękne? Widzew Łódź byłby wniebowzięty !!!


Należę do ludzi, którzy mają ponadprzeciętnego pecha do zakupów. Jeśli w sklepie na półce jest 10 odkurzaczy, a wśrod nich 1 popsuty, to z pewnością trafi mi się ten uszkodzony. Dodatkowo jestem mało asertywny. W pracy smieją się, że moje zdolności negocjacyjne kończą się na zdaniu „Zamknij się Frank i rób co Ci kazałem”. :) To wszystko razem wzięte zawsze stanowilo dla mnie problem przy próbie zwrotu do zakupionego wcześniej towaru. Trzeba również szczerze przyznać, że w Polsce kultura w tym wzgledzie była kiepska. No teraz to już na pewno jest ho, ho, ho lepiej. W końcu nie było mnie tam juz ponad 4 i pół roku !!! :) W mojej świadomości wciąż brzmią jednak slowa pewnego znajomego, który handlował laptopami. „Każdemu klientowi daję gwarancję zwrotu kasy, oczywiście. I oczywiście nie mam jej zamiaru respektować”. Gazety i internet pełne są przypadków, kiedy gwarancja zwrotu pieniedzy jest tak skonstruowana, że nie opłaca się jej ekzekwować, bo np. żeby zwrócić małowartościową rzecz trzeba zadzwonić na drugi koniec polski a później odesłać towar na własny koszt. I tak ludzie rezygnują z szarpania się o 10 PLN. Kilka razy byłem rownież świadkiem jak klienci z paragonem i towarem w orginalnym opakowaniu w ręku mieli problem ze zwrotem towaru w supermarkecie. Szczerze mówiąc frustrowało mnie to okrutnie. No teraz to już w Polsce na pewno jest ho, ho, ho lepiej. :)

W Australii moje najgorsze fobie i kompleksy niestety nie mają podatnego gruntu do wzrostu. Pisałem już kiedyś na blogu, na co może liczyć klient, jeśli przy kasie supermarketu spożywczego zobaczy, że cena na rachunku jest inna niż cena na półce. Jeśli jest to pojedyńczy towar dostaje go za darmo. Jeśli kupił kilka sztuk, to pierwsze trzy ma za darmo, resztę po cenie z półki. Oczywiście mówimy o przypadkach, gdy cena z półki jest niższa od tej, którą wskazała kasa. Takie przypadki mieliśmy już wielokrotnie. Zdarzyło nam się dostać szampon albo kilogram pistacji. To dotyczy supermarketów spozywczych, ale w sklepach z innym asortymentem też można się targować. Kilka miesięcy temu w sklepie monopolowym zwanym tu na wyrost „supermarketem” kupiłem 0.7l czeskiej Beherowki. Kupiłem, bo cena była atrakcyjna. Przy kasie okazało się, że w systemie cena jest mniej więcej o 50% wyższa. Poprosiłem kierownika, poszliśmy do półki, gdzie w rzędzie równiótko stały ułożone butelki Beherowki. Cena rzeczywiście była niska, tyle, że nie za ten produkt. Nie przeczytałem dokładnie, tego co jest napisane małym drukiem. Pod Beherowka była cena za zupełnie inną wódkę. Zasugerowałem, że alkohole są ułozone w porządku, pod każdym z rodzajów jest odpowiednia cena a ja wybrałem ten własnie alkohol, bo zobaczyłem 38 AUD pod dwoma rzędami równo ustawionych butelek i że ktoś może to uznać za celowe wprowadzanie klienta w błąd. Co zrobił kierownik? Sprzedał mi towar po tej nizszej cenie.

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach musieliśmy kilkukrotnie zwrócic towar do sklepu. Pierwszy raz spięty jak baranie jaja pobiegłem zwrócić matę termiczną jaką Szpulka kupiła dla stworka, którego nniańczyliśmy niedawno. Zestresowałem się nieco, bo by wyjąć towar trzeba było trochę uszkodzić opakowanie. W sklepie okazało się, że jedynym „problemem”, za który sprzedawca mnie z resztą bardzo przepraszał, było iż pieniądze nie mogą zostać zwrócone w gotowce lecz na kartę kredytową, bo zakup był właśnie na kartę. Niedługo potem wybraliśmy się na piknik. Skuszeni niską ceną materaca nabylismy takowy drogą kupna w supermarkecie. Już na miejscu okazało się, że materac nie był jednak kompletny. Brakowało korka do zaworu. W sklepie przy zwrocie zapytano nas tylko czy chcemy wymienić towar, czy odzyskać gotówkę. Nikomu nie przyszło do glowy by oskarżać klienta, że kupił sprzęt, zdekompletował zabierając potrzebne mu części i próbuje naciągnąć sklep. W ostatnią niedzielę natomiast przyszło nam zwrócić energooszczędne żarówki. Pani w obsłudze klienta zapytała, co jest z nimi nie tak. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że żarówki są całkiem w porządku, ale ich nie chcemy i dlatego zwracamy. Jakiś problem? Żadnego; „laeczka” jecze nam podziękowała, że jestesmy ich klientami.

Może to brzmi śmiesznie, ale na prawdę takie sytuacje powodują, że dobrze się tu czuję. Jeden stres mniej w podłym życiu emigranta.


Nie odpowiadałem na komentarze do poprzedniego wpisu, bo właściwie to musiałem sam sobie odpowiedzieć na parę pytań. Ta przerwa poza chwilą do namysłu pozwoliła mi na kilka odskoczni. Po pierwsze pochłonąłem kilka książek. Przeżułem Trylogię Husycką  Sapkowskiego. Mistrzowski język, choć czasami na siłę zbyt agzaltowany. Fabuła do dupy. Lektura przywiodła mi na myśl gry RPG, gdzie bohater pokonuje coraz większe trudności na coraz wyższych poziomach gry. Lektura ciężka jednak miła. Pochłonąłem też trylogię Ahaja Ziemiańskiego. Mogę powiedzieć, że czyta się ją miło i bezproblemowo. I to wszystko dobre co mozna powiedzieć o dziele Ziemiańskiego. Fabuła nędzna, wiele wątków zupełnie niepotrzebnych, nic nie wnoszących do akcji. Trochę przypomina dzieło emerytowanego wojskowego, który na cały świat patrzy z pryzmatu hełmu, sztabowej mapy i podręcznika taktyki i strategii prowadzenia kampanii wojennej.

W tak zwanym międzyczasie zorganizowaliśmy wypad pod namiot. Niedaleko, nawet nie wyjechaliśmy z Cairns, choć biwakowaliśmy około 120 km od domu. Pojechaliśmy na mały camping na jednej z odludnych plaż. Pole biwakowe oferowało 5 stanowisk. Trafiliśmy na początek szkolnych wakacji, więc odludnie tak nie było. Na stanowisku obok nas rozbiła się aborygeńska ferajna. Dwie dorosłe Aborygenki, jedna Azjatka, szóstka dzieci z czego piątka czarnych a jedno białe, przeraźliwie rude i piegowate. Raz dziennie rozklekotanym sedanem dojeżdżał do nich zaniedbany 50-latek, do którego cała ferajna bez wyjątku zwracała się per „tato”. Wyjazd udał się połowicznie. Chciałem odbyć daleki spacer wzdłóż plaży do osady, gdzie nie prowadzi żadna droga, gdzie można tylko dopłynąć łodzią lub dojść z buta po plaży. Niestety przyroda okazała się tym razem niezbyt łaskawa. Plaża nieopodal pola namiotowego przecięta jest przez zamieszkały przez krokodyle strumień. Jedyna szansa by dostać się na jego drugi brzeg to przebrodzenie w oceanie. Możliwe jest to tylko podczas odpływu. Woda w tym miejscu przybiera około 1.9m, czyli jeśli podczas odpływu jest do połowy łydek, to podczas przypływu sięga ponad głowę. Tego dnia maksymalny odpływ był około godziny 15. Musielibyśmy wyruszyć tak ze dwie godziny przed końcem odpływu, o 13, by wrócić najpóźniej  o 17. Inaczej utknelibyśmy na drugim brzegu do kolejnego odpływu, do 3 nad ranem. Tyle, że w tych godzinach upał jest niemiłosierny. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała gdyby odpływ miał miejsce o godzinie 9 rano. Wtedy poszlibyśmy na dłuuuugi spacer zaraz po wschodzie słońca i wrócili przed 11, kiedy słońce nie piecze jeszcze tak niemiłosiernie. W trakcie tego wypadu zrozumiałem dlaczego niektóre ośrodki reklamują się „child free enviroment”.  Doceni to każdy, kogo o 5 nad ranem obudzi rozkrzyczany, nieokiełznany żywioł.

W Cairns przez wszystkie przypadki odmienia się słowo bezrobocie. Oficjalne statystyki wskazują, że w całej Australii bezrobocie osiągnęło 5,8%. Niby niewiele, lecz główną przyczyną jest sposób w jaki ABS zakłamuje statystyki. Otóż osobę, która pracowała choć przez godzinę tygodniowo nie uznaje się jako bezrobotną. W Australii jest bardzo duzy odsetek ludzi pracujących na niepełne etaty po kilka/kilkanascie godzin tygodniowo. Pod presją firm zajmujących się badaniem rynku ABS przyznało w końcu, że w przeliczeniu na pełne etaty bezrobotnych pozostaje 13,9% (sic !!!). To dotyczy całej Australii. W Cairns ten oficjalny, zaniżony wskaźnik wynosi (w zależności od mediów) od 11,4% do 12,8%. A to już jest tragedia. Na to nakłada się fakt, że Cairns żyje z turystyki a w tym biznesie, jak również w handlu detalicznym odsetek pracowników niepełnoetatowych może sięgać aż 66%, choć zamiast tej ekstremalnej wielkości bliżej jest przyjąć przeciętną około 45%. Dla przykładu w skład działu którym kieruje Szplulka wchodzi 6 osób przy czym tylko 1 ma pełny etat. Pozostali pracują „dorywczo”.  Nakładając to na oficjalne statystyki okazuje się, że bezrobocie w mieście realnie wynosi 25-30%. Mieliśmy nawet swoje 5 minut, kiedy premier Kevin „ministrant” Rudd wspomniał mimochodem o Cairns podczas swojego wystapienia w ONZ. Choć ja uważam, że to taki powód do dumy jak być ostatnim przypadkiem dżumy podczas światowego kongresu zdrowia.

W bardziej ogólnoaustralijskim zakresie przyglądam się jak rozwija się się sprawa ostatnich napaści na studentów z Indii. O co chodzi? Przez wiele lat Australijczycy zapominając jak wyżynali Aborygenów uważali siebie samych za wzór tolerancji rasowej i idealnie pracujący mechanizm wielokulturowego społeczeństwa. Pierwsza poważna rysa na tym kryształowym wizerunku pojawiła się w 2005 roku kiedy w Sydney na Cronulla Beach doszło do reguralnych zamieszek na tle rasowym. Nie tak dawno wypłynęła na powierzchnię afera ze studentami z Indii. Otóż w Sydney i Melbourne lokalna młodzież okazywała Hindusom tradycyjną australijską gościnność urządzając im co pewien czas regularne mordobicia. Wracałem właśnie z pracy do domu słuchając ABC News Radio, kiedy wypowiadał się wysokiej rangi gliniarz z Melbourne. A był to wyjątkowo głupi oficer. W skrócie szedł w zaparte. Powiedział, że żadnych napadów na tle rasowym nie było, a tak w ogóle to przestępczość ciągle spada a w kategorii rozbojów, to już zupełnie odnoszą nieustające pasmo sukcesów. No kretyn niemiłosierny. Jakby powiedział, że bardzo przejęli się sprawą, wzieli do serca, ustanowili priorytety a sprawców złapią i doprowadzą przed oblicze sprawiedliwości byc może sprawa rozeszłaby się po kościach. nawet gdyby nikt nie kiwnął palcem i  nie ruszył się zza biurka. Niestety duma i pycha nie pozwoliła na taki przebieg sprawy, no bo przecież to byłoby przyznanie się, że nie jest dobrze. Od tej chwili sprawa nabrała tempa. Hindusi przestali siedzieć cicho, sprawę podchwyciły media. I tu się okazało, że usługi edukacyjne są trzecim co do wielkości przemysłem eksportowym Australii dostarczającym prawie 15 mld dolarów rocznie. Jak na nieistniejące napady władze dość ciekawie rozegrały sprawę. Na początku poleciała do Indii 10 osobowa delegacja notabli z Wiktorii przekonywać, że Australia jest jednak bezpiecznym miejscem do studiowania. Misja chyba im się nie powiodła, bo w sprawę „nieistniejących” napadów zaangażował się rząd stanowy a później Pani wicepremier rządu federalnego. Ostatnim akordem było spotkanie w USA premierów Indii i Australii, gdzie również poruszano tą kwestię. Musicie przyznać, że dość ciekawa reakcja władz jak na coś co podobno było mało istotne a wręcz nie mające miejsca. Przy okazji niejako rykoszetem padło kilka szkółek wizowych, które wystawiają lipne papiery pozwalające na staranie się o wize studencką (z pozwoleniem na pracę). Ten wątek szybko jednak ukręcono, 15 mld dolarów to bardzo istotna wielkość dla Australijskiej ekonomii, za dużo do stracenia, by była polityczna chęć walki z edukacyjnymi oszustami.

Na koniec coś świeżutkiego. ABC NEws Radio zadało swoim słuchaczom pytanie czy Polański powinien być wydany USA. Prawie 82% respondentów odpowiedziała „tak, oczywiście”. Stacja ta ma bardzo wysoko sprofilowanych odbiorców. Nie są to ani niewykształceni robotnicy, ani farmerzy czy nastoletni studenci. Dlaczego więc ludzie z elity tak głosowali? Może dlatego, że w Australii (poza nielicznymi wyjątkami) nie istnieje pojęcie przedawnienia i za przestępstwo sprzed 30 i więcej lat odpowiada się tak samo jak za to sprzed tygodnia. Może dlatego, że w przekonaiu Aussiech tkwi, że przepisów trzeba zawsze przestrzegać, więc nie powinno się robić żadnych wyjątków bez względu na to kim jest i czego dokonał oskarżony i czy cała procedura ma w ogóle sens i czemuś służy. Musze powiedzieć, że ten wynik nawet lekko mnie rozczarował. Znając australijską mentalność i mając na uwadze obyczajowy aspekt sprawy sądziłem, że za ekstradyjcją będzie powyżej 90%.

 
Za podsumowanie niech wystarczy stwierdzenie, że była to najlepsza impreza na jakiej byłem do tej pory w Australii. A teraz fotostory. 
IMG_3672
Tablica ostrzegawcza przed wjazdem na Cape York. Teraz zimą wszystkie drogi są przejezdne, ale od grudnia do kwietnia cały obszar jest odcięty od swiata. Tam gdzie są asfaltowe pasy startowe mozna dotrzec samolotem. Tam, gdzie są jedynie ziemne, pozostaje czekac aż opadną wody.
IMG_3681
W piątek po przyjeździe na miejsce załapalismy się na końcówkę występu grupy z Kurandy. Kuranda to turystyczna wioska 8 km na zachód od Cairns. Zespoły mają dużo okazji by tańczyć i szlifować rzemiosło. Nazwałbym ich półprofesjonalistami w tym fachu.
IMG_3708
Zespół ze wspólnoty w Lockhard River szlifuje choreografię przed występem. O ile nie pominąłem kogoś w tabunach kurzu jaki wzbudzali, to naliczyłem ponad 50 osób. Cała osada liczy 700 stałych mieszkańców.
IMG_3728
Wieczorne występy rozpoczeły się wraz z zachodem słońca. Niestety pozyczony aparat typu „małpka” kiepsko spisywał się w nocy.
IMG_3754
Zaaczelismy się zastanawiać, czy duzo papug zostało w osadzie skąd pochodził ten zespół. Dodatkową atrakcją jaką zaproponowali były sześdziesięcioletnie babcie tańczące bez biustonoszy. Powalające wrażenie. 
IMG_3796
A ten zespół roboczo nazwaliśmy arlekinami. Wygadali fantastycznie w bladoniebieskim swietle. Farba, którą byli pomalowani fosforyzowała jak białe bluzeczki w dyskotekach.
IMG_3846
Zespół z Hope Valey składał się głównie młodych tancerzy. Z braku starszych w wiosce uczą ich dorośli z innych wspólnot. 
IMG_3889
Typowy zespół to mieszanka tancerzy obu płci w wieku od pieluchowca po starsze babcie. 
IMG_3891
Pierwsza z prawej Aborygenka wraz ze starszym prowadzi zespół z Hope Valey, o którym wspominałem wyżej.
IMG_3893
Tu dokładniej widać rozpiętość wiekową. 
IMG_3899
To była historia o Aborygenie wywiezionym z kajdanach na Plan Island (osrodek odosobnienia), który ucieka z niewoli i wraca pieszo do swojej wspólnoty. Na powitanie wychodzi mała dziewczynka, jako jedyna się go nie boi. Wspólnota przekonuje się i przygarna go na powrót.
IMG_3912
A to opowieść o życiu w stadzie kangurów. Kiedy wszyscy śpią mały kangurek bawi się samopas i dostrzega niebezpieczeństwo. Wraca więc do stada i po kolei budzi dorosłe kangury. 
IMG_3924
To natomiast opowieść o życiu w stadzie nietoperzy. 
IMG_3904
W każdym zespole wiodącą postacią był stary Aborygen, który dysponował wiedzą i mógł przekazać młodszemu pokoleniu całą tradycję. 
IMG_3907
Współcześnie we wspólnotach aborygeńskich żyją przedstawiciele wielu klanów i grup. Nie brakuje również dzieci z mieszanych związków. 
IMG_3921
Gdyby ta młoda tancerka urodziła się 30 lat wcześniej mogła by zostać siłą zabrana ze swojej wioski i umieszczona w przytułku w celu „asymilacji” z białą wiekszością. Takie osoby nazywane są w Australii „stolen generation” czyli skradzione pokolenie. Jako dorośli nie znają tradycji swoich klanów, są wobcowani a biali zawsze ich traktowali jako podludzi. 
IMG_3934
Zespół z Brisbane. Przybycie tu kosztowało ich wiele wyrzeczeń, miedzy innymi dwa dni drogi autokarem. Wszystko to, by przez dwa dni pokazać swoje tradycje na festivalu. Można też zauważyć jak wspólnoty mające kontakt z cywilizacją na codzień różnią się od tych, dla których kontakty te sa nadal limitowane. 
IMG_3935
Wśród tanczerzy z Brisbane widziałem też po raz pierwszy w życiu blond Aborygenkę. Dodam, że nie jedyną tego dnia. 
IMG_3948
Wspólnota z Yarrabah, które znajduje się po drugiej stronie zatoki w Cairns. To druga co do wielkości wspólnota w Australii. Nic więc dziwnego, że przysłali aż trzy zespoły.
IMG_3953
Ich rekwizyty były zrobione z najprostrzych dostępnych pod ręką materiałów.
IMG_3957
Tu za „starszego” robił ten pan z mikroportem (pierwszy z lewej). Jak widac też pochodzi z mieszanego związku a o tym, że jest „lokalem” świadczył jego angielski. Dużo gorszy nawet od mojego. 
IMG_3965
To chyba najmniej liczna reprezentacja. Cały zespół wliczając akompaniujacych składał się z 8 osób. Wykorzystywali elementy, które juz lekko odbiegały od tradycji. Malowane w aborygeńskim stylu tarcze są trochę „pod publikę”.
IMG_3971
Ten zespól jako jeden z 2 wykonywał też układ taneczny, który uzywając aborygeńskiego języka ruchów opowiadał współczesną historię. Śmialismy się, że chłopcy mają piersi większe niż większość ich rówieśnic. Widocznie jedzą wiele kurczaków, ktorym na fermach podaje się hormony na przyrost masy. 
IMG_4030
Zespół ze wspólnoty Wujal Wujal (czyt. łudżu – łudżu). Jak widać od gości z Kurandy różnili się jedynie kolorem pieluchy. 
IMG_3981
Drugi z trzech zespołów z Yarrabah. Jak wszystkie chętnie pozował turystom do fotografii. 
IMG_3986
Pokaż, pokaż jak wyszłam !!!
IMG_3987
A ja jestem bardzo (po)ważna artystka. 
IMG_4029
A tu już zespół w „akcji”. I znów najbardziej dostrzegalną różnicą jest kolor pieluchy.
IMG_4003
I kolejna wspólnota i też w pieluchach. 
IMG_4005
Ten panw słomkowym kapeluszu za wszelką cenę chciał zobaczyć, czy Aborygeni nosza pod pieluchą majtki. 
IMG_4018
A to już Wyspiarze, czyli Melanezyjczycy z Cieśniny Torresa. Na pierwszy rzut oka widać różnice w kostiumach.
IMG_4017
To uczniowie jednej ze szkół. Utrzymywanie tradycji jest przedmiotem, który wykładany jest w ramach normalnych zajęć lekcyjnych zamiast np. geografii, biologii czy fizyki. Można do tego różnie podchodzić, ale chyba przychylam się do opiniil, że znajomość tradycji jest dla nich ważniejsza niż wiedza o wodniczce tętniącej rozwielitki. 
IMG_4021
Wspólny taniec dziewcząt i chłopców. Większośc tańców wykonywali oddzielnie. 
IMG_4022
I na koniec występ prawdziwych wojowników w tańcu wojennym. 
IMG_3687
Poza sceną działo się wiele równie ciekawych rzeczy. Choć farby używane do malowania nie zrobiono metoda tradycyjną, to można mieć 100% pewności o tym, że aborygeńskie artefakty zostały zrobione ręcznie. 
IMG_3979
Dla chętnych Aborygeni prowadzili darmowe warsztaty tradycyjnego plemiennego rękodzieła. 
IMG_3875
Wykładowcy byli zróźnicowani pod względem płci i wieku.
IMG_3976
Tu mała Aborygenka uczy obdartusy młodzież wyzwoloną jak wykonać najprostrze plecionki.
IMG_3879
Kiedy obdartusy dzieci kwiaty już się nauczą ….
IMG_3977
Wolna miłość, pokój wszystkim ludziom i wycofanie wojsk z Afganistanu to fajna rzecz, ale żyć trzeba. Np. sprzedając na aborygeńskim festiwalu plecionki, których wytwarzania nauczyli się od Aborygenów. To chyba jedyna rzecz, która mnie zniesmaczyła na festiwalu. 
IMG_3994
Widownia była zróżnicowana. Na fotce Szpulka z dalsza rodziną.
IMG_3984
Przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie. 
IMG_4019
To była druga blond Aborygenka jaką widziałem w życiu.
IMG_3980
I na koniec najlepsza fotka, jaką udało mi się pstryknąć w Laura.


 I pojechali. Harom ze Szpulką i Szpulka z haromem. Z początku jedną z czterech dróg, którymi mozna wydostać się z miasta. Wijącymi się niczym piskorz wyciągnięty z wody serpentynami wspięli się na strome zbocza Wielkich Gór Wododziałowych, przecięli tropikalny las deszczowy, pokonali rzekę Barron i pognali przez płaskowyż na zachód. Teren, choć stepowy zagospodarowany był przez ludzi. Minęli Zoo-Safari, kilka plantacji kawy i dotarli do miasteczka Mareeba, gdzie odbili na północ. Nie minęło pół godziny a powoli zaniknęły przejawy działalności człowieka. Skończyły się plantacje kawy, herbaty, mango czy orzeszków ziemnych. Jeszcze tylko wielkie rozlewisko sztucznego jeziora z wystającymi ponad powierzchnię kikutami drzew okupowanymi przez dziesiątki gatunków wodnego ptactwa przypominało o pozostawionej gdzieś tam w tyle cywilizacji. Gnali na Półwysep York, miejsce o powierzchni połowy Polski gdzie znajduje się góra 20 miejscowości a połowa z nich ma nie więcej niż 200 mieszkańców.  Duża biała tablica przy drodze informowała, że wszystkie odcinki dróg są przejezdne.  Dalej już towarzyszył im już tylko czerwono-bury jednostajnie monotonny krajobraz stepu porośniętego sucholubną roślinnością wśród której majaczyły karłowate drzewa i kolczaste krzaki. Kiedy wdrapali się na jedyne w okolicy wzniesienie ujrzeli ogromną, płaska niczym stolnica równinę zamkniętą od wschodu wysokim łańcuchem górskim. Gdzieś tam za nim był las deszczowy i ocean. Później była już tylko asfaltowa wstęga podążająca w stronę słońca. Wkrótce jednak skończył się i asfalt. Dalej był juz tylko kurz i kamienie. 

Na miejsce dotarli szybciej niż się spodziewali. Camping zlokalizowany był w środku niczego. Ot drewniany portal pomiędzy drzewami. Gdyby nie kolejka kilku oczekujących na wjazd samochodów można by go przeoczyć w biały dzień. Po zachodzie słońca raczej nie ma mowy by go znaleźć. Wjechali. Tuż za wjazdem mdły ochotnik stał wymachując kartonem z napisem „max 10 km/h”. Zaraz zrozumieliśmy dlaczego. Dróżka wiodąca wśród zagajnika pokryta była pyłem tak drobnym jak talk. Poprzedzający samochód jadący nie więcej niż owe 10 km/h wzbijał tumany kurzu. „Jak nic zderzyła się tu ciężarówka wioząca talk z drugą, wiozącą kakao, to by wyjaśniało kolor” – pomyślał harom zastanawiając się czy nie włączyć wycieraczek. Camping, a właściwie coś co nazwalibyśmy polem namiotowym był ogromny. Od wjazdu do miejsca gdzie ostatecznie rozbili namiot mógł spokojnie kursować autobus. Wśród drzew królowały samochody z napędem na 4 koła, minibusy lub wozy campingowe. Choc widać było całkiem sporo pojedynczych namiotów, to przeważały całe „obozowiska”. Jeden rzut oka wystarczył by nabrać pewności, że ich mieszkańcy mogli spokojnie przetrwać na biwaku długie tygodnie. Niektórzy mieli nawet własne generatory elektryczne. Mniej więcej w środku campingu znajdowała się scena. Wygadała jak zrobiona z falistej blachy wiata większego przystanku autobusowego, albo zadaszenie na peronie kolejowym. Przed sceną rozciągała się arena, na której tańczyli Aborygeni. Długa na około 30m i szeroka na 15, otoczona rzędami krzesełek campingowych i ludzi leżących bezpośrednio na ziemi. Kiedy tam dotarli właśnie kończyła się popołudniowa sesja pokazów. W centralnym punkcie imprezy rozlokowały się namioty handlarzy oraz sponsorów imprezy. Było stoisko z pizzą (10 AUD za placek wielkości spodeczka pod herbatę), z wodą (5 AUD za butelkę), fryzjer na kółkach, namioty władz celnych, kwarantanny, lokalnych instytucji pozarządowych. Szybką inspekcję campingu zakończyli nad rzeką. Gromada kapiacych się w niej aborygeńskich dzieci pozwalała miec nadzieję, że w rzece nia ma krokodyli (albo ze się najedzą zawczasu).

Wieczorne pokazy zaczynały się około 18.30. Zanim dotarli na miejsce przydybali zespół z Lockhard River ćwiczący na uboczu. Robił wrażenie. Trzech wiekowych Aborygenów siedziało na ziemi. Jeden dmuchał w digeridoo, dwaj wybijali rytm dwoma kawałkami drewna drąc się wniebogłosy. Około 50 tancerzy, kobiet, mężczyzn, dziewczyn, chłopców i nieokreślonej płci berbeciów wzbijało tabuny kurzu tak geste, że tracili z oczu członków zespołu stojących 2 metry od nich. Momentalnie otoczyła ich cała masa turystów z aparatami. Harom mógł tylko zgrzytać zębami, że utopił swojego Nikona, bo pozyczony aparat zastępczy nie był tym, „co tygryski lubia najbardziej”. Zakurzeni opuścili trenujących i zajęli miejsca leżące na trawie w pierwszym rzędzie. Na dworze zmierzchało. W tej szerokości geograficznej od zmierzchu do całkowitej ciemności mija nie więcej niż pół godziny. Arena przed scena zalana została kolorowym światłem z reflektorów. Wyszedł pierwszy zespół. Kilkanaście osób. Mężczyźni zawinięci w „pieluchę”, wymalowani białą farbą tak by podkreślić żebra, kości rąk czy nóg, kobiety w spódnicach do kolan, topach odsłaniających brzuch. Jeden ze starszych usiadł na ziemi z digeridoo, inni stanęli obok. Chwila ostatnich konsultacji i zaczęli. Aborygen na ziemi dmuchał w rurę, starsi niemiłosiernie zawodzili, Szpulka mogłaby przysiąc, że słowa każdej z pieśni nie składały się z więcej niż 3 wyrazów powtarzanych w kółko. Kilku starszych wiekiem tancerzy wybijało rytm dwoma kawałkami drewna lub dwoma bumerangami, reszta zwijała się jak w ukropie wzbijając tabuny kurzu. Wśród nich pałętali się 3-4 letni gówniarze próbując naśladować starszych. Jak to się stało, że żaden nie został zadeptany nikt do końca nie wie. Aborygeńskie tańce to krótkie historie przekazujące jakąś legendę, wiedzę mit czy scenkę z życia klanu. I tak odtańczono np. historię o polowaniu na kangura lub o tym jak krokodyl zjadł człowieka, skąd się wzięli ludzie lub dlaczego kruk jest czarny i paskudnie skrzeczy. Taki taniec jest dość bezpośredni. Wygląda to tak, że np. całe plemię kładzie się na ziemi udając sen. Jeden mały odgrywa skaczącego kangura. Kica między leżącymi udając że podnosi coś krótkimi kangurzymi łapkami z ziemi i wkłada do ust, albo podnosząc ręce do głowy imitując, że kangur nasłuchuje. Następnie budzi po kolei członków klanu i nadchodzi „finał”. Wybijany na drewienkach rytm nabiera szaleńczego tempa, „prowadzacy” Aborygen wykrzykuje coraz głośniej i szybciej te same słowa a tancerze biegaja trzęsąc nogami i wzbijając tabunu kurzu. Nagle wszystko cichnie jakby ciął nożem. trzy sekundy kompletnej ciszy i bezruchu i znów szaleńcza kakofonia, „finał B”. Zarówno Szpulka jak i harom widzieli wcześniej jak tańcza Aborygeni, ale wieczorne pokazy miały dodatkowa magię. Atmosferę tworzyło niebo z milionami gwiazd, unoszący się dookoła zapach dymu, ciepła trawa, na której siedzieli a przede wszystkim gra światła i cieni, która dawała pokazom niesamowitej magii. Operator oświetlenia był dobry w swoim fachu. We właściwym momencie potrafił podświetlić arenę adekwatnie do odgrywającej się tam akcji. I tak czasami w trupio bladym świetle widać było jedynie fosforyzujące refleksy odbijane przez farbę, która wymalowani byli tancerze. Innym razem pokaz zalewało żółte światło uwydatniając plecione z wysuszonych liści rekwizyty, albo zielone podkreślając te uwite ze świeżych. Czasami zapadała całkowita ciemność, by po sekundzie całkowitej ciszy wybuchnąć kolorem wraz z kakofonią dźwięków i orgią ruchów. Wszystkie zespoły, które prezentowały się tego wieczoru miały powtórzyć swój występ nazajutrz w świetle dnia. Ale wraz z końcem pokazów aborygeńskich nie kończyła się impreza. Na drugim końcu pola rozłożył się całkiem współczesny zespół. Do późnych godzin nocnych można było pobujać się w rytmie bluesa, jazzu, rocka i regge. Nieopodal pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięto wielki biały ekran, na którym wyświetlano filmy.

W sobotę impreza rozpoczęła się około 9.00. Tym razem Szpulka z haromem zajęli dwa porzucone plastikowe krzesełka. Na scenie, ponad areną, na której tańczą zespoły pojawili się oficjele. Z Cairns przyleciała minister turystyki w rządzie stanowym oraz lokalny poseł do parlamentu federalnego. Gdzieś między gapiami krążył również federalny senator. Tuż obok polityków usadzono 82 letniego starszego z jednego z klanów zamieszkujących okolicę, ostatniego człowieka mówiącego jednym z 4 języków, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni. Był zarośnięty, ogromna siwa broda kontrastowała z ciemną i pomarszczoną jak suszona sliwka twarzą. Ubrany w długie spodnie i niebieską koszulę strażnika przyrody, na której jak łaty na dziurawym kocu widniały naszywki z logo różnych instytucji wyglądał trochę jak wystawione na pokaz ludzi zwierze w zoo. Zanim z ust pani minister padła formułka „Festiwal uwazam za otwarty” Szpulka zdążyła oblecieć wszystkie stragany i przynieść 3 reklamówki różnych gadżetów. I zaczął się pokaz. Na arenę wychodziły kolejno zespoły z różnych wspólnot. Niektóre liczyły od kilkunastu do kilkudziesięciu członków inne zaledwie kilku. Wszędzie pałętały się pod nogami dzieci. Po kilku pierwszych występach można było zacząć się nudzić. We wszystkich zespołach grano jedynie na digeridoo, wybijano rytm dwoma kawałkami drewna, czasami na pustym pniu drzewa. Wszystkie prezentowały te same „figury taneczne”, (chód emu, skoki kangura, itp.), opowiadały podobne historie. A to o rybaku, którego zjadł krokodyl, a to o kangurze ostrzegającym stado przed niebezpieczeństwem, a to o zrywaniu owoców z drzew przez kobiety lub „łowieniu” krewetek w utkane z palmowego łyka siatki. Harom nie mógł wyjść z podziwu dlaczego paralityczno drgawkowy taniec „dżimbalu” (drżenie nóg), który mógł przypominać ruchy targanego epilepsją Elvisa wzbudzał euforię wśród publiczności. Wszystkie występujące plemiona, a było ich kilkanaście, niewiele różniły się też ubiorem. Główna różnica była w kolorze pieluchy w którą zawinięci byli mężczyźni. Czasami mieli na ciele więcej farby, czasami mniej. I wreszcie wyszedł przed scenę zespół z Wysp w Cieśninie Torresa. I na własne oczy można było zobaczyć, co to jest przepaść cywilizacyjna. Mieszkańcy wysp, to Melanezyjczycy. Ich występ pod każdym względem pokazywał kierunek ewolucji. Muzycznie, występ różnił się od poprzedników tym czym różnią się  naskalne, płaskie, dwuwymiarowe  malowidła ludzi pierwotnych od średniowiecznych obrazów z głębią i perspektywą. Instrumenty nadal były nieskomplikowane, bębenki, grzechotki, itp, ale wygrywane melodia i rytmika zdecydowanie bardziej urozmaicona. Zamiast powtarzanych przez Aborygenów w kólko słów, które brzmiały mniej więcej jak „szewc zabija szewca, bumtarara, bumtarara, bum” (Misiowie Puszyści zespołu Siekiera) wykonywane piosenki miały melodykę, zdawały się mieć zwrotki i refreny.  Kobiety i dziewczęta ubrane były w kolorowe, kwieciste sukienki, we włosy wpięte kwiaty. Mężczyźni mieli białe koszule, ciemne spodenki, białe opaski dookoła nadgarstków, pod łokciami, pod kolanami i na kostkach.  Ich taniec był bardziej statyczny, nie biegali po całym obszarze jakby ktoś wylał na nich wiadro wrzątku. Tancerze uformowali dwa równoległe rzędy a z przodu przysiadła kilkunastoosobowa grupa akompaniująca. W odróżnieniu od plemion Aborygeńskich całą grupą trzęsła babka.

Sobotnie pokazy odbywały się w t sesjach. Pierwsza do południa, druga po obiedzie a trzecia najbardziej atrakcyjna wizualnie nocą. Tak samo jak dnia poprzedniego po zakończeniu pokazów na drugim końcu pola grały współczesne kapele na jak najbardziej współczesnych instrumentach oraz wyświetlano filmy. Szpulka z haromem udali się nad rzekę, gdzie zmyli z siebie kurz z całego dnia udowadniając, że w tym miejscu nie ma krokodyli. Później poszli przed namiot, gdzie rozpalili wieczorne ognisko. Siedzieli tak pod parasolem gwiazd wsłuchując się w trzask pękających w płomieniach polan i czekali aż upieką się wrzucone w żar ziemniaki. To był bardzo udany wieczór.

Niedziela przywitała ich zimnym rankiem. Zanim słońce nie wzeszło i nie rozgrzało okolicy mozna było szczękać zębami. Zwinęli się z samego rana chcąc uniknąć powrotu wśród tłumu innych gości, nie czekając na ogłoszenie festiwalowych wyników, które miało byc o 15.00. Pojechali do oddalonej o 15 km Laury, osady liczącej niewiele ponad 100 stałych mieszkańców. Tam nawiedzili lokalne centrum informacyjne, gdzie prześledzili krótką historię okolicy. Poznali jak radzili sobie farmerzy w czasach, gdy nie znano lodówek, jak wybuchła i zgasła gorączka złota, jak obszar ten był eksplorowany przez pierwszych pionierów. Przypomnieli sobie, że choć potomkowie Angoli skrzętnie tego unikają wysławiając Jamesa Cooka, to nie był on pierwszym europejczykiem, który miał kontakty z Aborygenami. Naocznie przekonali się również jak sztuczne są obecne podziały administracyjne. Wśród 4 grup językowych, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni trzy są zbliżone jak język polski do czeskiego i słowackiego a czwarty odstaje od nich jak niemiecki od języków słowiańskich. I bogatsi o ta wiedzę oraz cały szereg niezatartych wrażeń wrócili szczęśliwie do Cairns.


P.S. Część 3 będzie zawierać fotorelację wzbogaconą o krótki opis i podsumowanie.


Aborygeni uważani są za najbardziej prymitywny lud na Ziemi dlatego, że przez 50 tysięcy lat ich cywilizacja nie posunęła się ani na krok na przód.  Pierwsi biali osadnicy na kontynencie zastali Aborygenów dokładnie w takim samej fazie rozwoju społecznego w jakiej przybyli oni do Australii z Nowej Gwinei czy Indonezji 40-65 tysięcy lat temu. Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego ludzie, którzy przecież musieli wykazać inicjatywę i chęć zmian by skolonizować nowy ląd przybywszy na miejsce zarzucili postęp i zdegenerowali się, bo przecież brak postępu jest cofaniem się. I tak nasi przodkowie z paleolitu, którzy udomowili psy czy polowali na mamuty żyli na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż Aborygeni w dniu przybycia Jamesa Cooka. Aborygeni prowadzili koczowniczy tryb życia, byli nomadami. Żyli w składających się z kilkunastu do kilkudziesięciu członków klanach rodzinnych. W zależności od warunków przemieszczali się po obszarze od 200 km2 w urodzajnych okolicach Cairns aż do 30 000 km2 (powierzchnia Belgii) w skrajnie nieprzyjaznych warunkach pustyni Zachodniej Australii. Zakładali tymczasowe obozowiska w miejscach obfitujących w pokarm, a gdy ten się wyczerpał ruszali dalej. Nie zakładali stałych osad, nie uprawiali roli, nie posiedli umiejętności hodowli zwierząt. W polowaniu posługiwali się włóczniami z kamiennymi ostrzami. Polowanie za pomocą narzędzi, malowidła naskalne oraz zalążek handlu wymiennego to jedyne rzeczy, które nie pozwalały sklasyfikować ich jako kolejne zwierze w przyrodzie. Ich życie było bardzo podobne do tego, które w barwny, literacki przedstawia film Jean-Jacques Annauda pt. „Walka o ogień”. Teorii o Aborygenach jako istotach ludzkich nie podzielali bynajmniej Angole, którzy podbijając kontynent i tworząc niezależne od korony państwo wpisali Aborygenów do Księgi Flory i Fauny. I tak jako nieludzie przetrwali do początku lat 70-tych XX wieku, kiedy ich oficjalnie skreślono z tej haniebnej publikacji. Pełnię praw wyborczych uzyskali jednak dopiero w 1984 roku, aczkolwiek w „świadomości społecznej” jeszcze nie zaistnieli jako ludzie.  Liczbę Aborygenów u progu kolonizacji szacuje się na około 600-700 tysięcy. Pod czułą opieką władz kolonialnych (a później australijskich) populacja skurczyła się do ok. 67 tys. w 1933 roku. Dziś ludność aborygeńska to około 220 tys.

Mimo całego swojego zacofania lud ten posiadał jakąś ponadplemienną mądrość. Cały szereg wierzeń, nakazów i zakazów  kierował ich postępowaniem tak, jak kazała logika przetrwania gatunku. Logika, której nikt nie rozumiał, a której przestrzegano z żelazną konsekwencją. Fascynuje mnie to, że pierwotny lud żył według zasad nadrzędnych, stawiających interes przetrwania rasy nad interesem grupy etnicznej czy klanu. Tak, jakby kierowała nimi jakaś niewidzialna ręka, siła wyższa. Skąd bowiem ludzie, którzy nie mogli miec pojęcia o podstawie genetyki mogli wiedzieć, że zbyt bliskie pokrewieństwo między rodzicami powoduje w dłuższym okresie mutacje, że potrzeba jest wymiany genów, by nie dopuścić do degeneracji rasy? Nie mogli tego wiedzieć, ale reguły nakazywały im by co pewien czas do klanów napływała „świeża krew”. Dlatego klany z sąsiadujących ze sobą grup etnicznych w wyznaczonym miejscu regularnie organizowały ponadplemienne spotkania, które w dzisiejszym języku nazwalibyśmy festiwalami. Prezentowano na nich tańce, obrzędy i rytuały każdego z klanów, które de-facto były opowiadaniem historii, formą przekazywania wiedzy w społeczeństwie, które nie rozwinęło pisma. Prowadzono prymitywną wymianę handlową. Plemiona znad oceanu mogły „oferować” wyroby np. z rybich ości w zamian za kamienne groty do włóczni. Najważniejszą rzeczą na takim „zlocie” było jednak aranżowanie małżeństw a pośrednią spotkanie z rodziną. W każdym klanie bowiem ktoś miał swoją ciotkę, wuja, brata czy siostrę. W ten sposób zabezpieczano różnorodność genetyczną klanu i zapobiegano konfliktom. Jednym z miejsc, gdzie od tysięcy lat odbywały się takie spotkania jest oddalona o 350 km na północ od Cairns miejscowość Laura. Regularnie, co dwa lata w czerwcu spotykają się tu aborygeńskie plemiona by prezentować swój dorobek kulturalny i kultywować tradycję.

Kiedy w 2003 roku byłem w Cairns jako student, byłem biedny jak mysz kościelna i festiwal przeszedł mi koło nosa. W 2005 roku, będąc w Cairns po raz drugi znów nie było sprzyjających warunków finansowych, by tam pojechać. Dwa lata później sprowadziliśmy się do Cairns na stałe dokładnie w miesiąc po festiwalu. Teraz jednak już nie odpuszczę, nie pozwolę by czwarty raz festiwal przeszedł mi koło nosa. Dlatego już jutro wyruszamy ze Szpulką do Laura na festiwal tradycyjnego tańca i sztuki aborygeńskiej. A o tym, jak współcześnie wygląda spotkanie plemion aborygeńskich dowiecie się już z następnej notki.

Prohibicja

1 komentarz


Kilka miesięcy temu bigoci znajdujący się aktualnie u koryta postanowili przebić bigotów z poprzedniej ekipy rzadzącej w uszczęśliwianiu ludu pracującego poprzez wzmożoną walkę z alkoholizmem. Głównym orężem w tej nierównej batali jest akcyza na ….. jeden wybrany asortyment alkoholu, mianowicie gotowe do picia drinki zwane tu „alcopops”. W wyniku tej niezwykle sprytnej i przebiegłej polityki 0,25l drinka kosztuje mniej więcej 70% więcej niż stojące obok piwo czy wino. Jak ktoś przezornie (trzeźwo?) zauważył, delikwent udający się do monopolowego z myślą o urżnięciu się w sztok zamiast wódki z sokiem czy rumu z colą kupi zgrzewkę piwa czy karton wina. Gorzelnicy od samego początku dali do zrozumienia, że nie oddadzą tak łatwo części tego lukratywnego rynku piwowarom i producentom win. Skoro nie opłaca się kupować gotowego drinka, to zrób sobie sam. Do każdej butelki czegoś mocniejszego zaczęli dodawać 2l colę gratis. No, ale to ma jednak swoje ograniczenia, jest trochę zachodu by zrobić sobie drinka, nie zawsze są ku temu warunki. Zaczęto szukać innych rozwiązań. Co bardziej chciwi i krótkowzroczni importerzy do puszek z napisem „piwo” wlewali drinki. Niestety kiepsko to wypada marketingowo a i można do pierdla trafić. Sprytniejsi doszli do wniosku, że skoro podwyższony podatek jest tylko na mieszanki wódek, rumów i innych mocnych alkoholi, to zaczną robić drinki z piwa. Wszak dzisiejsza technologia pozwala warzyć czyste piwo i mieszać je z różnymi substancjami aromatycznymi i smakowymi. W kręgach rządowych zawrzało !!! Obecna wicepremier o aparycji Dzierżyńskiego w spódnicy o mało się nie zagotowała komentując to posunięcie. Zapowiedziała szybką likwidację tej luki w przepisach a producentów nawała nieodpowiedzialnymi aspołecznikami.

Co dalej? Może wzorem rządów stanowych wprowadzimy prohibicję taką jaka obowiązuje we wspólnotach aborygeńskich? W zależności od wspólnoty można mieć góra 2 kartony lekkiego lub średniej mocy piwa (do 3.5%) i butelkę 750ml wina. To najłagodniesze z ograniczeń. W skrajnych przypadkach (a jest ich nie mało) we wspólnotach obowiązuje całkowity zakaz posiadania, wytwarzania, sprzedawania i spożywania aloholu. Niemożna też mieć zestawów do warzenia piwa, ani żadnych jego składników czy surowców. Kara za jego złamianie to 37 500 AUD za pierwszym razem, 52 500 (lub pół roku pierdla) za kolejne przewinienie i 75 000 (lub półtora roku pierdla) za trzecie przewinienie. W każdym przypadku konfiskowany jest również pojazd, którym przewożono kontrabandę. Taryfikator nie przewiduje 4 razu, może od razu zastrzela na gorącym uczynku? Są dwa namacalne efekty tego rozwiązania. Pierwszy, wzrosła mobilność Aborygenów. Nie mogąc ani kupić ani przywieźć alkoholu na miejscu wypuszczają się poza rezerwaty wspólnoty  na „gościnne występy”. I tak z Terytorim Północnego potrafią dymać 600 km by nachlać się w Mont Isa. Drugi efekt, to jeszcze dotkliwszy drenaż portfeli, bo im bardziej rzecz jest nielegalna i im większe są za to kary, tym wyższa cena na „czarnym rynku”. I tak dla przykładu przed styczniowym zaostrzeniem restrykcji karton piwa, który w monopolowym koszuje ok 35 AUD we wspólnocie aborygeńskiej średnio schodzi po 200 AUD. Karton wina 60-80 AUD.

Historia uczy, że każdy kraj, który w przeszłości wprowadzał częściową lub całkowita prohibicję był książkowym przykładem działania zasady niezamierzonych skutków podczas gdy te zamierzone były minimalne. W USA w latach 20-tych dzieki prohibicji skonsolidowała się i urosła w siłę mafia. W efekcie alkohol można było pic częściej, drożej i w gorszych warunkach. Zakaz sprzedaży alkoholu na wynos w Rosji w latach 1914-1923 przyniósł ze sobą wzrost bimbrownictwa na niespotykaną dotychczas skalę. Wprowadzone mniej więcej w tych samych latach ograniczenia w krajach skandynawskich przyczyniły się do powstania gigantycznej „szarej strefy” przemytników, do zwalczania których trzeba było odciągnąć siły z innych miejsc. W Australii mało kto jednak zna historię. Ci, natomiast, którzy o tym słyszeli żyją w przeświadczeniu, że mieszkamy w tak unikalnym i niepowtarzalnym kraju, że żadne reguły „starego świata” do niego się nie odnoszą.


  • RSS