harom blog

Twój nowy blog

Australia składa się z 1% rzeczy nadzwyczajnych i niesamowitych i 99% rzeczy przyziemnych i małostkowych. Czytając awanturnicze książki, przewodniki turystyczne, czy też oglądając filmy dokumentalne nie zwracasz uwagi, że rzeczy nadzwyczajne są tam szczególnie uwypuklone, by przyciągnąć uwagę czytelnika lub widza. Naszpikowane rzeczami wyjątkowymi w kilkudziesięciu procentach filmy sprawiają wrażenie, że takie jest codzienne życie w Australii. Nawet rozsądny widz, który bierze poprawkę na wyolbrzymienie czasami popada w tą pułapkę. Mimo, iż powinienem być już odporny na tego typu zasadzki dziś wpadłem w jedną z nich.
Na Sheridan Street w Cairns co weekend odbywa się Rusty’s Market, czyli coś na kształt polskiego targu. Oczywiście nie wiem dlaczego potrzebowałem aż siedmiu miesięcy pobytu, by skierować tam swoje kroki. Przecież taki market jest pełen egzotycznych owoców, których nigdy nie widziałem na oczy nie mówiąc już o tym, że nie mam pojęcia jak się je spożywa. Tropikalny klimat sprzyja przecież bogactwu form roślinnych. Przed oczami stanęły mi znajome z filmów o Tajlandii długie rzędy straganów do granic niemożliwości obładowane towarem. Nad uginającymi się pod ciężarem owoców blatami stołów zwisały powiązane w pęczki niczym polska cebula czy czosnek długie sznury egzotycznych ziół. Wizje te rozpaliły moją wyobraźnię do czerwoności i w niedzielę w samo południe udałem się na Rusty’s Market. Po wejściu na targ, który wielkością jest o połowę mniejszy od Night Marketu sam mocno stuknąłem się w głupi łeb, że znów dałem się ponieść wyobraźni. Rusty’s Market nie tylko nie przypominał wschodnioazjatyckich bazarów, ale śmiało to mogę powiedzieć, że prezentuje się o wiele, wiele biedniej niż zwykły polski bazarek. Przejście go zajęło mi nie więcej niż 10 minut i zobaczyłem tylko 2 rzeczy, których w Polsce nigdy wcześniej nie widziałem. Nie tylko nad straganami nie zwisały wielkie sznury suszonych ziół, ale wybór i różnorodność towarów była znikoma. Oczywiście w Polsce nie sprzedaje się papai, avocado czy słodkich bananów w takich ilościach jak tu, ale wybór naszych rodzimych owoców i warzyw wspierany tymi importowanymi jest większy nawet w przeciętnym warzywniaku. Moje rozczarowanie było tym większe, że w swojej naiwności myślałem, iż uda mi się zakupić chrzan i koper na ogórki kiszone. Jeśli mam być szczery, to na stoisku warzywnym supermarketu wybór owoców, i warzyw jest znacznie bogatszy niż na tym markecie. Wizyta na Rusty’s Market przypomniała mi zdanie, jakie czytałem onegdaj na i-necie, że australijska kuchnia jest bardzo uboga, a spowodowała to niechęć osadników do rdzennej roślinności i zwierzyny, którą uważali za prymitywną. Ograniczyli się więc do przywiezionych ze sobą z Anglii gatunków, a że nie wszystkie przyjęły się w australijskim klimacie to ich dieta przez to była uboższa. Pewne urozmaicenie wnieśli dopiero XX wieczni emigranci, którzy przywieźli ze sobą kuchnie włoską, grecką, niemiecka, hiszpańską. Kres polityki ograniczającej napływ innej ludności niż biała przyciągnął do Australii Japończyków, Koreańczyków, Hindusów i inne narodowości, które w jeszcze większy sposób wzbogaciły różnorodność kulinarną Australii. Szkoda jednak, że nie znalazło to odbicia na targu warzywnym w Cairns.

Od kiedy jestem w Cairns odżyło gwałtownie moje zainteresowanie wyspami południowego Pacyfiku. Bardzo chętnie ucinam sobie pogawędki z wyspiarzami z Fidżi, Tuvalu, Vanuatu, Kiribati czy innych państewek, o ile tylko trafi mi się taka okazja. Coraz częściej przypominam sobie jak pasjonowałem się tym terenem w liceum i na studiach. Jak potrafiłem nie tylko wymienić wszystkie archipelagi i państwa na Oceanii, ale również co większe czy ważniejsze pojedyncze wyspy. Odżyły wspomnienia z książek połykanych jednym tchem podczas nieprzespanych nocy. Przypomniał mi się referat z wierzeń religijnych w Oceanii, jaki przygotowałem na lekcje religioznawstwa w liceum, co było o tyle zaskoczeniem, że ja raczej do referatów i pracy ponadnormatywnej, a szczególnie na przedmiocie „na zaliczenie” nigdy nie pałałem zbytnim zapałem. I tak wspominając aż sam złapałem się za głowę, czemu będąc tu od stycznia nie spróbowałem najpopularniejszego na całym Pacyfiku napoju. Napoju rozpowszechnionego od Nowej Kaledonii po Hawaje, od Nowej Gwinei po Tahiti, czyli jednym słowem Kavy.

Mimo swojsko brzmiącej nazwy Kava (Piper methysticum) nie ma nic wspólnego z czymś, co w Polsce znane jest jako kawa. Biologicznie bliżej jej do pieprzu niż do kawy. Choć obie używki spożywa się w postaci płynnej do sporządzenia kavy wykorzystuje się korzeń a nie ziarna. Na moich ulubionych wyspach Fidżi napój sporządzany z korzenia kava oraz ceremonia jego spożywania zwie się yaqona. Roślina, z której przyrządza się napój najlepiej się rozwija na wysokości 150-300 m. n.p.m. Dojrzały krzak osiąga wysokość do 3,5 m. Praktycznie można wykorzystywać już jednoroczną roślinę, ale im dłużej krzak rośnie, tym lepsze osiąga właściwości. Oczywiście moc napoju zależy od warunków, w jakich rośnie krzak oraz od sposobu przyrządzania wywaru. Według zapisków Jamesa Cooka z jego pierwszej podróży na Pacyfik, tubylcy przeżuwali surowy korzeń, po czym wypluwali go i z otrzymanej w ten sposób papki „warzyli” napój. Najczęściej jednak spotykaną praktyką jest sporządzanie wywaru ze sproszkowanego, uprzednio wysuszonego korzenia. Źródła nie przesądzają jednoznacznie skąd roślina ta przywędrowała na Oceanię. Jedni twierdzą, że z wysp dzisiejszej Indonezji, inni natomiast, iż aż z Indii.

Napojom przygotowanym z korzenia kava przypisuje się szereg pozytywnych efektów, począwszy od czysto fizycznych jak relaksacja i rozluźnienie mięśni poprzez uśmierzanie bólu, własności bakteriobójcze i grzybobójcze, aż na powodowaniu stanu lekkiej euforii skończywszy. Z tego też powodu roślina ta jest w sferze zainteresowań laboratoriów medycznych wielkich światowych koncernów farmaceutycznych.
Picie yaqona ma dla ludów Pacyfiku bardzo duże znaczenie i nie chodzi tu tylko używkę. Kava stanowi ważny element wielu obrzędów zarówno religijnych jak i ludowych. Ceremoniał jej picia podtrzymuje więzy rodzinne i ma wielką siłę psychologiczną. No cóż, Angole mają swoją „five o’clock tea”, Polinezyjczycy mają swój ceremoniał picia Kava.
Nie będę się rozpisywał o całej bogatej, bo ponad 3000 letniej tradycji związanej z piciem kava. Zainteresowanych podstawowymi informacjami na temat rośliny odsyłam na strony:
http://kavaroot.com/
oraz
http://www.realkava.com/

Przepis na Kavę jest bajecznie prosty :
3 kopiaste łyżki sproszkowanego korzenia kavy
3 filiżanki napoju sojowego
1 kopiasta łyżka kakao
1 łyżeczka miodu.
Wszystko to należy razem wymieszać i miksować przez 2 minuty, następnie przefiltrować. Pić natychmiast i czekać na pozytywne efekty! Złapawszy bakcyla udałem się do jednego z pasaży łączącego Lake Str. z Abbot Str., gdzie jest mały kantorek oferujący różne różności rodem z Wysp Fidżi. Tak w kwestii formalnej, to takich pasaży, które od strony ulicy wyglądają bardzo niepozornie, a kryją w sobie arcyciekawe sklepy, sklepiki, kramy i kramiki jest w Cairns przynajmniej kilka. Na wyżej wymieniony kantorek natknąłem się przypadkiem podczas jednej z moich włóczęg po dziwnych zakamarkach miasta, ale dlaczego wówczas nie przyszło mi do głowy zakupić kava, to do dziś nie wiem. Z sercem bijącym jak oszalałe kupiłem (12 AUD) mała paczuszkę żółto brązowego proszku. Niepozorne zawiniątko schowałem do plecaka i czym prędzej pognałem do domu. Wieczorem, kiedy żaden z domowników już mi nie przeszkadzał przystąpiłem do ceremonii sporządzania wywaru. Z braku prawdziwego kakao w domu musiałem się zadowolić jakimś surogatem firmy Nestle. Kiedy wszystkie składniki były już dobrze wymieszane pojawił się problem z odcedzeniem. W domu nie ma sitka, a durszlak ma za duże oczka i nici z cedzenia. Chwila namysłu i niestety poszła w ruch jedna z moich podkoszulek. Po tej czynności nadeszła chwila prawdy. Degustacja. Jeszcze moment zawahania, czy pić to jednym łykiem niczym kieliszek wódki, czy też delektować się jak winem. Wygrała ostrożność przemawiająca za tym drugim rozwiązaniem. Siorbnąłem, więc nieduży łyk płynu nijakiego koloru i woni kojarzącej się z wywarem z ziół. Pierwsze wrażenie nieco dziwne. Smak bardzo cierpki, wręcz gryzący i kłujący w język. Dodatkowej goryczki na pewno dodawał miód. Nie powiem, żeby przypadło mi to do gustu. Zaciągnąłem drugi łyk. Tym razem naszło mnie skojarzenie ze smakiem izraelskiej kawy z dodatkiem kardamonu, jaką miałem okazję pić w pracy na kilka tygodni przed wyjazdem. Reszta dziwnego płynu spożyta została kilkoma większymi łykami. Po tym rytuale zacząłem czekać na pozytywne efekty. Nie doczekałem się ich. Jedyny, jaki zauważyłem, to był stan lekkiego oszołomienia. Coś na kształt, samopoczucia, kiedy w stanie podgorączkowym wyjdziesz na prażące słońce.
Reasumując, nie taka straszna Kava jak ją opisują. Jeśli dane mi będzie pojechać na Fidżi z pewnością nie omieszkam porównać mojego australijskiego doświadczenia z prawdziwym, mającym głębokie korzenie w kulturze Polinezji obrzędem ludowym.

….. Europejczyków wygląda tak, ….

SwiatEU.jpg

 

…. podczas, gdy Amerykanom wydaje się, że wygląda tak:

SwiatUSA.gif

 

Australijczycy natomiast myślą, iż świat wygląda tak:

SwiatAu.gif

 

I wszyscy oni nie mają zupełnie racji, gdyż Świat na prawdę
wygląda tak:

UpsideDown.gif

A dla tych, kórzy są ciekawi świata poniżej dwa linki.

m_upsidedown1.jpg

m_upsidedown2.jpg

Wakacje

Brak komentarzy

Od stycznia jestem non stop w kieracie. Rano szkoła od 8.30 do 15 później zakupy, powrót do domu, coś do jedzenia i później praca. Jeśli robi się to od stycznia dzień w dzień można powoli dostać kręćka. Przez ostatni czas czułem się na serio podle. Męczyło mnie prawie wszystko i cały świat był na nie. Na domiar złego zacząłem opuszczać szkołę, co oprócz poczucia winy dawało mi negatywny wpływ na frekwencję oraz na samą naukę. I w ten sposób znalazłem się w zaklętym kole. Im bardziej mi się nie chce czegoś robić, tym bardziej jestem nieszczęśliwy, że jednak muszę. Więc robię to „po łebkach” a później po pierwsze czuje wyrzuty sumienia, a po drugie popadam w tumiwisizm. Najlepszym rozwiązaniem w takim momencie jest odpoczynek. Postanowiłem przerwać błędne koło biorąc 4 tygodnie wakacji. Od 4 sierpnia nic nie robię tylko się lenię i dobrze mi to służy. Wstaję koło południa, za pomocą roweru zawożę moje nędzne zwłoki nad Lagunę, gdzie spędzam około 4 godzin. Po południu idę sobie na spacerek po mieście, na zakupki i do domciu. Po małej obiadokolacji zasiadam przed TV, pooglądam trochę wiadomości poczym zatapiam się w „Smoczym Tronie”. Około północy wchodzę na Internet porozmawiać ze znajomymi. Kiedy to kończę znów wracam do lektury. Chodzę spać około 4-5 nad ranem i czuję, że z każdym dniem moje akumulatory coraz bardziej się ładują. Tak, wakacje to na serio bardzo dobry wynalazek.
W Cairns sezon turystyczny w pełni. Widać to szczególnie po nocnych klubach i kafejkach. Kiedy na jesieni chodziłem na Night Market do chińskiego Take Away’a o godzinie 20.00 – 20.30 większość stolików w food court’cie była pusta. Może 10 % miejsc było zajętych przez takich jak my z GreGiem nocnych marków. Obecnie zajęte są prawie wszystkie stoliki i to grubo po godzinie 21.00. Większość z nich okupują rozwrzeszczane bandy turystów z całego świata. Wracając któregoś dnia znad Laguny postanowiłem zajrzeć do i-net cafe. Niestety wszystkie stanowiska były zajęte. Zdarzyło się to po raz pierwszy ja jestem w Cairns, a przecież jeszcze tak niedawno prawie codziennie chodziłem tam i rzadko kiedy było więcej niż 2/3 obsadzonych stanowisk. Tak samo wyglądają nocne kluby i puby. O godzinie 22.00 pękają w szwach. Swoją drogą nie rozumiem większości ludzi chodzących do takiego dajmy na to P.J.O’Brian’a. Atmosfera aż gęsta od tytoniowego dymu, muzyka tak głośna, że nie słychać własnych myśli a klub zatłoczony jak autobus w godzinach szczytu. I dosłownie i w przenośni. Jako człowiek przyzwyczajony, że do knajpy idzie się siąść na dupie i przegadać nad kuflem kilka godzin ciężko mi zrozumieć atrakcje stania kilka godzin w ciasnym zadymionym pomieszczeniu. I to tak ciasnym, że trudno wypić piwo bo non stop ktoś Cię szturcha i popycha starając się przecisnąć do baru. A właśnie P.J i Woolshed są ulubionymi barami turystów i studentów. No cóż, ja jestem z Polski więc nie koniecznie muszę rozumieć germańską duszę Szwajcarów, czy brytyjskie poczucie dobrego Pubu.

Pomidory

1 komentarz

Pamiętam z dzieciństwa pomidory, które moja mama uprawiała na działce. Mogłem się nimi zajadać jak jabłkami. Niejednokrotnie wybiegałem na podwórko trzymając takiego pomidora w jednej ręce a solniczkę w drugiej. Zatopiwszy w nim zęby delektowałem się nektarem spływającym wprost do mojego gardła. Te letnie przyjemności okupione były jednak wiosennym horrorem, kiedy to mama wysiewała nasiona do doniczek.
W początkowym okresie to było tylko kilka skrzynek poustawianych gdzieś na parapecie w pokoju. Później wątłe krzaki zaczynały powoli wschodzić i piąć się do słońca wydzielając przy okazji charakterystyczny, nie przez wszystkich tolerowany zapach. Prawdziwy horror zaczynał się jednak z chwilą, gdy sadzonki osiągnęły już takie rozmiary, iż każda z nich została rozsadzona do swojego oddzielnego pojemnika po maśle roślinnym. Całe mieszkanie zastawione było krzakami pomidorów. Każdy parapet, półka, kąt gdzie docierało światło.
I trwało to kilka tygodni, aż do chwili, gdy na zewnątrz zrobiło się na tyle ciepło, by wreszcie mogły zostać wysadzone pod folie na działce.
Takie nostalgiczne wspomnienia naszły mnie po dzisiejszym sprzątaniu mojej półki w lodówce. Znalazłem tam pomidora, którego kupiłem tak dawno, że nawet sam nie mogę się doliczyć kiedy. Był dosłownie taki jak w dniu zakupu. Całkiem twardy, czerwony, nie załapała go ani pleśń, ani nie wysechł. Patrząc z niesmakiem na to czerwone monstrum oraz upewniwszy się, czy aby na pewno nie jest z plastiku w mojej pustej mózgownicy zrodziły się dwa pytania. Czy te pomidory są tak potężnie wspomagane chemicznie, że nie psują się mimo tak długiego okresu od zerwania, czy też jest to jakaś żywność modyfikowana genetycznie ?

„Smoczy Tron” to pierwszy tom trylogii fantasty „Pamięć, Smutek i Cierń” Tada Williamsa. Z przyzwyczajenia, czy przekory nazywam całą trylogię po prostu „Smoczy Tron”. Dla mnie jest to najlepsza saga fantasy, jaką czytałem. Stawiam ją o wiele wyżej niż spopularyzowaną ostatnio przez kino sagę Tolkiena „Władca Pierścieni”. Na okładce jednego z anglojęzycznych wydań jest wymowny slogan, iż jest to odpowiednik Wojny i Pokoju w literaturze Fantasy, z czym się w 100% zgadzam. Choć Wojna i Pokój nie przypadła mi do gustu jest to klasyka literatury stanowiąca klasę samą dla siebie i za taką też uważam trylogię Williamsa. Toteż, od kiedy tu przyjechałem szukałem działa Williamsa w oryginale. W końcu udało mi się je zdobyć w antykwariacie za całe 30 AUD wszystkie cztery księgi. Cztery księgi bowiem trzeci tom składa się z 2 woluminów. W Polskim wydaniu podzielili to nawet na 3 woluminy. Kochani, przede mną około 3400 stron ciężkiego języka. Zacząłem ją oczywiście czytać niezwłocznie po zakupie, ale idzie mi bardzo bardzo ciężko. Słownictwo, jakim posługuje się literatura fantasy nie jest używane w życiu codziennym. Muszę korzystać z kilku słowników, z czego najprzydatniejszy okazuje się komputerowy słownik angielsko-angielski Collinsa (dziękuję marti). Od kilku dni jestem za pan brat z płatnerzami, basztami, flankami, wieżyczkami, szambelanami, komnatami, komorami, wiorstami, łokciami i całym mnóstwem innych ciekawych słówek. Jednocześnie wyraźnie teraz widzę, że język angielski jest pod tym względem o wiele obszerniejszy od języka polskiego. Nie sądzę, by było to złudzenie, lub też tłumacze przekładający „Pamięć Smutek i Cierń” na język polski dysponowali ubogim słownictwem. 3-majcie za mnie kciuki :).

Kilka dni temu zasiadając w Mc Smieciu w Cairns Central kartkowałem Cairns Post. Jest to lokalna gazeta o formacie i zawartości polskiego Super Expressu, czyli jednym słowem tabloid-brukowiec. Z braku jakiejkolwiek innej lokalnej pracy niestety stanowi jedyne źródło informacji o tym co dzieje się w Cairns i regionie. Wśród wielu sensacyjnych doniesień dnia znalazłem krótki reportaż o „biurze rzeczy znalezionych” przy miejscowym posterunku policji. Z lektury artykułu wynika, że magazyny biura są pełne. Trzeba Wam wiedzieć, że w Australii każda rzecz, która zostanie zgłoszona na policję jako znaleziona przez przypadkowego przechodnia czeka przez trzy miesiące na swojego właściciela. Jeśli takowy się nie zgłosi przechodzi ona na własność znalazcy lub też jest sprzedawana na aukcji a dochody z takiej aukcji przeznaczane są jako dotacja do jednej z organizacji charytatywnych. Tu w Cairns przeważnie jest to lokalna stacja Latających Lekarzy. Wracając jednak do sedna sprawy, to komenda w Cairns obecnie posiada ponad 50 rowerów, po które nikt się nie zgłosił. Z rzeczy dziwacznych na stanie biura rzeczy znalezionych są dwie urny z prochami :). Nasuwają mi się tu dwa pytania. Po pierwsze jak trzeba być roztargnionym, by zgubić taką urnę, lub też alternatywne pytanie, jak trzeba nienawidzić swojego krewnego, by porzucić jego prochy na pastwę losu bez pochówku. A swoja drogą to ciekawe, czy te urny też zlicytują na aukcji :)

To popularne hasło propagujące w latach 50-tych równouprawnienie kobiet w bloku socjalistycznym, nie znajduje urzeczywistnienia w Polskich realiach początku XXI wieku. Zupełnie inaczej wygląda sprawa tu po drugiej stronie globusa. Tu słowa przeszły w czyn. Nie aż tak literalnie jak w sloganie epoki socrealizmu, ale jednak. Kobiety w Cairns uczestniczą w życiu miasta w znacznie większym stopniu niż w Polsce. Nikogo tu nie dziwi kobieta kierowca autobusu miejskiego. Co prawda w Polsce dość często spotyka się kobiety jako motornicze (kurde, jak się to odmienia ?) tramwajów, ale za kółkiem autobusu miejskiego spotkałem kobietę tylko jeden jedyny raz. Identycznie sprawa wygląda na Taxi, bowiem i w tym przypadku około 20% kierowców stanowią kobiety. W pozostałych profesjach uważanych za typowo męskie zawody również widuje się dużo kobiet. Na porządku dziennym są patrole policyjne złożone z dwóch policjantek, lub też policjanta i policjantki. W tym drugim przypadku zazwyczaj kobieta jest kierowcą radiowozu. Ciekawostką, jaką udało mi się tu zaobserwować, iż w większości patroli mieszanych kobieta jest wyższa rangą od partnera :). Bardzo często widuję dziewczyny w uniformach ochroniarza i nie jest to bynajmniej kostium, który zrzucają z siebie tuż przed wskoczeniem na rurę w night clubie.

Witam serdecznie. Kochani postanowiłem pisać do was nieco częściej niż do tej pory. Wcale nie znaczy to, że wraz z pojawieniem się bloga znikną moje listy do Was, ale teraz będziecie mogli śledzić wydarzenia na gorąco i na dodatek je komentować. Zapraszam do lektury.


  • RSS