harom blog

Twój nowy blog
Some things in life are bad,
They can really make you mad,
Other things just make you swear and curse.
When you’re chewing on life’s gristle
Don’t grumble, give a whistle.
And this’ll help things turn out for the best.
And….
Always look on the bright side of life, (whistle)
Always look on the bright side of life, (whistle)
If life seems jolly rotten,
There’s something you’ve forgotten,
And that’s to laugh and smile and dance and sing.
When you’re feeling in the dumps,
Don’t be silly chumps.
Just purse your lips and whistle, that’s the thing.
And…
Always look on the bright side of life. (whistle)
Come on…
Always look on the bright side of life…
For life is quite absurd,
And death’s the final word,
You must always face the curtain with a bow.
Forget about your sin,
Give the audience a grin,
Enjoy it – it’s your last chance anyhow.
So always look on the bright side of death,
Just before you draw your terminal breath,
Life’s a piece of shit,
When you look at it,
Life’s a laugh and death’s a joke, it’s true.
You’ll see it’s all a show,
Keep ‚em laughing as you go.
Just remember that the last laugh is on you.
And always look on the bright side of life,
Always look on the right side of life,
      Come on guys, cheer up.
Always look on the bright side of life.
      Worse things happen at sea, you know.
Always look on the bright side of life.
      I mean – what have you got to lose?
      You know, you come from nothing,
      you’re going back to nothing.
      What have you lost?  Nothing!
Dziękuję Wojtku !!!!


Jestem w emocjonalnej rozsypce. Moje nastroje wahają się od krótkotrwałych poziomów względnej równowagi, kiedy po długiej rozmowie przez g-g czy Skype z którymś z nielicznych przyjaciół, kładę się spać z myślą, że coś się wykluje, bo zawsze coś się wykluwa, aż po przeważąjące poczucie, że wszystko co najlepsze już dawno mi się przytrafiło i dalej bedzie już tylko gorzej. Jeśli to jest depresja, to Rów Mariański wygląda przy niej jak pikuś. Słowa pocieszenia w komentarzach na blogu i na e-maila są bardzo ważne lecz najwięcej otrzeźwienia przynoszą krótkie, cięte i dowcipne riposty dystansujace się trochę od zaistniałej sytuacji. Na chwilę obecną cytatem dnia, tygodnia czy nawet miesiąca niech będą słowa pewnego naszego wspólnego znajomego, który po obejrzeniu na Facebook’u profilu Szpulki nowego partnera stwierdził: „No to teraz zamiast fotek z Syrii czy Laosu na Naszą Klasę będzie wysyłać zdjęcia z dużego pokoju”. I nie ma w tym złośliwości, bowiem życie u boku domatora bedzie wyglądać inaczej niż z powsinogą.

W pracy chodzę nieobecny, jakby ogłuszony obuchem od siekiery. Większośc współpracowników nie kojarzy jednak tego z problemami osobistymi, co doprowadziło w tym tygodniu do bardzo zaskakującej, chwytającej za gardło i oszałamiającej sytuacji.  Ale od początku. Sprawa wiąże się pośrednio z KIA. Dokładnie po 60 dniach od awarii dostałem z powrotem „naprawiony” samochód. Po tygodniu wylądował w warsztacie po raz trzeci. Następnego dnia odebrałem samochód, ale nie do końca sprawny. Dopiero główny inżynier w fabryczce zlitował się, wziął auto na halę, rozebrał silnik i przeczyścił tak jak należy. W poniedziałek padła pompa od wspomagania kierownicy i oba paski klinowe, więc we wtorek znów nawiedziłem warsztat. Tego dnia pożyczyłem samochód od recepcjonistki, która była w mieście na szkoleniu. W pracy kląłem jak szewc na najwyższą jakość wytworów koreańskiego przemysłu, poprzysiągłem wendetę do końca życia oraz wysłałem e-maila do Premiera Tuska i Prezydenta Kaczyńskiego z prośbą by Polska zawiesiła członkostwo w ONZ dopóki na czele tej organizacji stoi Koreańczyk !!! Kiedy już mi przeszło i ochłonąłem, w rozmowie z Frankiem wspomniałem, że chcę go nauczyć kilku rzeczy, bowiem nie wiem, czy nie zdecyduję się na odejście z firmy i chciałbym, by w razie gdy mnie zabraknie mógł sam sobie przez jakiś czas poradzić. Ponieważ w mojej głowie 90% czasu tkwi myśl jak bedzie wyglądał „krajobraz po Szpulce” nawet nie przewidziałem, że może to być odebrane na opak. W czwartek po przerwie śniadaniowej Frank, Colin i Jodie poprosili mnie o rozmowę na osobności. Zaznaczyli, że jest to ich osobista inicjatywa i by nikogo nie mieszać. Doszli do wniosku, że za moją decyzją o odejściu z firmy stoją kłopoty finansowe związane z kosmicznymi wydatkami jakie ponoszę ostatnio na samochód i zaproponowali, że zrzucą się we trójkę 10K AUD jeśli jest to w stanie wpłynąć na moją decyzję. Stałem jak wryty nie mogąc wydusić z siebie słowa, bo co miałem powiedzieć? Że są dobrymi ludźmi, jakich we współczesnym świecie mało, że od dawna nie spotkało mnie coś podobnego, czy że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się komuś potrzebny i to w okresie kiedy dano mi do zrozumienia, że „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” odstawiając jak niepotrzebny już przedmiot? Prawie się popłakałem, bo wzruszyłem się autentycznie. Jednocześnie dotarło do mnie, że podświadomie sporo namieszałem. Podziękowałem za tą ofertę i wyjaśniłem, że moje wahania spowodowane są głównie tym, że jeszcze nie wiem co będę robił po sprzedaży domu i wśród kilku opcji jest również i taka, że odejdę z pracy i nie chciałbym zostawiać po sobie syfu, więc za wczasu bez względu na decyzję jakiej jeszcze nie podjąłem, chciałbym by profilaktycznie nauczyli sie kilku rzeczy. Nie mniej jednak, tak jakbym ostatnio miał zbyt mało emocji, rozmowa ta przyspieszyła tylko pęd emocjonalnego rollercastera, którym obecnie podróżuję przez życie powodując jeszcze większe przeciążenia. 

 

To czego najbardziej nie lubię, to być niesłownym, robić z mordy cholewę, mówić jedno a robić zupełnie coś innego. Pisząc ten tekst wychodzi, że właśnie to czynię. Poprzedni wpis powstał pod wpływem emocji o niespotykanej sile, tak ogromnej, że niewiele brakowało by tamta notka była w ogóle moją ostatnią. Trudno w najbliższym czasie oczekiwać ciekawej historyjki z Cairns, Australii czy Świata, bo właśnie cały mój świat się zawalił. Jak po trzęsieniu ziemi na Haiti, legł w gruzach cały gmach mojego dotychczasowego życia, rozsypał się w proch aż po fundamenty. Patrząc pod tym kątem sens prowadzenia www.harom.blog.pl przestał istnieć. Od ostatniego wpisu nie ma godziny bym nie myślał o całej sprawie. Sięgam pamięcią do roku 2002, przebiegam przez wszystkie następne lata. Robię to kiedy samotnie zasypiam, kiedy prowadzę samochód czy nie mam nic do roboty w pracy. Zdaję sobie sprawę z błędu zaniedbania, który popełniłem i którego skutki będę teraz ponosił do końca swoich dni. Świadomy również jestem ile z siebie dawałem.  Samoocena nie ma tu jednak nic do rzeczy, bowiem człowiek jest wart tyle, ile siebie chcą dać za niego inni. Wartość moich akcji na tej giełdzie pokazała ile naprawdę warty jest taki nikomu niepotrzebny śmieć jak ja. Doszedłem jednak do wniosku, że przerywanie pisania w tej chwili sprawiłoby, iż blog byłby niepełny, że muszę to pociągnąć jeszcze przez okres demontażu status quo ante. To tyle w kwestii spowiedzi, dlaczego nie dotrzymuje słowa danego w poprzednim wpisie. 
Szpulka i harom Spółka z Nieograniczoną Nieodpowiedzialnością została postawiona w stan likwidacji z chwilą gdy jeden ze wspólników wręczył drugiemu pisemne wypowiedzenie. Status tej spółki tak jest skonstruowany, że wystąpienie któregokolwiek ze wspólników kończy jej żywot. Jak w każdym przypadku likwidacji wkroczył syndyk masy upadłościowej i rozpoczął się proces sprzedaży aktywów by za uzyskane wpływy pokryć zobowiązania. Największym aktywem jest nasz dom. Z początku plan obejmował wystawienie go na rynek pod koniec marca, po uprzednim odświeżeniu i pomalowaniu. Nastąpiła jednak nieoczekiwana zmiana w okolicznościach i dom wylądował na rynku już teraz. Jeśli ktoś jest chętny na chałupkę z 3 sypialniami, 2 pokojami dziennymi, podwójnym garażem a co najwartościowsze położony jedynie 300m od plaży, to detale może znaleźć TUTAJ. Drugim najwartościowszym aktywem jest nasz kot Kłopot. Jego kocia egzystencja sprawia ogromny problem. Szpulka go wziąć nie może z powodu głębokiej alergii i astmy jaką posiada, oraz że ze swoim nowym partnerem chcą wynająć mieszkanie. Tu w Australii nie wolno trzymać zwierząt w mieszkaniach, nikt takiego mieszkania nie wynajmie. Jeśli ktoś chce trzymać zwierzę inne niż rybki, chomik czy tasiemiec musi wynająć dom. Dom to dużo większy czynsz i dużo więcej obowiązków. Mi też nie pasuje płacić 100 dolarów tygodniowo (5200  rocznie) więcej niż powinienem by mieć luksus posiadania kota. Dodatkowo po co samotnemu facetowi dom z 4 czy 5 pokojami? Wychodzi na to, że kota trzeba oddać. Poszedłem więc onegdaj do schroniska dla zwierząt rozeznać się co nieco. Rezultaty mnie zatrwożyły. Usypiane jest ponad 80% kotów, które do nich trafiają. Te, które znajdują nowy dom, to przeważnie małe, milusie kociaki, które trafiły tam razem z matkami. Nie wykastrowana kotka w wieku 2.5 lat ma 100% szansy na uśpienie w 3 miesiące po oddaniu jej do schroniska. Jeśli tak, to wolałbym ją chyba sam zanieść do weterynarza i uśpić od ręki oszczędzając kilkumiesięcznych cierpień. I tu się nieoczekiwanie odezwał mój kuzyn z Polski, który oświadczył, że weźmie kota do siebie. Zaczęła się cała procedura i jeśli dojdzie do skutku z pewnością będzie to najdroższy dachowiec jaki kiedykolwiek pojawił się w Skarżysku !!! W poniedziałek Kłopot udaje się do weterynarza po serię koniecznych szczepień i certyfikatów a także „mikrocipę”. Oj będzie to dość ciekawe, bo nasz kot po pierwsze panicznie boi się ludzi a po drugie jeszcze nigdy nie był u lekarza. Dobrze, że mam okulary, bo jak znam zwierzaka, bez pazurów panicznie wbijanych gdzie popadnie na pewno się nie obejdzie. Dłuższy brak notki świadczył będzie, że odgryzł mi ręce. 
… jesteśmy wolni, możemy iść. 
To będzie bardzo trywialna i melodramatyczna notka. Chaotyczna, godna mydlanej opery lub pamiętnika gimnazjalistki. 
Notka na blogu o stracie weny, później kilka niespójnych kiepskich wpisów na siłę. Wpis o tym, że moje życie wywróciło się do góry nogami. Nietrafne komentarze spekulujące o powodach. Coraz rzadsze notki o niczym.
Film „Testosteron”, Janis rozmawia z ojcem udającym jego żonę, która właśnie go rzuciła. Frajer, skomli płacze, tarza się chce wzbudzić litość. Jest żałosny, godny politowania. Looooser.
26 stycznia, Australia Day, święto narodowe obchodzone z wielką pompą. Dzień szczególny dla Australijczyków. Dla tych, którzy właśnie odbiorą akt nadania obywatelstwa data podwójnie podniosła, bo to ich szczególny dzień. Jeden z najważniejszych dni w życiu, który należy świętować w gronie najbliższych. Skoro ceremonia wyznaczona została w takim dniu, należy go uczcić czymś szalonym, niepowtarzalnym. Zrobić mocny start w nowe życie. Ula odbiera certyfikat, oklaski wiwaty, grono znajomych. A później szalone party w pubie i kulminacja, noc hotelu z kimś szczególnym, bo szczęście trzeba dzielić z najbliższą osobą. 
Samotny powrót do domu po ceremonii w strugach ulewnego deszczu, którego nie są w stanie zebrać wycieraczki nawet na 2-gim biegu. Łzy wielkości grochu lecą same, nie można w żaden sposób ich powstrzymać choć staram się jak mogę, bo przeszkadzają w prowadzeniu.  Bezsensowne włóczenie się z kąta w kąt. Bezsenna noc przed komputerem, która to już z rzędu? Ostatni, pożegnalny wpis do bloga i świadomość, że ta, którą kocham odeszła z innym. 
The END 

 
Kiedy przeciętnemu turyście lub wielbicielowi kanału Discovery zadamy pytanie o niebezpieczeństwa, które moga czekać na turystów w Australii na jednym wdechu wymienia się oczywiście węże i pająki. Na drugim wdechu, po podrapaniu się w głowę (lub po jajkach) dorzuca się rekiny i krokodyle. Tylko niewielka część kojarzy w ogóle parzące meduzy i to dopiero kiedy się spyta dokładnie o nie. Poruszałem już wcześniej ten temat TUTAJ. Dziś do niego wróce, bowiem podczas świąt stał się dość aktualny. Dość ważne jest, że wody oblewające dwie wyspy, które są widoczne z Naszej Plaży stanowią stanowisko rozrodowe irukandji, jednego z gatunku smiercionośnych meduz. Wszystkie fotki zamieszczone poniżej pochodzą ze stron The Cairns Post.


To jest Box Jellyfish (osa morska) znaleziona na sąsiadującej z nami Trynity Beach. W okresie świątecznym takie same okazy znaleziono na wszystkich północnych plażach z „naszą” włącznie. Naukowcy z Uniwersytetu Jamesa Cook’a są zgodni. Okaz tej wielkości byłby w stanie zabić zdrowego, dorosłego człowieka z 2 minuty !!!


Niektórzy turyści sądzą, że ostrzeżenia są przesadzone i trzeba mieć wyjątkowego pecha by zostać poparzonym przez meduzę. Czy aby na pewno? Na fotce plaża przu Buchan Point, miejsce połozone najbliżej wysp, o których wspominałem wyżej. Tyle meduz byłoby w stanie rozłozyć nie jeden batalion wojska.


Prawdziwym problemem są jednak nie Osy Morskie lecz meduzy z gatunku Irukanji. Są one na tyle małe, że bez problemu przecisną się przez oczka siatek zabezpieczajacych. Ostatnie poparzenia jakie miały miejsce w okolicach przypisuje się własnie temu gatunkowi.


Najgorsze jest jednak chyba to, że naukowcy nie znaleźli jeszcze odtrudki na jad tej meduzy. Wszystko co można obecnie zrobić, to łagodzić ból i odtruwać ogólnymi metodami mając nadzieje, że orgaizm jest na tyle silny iż przezwycięży truciznę. Jedna z ostatnich ofiar Irukandji wyznała, że ból był tak straszny iż w drodze do szpitala zaczęła się modlić by bóg pozwolił jej już umrzeć.


A ta mała zaraza, to MALO KINGI. Została zidentyfikowana i nazwana w 2002 roku by upamiętnić amerykańskiego turystę nazwiskiem King, który zmarł w wyniku poparzeń w okolicach Port Douglas.

 

Dzień 41. 
Około południa dzwoni do mnie manager serwisu zapewniając solennie, że samochód będzie w środę do końca dnia. Stanowczo żadam spotkania i wyjaśnień. Zgadza się na spotkanie i obiecuje, że odpowie na wszystkie pytania. 
Dzień 42. 
Kwadrans przed piąta po południu człowiek z serwisu dzwoni….. do Szpulki. Ta na szczęście jest na mieście więc zdążyła jeszcze podejść do warsztatu, odebrać kluczyki i zapłacić. 
Dzień 43. 
Dzwoni do mnie manager z pytaniem czy możemy przełożyć spotkanie na jutro na godzinę 12.00. Zgadzam się. 
Dzień 44. 
W drodze do warsztatu Kijanka strasznie dziwnie się zachowuje. Na skrzyżowaniach na luzie silnik pracuje w zakresie 1100-1500 obrotów. Czasami nawet skacze do prawie 2000. Wpadam do serwisu tylko po to by dowiedzieć się, że manager jest od dziś na urlopie. Proszę kolesia, który mnie tak zwodził z terminami by zerknął na samochód. Zgadza się, że obroty są za wysokie. Rezerwuje mi miejsce na pierwszy dzień roboczy po świętach na 8 rano. Ruszam spod warsztatu. Silnik zaczyna się dławić i dziwnie zachowywać. Na desce rozdzielczej bije po oczach kontrolka awarii silnika. Wracam do serwisu z jadaczką od ucha do ucha. Robię taką wojnę, że czekam tylko aż zbiegną się ochroniarze z pobliskiego centrum handlowego. W efekcie Kijanka zostaje w serwisie a ja wracam do domu autem zastępczym. Samochodzik jest nówka, ma jeszcze folię na podłodze. Teraz jak mam czym jeździć to mogą trzymać mój samochód nawet do Wielkanocy jeśli mają taką ochotę. 
Samochodu znów nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.

Stara świecka

1 komentarz

 

Tatuś Tradycji: O tym imieniu to ci jeszcze powiem, że takie dziecko – Tradycja, to się ostatnio w Gdańsku narodziło. Masz, czytaj!
Paluch: „Po ceremonii w pałacu ślubów… państwo młodzi udali się dooo raady zakładowej, gdzie dostali wiązanki ślubnych kwiatów. Wszyscy wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji”. Rzeczywiście! To w związkach zawodowych im się urodziła? 
Tatuś Tradycji: Pisze, nie? 
W kultowej polskiej komedii na siłę forsowano nową świecką tradycję. W Australii mamy również świecką tradycję bożonarodzeniową, choć nie jest ona tak nowa. Przywędrowała tu już z Angolami. Australijską tradycją są świąteczne zakupy. Okresem świątecznym, zarówno przed, jak i po Bożym Narodzeniu wcale nie rządzi malutki Jezus, ani też Maryja czy Józef. Okres ten jest współcześnie w całości poświecony Hermesowi, bogowi wędrowców, złodziei, handlu, kupców, oraz posłańców.
Szał przedświąteczny zaczyna się na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Kiedy w Polsce pojawiały się głosy oburzenia, że świąteczne dekoracje w połowie listopada to lekka przesada, my już zdążyliśmy się nimi znudzić. W Australii bowiem, świąteczne towary pojawiają się pod koniec września a w listopadzie już nikogo nie szokują. Prawdziwa gorączka ogarnia jednak lud pracujący (working families) tydzień przed „godziną 0″. Wtedy to większość galerii handlowych, które normalnie zamykane są między 16 a 17, pracuje do godziny 21. Parkingi przed centrami zapełniają się prawie po brzegi. Kulminacja tego szaleństwa przychodzi tuż przed świętami. Dnia 23.12 sklepy otwierane są o godzinie 6 rano i zaczyna się 36 godzinny maraton. To jedyna noc w roku, kiedy sklepy czynne są całą dobę. W Wigilię nie można znaleźć miejsca już nie tylko na parkingu przed centrum, ale nawet na trawnikach wokół galerii i sąsiadujących uliczkach. Punktualnie o godzinie 18.00 następuje przesilenie. Sklepy są zamykane, klienci udają się na krótką przerwę do domów. Handlowcy wcale jednak nie mają wolnego. Za zamkniętymi drzwiami sklepów praca wre. Trwają przygotowania do poswiątecznych wyprzedaży. 
Wielka wyprzedaż zaczyna się w Australii już 26 grudnia. Sklepy otwierane są tego dnia o 5 rano (sic !!!) i tłum rusza do akcji. Ale nikt tego lepiej nie opisze jak Kabaret Ani Mru Mru: „A więc tłum przed drzwiami to w pierwszych rzędach renciści i emeryci oraz osoby, które cierpią na bezsenność, albowiem, żeby stanąć w pierwszej lini, trzeba tu było być około 22 już wczoraj. Zaraz za nimi, lekko z lewej bezrobotni, dalej wycieczki szkolne, a po prawej konsumenci z zaprzyjaźnionego z naszym miastem Sosnowca. A później to już kolejno: matki z dziećmi, emeryci, młodzież, renciści i znów emeryci. ” Jeśli akcja dzieje się w Sydney czy Melbourne słowa emeryci i renciści należy zamienić na hindusi i Azjaci. Konsumenci z Sosnowca trafią się chyba wszędzie. Sceny z panienkami regularnie okładającymi się po mordzie i wyrywającymi sobie nawzajem z rąk przecenioną bluzeczkę będą gościły tego wieczora w telewizyjnych serwisach informacyjnych. 
Takie właśnie mamy w Australii bożonarodzeniowe świeckie tradycje. 

 

Kiedy zespół Blenders śpiewał że standard w Polsce obsługi klienta to „baba nadęta od lat nie uśmiechnięta” wszyscy ze zrozumieniem kiwają głową i wzdychają do najlepszych standardów w krajach „rozwiniętych”. Popatrzmy jak taki najlepszy standard może wyglądać. 
Dzień 0 
Niespełna 23 miesięczna Kia, prowadzona przez jednego kierowcę, głównie w cyklu pozamiejskim, serwisowana na czas u tego samego autoryzowanego dealera z niewiadomych powodów staje w trakcie jazdy. Samochód zostaje odholowany do warsztatu, wielofranczyzowego autoryzowanego punktu obsługi marek m.in. takich jak Volvo czy Jaguar. Obietnica naprawy jeszcze tego samego dnia. O godzinie 16.30 dowiaduję się, że to poważna awaria silnika i potrzebują 3 dni na wyjęcie silnika z samochodu, rozebranie i stwierdzenie usterki. 
Dzień 3 
Mimo obiecanego kotaktu nikt się nie odzywa. 
Dzień 6
Warsztat zostawia informację na mojej poczcie głosowej, że nadal nic nie wiedzą 
Dzień 9.
Około południa dostaję telefon, że do końca dnia powinni mieć już pełną informację o kosztach i czasie potrzebnym na naprawę. Mimo tego telefonu nikt się ze mną nie kontaktuje przez następne kilka dni. 
Dzień 14. 
Z samego rana otrzymuję telefon, że nadal nie znają całkowitych kosztów naprawy ani czasu potrzebnego na jej wykonanie. 
Dzień 16
Z samego rana kontaktuję się z serwisem by dowiedzieć się dokłądnie tego samego, co dwa ni wcześniej. Nie znane koszty ani czas naprawy. Nie wytrzymuję, dzwonię do Managera Serwisu. Z rozmowy wynika, że dupek jeszcze większy niż jego podwładni. Mimo to, pojawia się, to co jeszcze tego samego ranka było niemożliwe czyli kwota naprawy i szacowany czas – do trzech tygodni. 
Dzień 17. 
Daję autoryzację do zamówienia części. 
Dzień 23.
Nie mają przez tydzień kontaktu prosze o informację o postępach. Czy części zostały zamówione, jakie mają terminy dostaw. Odpowiedź – „Liczę na to, że większość części będzie w dniu 28. 
Dzień 28.
Kontaktuję się z serwisem sprawdzić jak idzie. Odpowiedź: Większość części już mamy, ciągle czekamy na kilka innych, które powinny przyjść dnia 35, a samochód będzie złożony do kupy dnia 37 i 38. 
Dzień 36.
Kontaktuje się z warsztatem czy już dostali części, które „na pewno” miały być dnia 35. W odpowiedzi otrzymuję informację, że spodziewają się ich dziś i złożą samochód do końca dnia 38. 
Dzień 38. 
Około południa kontaktuję się z serwisem czy są w stanie dotrzymać obietnicy, którą złożyli w dniu 28 i powtórzyli dnia 36. Oczywiście nie. Prognozowany nowy termin oddania – dzień 41 lub 42. Dzwonię do departamentu obsługi klienta z oficjalną reklamacją oraz piszę e-maila do serwisu z kopią do managera, że chcę pisemnego raportu o tym jak toczyły się prace nad naprawą mojego samochodu oraz informację czy zamierzają trzymać się wyceny, którą dali mi dnia 16, czy też i tu mnie zrobia w wała. Manager serwisu, który ma mój numer komórkowy oraz do pracy wybiera telefon do Szpulki. W końcu wysyła mi e-maila w którym zapewnia, że samochód będzie gotowy dnia 43, czyli dzień później niż obiecywali jego chłopcy z warsztatu. 
Samochodu wciąż nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. Czy ktoś zna jakąś australijską instytucję, która mogłaby zbadać czy moje prawa konsumenckie nie zostały w tym przypadku naruszone? 

Nie wszyscy emigranci trafili do Australii z wyrachowania czy czystego przypadku. Całkiem spora grupa nieprzystosowanych do „nowoczesnego” życia indywidualności, żyjących w zamkniętym  świecie swoich marzeń i pragnień, nierzadko całkiem oderwanych od rzeczywistości trafiła tu w pogoni za ułudą, światem istniejącym w książkach Arkadego Fidlera, Janusza Wolniewicza czy Wojciecha Dąbrowskiego. Dla nich rodzina LeSueur z Cairns jest tym czym dla suchej studni woda, order Lenina dla prawdziwego komunisty czy wyrywający się z tysięcy gardeł piłkarskich kiboli okrzyk „ch… ci w dupę” dla Roberta Biedronia.

Gavin i Catherine LeSueur wraz z trójką dzieci oraz dwoma kotami zamieszkali na pokładzie katamaranu „Chaotic Harmony” w kwietniu 2006 roku. W lipcu tego samego roku opuścili port w Cairns wypływając w dwuletni rejs po Pacyfiku. Ich trasa wiodła poprzez Luiziady, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi i Nową Kaledonię z powrotem do Cairns. Fascynuje mnie jak piecioosobowa rodzina potrafiła się zorganizować na 13,7m katamaranie i wieść na tyle ile to jest możliwe normalne życie. Choć nie da się ukryć, że normalne ono nie było. Ich najmłodszy syn Fletcher, który miał 3 lata kiedy wyruszyli z pewnością odstawał od swoich rówieśników, którzy zostali na lądzie. Zamiast happy meal w McDonaldzie jadał to, co złapało się na wędkę i owoce które dostarczali mieszkańcy mijanych wiosek, zamiast japońskiej mangi śledził delfiny śmigające obok katamaranu, nie nauczył się jeździć ani na rowerze ani na deskorolce. Nie miała normalnego życia australijskiej nastolatki również Estela, najstarsza z rodzeństwa, która podaczas rejsu obchodziła 16 urodziny. Rzekłbym miała dość ograniczoną okazję urwania się na randkę z chłopakiem.

Na przestrzeni dwóch lat LeSueur’owie przeżyli kilka sztormów, odwiedzili setki błękitnych lagun i bezludnych wysepek. Wytrzymać tak długo w pięć osób (plus dwa koty) na ograniczonej przestrzeni katamaranu wymaga żelaznego charakteru i ogromnych pokładów tolerancji. O tym wszystkim, co przytrafiło się podczas podróży możecie przeczytać TU. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby rzucić zaszufladkowane życie i rzucić się w wir wolności, niezależności i przygody. Czemu o tym piszę? Bo to jest własnie dla mnie niemal jak biblia, wzór niedoścignionych marzeń i pragnień. Rodzina, która stoi za sobą murem, dzieląca jedną pasję i ten powiew wolności i możliwości decydowania co zrobić juro. Niestety musi upłynąć jeszcze trochę wody w Barron River zanim zrealizuje podobny scenariusz, a zrealizuje na pewno. 

Chaotic Harmony podczas rejsu.

DSCN1156
I cumująca w marinie w Cairns

Przedłużająca się cisza na blogu spowodowana jest tym, że w ostatnich dniach moje życie uległo całkowitemu wywróceniu. Nie chcę wnikać w szczegóły, bowiem chyba wyrosłem z okresu emocjonalnego ekshibicjonizmu na blogu. Wszak i tak w miarę upływu czasu wszystko się wyjaśni. Tak czy siak, bardzo ciężko mi zebrać myśli a sklecenie trzech zdań z sensem nabiera znamion „mission impossible”.
 Na szczęście dla bloga w tym tygodniu miała miejsce całkiem sympatyczna sytuacja w Fabryczce. W środku tygodnia tak się złożyło, że biuro było nieco opustoszałe. Bezzębny wraz ze Zbieraczem Zamówień podróżowali służbowo, główny inżynier doglądał na hali inspekcji suwnic a kierownicy sekcji maszyn i sekcji „montowania” z braku personelu zakasali rękawy i pracowali na równi ze swoimi podopiecznymi. W biurze było w cicho i spokojnie. Wkurzało jedynie równomierne buczenie klimatyzatorów. Czasami kiedy wpadało w wibrację drewniane obicie ścian, na których wiszą klimatyzatory po prostu je wyłączałem na kilka minut. Siedząc w błogiej ciszy i dłubiąc z nudów w nosie wyrwany zostałem z letargu odgłosem skrobania w ścianę korytarza. W miejscu gdzie mieści się nasze biuro takich dźwięków się nie lekceważy. Poderwałem się na nogi i pobiegłem sprawdzić. 
W wąskim przedsionku oddzielający pokój kierowników sekcji, głównego inżyniera, archiwum i pomieszczenie Bezzębnego zobaczyłem coś wielkości piłki do koszykówki w całości pokryte kolcami. Było niesamowicie szybkie. W panicznych ruchach biegało od ściany do drzwi starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki. Jodie – krzyknąłem do naszej koleżanki z pracy, wołaj Shanona, powiedz by wziął rękawiczki i worek, mamy jeża w biurze. Jodie w drodze z recepcji na miejsce zdarzenia uświadomiła mnie, że w Australii nie ma jeży, a ja dopiero wtedy zobaczyłem długi rurkowaty pyszczek i charakterystyczne dla samca wydłużone pazury – ostrogi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że po raz pierwszy na żywo widzę jedną z australijskich ikon – kolczatkę. 
Shanon, nasz specjalista od węży, krokodyli i wszelkich innych dzikich żyjątek, fachowo obejrzał kolczastą kulkę. Była w dobrej formie, wymagała jedynie usunięcia kilku kleszczy. Po krótkiej sesji zdjęciowej rozeszliśmy się z powrotem do swoich obowiązków. Shanon poszedł spawać kolejne wagony, Jodie odbierać telefony a ja dłubać w nosie. Kolczatka jeszcze tego samego wieczora wróciła do lasu. 
IMG_3991
Kolczatka rozrabiająca na korytarzu. Niesamowicie szybki zwierz
musiał się wślizgnąć gdy ktoś wychodził z biura na halę.

IMG_3992

Tu nieco widąć charakterystyczny długi ryjek. 
IMG_3993
A tu pięknie wyeksponowane „ostrogi”.
P.S. W naszym biurze dość często pojawiają się niespodziewani goście. Największym zaskoczeniem jednak było jak robotnicy zaczynający pracę z samego rana zastali na hali …… dwa konie !!!

  • RSS