harom blog

Twój nowy blog
 
Sytuacja, w której się obecnie znajdujemy, zakrawa lekko na groteskę. Życie przebija Gombrowicza w każdym calu. Nie jesteśmy już razem, ale też nie całkiem osobno. Wciąż mieszkamy pod jednym dachem, prowadzimy w miarę wspólne gospodarstwo domowe. Ula  pierze i gotuje, ja ją odwożę do pracy, czasami podrzucam na jakieś zajęcia typu „zumba”. Razem sprzątamy, doglądamy domu. Jednocześnie im bardziej Szpulka jest odseparowana od swojego lubego, tym mocniej przebiera nogami z niecierpliwości kiedy z nim zamieszka. Im częściej sugeruję, że to zwykły kołek, tym bardziej jest przekonana, że chce z nim być. Sytuacja dobija psychicznie obie strony. O ile Szpulka znajduje ukojenie w ramionach Nowego Modelu, tak ja coraz bardziej odczuwam, że moja rana jest cholernie głęboka i każdego dnia, zamiast zabliźniać, jątrzy się coraz bardziej. To że jeszcze nie zwariowałem zaliczyć należy do kategorii „cud”. 
Sytuacja zawieszenia i pata nie może trwać w nieskończoność. Nie możemy być zakładnikami własnego domu, dlatego wspólnie doszliśmy do porozumienia, że co by się nie działo, dom jest na sprzedaż nie dłużej niż do końca kwietnia. Z początkiem maja, o ile nadal będzie w naszych rękach, a miejmy nadzieję, że nie będzie, zostanie wystawiony pod wynajem. Mimo, że do wynajęcia będzie dostępny od 21 maja, my wyprowadzimy się już 15, by umożliwić odpowiednim „służbom” przygotowanie domu dla przyszłych lokatorów. Dziś właśnie byliśmy u naszej agentki od nieruchomości by poinformować o sprawie. Zegar zaczął tykać. Zostało jeszcze max. 60 dni. 


W środę odeszliśmy na trochę od starego zwyczaju załatwiania spraw firmowych na mieście tylko w piątki. Tak się złożyło, że musiałem podpisać w imieniu firmy kilka papierów w kancelarii prawnej. Zebrałem więc około południa Jodie i pojechaliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie owa kancelaria miała siedzibę. W sumie mogłem jechać sam, ale raz, że Jodie jest fajna dziunia, dwa, że lubię z nia rozmawiać, trzy, że obawiałem się, iż u prawnika wywiąże się jakaś rozmowa podczas której przyda się ktos dysponujący „wiedzą”. „Wiedza” w tym przypadku oznacza znajomość okoliczności jakie miały miejsce przed przejęciem Fabryczki przez Korporację.

Była pora lunchu. Misteczko, jak większość australijskich osad, wyglądało na urbanistyczny koszmar architekta. Rozłożone na planie kratownicy centrum, zabudowane jednopiętrowymi budynkami, w których parter zawsze pełni funkcje handlowe a piętro biurowe lub mieszkalne, tętniło wczesnopopołudniowym życiem. Pracując w biurze na odludziu nie mam szansy by codziennie obserwować ludzi w trakcie zwykłej krzątaniny dnia codziennego, dlatego też bacznie obserwowałem i „taksowałem” każdego kto nawinie mi się pod nos. Począwszy od nastoletnich uczennic w mundurkach, poprzez strażników miejskich na zwykłych Aborygenach kończąc. Przy okazji wizyty w miasteczku Jodie chciała wymienic baterie od zegarka, więc weszliśmy do jedynego w mieście zegarmistrza, który był również jubilerem. Przed nami oglądając jakiś wisiorek stała dość typowa jak na tutejsze realia para. On standardowy australijski byczek, prosty duchem i zdrowy ciałem. Spod niedopiętej nonszalancko koszuli kłębiły się całe pokłady ciemnych włosów, testosteron ciekł mu uszami. Jednym słowem marzenie dziewczyn o wąskich horyzontach, którym do szczęścia wystarczy udany seks i kilka błyskotek od jubilera. Jego partnerka już na pierwszy rzut oka spełniała te kryteria. Wychudzona szkapa ubrana była w łachman, który w każdym cywilizowanym kraju robiłby nie za kieckę, lecz za nocną koszulę. Przebierali, marudzili, nie mogli się zdecydować. Zegarmistrz/jubiler był sam w sklepie, więc z wiadomych przyczyn nie mógł nas obsłużyć. Nawet mnie nie zdziwiło, kiedy zagadał do Jodie z pytaniem jak się ma jej siostra. Tu każdy zna każdego, urok małej społeczności gdzie nie ma ludności napływowej.  Wreszcie, po jakiś 15 minutach lalunia z osiłkiem wybrali klejnocik i mogliśmy byc obsłużeni.

Kancelaria mieściła się dwie uliczki dalej, w jednym z nielicznych nowo wybudowanych budynków w mieście. Podeszliśmy tam „z buta”. W drodze, Jodie powiedziała, bym zwrócił uwagę na sekretarkę, zapewniła, że na pewno mi się spodoba. Hmmm, pomyślałem, prawnik to dobry fach w tym kraju, zarabiają nieprzyzwoite pieniądze, więc lala pewnie będzie plastikową blondyną, ze szponami jak u drapieżnego ptaka, na obcasach wysokości Pałacu Kultury i cyckami wypchanymi jak arbuzy. Czemu tak? No bo prawnik, gość sztywny jak kij od szczotki i nudny jak flaki z olejem z pewnością nie będzie miał na recepcji nikogo kreatywnego, szalonego, niezależnego. Jakież było moje zdziwienie, gdy tylko przekroczyliśmy próg kancelarii. Zza niewysokiego biurka, na którym był komputer i kilka kupek papierów wyzierało „coś”. Trudno znaleźć mi dobre określenie na to co zobaczyłem. Niewątpliwie był to humanoid płci chyba żeńskiej. Trupioblada skóra wyglądała jakby ktoś dodatkowo przyprószył ją mąką. Na jej tle odcinały się dwa wielkie czarne oczodoły, powyżej których był kołtun. Tylko czekałem, aż zaczną z niego wypełzać jakieś robaki. Przedstawiliśmy się, „coś” poprosiło byśmy usiedli a samo pognało do szefa. Z nieukrywaną nuta szyderstwa zapytałem Jodie, czy nie słyszała czasem o jakimś przypadku rozgrzebania grobu na lokalnym cmentarzyku. „Romek, no coś ty” – oburzyła się Jodie – „To bardzo fajna dziewczyna, a ten czarny image zupełnie nie ma nic wspólnego z satanizmem”. „Jodie” – westchnąłem – „ja nie sugerowałem, że ona rozgrzebuje groby, tylko że ją wygrzebano z grobu !!!”. Nasze dywagacje przerwał nagły powrót obiektu plotek. Zaprosiła do Pana Mecenasa. A to dupek, pomyślałem, nadęty bufon nawet nie pofatygował się do nas osobiście. Włączył mi się „agresor”. Weszliśmy do gabinetu, który był przytulny jak kibel w McDonaldzie. Był na planie prostokąta. Jeden z dłuższych boków zajmowały okna, w których wisiały wertikale. Pod ścianą po przeciwnej stronie stały trzy najprostsze półki wypełnione segregatorami. Na końcu pokoju równie proste i ascetyczne biurko. Nad zasiadającym tam sztywniaczkiem szereg oprawionych w ramki dyplomów. Przejałem inicjatywę. „Dzień dobry R. i J. z Korporacji, czy mamy do czynienia z panem X czy spółką?” Dobrze wiedziałem, że bufon nie jest partnerem w kancelarii „X & spółka”, więc jego nazwiska nie ma na drzwiach i wbije mu szpilę w ten sposób. I udało się, momentalnie zyskałem jeszcze jednego wroga. :) Dalsza część spotkania przebiegła w iście syberyjskim chłodzie. Jeśli byliśmy 10 minut w gabinecie to wszystko.

Po wyjściu Jodie skomentowała całe zajście, że nigdy wcześniej nie zauważyła, że mogę byc taki złośliwy. Odparłem jej, że jestem zodiakalnym skorpionem i to wszystko, co może wyczytać w horoskopach opisowych o wrednym charakterze to prawda, nawet jeśli przez dłuższy czas nie ujawniałem swojej natury. Jestem złośliwy i mściwy a wyrządzonych krzywd nigdy nie zapominam. Agresor, który włączył mi się poprzednio chyba nie przestał jeszcze działać, bo przerażona moim tonem Jodie nie wypowiedziała ani słowa. Do pracy wróciliśmy w całkowitym milczeniu. Na szczęście dziś rano wszystko wróciło do normy. Mój agresor ustąpił, a Jodie odzyskała mowę.


Boże, użycz mi:

Pogody ducha
- abym godził się z tym, czego nie mogę zmienic,

Odwagi
- abym zmieniał to, co mogę zmienić

I szczęścia
- aby mi się jedno z drugim nie popieprzyło

Stephen King

 

…. już miałem wychodzić z sypialni, kiedy mój wzrok powędrował znów w kierunku jej piersi. To było silniejsze ode mnie. Ku mojemu zaskoczeniu M. nie oddychała równomiernym i spokojnym rytmem śpiącej osoby. Wręcz przeciwnie, jej oddech był nierówny i przyspieszony. Zaryzykuję, pomyślałem. Najwyżej da mi po gębie, ale później wybaczy, bo poczuje się atrakcyjna, że ktoś się nią zainteresował. Delikatnie zbliżyłem usta do jej warg. Chciałem ją tylko musnąć. Jej ręka niczym ramię automatycznego podajnika chwyciła mnie za tył głowy i przycisnęła do siebie. Odwajemniła mojego buziaka gorącym i głębokim, namiętnym i pełnym upojenia pocałunkiem. Świat zawirował mi przed oczami, odleciałem, zapomniałem się, zapadłem się w nią całkowicie. Chwilę później drżącymi rękami rozpinałem guziki jej bluzki. Kiedy się z nimi uporałem moim oczom ukazał się stanik, który każda dziewczyna nazwałaby biustonoszem ZAPINANYM z przodu. Dla mnie i każdego zdrowego faceta zawsze będzie to stanik ROZPINANY z przodu. Zanim kilka godzin później (a może to było kilkanaście minut, kto wie, przecież nikt z nas czasu nie mierzył), padliśmy wyczerpani, spełnieni i przepojeni szczęściem na białą pościel w użytku, oprócz łóżka, była też ława i krzesło. Leżeliśmy tak nadzy obok siebie może z kwadrans, kiedy M. wyciągnęła komórkę i zaczęła pisać smsa. Zrobiło mi się trochę łyso. W myślach krążyły najdziwniejsze skojarzenia. Może pisze do najlepszej koleżanki „Wygrałam zakład, R. wlaśnie leży w łóżku trzymając rękę na mojej piersi”. Albo stuka do kogoś innego: „Drogi Kolego, nie możemy dłużej być razem, moje uczucie wygasło, nie pasujemy do siebie. Tak będzie lepiej dla nas obojga.” W sumie z dwojga złego wolałbym ten drugi wariant. M. wcisnęła OK, odłozyła telefon i obróciła sie w moją stronę z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Sekundę później usłyszałem dźwięk przychodzącej na moją komórkę wiadomości. Sięgnąłem do spodni, wyjąłem aparat i na archaicznym jednorzędowym wyswietlaczu odczytałem smsa od M.: „Masz siłę na jeszcze jeden raz?” 
Sylwestra i Nowy Rok spędziliśmy nie odstępując się ani na krok. Nie krępowaliśmy się znajomych, nie udawaliśmy, że nic się nie stało. Tuż przed północą poszliśmy na boisko lokalnego słowackiego LZS, gdzie władze gminy przygotowały miejsce do odpalania rac, jak również cały sagan grzanego wina. Dokładnie o północy złożylismy sobie życzenia i obiecaliśmy, że za 10 lat wrócimy na Nowy Rok w to samo miejsce. Wtedy nie wiedzieliśmy, że to nigdy nie będzie miało miejsca. 
Choć na Słowację przyjechaliśmy osobno, do Polski wracaliśmy już razem. Zostawiliśmy znajomych w Krakowie, by mogli złapać pociąg do Warszawy a sami pojechaliśmy do Skażyska. Kto mnie zna, wie, że ja do domu nie mogę nigdy wrócić prostą drogą. Tak też było i tym razem. Zanim dotarliśmy na miejsce pokazałem M. zamek Krzyżtopór w Ujeździe. 
Mimo, że M. przeprowadziła się do mnie dopiero 2 miesiące później w pracy już pierwszego tygodnia huczało od plotek. Łatwo było to wyczuć, bo kiedy wchodziłem do palarni nagle cichły ożywione rozmowy. Przez kilka następnych miesięcy mieliśmy „miesiąc miodowy”. Żyliśmy sobą na wzajem, problemy nie istniały. Dopiero na jesieni nasza sielanka została trochę rozbita moim odejściem z firmy. M. została tam jeszcze rok. 
Pobraliśmy się w 2001 roku, kiedy M. była na ostatnim roku studiów. Jej rodzice za mną przepadali. Teść widział we mnie syna, którego nigdy nie miał i nie traktował mnie jak intruza, który ukradł jego ukochaną córkę. Mimo, że M. skończyła ekonomię na Uniwerku Warszawskim nie mogła za nic dostać pracy w zawodzie. Ratowała się pracą recepcjonistki dla Enterprice Investors, grupy amerykańskich funduszy inwestycyjnych. Nie dawało jej to satysfakcji, ale przynajmniej nauczyła się dobrze języka angielskiego. W 2002 siermiężna i ospała polska gospodarka nie dawała ciekawych wizji na przyszłość absolwentom uniwerków, dlatego też podjęliśmy decyzję o emigracji do Australii.
Do kraju kangura, misia koali tudzież innych wombatów dotarlismy w 2003 roku. Za namową znajomych posłuchaliśmy głosu rozsądu i porzuciliśmy romantyczne marzenia o osiedleniu się w Cairns na rzecz pragmatycznego Melbourne. Z początku było bardzo ciężko, ale mieliśmy siebie na wzajem. Mogliśmy spędzać ze sobą 24h i wciąż była nam siebie mało. Po roku jakoś się ustabilizowało. Ja dostałem prace w zawodzie, M. studiowała i pracowała dorywczo. W 2005 zdecydowalismy się na dziecko. Urodziła nam się córeczka. Druga przyszla na świat dwa lata później w 2007. 
M. tak bardzo kochała Melbourne jak ja go nienawidziłem. Mimo pozornej sprzeczności uzupełnialiśmy się na wzajem w naszych uczuciach do najlepszego z miast. Dla mnie tenis czy Formuła 1 mogłaby wogóle nie istnieć. M. uwielbiała te imprezy, więc chodziłem z nią. I zazwyczaj byłem zadowolony, bo sam nigdy bym się nie wybrał a na miejscu na prawdę bawiłem się w najlepsze. 
Pod koniec marca 2008, jak co roku wybraliśmy się na GP Australii czyli wyścigi Formuły 1 odbywające się na torze w Albert Park. Pogoda dopisała. Siedzieliśmy na plastikowych krzsełkach rozstawionych wzdłóż toru prowizorycznych trybun. Dokoła unosił się charakterystyczny słodkawy niczym trzcina cukrowa zapach spalin. Powietrze przeszywał wibrujący, cieniutki głos wyżyłowanych do granic możliwości silników. Brzmiało to trochę jak wzmocniony przez gigantyczny amlifier dźwięk lecącego komara. Atmosfera była niesamowita, głównie za sprawa Roberta Kubicy, który zajął w kwalifikacjach 2 miejsce, a kótrego M. dażyła platonicznym uczuciem. Oglądaliśmy wyścig trzymając się za ręcę i co pewien czas dając sobie buziaka niczym nastolatki na randce. To było na 20 okrążeniu. Aż trudno uwierzyć, w taką rzecz na imprezie, której zabezpieczenia sprawdzane są po tysiąckroć. Ni stąd ni z owąd na środek toru wybiegł pies. Mój śp. wujek zwykł mawiać, że rasa taka nosi nazwę „między innymi wilczur”. Tych innych musiało być na prawdę wiele, bo pies wyglądał jak skrzyżowanie nietoperza z ręcznikiem frote. Kierowca bolidu Ferrari chyba bezwiednie, w odruchu bezwarunkowym zaczął hamować. Niestety rozpędzonego pojazdu nie da się zatrzymać na 2 metrach i uderzył w psa. Zanim kierowca pędzącego tuż za nim McLarena zarejestrował na siatkówce obraz całego zdarzenia, zanim przetworzył to mózg i wysłał do mięśni polecenie uniknięcia kolizji jego bolid wbijał się już pod Ferrari. Komantatorzy telewizyjni na monitorach swoich stanowisk wstrzymali oddech kiedy uderzone z impetem Ferrari z krwawym strzępem na przednim spojlerze przelopowało ogrodzenie i wbiło się z niesamowitą siłą wprost w publiczność. 
Ostatnie co pamiętam z tego dnia, to widok psiego tyłka wpisanego w czerwony spojler Ferrari, który z nieprawdopodobną prędkością mknął w moim kierunku. Ocknąłem się w szpitalu. M. siedziała przy mnie ze starsza córką. Oznaczało to, że jej nic sie nie stało. Odetchnąłem z ulgą. Poprosiłem, by opowiedziała mi co się wydarzyło. Kiedy bolid wbił się w krzesełka spowodował taką rzeź, że paramedycy, którzy w 30 sekund zjawili sie na miejscu woleli zdjąć spojler z wraku samochodu, odkręcić krzesełka i wysłać wszystko śmigłowcem do Royal Melbourne Hospital by meczyli się z tym tamtejsi lekarze. 
W trybie natychmiastowym mimo niedzieli ściągnięto z domów najlepszych specjalistów w całym Melbourne. Po 19 godzinnej operacji przy wykorzystaniu najnowszych nowinek technicznych i wszystkich osiągnięć australijskiej myśli medycznej opuściłem salę operacyjną owiniety bandarzami od stóp do głów niczym mumia egipskiego faraona. Rokowania były nieciekawe, ale mój organizm bardzo szybko się regenerował i niebawem wybudzono mnie z farmakologicznej śpiączki. W szpitalu spędziłem jeszcze kilka miesięcy, po czym wypisano mnie do domu. Przez cały 2009 rok przechodziłem intensywna rehabilitację. Dziś w marcu 2010, kiedy piszę te słowa już prawie całkowicie wróciłem do zdrowia. Nawet żartujemy z M., że musimy zacząć mysleć o synu. Dzięki światowej klasy australijskim lekarzom mimo niesprawdzonej dokładnie i pionieskiej metodzie leczenia nie występują u mnie żadne efekty uboczne. No może prawie żadne, bo M. strasznie się wścieka, kiedy w sypialni się zapomnę i zegnę by polizać po jajkach. Czasami też bezwiednie podnosze nogę kiedy robię siku w ubikacji. W domu nie jest to problem, ale w publicznym szalecie czasami tak. Zdarza mi się też że robiąc zakupy w Colesie urwę się M. i schowany za półką z rozerwanej torebki Pedigree Pal podjem sobię garść albo dwie. 
P.S. Za idee zakończenia dziękuję S. Lemowi. 


Nie będzie notki o Australii, będzie znów notka z cyklu „Ty chyba k… za duzo myślisz”. Tydzień temu pisałem, że o ile życie osobiste runęło mi w gruzach, tak w życiu zawodowym jeszcze jakoś sobie radze. Z radością pragnę donieść, że właśnie uległo zmianie. W tym miesiącu udało mi się zawalić wszystkie terminy. Mając wymówkę, że czekam wciąż na pewne dane z centrali popadłem w tumiwisizm, nie robiąc nawet tego, co nie wymagało tych informacji. W efekcie zaliczyłem spektakularne opóźnienie. Nie dostałem jednak za to po uszach, bo o ile merytorycznie, to jeszcze mógłbym się czegoś tu nauczyć, tak organizacyjnie i metodologicznie pozostawiłem resztę naszego „commercial team” daleko w tyle. Słowem wypracowałem sobie i wdrożyłem takie zasady, że większość może mi tylko po zazdrościć. I ta właśnie opinia i pozycja ratuje obecnie moją dupę, bo wina jest bezdyskusyjna. Nie da się ukryć, że by posklejać mnie do kupy, chyba worka kleju Atlas byłoby za mało.

Nie mając żadnych pomysłów na otaczającą mnie rzeczywistośc uciekłem w krainę dziwnych wspomnień i rozważań co by było gdyby. Dodatkowym bodźcem do ucieczki w nierealne fantazje jest film „Efekt Motyla”, który przypadkowo znalazłem porządkując w domu DVD. No i zacząłem myśleć jakby wyglądało „dziś” gdybyśmy nie kupili tego domu na plaży, albo nie wyjechali do Australii, albo gdyby w 2002 nie było mi po drodze zajechać na pewną stację benzynową w Legnicy, albo nie było wydarzeń 3 listopada 2000r lub gdybym 30 grudnia 1998 roku zachował się trochę inaczej.

Sylwester roku 1998/1999 (jak również następny) spędzałem ze znajomymi na Słowacji. Część znałem bezpośrednio, część była znajomymi znajomych. W owym roku tak się ułożył kalendarz, że przy małym wysiłku można było mieć prawie dwa tygodnie wolnego. Większość ekipy dojechała wcześniej, ja i dwie inne pary dopiero po Bożym Narodzeniu. W sumie był mały tłumek. Nie pamiętam już dokładnie ile osób, ale na pewno grubo powyżej 10. Wynajęliśmy cały piętrowy dom. Ku mojemu najszczerszemu zaskoczeniu była tam też M., recepcjonistka z mojej pracy !!!  Zaskoczenie było obopólne. Przed erą Facebooka i Naszej Klasy nie było tak łatwo sporządzić listy „wspólnych znajomych” jak dziś. M. była zdecydowanie dziewczyną w moim typie. Niewysoka, filigranowa szatynka z długimi gęstymi włosami i całkiem niemałym biuście. I to chyba mnie najbardziej fascynowało, bowiem piersi tych rozmiarów niezmiernie rzadko trafiały się dziewczynom o sylwetce filigranowej Azjatki. M. pracowała na parterze i stanowiła pierwszą zaporę ogniową dla wszystkich, którzy zaszczycili progi mojego ówczesnego pracodawcy. Ja siedziałem na drugim piętrze i właściwie widywałem ją tylko jak wychodziłem na papierosa (wtedy jeszcze kopciłem). Czasami przystanąłem by zagadać o byle czym, a właściwie pogapić się na te piersi.  Te gadki nie były niczym podejrzanym, bo miałem dobry układ na każdej z 4 recepcji jakie znajdowały się w naszej firmie. I kazdej dziewczynie gapiłem si na cycki. Fakt, że wzdychałem wtedy ukradkiem do pewnej E. z tej samej firmy skutecznie mnie hamował by spróbować pójść dalej z którąś z nich.

Cały ten sylwestrowy wyjazd spędzaliśmy wg pewnego schematu. Rano dzieliliśmy się na grupy i jechaliśmy gdzieś się poszwędać. A to wypad do gorących źródeł w okolice Liptowskiego Mikulasza, to znów do nieodległych jaskiń albo wyciągiem krzesełkowym na jakąś górkę, której nazwy już dziś nie pamiętam. M. nigdy nie było w tej grupie, na którą ja się załapałem. Wieczorem zaś siedzieliśmy razem, piliśmy hektolitry „Złotego Bażanta” i ogólnie bawiliśmy się w najlepsze. I tu już było różnie. Czasami znajdowaliśmy się po przeciwnych stronach salonu, czasami tuż obok siebie. 30 grudnia, dzień przed Sylwestrem przeznaczyliśmy na pichcenie. W rolę kucharzy wcieliło się 2 chłopaków, cała reszta przygotowywała półprodukty cos krojąc, mieląc czy tylko udając,  że coś się robi. Zabawa była przy tym przednia. Nie wiem jak to się stało, ale byłem jedynym trzeźwym tego popołudnia i kiedy zabrakło nam jakiegoś składnika nie mogłem się wykręcić przed wycieczką do sklepiku w sąsiedniej wiosce. Przy okazji dostałem polecenie kupna kilku kg pomarańczy i skrzynki wina. Ku mojemu zaskoczeniu oprócz kumpla/tragarza zebrała się z nami M. Atmosfera w samochodzie zrobiła się tak dobra, że (prawie całą) resztę wieczoru spędziliśmy w swoim towarzystwie a rozmawiało nam się tak, jakbyśmy znali się od lat. Idea pomarańczy i wina była prosta. Koledzy wpadli na pomysł, że przyozdobimy świerki przed domem. Pomarańcze obraliśmy tak, by powstały jak najdłuższe serpentyny. Wino zostało podgrzane z cynamonem i goździkami byśmy nie przemarzli, w domyśle by zabawa była ciekawsza. I tak wieszaliśmy te skórki popijając na mrozie gorące wino. Śnieg skrzypiał pod nogami, kłęby pary wydobywały się z roześmianych ust. Nim się zorientowaliśmy impreza przeniosła się na dobre na zewnątrz. Gdy skończyło się wino ktoś wpadł na pomysł, że nie potrzebujemy na jutro aż tyle szampana i że można „spróbować” czy to rzeczywiście „Szampanskoje igristoje” czy też nie. I stało się. Między i tak już wciętymi imprezowiczami zaczęły krążyć butelki z musującym, złocistym trunkiem. Efekt był piorunujący. Kilka osób zaczęło mieć problemy z pozycją pionową. Czas wrócić do środka. W przedpokoju, zrobiło się niezłe kłębowisko. Większość miała kłopoty ze zdjęciem butów czy kurtek, co wywoływało niepohamowane salwy śmiechu i podsycało zabawę. Weszliśmy z M. do srodka chyba w przedostatniej turze. Gorące powietrze od razu uderzyło w twarz. Wypity szampan momentalnie spotęgował efekt nagłej zmiany temperatur. M. nachyliła się by rozpiąć kozaczki. Zająłem strategiczne miejsce, by móc dokładnie zajrzeć w dekolt. Nasze oczy na chwile się spotkały. M. popatrzyła na mnie, następnie kucnęła, by po chwili klapnąć na tyłek. Z kozaczkami sobie poradziła ale to był ostatni wysiłek na jaki mogła się zdobyć tego dnia. Wypity alkohol ją zwyciężył i odpłynęła w krainę Morfeusza zanim ściągnęła kurtkę. Mimo chuderlawej postury i docinek ze strony współimprezowiczów, z których cytaty z Sexmisji były najłagodniejsze zdjąłem jej kurtkę, wziąłem ja na ręce (alkohol czasami czyni cuda) i zaniosłem do sypialni. Ułożyłem ją na łóżku, rozpiąłem jeansy. Przez chwilę zastanawiałem się czy je ściągnąć, ale doszedłem do wniosku, że rozpięte guziki wystarczą by było jej wygodnie. Wyszedłem z sypialni zamykając za sobą cicho drzwi. Nawet przez myśl mi nie przeszło by zostać. I to nie z powodów etycznych. W owej chwili kolejna butelka „Złotego Bażanta” stanowiła dla mnie większą pokusę niż M., której najprawdopodobniej urwał się właśnie film.

Sylwester i Nowy Rok przebiegł bez żadnych zgrzytów. Wszyscy bawiliśmy się pysznie. Nikt nie wracał, do wydarzeń z dnia poprzedniego, bo na takich wyjazdach co rusz to kogoś pokonywało zmęczenie. Dwa dni później wracaliśmy do Polski. Ja jechałem do Skarżyska, ale obiecałem, że podrzucę do Krakowa kilka osób, które stamtąd złapią pociąg do Warszawy. M. zabrała się z kimś innym. W styczniu widywaliśmy się prawie codziennie, ale jakoś nie zauważyłem by ten wspólny wyjazd jakoś specjalnie coś zmienił w naszych relacjach. Czasami przeleciałem sprintem przed recepcją, czasami zatrzymałem się na chwilę by poplotkować. Kilka miesięcy później nasza firma ukończyła budowę nowej siedziby i większość personelu przeniesiono właśnie tam. Miedzy innymi wszystkie recepcje i sekretariaty. My analitycy zostaliśmy na „starych śmieciach”. We wrześniu opuściłem firmę i przeniosłem się do TVN tracąc zupełnie kontakt z większością byłych współpracowników.

M. spotkałem jeszcze tylko raz. Było to w 2003 roku tuż po moim powrocie do Polski po pierwszej „Australijskiej przygodzie”. Wpadliśmy na siebie w centrum handlowym Klif w Warszawie. Zaproponowałem kawę, zgodziła się. Siedliśmy w Coffie Heaven. Zaczęliśmy gadać o starych wspólnych znajomych i nieuchronnie doszliśmy do owego pamiętnego Sylwestra. Spytała mnie, dlaczego nie próbowałem się do niej dobierać tamtej nocy. Na poczekaniu wymyśliłem jakieś pompatyczne wyjaśnienie, że chciałem potraktować ją jako człowieka a nie jak kolejny numerek do zaliczenia. Popatrzyła na mnie i widać było, że walczy ze sobą. Milczałem. Jeśli nie zdecyduje się mi nic powiedzieć to i tak od niej tego nie wyciągnę. „Tej nocy” – zaczęła niepewnie – „wcale nie urwał mi się film”. Zbaraniałem, ale nie pisnąłem ani słówka. „Przez cały wieczór widziałam jak na mnie patrzysz. Nie rozumiałam dlaczego nie próbujesz mnie choćby pocałować. Kiedy zdejmowałam buty i zobaczyłam, jakim wzrokiem gapisz mi się na cycki chciałam Cię sprowokować byś zrobił pierwszy krok. Jak zamknąłeś za sobą drzwi od sypialni rozpłakałam się w poduszkę”. – Dlaczego Ty nie próbowałaś się choćby przytulić ??? – byłem prawdziwie zszokowany. „Bo Ty byłeś wielki analityk z 2 piętra, zaufany samego vice-prezesa a ja tylko szarą myszką z recepcji.”
 

 


Degrengolada  – staczanie się; upadek moralny a. materialny.  Etym. – fr. dégringolade pot. ‚jw., spadek wartości (pieniądza)’ od dégringoler ‚staczać się’.
Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych

Proces degrengolady naszego związku postępuje w najlepsze. Głównymi aktywami, których staramy się pozbyć jest dom, garbus i Kłopot. Od czasu ostatniej notki na ten temat posunęliśmy się nieco do przodu w niszczeniu wszystkiego tego, co zbudowane zostało na przestrzeni ostatnich 7 lat. A chyba najbardziej w nadziei na przyszłość.

Dom. W Australii nieruchomości sprzedaje się za pośrednictwem Agenta. Jest to zawód, który wraz z dilerem używanych samochodów okupuje sam dół listy profesji cieszących się społecznym zaufaniem i szczacunkiem. I muszę powiedzieć, że oba te zawody sumiennie zapracowały na swoją opinię. Co więc robi taki agent by sprzedać nasz dom? Generalnie głównie bierze prowizję i to nie małą. W Australii (przynajmniej w QLD), jak na każde socjalistyczne państwo przystało, prowizja jest uregulowana urzędowo. Wynosi ona 4000 AUD od pierwszych 80 tys. wartości domu i 2,5% od nadwyżki ponad to. Łatwo wyliczyć, że za dom wart 400 tys. agent pobierze sobie 12 tys. prowizji. Poza prowizją agent refakturuje na klienta koszty ogłoszeń w prasie i internecie. Faktury są według cennika gazety, więc teoretycznie na nich nie zarabia, lecz w praktyce dostaje duże rabaty i upusty od kwot cennikowych. Raz na dwa tygodnie agent „organizuje” Open House, czyli zjawia się w domu, gdzie przez godzinę czeka na ewentualnych chętnych, którzy przyjdą (albo i nie) oglądać dom. Nasz dom jest już na rynku 3 tygodnie. W przeciągu kilku pierwszych dni mieliśmy kilku oglądających. Po tygodniu od wystawienia agentka zorganizowała pierwszy Open House. W podsumowaniu powiedziała, że w tym okresie aż dwanaście osób oglądało dom i kilka było zainteresowanych. Och, jak wspaniale, dobrze że coś się dzieje, to lepiej niż jakby miał się nikt nie interesować. Przez następne dwa tygodnie agentka nie przyprowadziła nikogo. Nieśmiało zacząłem podejrzewać, że ona po prostu ściemniała. Wczoraj utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdyż udało nam się złapać ją na kłamstwie. Po niezbyt udanym „open house”, gdzie przez dwa dni zjawił się tylko 1 oglądający zadzwoniła zostawiając informację, że popracuje nad osobą, której pokazywała nasz dom w poniedziałek. Szkopuł w tym, że w poniedziałek Szpulka siedziała cały boży dzień w domu nie wystawiając na zewnątrz nawet jednej dziurki od nosa i jakoś nie spotkała się z Agentką. Jak widać akcja „sprzedać dom” nadal w toku.

Garbus - Niestety mimo najlepszych chęci nie byliśmy w stanie skończyć remontu Juniora. Jasne również się stało, że w zaistniałej sytuacji będzie on tylko balastem. Nie wszystkie domy mają garaże, część ma jedynie zadaszone miejsca parkingowe, gdzie trzymanie remontowanego samochodu na pastwę warunków atmosferycznych i przypadkowych ludzi o lepkich rękach jest nie najlepszym pomysłem. Tym bardziej, że jako singiel na 99% będę szukał mieszkania, gdzie garaże są już na prawdę rżadkością. Nie było innej rady, niż dać ogłoszenie do gazety. Ku mojemu zdziwieniu po ukazaniu się ogłoszenia zainteresowanie było ogromne. Po niewielkim zamieszaniu pojawił się u nas pewien jegomość w okolicach 50-tki, który powiedział, że przygarnie Juniora i zostawił zaliczkę. Miał wrócić w weekend, nie wrócił. Minęło pół tygodnia, nie dawał żadnego sygnału, więc zostawiłem mu wiadomość. Dwa dni później przyszedł i powiedział, że jednak nie weźmie tego samochodu, bo nie ma miejsca. No cóż za palant !!! Złapałem za telefon i obdzwoniłem wszystkich chętnych z poprzedniego tygodnia. Opowiedziała młoda dziewczyna. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Przyjechała z chłopakiem, obejrzeli samochód i powiedzieli, że biorą. Następnego dnia przyjechali z laweta i zabrali wszystkie „zabawki”. Jeden problem mniej.

Kłopot – Jak już pisałem zanosi się na to, że Kłopot będzie najdroższym siersciuchem w Skarżysku. Trzy tygodnie temu odwiedziliśmy weterynarza, gdzie kocina dostała odpowiednie szczepionki i została „zachipowana”. Szczepionka przeciw wściekliźnie potrzebuje 21 dni by zacząć być skuteczną, więc powinno już być wszystko w porządku. Teraz nadszedł czas by mu zarezerwować bilety i zorganizować całą podróż na druga stronę globusa. Na chwile obecną nie jawi się to jako problem, lecz zwykła rzecz do zrealizowania.

Ja staram sobie co dziennie powtarzać, że „szklanka jest w połowie pełna, nie w połowie pusta”. Nie jest to jednak takie łatwe. Nastąpiło coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca w moim życiu. Zawsze do tej pory miałem plan A, plan B, plan C a nie rzadko nawet plan K, L, Ł i inne literki. Dopóki żyłem z Ulą był tylko jeden plan, plan A. Nie potrzebowałem żadnych innych. Była tylko ona, jedynie słuszna droga, cel do którego należy dążyć uparcie i który powoli zaczął byc osiągalny. Teraz trzyma mnie przy życiu jakaś „akcja”, coś się dzieje ale to nie będzie trwało wiecznie. Garbus już poszedł, kot niebawem też zostanie wysłany a i dom się sprzeda w bliżej określonym horyzoncie czasowym. Później  w moim życiu pojawi się pustka, jakiej nigdy dotąd nie było. Pustka, która mnie przeraża. Przeraża mnie na równi z myślą, że nie mam żadnego pomysłu jak i czym ją wypełnić. Czasami czuje się jak schizofrenik. Stoje gdzieś obok siebie i widzę jak w niezrozumiałym szale pędzę ku katastrofie niczym leming ku przepaści. Obserwuję to jako widz i miotam się z bezsilności, że to moje alter ego, które stoi jeszcze twardo obiema nogami na ziemi nie ma żadnych możliwości wpływu na ta drugą samodestrukcyjną naturę. Bo taka dwoista jest moja natura i o ile w życiu zawodowym radzę sobie całkiem nieźle, tak w życiu prywatnym nie radzę sobie w ogóle.

 
Z okazji rozpoczynających się właśnie Igrzysk w Vancouver małe przypomnienie okoliczności zdobycia pierwszego w historii złotego medalu Zimowych Igrzysk Olimpijskich dla Australii. Proszę zobaczyć jakiż to duch walki wstąpił w Stevena Bradbury, jak „gryzł ziemię” i walczył do upadłego zgodnie z olimpijskimi ideałami współzawodnictwa. 
Małe uzupełnienie, dal tych, którzy porównają to do szczęścia jakie miał nasz Wojciech Fortuna. Otóż do Fortuny uśmiechnęło się szczęście tylko raz, w pierwszym skoku. Steven Bradbury w ćwierćfinale, z którego awansowało 2 zawodników zajął dopiero 3 miejsce. Wszedł jednak do półfinału po dyskusyjnej dyskwalifikacji Kanadyjczyka Gagona. W półfinale wyraźnie odstawał od czołówki i tylko kraksa przed metą (fuks po raz drugi) pozwoliła mu zakwalifikować się do finału, gdzie jak widzimy na klipie podjął bezpośrednią i bezpardonowa walkę o najwyższe trofeum :) 
 

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 


  • RSS