Wielkie cielsko Boeninga powoli ruszyło spod rękawa terminalu. Na pokładzie stewardesy ze znudzoną miną demonstrują obowiązkową pogadankę o bezpieczeństwie. Niespiesznie dotaczamy się do krawędzi pasa startowego, stajemy. Otępiałym wzrokiem bez życia patrzę bezmyślnie w okienko przy którym siedzę. Nie mija 10 sekund a do uszu dobiega wizg gwałtownie zwiekszanych obrotów silnika. Chwilę później przeciążenie wciska mnie w fotel. Samolot nabiera prędkości, zaczyna się trzęść. Jeszcze kilkanaście sekund i dziób unosi się do góry. Startujemy. Lotnisko w Cairns znajduje się w najbliższym sąsiedztwie miasta. Centrum położone jest na osi pasa startowego. Nieco dalej mamy zbocza górskie, dlatego z powodów bezpieczeństwa samoloty zaraz po starcie wykonują ostry skręt w stronę oceanu. 

Przez okienko w samolocie dostrzegam turkusowe plamy koralowych lagun rozrzucone pośród ciemo granatowych wód oceanu. Widzę Green Island a zaraz później Fitzroy Island. Przed oczami staje mi moja ulubiona Nudey Beach z Ulą w bialej koszuli pozującą do zdjęcia na tle czerwono żółtych kajaków, bieli żaglowca, błekitu nieba i wody. O ironio zawsze na tym zdjęciu wydawała mi się taka czysta, nieskazitelna, niewinna. 
Kolory tropików znikają wśród białej waty chmur, w którą zanurza się samolot po nabraniu wysokości. Zerkam jeszcze ostatni raz na „wyspę szczęśliwą”, którą właśnie opuszczam.  Opuszczam „wyspę”, kótra oprócz wielu radości i nadziei, dała mi również smutek, cierpienie i zgryzoty. Opuszcza ją 38 letni starzec, człowiek zrezygnowany, pozbawiony całkowicie marzeń i pragnień. Ktoś, w kim zabita została cała radość życia i wiara w ludzi. Czuję się wyjałowiony ze wszystkich uczuć niczym gaza na stole operacyjnym. Nie ma we mnie już ani miłości ani nienawiści, ani radości ani smutku. Zabieram ze sobą bagaż doświadczeń emiranta. Tych dobrych, pożytecznych i wzbogacających mnie, jak i tych gorszych. Żegnaj Cairns, żegnaj Australio !!!!
Blog ten zacząłem pisać tuż po przyjeździe do Australii i retrospektywnie uzupełniłem od chwili mojego przyjazdu. Dziś, kiedy opuszczam „Wyspę Szczęśliwą” przyszedł naturalny koniec tego projektu. W styczniu pisałem, że gdybym wtedy przerwał pisanie blog byłby niepełny. Dziś już jest pełny. Kompletna i zamknięta historia haroma w Australii. O jaka piękna katastrofa !!! Dziekuję wszystkim wiernym „czytaczom” za wszystkie wspólnie spędzone lata. Może bedzie nowy projekt, a może nie. Ten jest już definitywnie skończony, tak jak moja australijska przygoda.