harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2010

 Wielkie cielsko Boeninga powoli ruszyło spod rękawa terminalu. Na pokładzie stewardesy ze znudzoną miną demonstrują obowiązkową pogadankę o bezpieczeństwie. Niespiesznie dotaczamy się do krawędzi pasa startowego, stajemy. Otępiałym wzrokiem bez życia patrzę bezmyślnie w okienko przy którym siedzę. Nie mija 10 sekund a do uszu dobiega wizg gwałtownie zwiekszanych obrotów silnika. Chwilę później przeciążenie wciska mnie w fotel. Samolot nabiera prędkości, zaczyna się trzęść. Jeszcze kilkanaście sekund i dziób unosi się do góry. Startujemy. Lotnisko w Cairns znajduje się w najbliższym sąsiedztwie miasta. Centrum położone jest na osi pasa startowego. Nieco dalej mamy zbocza górskie, dlatego z powodów bezpieczeństwa samoloty zaraz po starcie wykonują ostry skręt w stronę oceanu. 

Przez okienko w samolocie dostrzegam turkusowe plamy koralowych lagun rozrzucone pośród ciemo granatowych wód oceanu. Widzę Green Island a zaraz później Fitzroy Island. Przed oczami staje mi moja ulubiona Nudey Beach z Ulą w bialej koszuli pozującą do zdjęcia na tle czerwono żółtych kajaków, bieli żaglowca, błekitu nieba i wody. O ironio zawsze na tym zdjęciu wydawała mi się taka czysta, nieskazitelna, niewinna. 
Kolory tropików znikają wśród białej waty chmur, w którą zanurza się samolot po nabraniu wysokości. Zerkam jeszcze ostatni raz na „wyspę szczęśliwą”, którą właśnie opuszczam.  Opuszczam „wyspę”, kótra oprócz wielu radości i nadziei, dała mi również smutek, cierpienie i zgryzoty. Opuszcza ją 38 letni starzec, człowiek zrezygnowany, pozbawiony całkowicie marzeń i pragnień. Ktoś, w kim zabita została cała radość życia i wiara w ludzi. Czuję się wyjałowiony ze wszystkich uczuć niczym gaza na stole operacyjnym. Nie ma we mnie już ani miłości ani nienawiści, ani radości ani smutku. Zabieram ze sobą bagaż doświadczeń emiranta. Tych dobrych, pożytecznych i wzbogacających mnie, jak i tych gorszych. Żegnaj Cairns, żegnaj Australio !!!!
Blog ten zacząłem pisać tuż po przyjeździe do Australii i retrospektywnie uzupełniłem od chwili mojego przyjazdu. Dziś, kiedy opuszczam „Wyspę Szczęśliwą” przyszedł naturalny koniec tego projektu. W styczniu pisałem, że gdybym wtedy przerwał pisanie blog byłby niepełny. Dziś już jest pełny. Kompletna i zamknięta historia haroma w Australii. O jaka piękna katastrofa !!! Dziekuję wszystkim wiernym „czytaczom” za wszystkie wspólnie spędzone lata. Może bedzie nowy projekt, a może nie. Ten jest już definitywnie skończony, tak jak moja australijska przygoda. 


W Polsce wielkimi krokami zbliża się koniec sezonu Piłki Nożnej. I znów będą kolejki cudów, gdzie zagrożona spadkiem drużyna z końca tabeli niespodziewanie pokona faworyta. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wszystko to Polacy robią jakoś naokoło i nieefektywnie. Trzeba bowiem przekupić sędziów, dać w łapę obserwatorom, podejść piłkarzy i działaczy drużyny przeciwnej. Kosztuje to kupę zachodu, wagon pieniędzy a i tak czasami cały ten gigantyczny wysiłek idzie psu w dupę, bo drużyna sąsiadująca w tabeli wyłoży więcej kasy, wygra jedna bramką więcej i pogrąży przeciwnika. Pod tym względem Polacy powinni brać przykład z Australii. Tu przeciwdziała się korupcji w sporcie dwojako. Po pierwsze, jesli coś zalegalizujesz, nie jest już tak korucjogenne, po drugie likwidując źródło likwidujesz zjawisko korupcji. I tak w Australii rozgrywki ligowe organizuje się na zasadzie podobnej do franczyzy. Każda liga czy to jenda z 3 „ogólnoaustralijskich” lig jajowatej piłki, liga piłki nożnej czy koszykówki to towarzystwo wzajemnej adoracji. Nie ma systemu promocji i spadku z niższych lig. „Wykupujesz franczyzę” i możesz przegrać wszystkie mecze w sezonie a i tak nie wylecisz z ligi. Dla przykładu Wiktoriańska Liga Futbolu przez 61 lat aż do 1986 skupiała dwanaście tych samych zespołów. Obecnie zespołów jest 15, z czego 5 spoza Wiktorii, więc nazwę ligi w 1987 r. zmieniono na „Australijską Ligę Futbolu”. Czyż nie byłoby to idealne rozwiązanie dla 6 ostatnich klubów z polskiej Ekstraklasy i 6 z I ligi? Kilka klubów, które co roku ocierają się o spadek, lub nie udaje im się awansować mogłoby połowę funduszy przeznaczonych na łapówki wydać na zorganizowanie konkurencyjnych do PZPN rozgrywek Polskiej Ligi Piłki Nożnej. Może wtedy taki Piast Gliwice czy Odra Wodzisław mógłby być Mistrzem Polski ? Zapewne FIFA i UEFA nałożyłaby ekskomunikę na takie rozgrywki i zabroniła rozgrywać meczów z „prawomyślnymi” zespołami, lecz na wzór australiskiego „State of Orgin” możnaby rozgrywać mecze między Dolnym Śląskiem a Mazowszem lub Wielkopolską a Mazurami. Co więcej, można do gry wciągnąć np. Polsat czy TVN, który transmitowałby rozgrywki w konkurencji do Canal+, a po czasie jak pokazuje przykład innej australijskiej franczyzy NRL, gdzie chcą dołączyć kluby z Papui Nowej Gwinei i Fidżi,  chęć gry w takiej lidze zgłosiłyby kluby, np. z Białorusi, San Marino czy Wysp Owczych.

Jedyną rzeczą, której raczej bym nie polecał adoprować takiej nowej lidze jest „salary cup”. Salary Cup to stosowany zarówno w AFL, NRL jak i australijskiej lidze piłki nożnej maksymalny limit wynagrodzeń. Po prostu nie możesz zapłacić zawodnikom więcej niż pozwoli zarządzający ligą i już. W końcu to „liga” daje franczyze a klub musi działać wg. jej warunków. Dla przykładu w A League (liga piłki nożnej) całkowita suma wynagrodzeń piłkarzy (a ma ich byc w składzie minimum 20) na nowy sezon nie może przekroczyć 2.65 mln AUD. W Polsce starczyłoby to dla mniej więcej 7-8 zawodników Wisły Kraków. Wyjątkiem jest jedna gwiazda, która w każdym klubie nie podlega tym ograniczeniom. Salary cup był przedmiotem ostatniej afery w australijskim sporcie. Otoż zespół Melbourne Storms, utworzony przez magnata finansowego Roberta Murdocha został przyłapany, na tym, że płaci pod stołem swoim zawodnikom więcej niż pozwalają przepisy. Zespołowi odebrano dwa tytuły mistrzowskie i zapowiedziano, że nie bedzie zdobywał punktów w tym roku. Zdegradować go nie można, bo nie ma gdzie :) Czyż to nie piękne? Widzew Łódź byłby wniebowzięty !!!

Majowo

2 komentarzy

 

Maj obok okresu wrzesień-listopad to najpieknieszy okres w Cairns. Sezon monsunowy dawno mamy za sobą. Rano budzi mnie rześkie 22 stopnie by w dzień sięgnąć 28. Jadąc do pracy z nieukrywaną satysfakcją słucham radio, gdzie podają aktualne temperatury na południu. Sydney, Melbourne, Adelajda i Perth mają w granicach 12-15 stopni o 7 rano a Canbera grubo poniżej 10. Maj jest również okresem na rozjechane węże. Nie wiem czy z powodu temperatur, czy okresów lęgowych, lecz codziennie w drodze do pracy widzę kilka sztuk. Za miesiąc zacznie się „sezon na sokoły”. Wtedy to ruszy kampania cukrownicza i kombajny ścinając trzcinę odsłonią nory myszy, szczurów i wszelakich innych gryzoni. Tuż po wschodzie słońca nad polami i drogami krążyć będą drapieżniki. Z ciekawych zjawisk, które zaobserwowałem ostatnio była pełna podwójna tęcza. Tęcze występują tu bardzo często. W poczatkach i końcu mokrego sezonu, kiedy słońce może jeszcze się przebić przez gęsta watę chmur widzę tęcze przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu. Nie często jednak pełny półokrąg, tym bardziej podwójny. Za dwa miesiące nad rankiem będą królowały mgły. I zamknie się kolejny cykl przyrody w krainie niekończącego się lata, gdzie złośliwi rozróżniają jedynie porę mokrą i bardziej mokrą.

W ostatni weekend opuściliśmy dom. Przez dwa dni pakowaliśmy się, rozwoziliśmy rzeczy do nowych miejsc i próbowaliśmy sprzedać to, co zbędne i juz niepotrzebne. Nie sądziłem, że z takim bólem serca przyjdzie rozstać mi się z domem. W piątek cała sprawa przejdzie już definitywnie do historii. Na otarcie łez planuję na weekend wycieczkę na rafę. Tym razem na zewnętrzną, popływać razem z żółwiami i ogromnymi rybami. Na pewno będzie super !!!


  • RSS