harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2010


Vacatio legis (łac. próżnowanie ustawy) to termin prawniczy oznacząjcy okres jaki mija od ogłoszenia nowego prawa do czasu wejścia jego w życie. Celem takiego rozwiązania jest umożliwienie wszystkim zainteresowanym zapoznania się z nowymi regulacjami oraz przygotowania się do nowych zasad. Termin jaki mija od ogłoszenia aktu normatywnego do dnia wejścia w życie zalezy oczywiście od rangi i stopnia skomplikowania nowych zasad. Inny bowiem bedzie dla Konstytucji a inny dla ogłoszenia stanu wyjątkowego. Dla „zwykłych uregulowań” w Polsce jest to przeważnie 14 dni od daty publikacji.

W Australii, która dla wielu jawi się „Państwem Prawa” naturalne powinno być, że rządzący nie zaskakują społeczeństwa z dnia na dzień rozwiązaniami, które stawiają ich w trudnej sytuacji bez terminu przejściowego, możliwości i czasu na dostosowanie się. Do niedawna również i ja stałem na takim stanowisku, choć ostatnio mocno zacząłem je weryfikować. Wpłynął na to szereg decyzji rządu Kevina „ministranta” Rudda, kótre jasno pokazują, że rządzący uprawiają zamordyzm i mają społeczeństwo za motłoch.

Zaczęło się od zeszłorocznego wycofania się z rządowego dofinansowania domowych instalacji produkujących energię elektryczną. W ramach targów politycznych poprzedni rząd Johna Howarda zgodził sie dopłacać do 8000 AUD ludziom, którzy zdecydują się na swoich dachach założyc baterie słoneczne o mocy od 1-10 KW. Nie był to bynajmniej efekt proekologicznej polityki ówczesnego premiera, ale cena jaką zapłacił za poparcie przez „zielonych” wprowadzenia podatku VAT (GST) w Australii. Działało to tak, że ludzie instalowali system na własny koszt a następnie składali wniosek o przynanie „rabatu”. W trakcie prac nad tegorocznym budżetem rząd Kevina „ministranta” Rudda dał do zrozumienia, że z powodu oszczędności budżetowych program ten zostanie zawieszony. Wprowadziło to trochę ożywienia do branży, bo kto do tej pory się wahał czy założyć instalację słoneczną zaczął działać by załapać się na dofinansowanie. I nagle w połowie czerwca minister srodowiska ogłosił, że rząd dofinansuje tylko te projekty, które zostana ROZPATRZONE przez urzędników do końca tygodnia !!!. Nie, że nabór aplikacji trwa jeszcze 3 dni, tylko te, które bedą miały szczęście znaleźć się na biurku jakiegoś biurokraty !!! Ile osób zostało na lodzie to tylko tajemnica. Ile firm musiało z dnia na dzień zwolnić pracowników, pozostanie również tajemnicą.

Kolejnym przykładem nie liczenia się z motłochem była zmiana przepisów emigracyjnych. Do tej pory każda zmiana dotyczyła tylko aplikacji zlożonych po dniu wejścia w życie nowych regulacji. Często, jeśli dotyczyło to studentów, dopiero tych, którzy po wejściu wżycie nowych przepisów rozpoczęli studia. Wszytko by nie stawiać w niekorzystnej sytuacji tych, którzy już wydali kilkanaście tysięcy dolarów na naukę. Tym razem rząd Kevina „ministranta” Rudda wprowadził przepisy, które obowiązują nawet osoby, które już złożyły wnioski wizowe. I tak nagle może się okazać, że ktoś spędził kilka lat na nauce, wydał majątek a jego zawód z dnia na dzień spadł z listy „pożądanych” i aplikacja, której samo złożenie kosztowało około 3k AUD stała sie właśnie czymś gorszym od papieru toaletowego.

Następnym przykładem, całkiem podobnym do tego z panelami słonecznymi było zawieszenie programu dofinansowania izolacji termicznych budynków. Sam program byl idiotyczny i od początku niewydolny lecz ogłoszenie, że z dnia na dzień rząd się z niego wycofuje skutkuje tym, że mnóstwo firm zostało z pełnymi magazynami materiałów izolacyjnych, których nikt teraz nie potrzebuje a rzesze pracowników, którzy zakładali instalacje musiało zostać zwolnionych. Ciekawe jak partyjni „spin doktorzy” wytłumaczą ludziom, że za ich rządów nikomu nie stała się krzywda a wręcz wszystkim żyje się lepiej.

Na koniec mała zmiana z ostatniej chwili. W środku dnia dowiadujemy się, że od północy rząd podnosi akcyzę na papierosy o 25%. Jako niepalącemu powinno mi to „powiewać”, lecz trudno mi się pogodzić z faktem, że ktoś z dnia na dzień podnosi podatek o 25%. Teraz czekam na radosną konferencję prasową Kevina „ministranta” Rudda na której powie „Kochani obywatele, ludu pracujący (working families) Australii dwa tygodnie temu wprowadziliśmy nowy podatek, smotne mamy (single mothers), emeryci i renciści (pensioners), opiekunowie (carrers) nigdy nie miały się lepiej w Australii niż dziś !!!”.

 
Biurokracja przy sprzedaży domu w Australii, a przynajmniej w stanie Queensland ogrniaczona jest do minimum. Kiedy po wielu podchodach uda się w końcu złapać klienta Agent podsuwa standardową umowę. Z góry ustalony wzór to 3 strony podpunktów plus jakieś pouczenie. Po podpisaniu przesyła się umowę do prawnika i czaka na termin zapadalności poszczególnych warunków. Domyslnie zazwyczaj są trzy. Dom musi przejść inspekcję budowlaną, inspekcją „robaczaną” oraz nabywca musi zgromadzić pieniądze. Jeśli w terminach określonych w umowie nie zostają zgłoszone zastrzeżenia uznaje się dany warunek za spełniony. W ten sposób 21 kwietnia minał termin do kiedy kupiec mógł zerwać umowę ze względu na stan budynku lub z powodu zarobaczenia i czekaliśmy już tylko na to czy dostanie kredyt. Ten warunek został spełniony we wtorek i tym samym umowa stała się obowiązująca. Tego dnia, 27 kwietnia o godzinie 17:00 stałem się znów bezdomny. Teraz musimy opuscić lokum i przekazać je nabywcy dokładnie 14 maja. To dokona już nasz prawnik. Coś się kończy, coś się zaczyna pisał Sapkowski. W moim życiu z pewnością właśnie skończył sie pewien etap. Teraz czas rozejrzeć się co można zacząć. 
 


W Australii niezbyt popularne jest jeżdżenie „okazją”. Przynajmniej nie tak popularne jak w Europie. Dla mnie jest to kolejna rzecz z kategorii „australijski ewenement”, bowiem w kraju gdzie praktycznie nie istnieje komunikacja publiczna autostop powinien być o niebo bardziej rozpowszechniony niż w pokrytej gęsta siecią pociągów czy PKSów Europie. Dlatego jadąc gdziekolwiek staram się w miarę możliwości podwozić autostopowiczów. A mam ku temu sposobność codziennie jadąc do pracy.

Wracając w piątek z Innisfail zauważyłem jak po poboczu drepta człowiek z charakterystycznie uniesionym palcem do góry. Zatrzymałem się. Po krótkiej wymianie zdań władował mi się do samochodu typowy „wyspiarz”, mieszkaniec wysp rozrzuconych pomiędzy Półwyspem York a Nową Gwineą. Jak już wielokrotnie wspominałem, wyspiarze nie są spokrewnieni ani z Aborygenami ani z Papuasami. To mieszanka etnicznych Melanezyjczyków i Polinezyjczyków. Mój pasażer miał ciemno brązową skórę, czarne niczym dwa węgielki żywe oczy, krótko obcięte kręcone włosy. Był wychnięty na wiór, sama skóra, ścięgna i kości. Jak na trampa i włoczykija odzienie miał nadwyraz schludne i czyste. Już tym samym odróżniał się od większości ciemnoskórych podróznych. Ruszyliśmy w stronę Cairns.

- Skąd pochodzisz Romek ? – zapytał po uprzedniej wymianie grzeczności.
- Z Europy, a dokładniej z Polski. Słyszałeś kiedys o takim kraju? – odparłem
- No oczywiście. Co ty masz mnie za głupka? – zirytował się David mój rozmówca. – Polska to wielki kraj z bogata historią. macie wielki i waleczny naród, który wsławił się niejednokrotnie.
- W sumie masz rację. – odrzekłem kurtuazyjnie myśląc w duchu, że trafiłem na kogoś wyszczekanego niczym akwizytor handlowiec z Melbourne. W duchu zaś dodałem „echh, pewnie nie masz pojęcia nawet, że istnieje taki kraj, ale inteligentny jesteś, bo w sumie połechtasz dumę narodową każdego w ten sposób, a sprzedajesz takie kawałki, że trudno im zaprzeczyć”.
- Czytałem o waszej historii – kontynuował David, a ja zastanawiałem się jak daleko zabrnie i ile bedzie w stanie lawirować operując ogólnikami.
- W 1683 roku uratowaliście Europę przed Turkami. Wasz król Żan Sobieski rozbił pod Wiedniem w proch turecką armię. Użył przy tym wspaniałej kawalerii wyposażonej w skrzydła z ptasimi piórami, które wytwarzały taki wizg, że wróg uciekł w popłochu.
- Jan the third Sobieski – tyle tylko zdołałem powiedzieć, moje oczy nabrały rozmiarów monety 50 centowej, a szczęka opadła do podłogi.
- A później jeszcze raz Polacy uratowali Europę. W 1922 roku pod Warszawą Dżozef Pisucki pokonał Rosjan i odwlekł od Europy groźbę zalania komunizmem.
- W 1920. – poprawiłem, lecz nie byłem w stanie wykrzesać z siebie ani słowa więcej. Oto bowiem człowiek z małej wysepki na końcu Rafy Koralowej nie tylko wie gdzie lezy Polska, co nie często się zdarza Australijczykom, nawet tym „dobrze wykształconym”, lecz bezsprzecznie zna kilka faktów z naszej historii.

Dalsza droga do Cairns upłynęła w atmosferze mojego najszczerszego podziwu dla przygodnego pasażera. David okazał się kopalnią informacji, szczególnie na temat Półwyspu York i okolicznych wysp. Dowiedziałem się, że są jeszcze miejsca, dokąd można odbyć pionierską podróż morską. Na większość Wysp najłatwiej bowiem dostać się statkiem, który dostarcza zaopatrzenie. Na jego wyspę płynie się dwa dni i jedną noc a statek odpływa z Cairns co dwa tygodnie. Dowiedziałem się jak na imie ma kapitan i ile za taka podróż kasuje. Podwiozłem go w Cairns dokładnie pod wskazaną lokalizację. Dostałem adres i zapewnienie, że zawsze bede miłym gościem u Niego na wyspie. Rosztalismy się a moje zdziwienie i zaskoczenie pozostało jeszcze ze dwa dni. Po powrocie do domu rzuciłem się na internet by poszukać przynajmniej 2 bohaterów narodowych z Kambodży :)
 


Małymi kroczkami posuwamy się „na przód”. W zeszłym tygodniu podpisaliśmy kontrakt na sprzedaż domu. Nie dostaliśmy takiej ceny jaka by nas zadowalała lecz to lepsze niż „wożenie” się z domem na karku przez następne miesiące. Kontrakt stanie się bezwarunkowy 20 kwietnia, a na wyprowadzkę mamy czas do 14 maja. To z pewnością koniec pewnej epoki. Przynajmniej dla mnie, bo bardzo jestem związany emocjonalnie z tym domem i tym miejscem. Może przywiązuję zbyt dużą wage do symboli, bo ten dom był dla mnie symbolem czegoś. Po garbusie, to kolejna z naistotniejszych rzeczy którą należało zmknąć.

Dziś natomiast w chyba najdłuższą podróż swojego życia wyruszył Kłopot. Punktualnie o 10:00 zapukała do naszych drzwi pani kurier. Kłopot jak na pół dzikusa przystało od razu dała nura do szafy, gdzie skryła się na samym koniuszku. Wywlec ją stamtąd w obecności obcego nie było łatwo. Pisząc te słowa podziwiam piekną 7 cm szramę, która ciągnie mi się przez zewnetrzną stronę dłoni. Specjalną klatkę przystosowaną do podrózy lotniczych wyściełaliśmy znajomym Kłopotowi kocem przesiąkniętym jej i Szpulki zapachem. Do kompletu dorzuciliśmy jej ulubioną zabawkę. Po umieszczeniu w klatce, Kłopot ku mojemu największemu zaskoczeniu, nie rzucała się na oślep próbujac panicznie wydostac się na zewnątrz. Była bardziej zaciekawiona niż spanikowana. Kiedy umieściłem ją w samochodzie pani kurier widziałem, że zupełnie nie jest zestresowana, powiedziałbym nawet lekko zrelaksowana. Zrobiło mi się troche lżej na duszy, bo najorsze co mogłoby się zdarzyć, to rozstanie się z Kłopotem szaleńczo próbujacą się uwolnić z zamknięcia. Dziś czeka ją lot do Sydney. Tam spędzi noc, gdzie ją nakarmią i napoją, jak również przejdzie ostatnie badanie weterynaryjne. Jutro o 15:30 wylatuje do Londynu a później do Warszawy, gdzie przybedzie w czwartek o 17:15 miejscowego czasu. Dopóki nie dostane informacji od kuzyna, że kot został odebrany cały i zdrowy bedę siedział jak na szpilkach. I tak ze zwykłego dachowca urodzonego na plantacji bananów na dalekiej północy australijskiego stanu Qeensland Kłopot stanie się najdroższym sierściuchem w Skarżysku :) Powodzenia moja księżniczko !!!


  • RSS