harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010


Degrengolada  – staczanie się; upadek moralny a. materialny.  Etym. – fr. dégringolade pot. ‚jw., spadek wartości (pieniądza)’ od dégringoler ‚staczać się’.
Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych

Proces degrengolady naszego związku postępuje w najlepsze. Głównymi aktywami, których staramy się pozbyć jest dom, garbus i Kłopot. Od czasu ostatniej notki na ten temat posunęliśmy się nieco do przodu w niszczeniu wszystkiego tego, co zbudowane zostało na przestrzeni ostatnich 7 lat. A chyba najbardziej w nadziei na przyszłość.

Dom. W Australii nieruchomości sprzedaje się za pośrednictwem Agenta. Jest to zawód, który wraz z dilerem używanych samochodów okupuje sam dół listy profesji cieszących się społecznym zaufaniem i szczacunkiem. I muszę powiedzieć, że oba te zawody sumiennie zapracowały na swoją opinię. Co więc robi taki agent by sprzedać nasz dom? Generalnie głównie bierze prowizję i to nie małą. W Australii (przynajmniej w QLD), jak na każde socjalistyczne państwo przystało, prowizja jest uregulowana urzędowo. Wynosi ona 4000 AUD od pierwszych 80 tys. wartości domu i 2,5% od nadwyżki ponad to. Łatwo wyliczyć, że za dom wart 400 tys. agent pobierze sobie 12 tys. prowizji. Poza prowizją agent refakturuje na klienta koszty ogłoszeń w prasie i internecie. Faktury są według cennika gazety, więc teoretycznie na nich nie zarabia, lecz w praktyce dostaje duże rabaty i upusty od kwot cennikowych. Raz na dwa tygodnie agent „organizuje” Open House, czyli zjawia się w domu, gdzie przez godzinę czeka na ewentualnych chętnych, którzy przyjdą (albo i nie) oglądać dom. Nasz dom jest już na rynku 3 tygodnie. W przeciągu kilku pierwszych dni mieliśmy kilku oglądających. Po tygodniu od wystawienia agentka zorganizowała pierwszy Open House. W podsumowaniu powiedziała, że w tym okresie aż dwanaście osób oglądało dom i kilka było zainteresowanych. Och, jak wspaniale, dobrze że coś się dzieje, to lepiej niż jakby miał się nikt nie interesować. Przez następne dwa tygodnie agentka nie przyprowadziła nikogo. Nieśmiało zacząłem podejrzewać, że ona po prostu ściemniała. Wczoraj utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdyż udało nam się złapać ją na kłamstwie. Po niezbyt udanym „open house”, gdzie przez dwa dni zjawił się tylko 1 oglądający zadzwoniła zostawiając informację, że popracuje nad osobą, której pokazywała nasz dom w poniedziałek. Szkopuł w tym, że w poniedziałek Szpulka siedziała cały boży dzień w domu nie wystawiając na zewnątrz nawet jednej dziurki od nosa i jakoś nie spotkała się z Agentką. Jak widać akcja „sprzedać dom” nadal w toku.

Garbus - Niestety mimo najlepszych chęci nie byliśmy w stanie skończyć remontu Juniora. Jasne również się stało, że w zaistniałej sytuacji będzie on tylko balastem. Nie wszystkie domy mają garaże, część ma jedynie zadaszone miejsca parkingowe, gdzie trzymanie remontowanego samochodu na pastwę warunków atmosferycznych i przypadkowych ludzi o lepkich rękach jest nie najlepszym pomysłem. Tym bardziej, że jako singiel na 99% będę szukał mieszkania, gdzie garaże są już na prawdę rżadkością. Nie było innej rady, niż dać ogłoszenie do gazety. Ku mojemu zdziwieniu po ukazaniu się ogłoszenia zainteresowanie było ogromne. Po niewielkim zamieszaniu pojawił się u nas pewien jegomość w okolicach 50-tki, który powiedział, że przygarnie Juniora i zostawił zaliczkę. Miał wrócić w weekend, nie wrócił. Minęło pół tygodnia, nie dawał żadnego sygnału, więc zostawiłem mu wiadomość. Dwa dni później przyszedł i powiedział, że jednak nie weźmie tego samochodu, bo nie ma miejsca. No cóż za palant !!! Złapałem za telefon i obdzwoniłem wszystkich chętnych z poprzedniego tygodnia. Opowiedziała młoda dziewczyna. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie. Przyjechała z chłopakiem, obejrzeli samochód i powiedzieli, że biorą. Następnego dnia przyjechali z laweta i zabrali wszystkie „zabawki”. Jeden problem mniej.

Kłopot – Jak już pisałem zanosi się na to, że Kłopot będzie najdroższym siersciuchem w Skarżysku. Trzy tygodnie temu odwiedziliśmy weterynarza, gdzie kocina dostała odpowiednie szczepionki i została „zachipowana”. Szczepionka przeciw wściekliźnie potrzebuje 21 dni by zacząć być skuteczną, więc powinno już być wszystko w porządku. Teraz nadszedł czas by mu zarezerwować bilety i zorganizować całą podróż na druga stronę globusa. Na chwile obecną nie jawi się to jako problem, lecz zwykła rzecz do zrealizowania.

Ja staram sobie co dziennie powtarzać, że „szklanka jest w połowie pełna, nie w połowie pusta”. Nie jest to jednak takie łatwe. Nastąpiło coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca w moim życiu. Zawsze do tej pory miałem plan A, plan B, plan C a nie rzadko nawet plan K, L, Ł i inne literki. Dopóki żyłem z Ulą był tylko jeden plan, plan A. Nie potrzebowałem żadnych innych. Była tylko ona, jedynie słuszna droga, cel do którego należy dążyć uparcie i który powoli zaczął byc osiągalny. Teraz trzyma mnie przy życiu jakaś „akcja”, coś się dzieje ale to nie będzie trwało wiecznie. Garbus już poszedł, kot niebawem też zostanie wysłany a i dom się sprzeda w bliżej określonym horyzoncie czasowym. Później  w moim życiu pojawi się pustka, jakiej nigdy dotąd nie było. Pustka, która mnie przeraża. Przeraża mnie na równi z myślą, że nie mam żadnego pomysłu jak i czym ją wypełnić. Czasami czuje się jak schizofrenik. Stoje gdzieś obok siebie i widzę jak w niezrozumiałym szale pędzę ku katastrofie niczym leming ku przepaści. Obserwuję to jako widz i miotam się z bezsilności, że to moje alter ego, które stoi jeszcze twardo obiema nogami na ziemi nie ma żadnych możliwości wpływu na ta drugą samodestrukcyjną naturę. Bo taka dwoista jest moja natura i o ile w życiu zawodowym radzę sobie całkiem nieźle, tak w życiu prywatnym nie radzę sobie w ogóle.

 
Z okazji rozpoczynających się właśnie Igrzysk w Vancouver małe przypomnienie okoliczności zdobycia pierwszego w historii złotego medalu Zimowych Igrzysk Olimpijskich dla Australii. Proszę zobaczyć jakiż to duch walki wstąpił w Stevena Bradbury, jak „gryzł ziemię” i walczył do upadłego zgodnie z olimpijskimi ideałami współzawodnictwa. 
Małe uzupełnienie, dal tych, którzy porównają to do szczęścia jakie miał nasz Wojciech Fortuna. Otóż do Fortuny uśmiechnęło się szczęście tylko raz, w pierwszym skoku. Steven Bradbury w ćwierćfinale, z którego awansowało 2 zawodników zajął dopiero 3 miejsce. Wszedł jednak do półfinału po dyskusyjnej dyskwalifikacji Kanadyjczyka Gagona. W półfinale wyraźnie odstawał od czołówki i tylko kraksa przed metą (fuks po raz drugi) pozwoliła mu zakwalifikować się do finału, gdzie jak widzimy na klipie podjął bezpośrednią i bezpardonowa walkę o najwyższe trofeum :) 
 

Motto:

Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podnoszenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej Ojczyzny.

J. Cyrankiewicz, Poznań 29 czerwca 1956


Dziewczyny, czy Wasz facet zaniedbuje Was w łóżku siedząc na internecie i oglądając sprośne kawałki? A może Wasza partnerka pod wpływem światowej pajęczyny robi niedwuznaczne komentarze odnośnie rozmiarów waszej męskości czy sprawności w łóżku? Jeśli tak, to pakujcie walizki i przyjeżdżajcie do Australii. Tu bowiem żyją ludzie, którzy nie zostali zdemoralizowani i wypaczeni przez bezduszny internet !!!! Jak wynika z opublikowanych właśnie badań większość Aussiech jest bardzo grzeczna i właściwie nie wie co to pornografia. :)

Do dziś myślałem, że podążamy „chińską ścieżką” cenzury sieci, ale teraz to już jestem przekonany, że bliżej nam do Iranu.  Jak donosi stacja ABC, wiekszośc Australijczyków nie ogląda pornografii w internecie i gorąco popiera rządowy program filtrowania stron zawierających niepoprawne treści. Badania przeprowadzone przez program „Hungry Beast” wskazały co następuje: tylko 20% przyznaje się do oglądania legalnej pornografii (przypomnijmy, że w AU większość fetyszy jest nielegalna), wiekszość Aussiech jest czysta niczym dzieci przystepujące do pierwszej komunii, bowiem aż 60% powiedziała, że nigdy w zyciu nie widziała żadnej pornografii w internecie. Skoro  jak twierdzi nasz kochany rząd pornografia jest tak powszechna, że nie sposób się na nią nie natknąć i trzeba się przed tym specjalnie chronić, to wynika, że 60% społeczeństwa to zwykłe kołki nieumiejące obsługiwać komputera :)  Co więcej 80% badanych popiera wprowadzenie filtru internetowego blokujacego dostęp do stron, które cenzura uzna za niewłaściwe. Toż jest dopiero argument legitymizujacy działania Kevina „ministranta” Rudda !!!  Słowem cały naród popiera swój rząd, a program partii programem narodu. Zablokujmy Aussiem dostęp do pornografii w interesie ochrony najmłodszych, w interesie „working families”, Aboriginal and Torres Strait communities, w interesie wyeliminowania perwersji, w interesie naszej Ojczyzny !!!

Dla tych, którzy mówią, że programy TVP są robione pod zamówienie partyjne i nie pokazują rzeczywistosci tylko propagandę, nadmienię , że ABC jest telewizją państwową pod kontrolą aktualnie rządzących sił. A motto wybrałem nie tylko ze względu na bliskie podobieństwo propagandy w Australii i PRL, ale również dlatego, że Cyrankiewicz w życiu prywatnym miał duże powodzenie u kobiet, co skrzętnie wykorzystywał. Miał trzy oficjalne żony (nie jednocześnie oczywiście, bo to nie Kadafi) i niezliczone rzesze kochanek. Nie stronił również od sprośnych grafik i fotografii.

 

Some things in life are bad,
They can really make you mad,
Other things just make you swear and curse.
When you’re chewing on life’s gristle
Don’t grumble, give a whistle.
And this’ll help things turn out for the best.
And….
Always look on the bright side of life, (whistle)
Always look on the bright side of life, (whistle)
If life seems jolly rotten,
There’s something you’ve forgotten,
And that’s to laugh and smile and dance and sing.
When you’re feeling in the dumps,
Don’t be silly chumps.
Just purse your lips and whistle, that’s the thing.
And…
Always look on the bright side of life. (whistle)
Come on…
Always look on the bright side of life…
For life is quite absurd,
And death’s the final word,
You must always face the curtain with a bow.
Forget about your sin,
Give the audience a grin,
Enjoy it – it’s your last chance anyhow.
So always look on the bright side of death,
Just before you draw your terminal breath,
Life’s a piece of shit,
When you look at it,
Life’s a laugh and death’s a joke, it’s true.
You’ll see it’s all a show,
Keep ‚em laughing as you go.
Just remember that the last laugh is on you.
And always look on the bright side of life,
Always look on the right side of life,
      Come on guys, cheer up.
Always look on the bright side of life.
      Worse things happen at sea, you know.
Always look on the bright side of life.
      I mean – what have you got to lose?
      You know, you come from nothing,
      you’re going back to nothing.
      What have you lost?  Nothing!
Dziękuję Wojtku !!!!


Jestem w emocjonalnej rozsypce. Moje nastroje wahają się od krótkotrwałych poziomów względnej równowagi, kiedy po długiej rozmowie przez g-g czy Skype z którymś z nielicznych przyjaciół, kładę się spać z myślą, że coś się wykluje, bo zawsze coś się wykluwa, aż po przeważąjące poczucie, że wszystko co najlepsze już dawno mi się przytrafiło i dalej bedzie już tylko gorzej. Jeśli to jest depresja, to Rów Mariański wygląda przy niej jak pikuś. Słowa pocieszenia w komentarzach na blogu i na e-maila są bardzo ważne lecz najwięcej otrzeźwienia przynoszą krótkie, cięte i dowcipne riposty dystansujace się trochę od zaistniałej sytuacji. Na chwilę obecną cytatem dnia, tygodnia czy nawet miesiąca niech będą słowa pewnego naszego wspólnego znajomego, który po obejrzeniu na Facebook’u profilu Szpulki nowego partnera stwierdził: „No to teraz zamiast fotek z Syrii czy Laosu na Naszą Klasę będzie wysyłać zdjęcia z dużego pokoju”. I nie ma w tym złośliwości, bowiem życie u boku domatora bedzie wyglądać inaczej niż z powsinogą.

W pracy chodzę nieobecny, jakby ogłuszony obuchem od siekiery. Większośc współpracowników nie kojarzy jednak tego z problemami osobistymi, co doprowadziło w tym tygodniu do bardzo zaskakującej, chwytającej za gardło i oszałamiającej sytuacji.  Ale od początku. Sprawa wiąże się pośrednio z KIA. Dokładnie po 60 dniach od awarii dostałem z powrotem „naprawiony” samochód. Po tygodniu wylądował w warsztacie po raz trzeci. Następnego dnia odebrałem samochód, ale nie do końca sprawny. Dopiero główny inżynier w fabryczce zlitował się, wziął auto na halę, rozebrał silnik i przeczyścił tak jak należy. W poniedziałek padła pompa od wspomagania kierownicy i oba paski klinowe, więc we wtorek znów nawiedziłem warsztat. Tego dnia pożyczyłem samochód od recepcjonistki, która była w mieście na szkoleniu. W pracy kląłem jak szewc na najwyższą jakość wytworów koreańskiego przemysłu, poprzysiągłem wendetę do końca życia oraz wysłałem e-maila do Premiera Tuska i Prezydenta Kaczyńskiego z prośbą by Polska zawiesiła członkostwo w ONZ dopóki na czele tej organizacji stoi Koreańczyk !!! Kiedy już mi przeszło i ochłonąłem, w rozmowie z Frankiem wspomniałem, że chcę go nauczyć kilku rzeczy, bowiem nie wiem, czy nie zdecyduję się na odejście z firmy i chciałbym, by w razie gdy mnie zabraknie mógł sam sobie przez jakiś czas poradzić. Ponieważ w mojej głowie 90% czasu tkwi myśl jak bedzie wyglądał „krajobraz po Szpulce” nawet nie przewidziałem, że może to być odebrane na opak. W czwartek po przerwie śniadaniowej Frank, Colin i Jodie poprosili mnie o rozmowę na osobności. Zaznaczyli, że jest to ich osobista inicjatywa i by nikogo nie mieszać. Doszli do wniosku, że za moją decyzją o odejściu z firmy stoją kłopoty finansowe związane z kosmicznymi wydatkami jakie ponoszę ostatnio na samochód i zaproponowali, że zrzucą się we trójkę 10K AUD jeśli jest to w stanie wpłynąć na moją decyzję. Stałem jak wryty nie mogąc wydusić z siebie słowa, bo co miałem powiedzieć? Że są dobrymi ludźmi, jakich we współczesnym świecie mało, że od dawna nie spotkało mnie coś podobnego, czy że po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem się komuś potrzebny i to w okresie kiedy dano mi do zrozumienia, że „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść” odstawiając jak niepotrzebny już przedmiot? Prawie się popłakałem, bo wzruszyłem się autentycznie. Jednocześnie dotarło do mnie, że podświadomie sporo namieszałem. Podziękowałem za tą ofertę i wyjaśniłem, że moje wahania spowodowane są głównie tym, że jeszcze nie wiem co będę robił po sprzedaży domu i wśród kilku opcji jest również i taka, że odejdę z pracy i nie chciałbym zostawiać po sobie syfu, więc za wczasu bez względu na decyzję jakiej jeszcze nie podjąłem, chciałbym by profilaktycznie nauczyli sie kilku rzeczy. Nie mniej jednak, tak jakbym ostatnio miał zbyt mało emocji, rozmowa ta przyspieszyła tylko pęd emocjonalnego rollercastera, którym obecnie podróżuję przez życie powodując jeszcze większe przeciążenia. 


  • RSS