harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

 

Dzień 41. 
Około południa dzwoni do mnie manager serwisu zapewniając solennie, że samochód będzie w środę do końca dnia. Stanowczo żadam spotkania i wyjaśnień. Zgadza się na spotkanie i obiecuje, że odpowie na wszystkie pytania. 
Dzień 42. 
Kwadrans przed piąta po południu człowiek z serwisu dzwoni….. do Szpulki. Ta na szczęście jest na mieście więc zdążyła jeszcze podejść do warsztatu, odebrać kluczyki i zapłacić. 
Dzień 43. 
Dzwoni do mnie manager z pytaniem czy możemy przełożyć spotkanie na jutro na godzinę 12.00. Zgadzam się. 
Dzień 44. 
W drodze do warsztatu Kijanka strasznie dziwnie się zachowuje. Na skrzyżowaniach na luzie silnik pracuje w zakresie 1100-1500 obrotów. Czasami nawet skacze do prawie 2000. Wpadam do serwisu tylko po to by dowiedzieć się, że manager jest od dziś na urlopie. Proszę kolesia, który mnie tak zwodził z terminami by zerknął na samochód. Zgadza się, że obroty są za wysokie. Rezerwuje mi miejsce na pierwszy dzień roboczy po świętach na 8 rano. Ruszam spod warsztatu. Silnik zaczyna się dławić i dziwnie zachowywać. Na desce rozdzielczej bije po oczach kontrolka awarii silnika. Wracam do serwisu z jadaczką od ucha do ucha. Robię taką wojnę, że czekam tylko aż zbiegną się ochroniarze z pobliskiego centrum handlowego. W efekcie Kijanka zostaje w serwisie a ja wracam do domu autem zastępczym. Samochodzik jest nówka, ma jeszcze folię na podłodze. Teraz jak mam czym jeździć to mogą trzymać mój samochód nawet do Wielkanocy jeśli mają taką ochotę. 
Samochodu znów nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.

Stara świecka

1 komentarz

 

Tatuś Tradycji: O tym imieniu to ci jeszcze powiem, że takie dziecko – Tradycja, to się ostatnio w Gdańsku narodziło. Masz, czytaj!
Paluch: „Po ceremonii w pałacu ślubów… państwo młodzi udali się dooo raady zakładowej, gdzie dostali wiązanki ślubnych kwiatów. Wszyscy wzruszeni faktem, że są świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji”. Rzeczywiście! To w związkach zawodowych im się urodziła? 
Tatuś Tradycji: Pisze, nie? 
W kultowej polskiej komedii na siłę forsowano nową świecką tradycję. W Australii mamy również świecką tradycję bożonarodzeniową, choć nie jest ona tak nowa. Przywędrowała tu już z Angolami. Australijską tradycją są świąteczne zakupy. Okresem świątecznym, zarówno przed, jak i po Bożym Narodzeniu wcale nie rządzi malutki Jezus, ani też Maryja czy Józef. Okres ten jest współcześnie w całości poświecony Hermesowi, bogowi wędrowców, złodziei, handlu, kupców, oraz posłańców.
Szał przedświąteczny zaczyna się na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Kiedy w Polsce pojawiały się głosy oburzenia, że świąteczne dekoracje w połowie listopada to lekka przesada, my już zdążyliśmy się nimi znudzić. W Australii bowiem, świąteczne towary pojawiają się pod koniec września a w listopadzie już nikogo nie szokują. Prawdziwa gorączka ogarnia jednak lud pracujący (working families) tydzień przed „godziną 0″. Wtedy to większość galerii handlowych, które normalnie zamykane są między 16 a 17, pracuje do godziny 21. Parkingi przed centrami zapełniają się prawie po brzegi. Kulminacja tego szaleństwa przychodzi tuż przed świętami. Dnia 23.12 sklepy otwierane są o godzinie 6 rano i zaczyna się 36 godzinny maraton. To jedyna noc w roku, kiedy sklepy czynne są całą dobę. W Wigilię nie można znaleźć miejsca już nie tylko na parkingu przed centrum, ale nawet na trawnikach wokół galerii i sąsiadujących uliczkach. Punktualnie o godzinie 18.00 następuje przesilenie. Sklepy są zamykane, klienci udają się na krótką przerwę do domów. Handlowcy wcale jednak nie mają wolnego. Za zamkniętymi drzwiami sklepów praca wre. Trwają przygotowania do poswiątecznych wyprzedaży. 
Wielka wyprzedaż zaczyna się w Australii już 26 grudnia. Sklepy otwierane są tego dnia o 5 rano (sic !!!) i tłum rusza do akcji. Ale nikt tego lepiej nie opisze jak Kabaret Ani Mru Mru: „A więc tłum przed drzwiami to w pierwszych rzędach renciści i emeryci oraz osoby, które cierpią na bezsenność, albowiem, żeby stanąć w pierwszej lini, trzeba tu było być około 22 już wczoraj. Zaraz za nimi, lekko z lewej bezrobotni, dalej wycieczki szkolne, a po prawej konsumenci z zaprzyjaźnionego z naszym miastem Sosnowca. A później to już kolejno: matki z dziećmi, emeryci, młodzież, renciści i znów emeryci. ” Jeśli akcja dzieje się w Sydney czy Melbourne słowa emeryci i renciści należy zamienić na hindusi i Azjaci. Konsumenci z Sosnowca trafią się chyba wszędzie. Sceny z panienkami regularnie okładającymi się po mordzie i wyrywającymi sobie nawzajem z rąk przecenioną bluzeczkę będą gościły tego wieczora w telewizyjnych serwisach informacyjnych. 
Takie właśnie mamy w Australii bożonarodzeniowe świeckie tradycje. 

 

Kiedy zespół Blenders śpiewał że standard w Polsce obsługi klienta to „baba nadęta od lat nie uśmiechnięta” wszyscy ze zrozumieniem kiwają głową i wzdychają do najlepszych standardów w krajach „rozwiniętych”. Popatrzmy jak taki najlepszy standard może wyglądać. 
Dzień 0 
Niespełna 23 miesięczna Kia, prowadzona przez jednego kierowcę, głównie w cyklu pozamiejskim, serwisowana na czas u tego samego autoryzowanego dealera z niewiadomych powodów staje w trakcie jazdy. Samochód zostaje odholowany do warsztatu, wielofranczyzowego autoryzowanego punktu obsługi marek m.in. takich jak Volvo czy Jaguar. Obietnica naprawy jeszcze tego samego dnia. O godzinie 16.30 dowiaduję się, że to poważna awaria silnika i potrzebują 3 dni na wyjęcie silnika z samochodu, rozebranie i stwierdzenie usterki. 
Dzień 3 
Mimo obiecanego kotaktu nikt się nie odzywa. 
Dzień 6
Warsztat zostawia informację na mojej poczcie głosowej, że nadal nic nie wiedzą 
Dzień 9.
Około południa dostaję telefon, że do końca dnia powinni mieć już pełną informację o kosztach i czasie potrzebnym na naprawę. Mimo tego telefonu nikt się ze mną nie kontaktuje przez następne kilka dni. 
Dzień 14. 
Z samego rana otrzymuję telefon, że nadal nie znają całkowitych kosztów naprawy ani czasu potrzebnego na jej wykonanie. 
Dzień 16
Z samego rana kontaktuję się z serwisem by dowiedzieć się dokłądnie tego samego, co dwa ni wcześniej. Nie znane koszty ani czas naprawy. Nie wytrzymuję, dzwonię do Managera Serwisu. Z rozmowy wynika, że dupek jeszcze większy niż jego podwładni. Mimo to, pojawia się, to co jeszcze tego samego ranka było niemożliwe czyli kwota naprawy i szacowany czas – do trzech tygodni. 
Dzień 17. 
Daję autoryzację do zamówienia części. 
Dzień 23.
Nie mają przez tydzień kontaktu prosze o informację o postępach. Czy części zostały zamówione, jakie mają terminy dostaw. Odpowiedź – „Liczę na to, że większość części będzie w dniu 28. 
Dzień 28.
Kontaktuję się z serwisem sprawdzić jak idzie. Odpowiedź: Większość części już mamy, ciągle czekamy na kilka innych, które powinny przyjść dnia 35, a samochód będzie złożony do kupy dnia 37 i 38. 
Dzień 36.
Kontaktuje się z warsztatem czy już dostali części, które „na pewno” miały być dnia 35. W odpowiedzi otrzymuję informację, że spodziewają się ich dziś i złożą samochód do końca dnia 38. 
Dzień 38. 
Około południa kontaktuję się z serwisem czy są w stanie dotrzymać obietnicy, którą złożyli w dniu 28 i powtórzyli dnia 36. Oczywiście nie. Prognozowany nowy termin oddania – dzień 41 lub 42. Dzwonię do departamentu obsługi klienta z oficjalną reklamacją oraz piszę e-maila do serwisu z kopią do managera, że chcę pisemnego raportu o tym jak toczyły się prace nad naprawą mojego samochodu oraz informację czy zamierzają trzymać się wyceny, którą dali mi dnia 16, czy też i tu mnie zrobia w wała. Manager serwisu, który ma mój numer komórkowy oraz do pracy wybiera telefon do Szpulki. W końcu wysyła mi e-maila w którym zapewnia, że samochód będzie gotowy dnia 43, czyli dzień później niż obiecywali jego chłopcy z warsztatu. 
Samochodu wciąż nie mam. Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. Czy ktoś zna jakąś australijską instytucję, która mogłaby zbadać czy moje prawa konsumenckie nie zostały w tym przypadku naruszone? 

Nie wszyscy emigranci trafili do Australii z wyrachowania czy czystego przypadku. Całkiem spora grupa nieprzystosowanych do „nowoczesnego” życia indywidualności, żyjących w zamkniętym  świecie swoich marzeń i pragnień, nierzadko całkiem oderwanych od rzeczywistości trafiła tu w pogoni za ułudą, światem istniejącym w książkach Arkadego Fidlera, Janusza Wolniewicza czy Wojciecha Dąbrowskiego. Dla nich rodzina LeSueur z Cairns jest tym czym dla suchej studni woda, order Lenina dla prawdziwego komunisty czy wyrywający się z tysięcy gardeł piłkarskich kiboli okrzyk „ch… ci w dupę” dla Roberta Biedronia.

Gavin i Catherine LeSueur wraz z trójką dzieci oraz dwoma kotami zamieszkali na pokładzie katamaranu „Chaotic Harmony” w kwietniu 2006 roku. W lipcu tego samego roku opuścili port w Cairns wypływając w dwuletni rejs po Pacyfiku. Ich trasa wiodła poprzez Luiziady, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy, Fidżi i Nową Kaledonię z powrotem do Cairns. Fascynuje mnie jak piecioosobowa rodzina potrafiła się zorganizować na 13,7m katamaranie i wieść na tyle ile to jest możliwe normalne życie. Choć nie da się ukryć, że normalne ono nie było. Ich najmłodszy syn Fletcher, który miał 3 lata kiedy wyruszyli z pewnością odstawał od swoich rówieśników, którzy zostali na lądzie. Zamiast happy meal w McDonaldzie jadał to, co złapało się na wędkę i owoce które dostarczali mieszkańcy mijanych wiosek, zamiast japońskiej mangi śledził delfiny śmigające obok katamaranu, nie nauczył się jeździć ani na rowerze ani na deskorolce. Nie miała normalnego życia australijskiej nastolatki również Estela, najstarsza z rodzeństwa, która podaczas rejsu obchodziła 16 urodziny. Rzekłbym miała dość ograniczoną okazję urwania się na randkę z chłopakiem.

Na przestrzeni dwóch lat LeSueur’owie przeżyli kilka sztormów, odwiedzili setki błękitnych lagun i bezludnych wysepek. Wytrzymać tak długo w pięć osób (plus dwa koty) na ograniczonej przestrzeni katamaranu wymaga żelaznego charakteru i ogromnych pokładów tolerancji. O tym wszystkim, co przytrafiło się podczas podróży możecie przeczytać TU. Lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcieliby rzucić zaszufladkowane życie i rzucić się w wir wolności, niezależności i przygody. Czemu o tym piszę? Bo to jest własnie dla mnie niemal jak biblia, wzór niedoścignionych marzeń i pragnień. Rodzina, która stoi za sobą murem, dzieląca jedną pasję i ten powiew wolności i możliwości decydowania co zrobić juro. Niestety musi upłynąć jeszcze trochę wody w Barron River zanim zrealizuje podobny scenariusz, a zrealizuje na pewno. 

Chaotic Harmony podczas rejsu.

DSCN1156
I cumująca w marinie w Cairns


  • RSS