harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

Przedłużająca się cisza na blogu spowodowana jest tym, że w ostatnich dniach moje życie uległo całkowitemu wywróceniu. Nie chcę wnikać w szczegóły, bowiem chyba wyrosłem z okresu emocjonalnego ekshibicjonizmu na blogu. Wszak i tak w miarę upływu czasu wszystko się wyjaśni. Tak czy siak, bardzo ciężko mi zebrać myśli a sklecenie trzech zdań z sensem nabiera znamion „mission impossible”.
 Na szczęście dla bloga w tym tygodniu miała miejsce całkiem sympatyczna sytuacja w Fabryczce. W środku tygodnia tak się złożyło, że biuro było nieco opustoszałe. Bezzębny wraz ze Zbieraczem Zamówień podróżowali służbowo, główny inżynier doglądał na hali inspekcji suwnic a kierownicy sekcji maszyn i sekcji „montowania” z braku personelu zakasali rękawy i pracowali na równi ze swoimi podopiecznymi. W biurze było w cicho i spokojnie. Wkurzało jedynie równomierne buczenie klimatyzatorów. Czasami kiedy wpadało w wibrację drewniane obicie ścian, na których wiszą klimatyzatory po prostu je wyłączałem na kilka minut. Siedząc w błogiej ciszy i dłubiąc z nudów w nosie wyrwany zostałem z letargu odgłosem skrobania w ścianę korytarza. W miejscu gdzie mieści się nasze biuro takich dźwięków się nie lekceważy. Poderwałem się na nogi i pobiegłem sprawdzić. 
W wąskim przedsionku oddzielający pokój kierowników sekcji, głównego inżyniera, archiwum i pomieszczenie Bezzębnego zobaczyłem coś wielkości piłki do koszykówki w całości pokryte kolcami. Było niesamowicie szybkie. W panicznych ruchach biegało od ściany do drzwi starając się znaleźć jakąkolwiek drogę ucieczki. Jodie – krzyknąłem do naszej koleżanki z pracy, wołaj Shanona, powiedz by wziął rękawiczki i worek, mamy jeża w biurze. Jodie w drodze z recepcji na miejsce zdarzenia uświadomiła mnie, że w Australii nie ma jeży, a ja dopiero wtedy zobaczyłem długi rurkowaty pyszczek i charakterystyczne dla samca wydłużone pazury – ostrogi. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że po raz pierwszy na żywo widzę jedną z australijskich ikon – kolczatkę. 
Shanon, nasz specjalista od węży, krokodyli i wszelkich innych dzikich żyjątek, fachowo obejrzał kolczastą kulkę. Była w dobrej formie, wymagała jedynie usunięcia kilku kleszczy. Po krótkiej sesji zdjęciowej rozeszliśmy się z powrotem do swoich obowiązków. Shanon poszedł spawać kolejne wagony, Jodie odbierać telefony a ja dłubać w nosie. Kolczatka jeszcze tego samego wieczora wróciła do lasu. 
IMG_3991
Kolczatka rozrabiająca na korytarzu. Niesamowicie szybki zwierz
musiał się wślizgnąć gdy ktoś wychodził z biura na halę.

IMG_3992

Tu nieco widąć charakterystyczny długi ryjek. 
IMG_3993
A tu pięknie wyeksponowane „ostrogi”.
P.S. W naszym biurze dość często pojawiają się niespodziewani goście. Największym zaskoczeniem jednak było jak robotnicy zaczynający pracę z samego rana zastali na hali …… dwa konie !!!


Ostatnimi czasy miałem taki okres, w którym jak to mawiają człowiek byłby w stanie przytulić się choćby do jeża. Stąd właśnie przedłużająca się cisza. Trochę się wydarzyło ostatnio, choć niewiele dobrego. W zeszły wtorek rano w drodze do pracy odmówiła posłuszeństwa kijanka. Tak po prostu. Jechałem i nagle zgasł silnik. Więcej nie odpaliłem. Chwyciłem za telefon, zadzwoniłem do ubezpieczyciela by zorganizować holowanie do warsztatu. Ponieważ nie miałem przy sobie numeru polisy, musieli mnie zidentyfikować po danych osobowych. Miły Pan w call centre, o dziwo nie Hindus, na początek sprzedał mi przedłużenie plisy. Za moim przyzwoleniem, bo w tamtej chwili byłem zdecydowany przedłużyć polisę, która kończy mi się 28 listopada. Chwilę później, dowiedziałem się, że polisa zwana „pełną o szerokim zakresie” (full comprehensive) nie działa w przypaku kosztów holowania. Pan poradził mi zadzwonić do konkurencji, po czym nie był w stanie podać mi żadnego numeru alarmowego, z którego mógłbym skorzystać w zaistniałej sytuacji. Poradziłem mu, by nie naciągał firmy na znaczki, oszczędził trochę drzew i dał sobie spokój z przesyłaniem mi papierowej kopii nowej polisy, bo są firmy, które pieniądze potrafią brac z równą łatwością, ale czasami też potrafią pomóc w sytuacji alarmowej. Zadzwoniłem do konkurencji, w warsztacie byłem w ciągu 3 kwadransów. Jedyny autoryzowany serwis w mieście, w którym najpierw z konieczności (by zachować gwarancję) a później z przyzwyczajenia robiłem każdy przegląd okresowy daleki jest od standardów obsługi klienta, do których przywykłem w Polsce. Samochód przyjęli do naprawy i słuch po nim zaginął. Najpierw obiecywali naprawę jeszcze tego samego dnia. Później dowiedziałem się, że usterka jest poważna i muszą wyciągnąć i rozebrać silnik a na to potrzebują 3 dni. Najwyraźniej to jednak jest zbyt mało, gdyż mimo obietnic i moich telefonów od czasu usterki nikt nie raczył zadzwonić z jakąkolwiek informacją. Sprawa mnie strasznie frustruje, gdyż samochód jest niespełna 2 letni, serwisowany na czas w tym samym autoryzowanym warsztacie, prowadzony przez jednego kierowcę, który nie ma temperamentu Kubicy czy Niki Laudy a na dodatek eksploatowany jest na codzień na dokładnie tym samym odcinku łatwej drogi. Jeśli auto nie jest koreańskim gównem, w takich warunkach nie ma prawa wystapić poważna usterka silnika.

W dniu awarii Szpulka miała egazmin. Jeden z ważniejszych. Specjalnie by się przygotować wzięła tydzień urlopu. Po wyjściu z warsztatu postanowiłem zadzwonić i nagrać się jej na poczcie głosowej. Widziałem, że ma wyłączony telefon i że odsłucha wiadomość kiedy skończy. Tak się złożyło, że wyłączony telefon zaczął dzwonić w środku egzaminu i nie było możliwości ani odebrać ani odrzucić połączenia. Wszak przecież był wyłączony i nic nie działało. Nic poza dzwonkiem przychodzącej rozmowy. Na oczach wszystkich studentów, potępiona jako ta, która nie umie uszanować kolegów i wbrew jasnym nakazom nie wyłączyła komórki Szpulka została wyproszona z egzaminu. Mawiając językiem gier komputerowych, dodatkowe -50 do samopoczucia w tym dniu.

Z wydarzeń zeszłego tygonia płynie kilka życiowych mądrości, które wszyscy znamy, lecz nikt nie bierze ich na serio dopóki się nie przytrafią. Pierwsza z nich. Wytwory koreańskiej myśli technologicznej mimo, że dużo ładniej opakowane są tak samo gównianie jak wtedy, gdy Daewoo przejmowało warszawskie FSO. Należy je unikać wielkim łukiem, a jeśli się już zdarzy nieszczęście wejścia w ich posiadanie trzeba koniecznie sprzedać tuż przed końcem gwarancji. Od rozwoju sytuacji zależy, czy przystanę do partii politycznej, która ma w programie wyrżnięcie producentów do ostatniego plemnika, czy też ograniczę się tylko do bojkotu ich wyrobów. Przy ubezpieczaniu czegokolwiek sprawdź dokładnie polisę, bo bardziej niż odszkodowanie w przypadku powodzi, uderzenia meteoru czy globalnego ocieplenia przydaje się zwykłe holowanie w przypadku awarii. To be continued.


  • RSS