harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

Co z tą gospodarką?

1 komentarz


Australijska ekonomia jest dobrym przykładem zjawiska zwanego Chorobą Holenderską lub czasami deindustrializacją. Sytuacja taka ma miejsce, gdy odkrycie nowych złóż surowców (lub w tym przypadku światowy boom lat 2000-2008) powoduje wysysanie zasobów z pozostałych działów. Szybko rozwijające się górnictwo generowało coraz większe zapotrzebowanie na kapitał i pracę i oba te czynniki uzyskiwało kosztem innych gałęzi gospodarki. Na domiar złego rządzący zamiast zmniejszać dysproporcje kierując fundusze do zagrożonych obszarów wpompowali ogromne nakłady kapitałowe własnie do górnictwa. W połączeniu z gwałtowną industrializacją Chin powstała sytuacja w której przedsiębiorcy masowo ograniczają swoją produkcję w Australii. Przejawia się to zarówno w całkowitym zamykaniu  fabryk, jak i przenoszeniu za granicę najbardziej skomplikowanych procesów i pozostawieniu na miejscu jedynie montowni składających wyroby końcowe „z klocków”. To ostatnie zjawisko w miejscowym slangu okresla się „Ikea State” (kraj Ikea), czyli kraju gdzie (jak przy zakupach z Ikea) do zmontowania wyrobu potrzebny jest jedynie śrubokręt i ewentualnie klucz trzpieniowy. Prawdziwy problem pojawia się w chwili, gdy w ogarniętym Chorobą Holenderską kraju kończy się okres prosperity na surowce. Maleje wtedy zapotrzebowanie górnictwa na pracę a pozostałe działy gospodarki skanibalizowane uprzednio przez ten sektor nie sa w stanie w krótkim czasie wchłonąć nadmiaru ludzi. Często dochodzi również do kuriozalnych sytuacji, kiedy na rynku szaleje bezrobocie a fabryki cierpią na brak pracowników. To z kolei zasługa lokalnej filozofii zatrudnienia, w której nie ma miejsce na myślenie kategoriami „chcesz pracować dla nas a nie masz kwalifikacji, przyłącz się a my Cię wyszkolimy”.

Załamanie gospodarcze, którego własnie doświadczamy to idealna sytuacja dla „spin doctorów”. Właśnie teraz, jak nigdy mają pole do głoszenia, że sytuacja wcale nie jest tak zła jak to się wydaje. Najbardziej bawiło mnie, jak media przygotowywały „lud pracujący” na podwyżkę stóp procentowych. Przez kilka tygodni na każdym kroku powtarzano, że „cieszymy się rekordowo niskim poziomem stóp”. I nikt nie śmiał się wyhylić, że stopu procentowe w Australii sa 3 razy wyższe niż w strefie Euro, 6 razy wyższe niż w Wielkiej Brytanii, 12 razy wyższe niż w Kanadzie czy Szwajcarii. Równie złudne wrażenie powodują dane o bezrobociu. Jak wspominałem wcześniej, w Australii dane o bezrobociu powstają nie na bazie sprawozdań składanych przez firmy lecz na podstawie wywiadów telefonicznych jakie przeprowadza urząd statystyczny z grupą losowo wybranych repsondentów. Dodatkowo wystarczy by respondent pracował w danym tygodniu ponad 1 godzinę by nie uznać go za bezrobotnego. Szacowane w ten sposób dane zrównują pełnoetatową pracę w górnictwie, za którą można utrzymać całą rodzinę z dorywczą pracą na kasie w supermarkecie, za którą można utrzymać samochód jak resztę dołożą rodzice.
 

W moim najbliższym otoczeniu da się również zauważyć ww. problemy w odpowiedniej skali. Fabryczka co prawda oparła się Chorobie Holenderskiej, ale mieliśmy kilku chetnych by przejść do górnictwa. Oparliśmy się, bo jeden z pracowników wycofał wymówienie gdy dowiedział się, że żona jest w ciąży a drugi zrezygnował, bo musiał być na miejscu z powodu choroby ojca. Obaj byli chyba najbardziej wykwalifikowanymi ludźmi w fabryce. Dopadła nas przypadłość „Ikea State”. Kiedyś kupowaliśmy surową stal w sztabach dziś przychodzą do nas półfabrykaty docięte na miarę, z przewierconymi otworami gotowe do skręceia/zespawania. Cierpimy również na braki personelu przy szalejącym bezrobociu. Przesuwamy klientom terminy dostaw mimo, że pracujemy w nadgodzinach, bo mamy 100% wykorzystania załogi a wśród dziesiątek ludzi, którzy zostawiają na recepcji swoje aplikacje nie ma nikogo, kto by miał wystarczające kwalifikacje by mógł stać przy maszynie przez 8 godzin i wciskać guzik. No i na koniec należy dołożyć wciąż rosnące bezrobocie. Kilka dni temu podano, że w Cairns wynosi ono 13.8%, co mając na względzie metody kalkulacyjne ABS można oczytać jako 21%-22%. Taki poziom rodzi już poważne problemy społeczne.

Na koniec pragnę podkreślić, że to moje subiektywne spojrzenie na obecną sytuację, w przeciwieństwie do niektórych użytkowników portali dla australijskiej Polonii, którzy sądzą, że to co sobie myślą ze szwagrem to jest zdanie opinii publicznej.

Wielbłąd

6 komentarzy


Na początku swojej kariery zawodowej trafiłem do firmy, gdzie stanowisko v-ce dyrektora d/s finansowych piastowała Pani Wiesia. W przeciwieństwie do swojego (i naszego) szefa, który był dyplomatą w rzeczywistości i w przenośni, Pani Wiesia miała subtelność rozpędzonej dywizji pancernej i taie też pojęcie o finansach. Będąc wówczas młodym i „nieopierzonym” analitykiem wraz z całym zespołem nie mogliśmy się nadziwić jak ktoś tak doświadczony i wykształcony jak nasz szef, ktoś kto potrafi Ci powiedzieć spierdalaj w taki sposób, że poczujesz podniecenie przed nadchodzącą podróżą, ustanowił na swojego zastępce osobę tak kiepską merytorycznie. Dziś już wiem, że to była wyśmienita zagrywka. Pani Wiesia nie miała prawie żadnych kompetencji, więc spieprzyć mogła niewiele. Była za to dla dyrektora tym, czym jest Jacek Kurski dla PiS a Janusz Palikot dla PO, jego bulterierem. To ona użerała się z ludźmi, na niej skupiały się wszelkie złe reakcje, to ona była tarczą oddzielającą dyrektora i pozwalającą zając się meritum bez użerania się z całym światem. Dzięki temu mieliśmy klasyczny duet „dobry policjant / zły policjant”. Pani Wiesia miała jednak swoje ambicje. Jedną z nich było znalezienie „wskaźnika doskonałego”. W jej wizjach była to wielkość, która opisuje kondycje finansową firmy. Jedna liczba, która mówi wszystko, czy firma kwitnie, czy ledwo zipie, czy się rozwija czy też wręcz przeciwnie, wielkość uniwersalna dla wszystkich podmiotów. Przez cały czas naszej współpracy męczyła każdego analityka tym zagadnieniem zarzucając co rusz to nowe pomysły i wizje. Minęło już 9 lat od kiedy pożegnałem gościnne progi firmy w której spotkałem Panią Wiesię i jej nazwisko nigdy nie pojawiło się wśród nominowanych do nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Widocznie nadal pracuje nad swoim wskaźnikiem.

W Korporacji niedawno powstała idea, że musimy usprawnić procesy w naszym rozproszonym po całej Australii zespole. Całość została bardzo ładnie rozpisana na projekty w ramach których wyznaczono zadania. Każde zadanie ma lidera, zespół, konkretny cel i „dead line”. Jak zwykle bywa, obowiązki są rozpisane dokładnie, srodki do ich realizacji pominięto. Jednym z zadań jest stworzenie nowego systemu raportów miesięcznych. Tak się złożyło, że mam pecha być w tym zespole. Praca jako żywo bedzie przypominała walkę Pani Wiesi z wskaźnikiem doskonałym, bo jak porównać pracę odlewni do produkcji wagonów kolejowych? Jak w odlewni nie dowiozą na czas np. manganu, to można wyciągnąć inne formy, stopić surówkę i wykonać odlewy wg. innej receptury, takiej gdzie są wszystkie składniki. U nas jeśli nie dowiozą kół, to klapa, bo wagon bez kół ze stanowiska montażowego nie zjedzie. W odlewniach występuje duża wartość dodana. Ze złomu powstają odlewy, których cena końcowa jest wielokrotnością watrości użytych materiałów, w Fabryczce wręcz odwrotnie, to koszt materiału jest istotną wielkością. Przykłady można mnożyć. I tak, nie mylicie się. Raport miesięczny ma byc zunifikowany, jeden dla wszystkich Fabryczek naszej dywizji. Raport, który niezależnie od profilu powie szefowi pionu czy dana Fabryczka ma się lepiej czy gorzej od pozostałych. Kiedy na wtorkowej telekonferencji usłyszałem o tym projekcie stanęła mi przed oczami Pani Wiesia jak żywa. Chwilę później wybieraliśmy „krypotonimy” dla każdego z projektów/zadań. Dla tego, w którym uczestniczę zaproponowałem nazwę „Camel”. Miało być szyderczo i prześmiewczo, ale o ironio nazwa się spodobała i została oficjalnie przez zespół przyjęta, więc już im nie tłumaczyłem, że wielbłąd to nic innego jak koń zaprojektowany przez kolektyw. 
 

 


Uważny czytelnik bez problemu zauważy, że mam dość krytyczny stosunek do tego, co nazywa się tolerancją w kraju kangura, misia koali tudzież innych wombatów. Zazwyczaj dotyczy to stosunku rdzennych Aussiech do emigrantów lub tubylców. Trudno to dostrzec w dużych miastach, gdzie większość stanowi „element napływowy”. Inaczej wygląda sprawa tu w FNQ. W biurze gdzie pracuje widać to dobitnie. Jestem jedyną osoba urodzoną poza terytorium Australii, co więcej tylko jedna z pozostałych osób, choć sama urodzona w Australii ma rodziców imigrantów. Wszyscy pozostali są Australijczykami urodzonymi z obojga rodziców urodzonych w Australii. W takim towarzystwie wymiana poglądów następuje sprawniej niż w biurach, gdzie znaczną część załogi stanowią emigranci. Upraszaczając Aussie dzielą ludzi następująco: bogowie – biali obywatele Australii z urodzenia, ludzie – biali emigranci z krajów anglojęzycznych, podludzie – biali emigranci z pozostałych państw, często mogą przeskoczyć do wyższej kategorii, ale bogami nie zostaną nigdy. Dalej już jest „nawóz”, czyli Hindusi, Azjaci, Arabowie i pozostali kolorowi emigranci, następne w kolejce są owce i kangury a po nich klasyfikują się Wyspiarze i Aborygeni. Sprawa nie jest jednak tak jednokierunkowa jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Aborygeni, Wyspiarze, „nawóz” i podludzie też mają swój ciekawy stosunek do Aussiech, którego przykład dane mi było widzieć w środę. Kangury i owce zostały zdyskryminowane i nie brały w tym udziału.

Zaczęło się w poniedziałek. Dostałem e-maila, że koordynator programów etnicznych w radio, gdzie co środę prowadzę audycję zwołał w trybie pilnym spotkanie wszystkich prezenterów programów etnicznych. Ponieważ spotkanie zaczynało się godzinę przed moim programem postanowiłem się tam zjawić. Na początku koordynator zapewnił, że nie zwołał tego spotkania jako „funkcyjny” lecz jako zwykły członek radio, później ostrzegł, że „cokolwiek powiemy może być użyte przeciwko nam” dlatego lepiej byśmy przemyśleli każdą wypowiedź zanim otworzymy usta, po czym przeszedł do rzeczy. Otóż na zebraniu „komitetu wykonawczego” radia jedna z osób powiedziała, że miała skargi od swoich przyjaciół na jakość programów w języku angielskim prowadzonych przez obcokrajowców. Rzuciła też uwagę, że programy takie powinny być prowadzone tylko przez prezenterów z australijskim akcentem. Siedziałem tam i patrzyłem osłupiały na to co się dzieje. Wg. mnie sprawa powinna się skończyć na zebraniu komitetu komentarzem, że skoro nie dotarły żadne oficjalne skargi od słuchaczy drogą „służbową”, to nie istnieje sprawa, którą komitet powinien się zająć, a uwaga o Aussie akcencie była nie na miejscu i osoba, która ją wygłosił powinna lepiej dobierać słowa i czasami użyć mózgu zanim puści parę z gęby. Tak się nie stało i stąd owo zebranie w środę. Patrzyłem jak poszczególni rozmówcy wzajemnie się nakręcają. Jak z niemrawej na początku rozmowy, w której nie wiadomo o co chodzi, rodzi się żywiołowa dyskusja. Zaczęło się niegroźnie od propozycji by grzecznie zwrócić uwagę na niefortunność tej wypowiedzi. Później nastapiły ataki personalne. Czekałem tylko aż padnie deklaracja czyją kochanką jest lub była owa Pani. Dalej sprawa potoczyła się lawinowo. Po 45 minutach spotkania prezenterzy kolektywnie doszli do wniosku, że czują się obrażeni i doszło do aktu dyskryminacji ze względu na pochodzenie. Tak, zajęło to około 3 kwadransów by sobie uświadomili jak bardzo zostali znieważeni.  Teraz, kiedy już ustalono zbrodnię przeszli do wymierzania kary. Zaczęło się od pomysłu, że wystosowany zostanie list od prezenterów. Następnie gorączkowo omawiano jego treść. Koreanka, która wiodła prym na przemian z dwoma Filipinkami prześcigała się w podnoszeniu rangi przestępstwa. Z początku list miał wyrażać stanowisko prezenterów etnicznych wobec zaistniałego faktu. Kilka wypowiedzi później już domagano się oficjalnych pisemnych przeprosin. Następnie wysunięto żądania by cały komitet przeprosił za ten niewybaczalny akt dyskryminacji rasowej. W tym momencie musiałem opuścić zebranie, lecz siedząc obok nawiedzonej Koreanki i Filipinki, które najbardziej zdyskryminowała i uraziła wypowiedź jakiej nie słyszały i znają tylko z ustnego przekazu koordynatora przypuszczam, że propozycja by sprawę zgłosić do komisarza d/s dyskryminacji wisiała na włosku. Zacietrzewione jak dwie przekupki na targu pewnie gotowe były zawieźć sprawę do samej Cambery. Najspokojniej w całej sprawie zachowywała się stara, gruba Aborygenka, która obok mnie była chyba jedyna osobą uważającą, że jedyna aferą jaka zaistniała jest ta wykreowana na spotkaniu. Ponieważ wcześniej wyszedłem ze spotkania, teraz spokojnie czekam na protokół, z którego dowiem się czy złoczyńca zasłużył na pal, na ukamienowanie, czy tylko na zwykły stryczek, jak olbrzymie straty moralne ponieśli obrażeni obywatele Australii dla których koreański czy filipiński jest językiem ojczystym i czy wnukom winowajców starczy majątku na zrekompensowanie tych strat.

 


Fitzroy Island w całej okazałości. Fotka ze stron nieczynnego resortu.

 



Takie ławice śmigają przed oczami turystów za dnia.
Miedzy 3 w nocy a 7 rano w tym samym miejscu średnia wielkośc ryby to ponad 1m.



Koralowa plaża z widokiem na stały ląd.



Nudey Beach, miejsce uwiecznione na setkach pocztówek z regionu.
 Ta sama plaża z innego ujęcia znajduje się na fotce głównej bloga.



Żółto-czerwone kajaki wnoszą pewne ożywienie do kadru i łamią monotonię barw.



Autor w okularach spawacza na okrutnie nieprzyjemnej dla stóp koralowej plaży.



Wsłuchując się w szmer korali w oczekiwaniu na zachód słońca.



Droga na szczyt. Wyasfaltowane koleiny pozwalały na dostarczenie zapasów
dla obsługi latarni morskiej.Dziś to dość forsowna ścieżka spacerowa.


LighhouseWalk
Górzysty środek wyspy ma zupełnie inne, bardzej surowe oblicze niż jej zawietrzne plaże.

OldResort1 
Stary Resort. Tablica upamietniająca początek ery turystycznej na wyspie.
Dziś już opuszczony i zaniedbany powoli popada w ruinę.

OldResortBar 
Jeszcze rok temu pod tym niebieskim zadaszeniem słychać było gwar rozmów
 i specyficzne odgłosy nalewanego piwa.

OLDResort3 
Wejście zabito deskami, lecz świateł nie pogaszono.

OldResortBungalow 
Takie drewniane domki z „louversami” zamiast szyb w oknach
i dwoma pietrowymi pryczami w każdym pokoju nie były w stanie
konkurować na współczesnym rynku ani jakościowo, ani cenowo.

ReefarmHouse 
„Reefarm”, opuszczone gospodarstwo morskie. Dom managera.

ReefarmEquipment 
„Reefarm”, resztki instalacji wodnych.

AbandonedTanks 
Wyładowane na brzeg zbiorniki prawdopodobnie nigdy nie zostały zainstalowane.

AbandonedShip 
Kuter został wyciągnięty na ląd by uchronić go przed cyklonem lub dokonac napraw.
Jak widać nigdy juz nie wrócił na morze.

NewResort1 
Najnowsza porażka na Fitzroy Island.
Kilkadziesiąt milionów zainwestowanych dolarów funkcjonuje jak miasto duchów. 

NewResortPool 
Napełniony do połowy basen czeka na gosci hotelowych.

NewResortBuilding 
Moim zdaniem jedna z przyczyn porażki projektu.
Goście płacący po kilkaset dolarów za noc wymagają troche więcej przestzrzeni i prywatności.
Trudno ich zadowolić konstrukcją na miarę taniego hotelu dla Polaków rodem z tureckiej riviery.

NewResortBungalow 
Choć bardziej estetyczne niż domki z poprzedniego resortu,
nadal zbyt drogie by przyciągnąć gości.

NewResortGames 
Wciąż włączone automaty do gier potęgują wrażenie, że wszyscy mieszkańcy resortu
 zostali nagle w jednej chwili zgładzeni przez jakiś niewyobrażalny armagedon.

NewResortAtNight 
Jak niezamieszkała stacja kosmiczna, z włączonymi wszystkimi systemami
podtrzymywania życiaw oczekiwaniu na kolejną załogę wahadłowca.


W ostatni weekend wybraliśmy się na Fitzroy Island, która jest najpiękniejszą i najmniej spenetrowaną przez turystów wyspą w najbliższej okolicy Cairns. Kiedyś prom pływał tam 3 razy dziennie, dziś jest tylko jeden rejs zabierający nie więcej  niż 50-70 osób. Są w okolicach wyspy o dziesięciokrotnie mniejszej powierzchni, gdzie przybijają codziennie dwa wielkie 300 osobowe katamarany.
Opuszczając wczesnym sobotnim rankiem Marinę Merlinów nie mieliśmy zbyt dobrych przeczuć. Ciężkie ołowiane chmury zasłaniały prawie całe niebo. Ładnie kontrastowały z biela kołyszących się leniwie jachtów, lecz nie wróżyły niczego dobrego, słowem zanosiło się na deszcz. Po wyjściu w morze dodatkowo dał o sobie znać wiatr. Pędzone silnymi podmuchami fale sprawiały, że niewielka jednostka tańczyła po wzburzonym oceanie niczym dziecięcy bączek. Dla pasażerów była to atrakcja porównywana z jazdą rollercassterem lub thunderboat’em czyli łodzią, która potwierdza teorię, że jeśli doczepisz silniki o odpowiednio dużej mocy to utrzymasz na powierzchni wody nawet zwykłą cegłę. Oczami wyobraźni widzieliśmy się już moknących w strugach rzęsistego deszczu, w przemoczonym namiocie tęskno patrzących na wzburzoną wodę uniemożliwiającą  pływanie po rafie. Na miejscu okazało się jednak, że jesteśmy ludźmi małej wiary.

Piękna.

Zarówno przystań, jak i plaże na Fitzroy Island znajdują się po zawietrznej stronie wyspy. To niewyobrażalne jak dużą ochronę przed wiatrem daje górujące nad wyspą 270m wzniesienie. W efekcie kiedy dobijamy do pomostu woda jest gładka niczym tafla jeziora. I ten kolor !!!! Na Fitzroy woda zawsze jest błękitno turkusowa. Zawsze, bez względu na porę dnia i oświetlenie. Ilość ryb, które pływają przy pomoście potrafi przyprawić o palpitację serca każdego wędkarza. Turyści schodzący z promu szybko gdzieś się rozpływają. Część z nich pójdzie na malowniczą Nudey Beach by popływać z rurką, inni wybiorą się w forsowną wycieczkę pod górę na wschodni kraniec wyspy do latarni morskiej, jeszcze inni wypożyczą kajaki. Kajaki są żółto-czerwone. Kiedy leżysz na platynowobiałej plaży, patrzysz w błękit nieba, zieleń gór na nieodległym lądzie, turkus wody, kołyszące się leniwie zacumowane nieopodal jachty, to ta żółć i czerwień łamiąca monotonię jest idealnym dopełnieniem obrazu. Ci, którzy wybiorą pływanie z rurką też się nie zawiodą. Na Fitzroy, gdziekolwiek by się nie weszło do wody zawsze trafi się na rafę, a ta posiada nadal całe połacie kolorowych korali. I to właśnie jest niezwykłe, gdyż większość raf na szelfie w okolicach Cairns jest już w kolorze moro. Bura, wyblakła, monohromatyczna. Tak właśnie definiujemy rozwój ludzki, którego nie może stopować jakaś tam rafa. Ale nie tylko korale są atrakcją, można tu spotkać ogromne żółwie morskie, ośmiornice, homary i niezliczone masy różnych kolorowych ryb. Plaża na wyspie jest usypana z połamanych szkieletów korali. Dla tych, którzy tak jak my zdecydują się zostać na wyspie na noc dostępne są jeszcze dwie atrakcje. Pierwsza, to zachód słońca. Spektakularny, kolorowy, eksplodujący na pomarańczowo nad czarnymi wierzchołkami oddalonego o kilka km. w lini prostej łańcucha gór na stałym lądzie. Taki zachód wspaniale się ogląda siedząc na plaży z kubkiem kawy w ręku, gdy ocean szumi w oddali, a przewalane falami przyboju szkielety korali wydają nieustający dźwięk niczym chińskie dzwonki zwane tu „łapaczami duchów’.

Pechowa.

Fitzroy Island jest tak piękna jak i pechowa. Pecha mieli Chińczycy, którzy w XIXw musieli tu przejść kwarantannę zanim pozwolono im zejść na stały ląd. Trzy tysiące osób spakowanych na tak małym obszarze nie miało lekkiego życia. Wyspa nie ma też szczęścia do zarządzających. Ponad 90% obszaru to park narodowy zarządzany przez „Agencję Ochrony Środowiska”, latarnią morską zarządza odpowiednik Urzędu Morskiego, molem Zarząd Portów w Cairns, camping to własność Rady Miasta w Cairns. Nie od dziś wiadomo, że „gdzie kucharek sześć, tam ………. cycków 12″, więc miejsce z tyloma gospodarzami na raz w skutek braku koordynacji zarządzane jest nie najlepiej.  Na dokładkę znajdują się tam 3 prywatne posesje. Fortuna nie była łaskawa dla wszystkich trzech.

Pierwszą jest „stary resort”, onegdaj własność firmy operatora promu na wyspę. Otwierany z pompa w 1981 roku przez ówczesnego premiera Queensland stanowi dziś obraz nędzy i rozpaczy. Opuszczone budynki mają drzwi pozabijane deskami, obszerny kontuar gdzie jeszcze w zeszłym roku nalewano „z kija” piwo dziś zasłania płat blachy falistej. Pozostawione same sobie rabatki zdziczały a starannie pielęgnowana i dopieszczona roślinność ustąpiła miejsca zwykłym chwastom. Młode pędy powoli rozsadzają chodnik z kostki brukowej. Na patio, gdzie były rozstawione stoliki zrzucono materiał nigdy nie rozpoczętego remontu. Upadek tego miejsca wcale mnie nie dziwi. Onegdaj docierały tu trzy promy dziennie a w weekendy organizowano „disco on the reef” a pasażerów zabierał nocny prom o 1 nad ranem. Dziś prom mamy jeden. Małe, ciasne i ciemne drewniane domki przypominające jak żywo standard polskich „campingów” z lat 70-tych, z ceną 200 AUD/noc nie były w stanie sprostać współczesnej konkurencji ani finansowo, ani jakościowo.

Kolejną nieruchomością, której nie sprzyjała fortuna jest gospodarstwo Morskie „Reefarm”. Idąc ścieżką w stronę latarni morskiej napotykamy porzucone na brzegu ogromne „wanny” z włókna szklanego. Ułożone piętrowo sprawiają wrażenie jakby po wyładunku nigdy nie były wykorzystane. Tuż za nimi wyciągnięty na brzeg rdzewieje niewielki kuter. Jego śruba pokryta jest korozją, gruba chropowatą niczym ciało trędowatego. Po przeciwnej stronie ścieżki przez szpary w płocie widać porzucone elementy mniej czy bardziej zdekompletowanych instalacji wodnych, grube przypominające rynny rury PCV, szkielety budowli, które w innych wypadkach można by wziąć za szklarnie. Tuż wyżej, na zboczu opuszczony dom. Na podwórku przed nim rdzewiejący traktor i kilka bliżej nieokreślonych urządzeń. Gospodarstwo powstało w latach 80-tych jako „sen o potędze” aptekarza z Cairns. Zamarzyła mu się hodowla małży na przemysłową skalę. Niestety, to co stosunkowo łatwo da się osiągnąć w akwarium, nie koniecznie mozna powtórzyć na skalę przemysłową. Farma od początku borykała się z dużymi kłopotami  przyczyn powiedziałbym organicznych. Australia od zawsze w rozwoju kieruje się metodą ekstensywną. Jeśli chciano zwiększyć plony, zwiększano areał, nie szukano lepszych, wydajniejszych metod pracy na tym samym obszarze. Tak też zaprojektowano Reefarm. Opierała się na bardzo niewydajnych i niepewnych metodach. Przez wszystkie lata działalności borykała się zarówno z nieefektywną technologią jak i niedofinansowaniem by ostatecznie zostać sprzedaną w 1997 roku.

Największym kompleksem budynków na wyspie jest „Resort Fitzroy Island”, trzeci przypadek biznesu, któremu szczęście nie dopisało. Kompleks został oddany do użytku na początku 2009 roku. Zyskał trochę rozgłosu kiedy na wyspie i w jego wnętrzach kręcono kilka odcinków popularnego telewizyjnego reality show „The Biggest looser” familiarnie nazywanego przez nas „Spaślaki”. Hotel wraz z basenami i całą infrastrukturą funkcjonował około 3 miesięcy. Któregoś pięknego ranka przypłynął właściciel, wskazał 3 osoby, które zostają a resztę zwolnił. Skończyły mu się pieniądze.  Dziś miejsce to wygląda jak z filmu katastroficznego z cyklu „The day after”, tak jakby wszystkich ludzi zabiła broń masowego rażenia a kompleks nadal funkcjonuje, choc nie ma dla kogo. Trudno mieć inne skojarzenie, jeśli w lobby pozostają włączone automaty do gier, tak jakby ktoś odszedł tylko na chwile do baru po drinka. Wybrane pomieszczenia nadal są rotacyjnie klimatyzowane, by tropikalny klimat nie wyrządził szkody wnętrzom. Budynek pozostaje oświetlony, by nie uległy zniczeniu zainstalowane generatory. Wielki basen przed recepcją pozostaje napełniony do połowy by dać możliwość pracy pomp i stacji uzdatniania wody.  W projekt włożono grubo ponad 50 mln AUD !!!!  Oczywiście w większości pieniędzy z kredytów bankowych. Przyszło jednak załamanie gospodarcze i właściciel stał się niewypłacalny. Banki przejęły aktywa i wystawiły je na sprzedaż. Jeśli ktoś dysponuje 45mln AUD na zbyciu kompleks jest do wzięcia. Może w końcu odwróci się jakieś panujące nad wyspą fatum?

Osoby:

Peter, lat 40+, mężczyzna, „poważny” kierownik sekcji „produkcja” w fabryczne dużego koncernu giełdowego, prywatnie zapalony zawodnik jajowatej piłki. To szczególnie ważne dla dalszego rozwoju wypadków, gdyż by uprawiać ten sport trzeba mieć dobry stan zdrowia, kiepski stan umysłu, być odpornym na wiedzę i ciężkim do zasiepania.

Maxi Kaz,  lat około 20, kobieta, 1.8m wzrostu, 40kg wagi, dumna przedstawicielka endemicznego dla Australii gatunku Casuarius casuarius, matka co najmniej 3 młodych

NN, lat 40+, mężczyzna, pracownik agencji stanowej zajmującej się ochroną środowiska w randze strażnika przyrody, ograniczone poczucie empatii i zrozumienia.

Miejsce: Okolice Mission Beach, daleka północ stanu Queensland

Intro:

Nucimy na melodię znanej piosenki T-Raperów znad Wisły.
 

W Far North Queensland, tam gdzie las deszczowy,
Maxi Kaz rusza na łowy.
W gęstych krzakach na śniadanie czeka,
Lepiej mijaj go z daleka.

Akcja:

Na dalekiej północy Queenslandu wczesnowiosenne, ciepłe popołudnie chyli się ku końcowi. Peter wrócił z meczu lokalnej ligi NRL, gdzie trenowana przez niego drużyna dostała strasznego łupnia od będących na gościnnych występach Aborygenów z osady Yarrabah. Żona z dwiema córkami pojechały w odwiedziny do teściowej, chata jest pusta i cicha. Peter wyciąga z lodówki piwo XXXX i siada przed telewizorem. Żadna z relacji piłkarskich nie wciąga go na tyle, by zostać w domu. Przypomina sobie, że miał pojechać obejrzeć teren, gdzie ma powstać nowe osiedle. Developer postawił już ogrodzenie i zaczął niwelację gruntu. Najlepiej będzie podjechać tam Quadem, na skróty między polami, lasem, strumieniem i nowo budowanymi osiedlami. Po kilkunastu minutach jazdy dociera do miejsca, gdzie powstaje jedno z nowych osiedli. Po lewej stronie ma długi drewniany płot postawiony przez developera. Płot ma około 2m wysokości i zbity jest z ściśle przylegających do siebie desek. Po prawej stronie ciągnie się szeroki na 2m i głeboki na ok. 1.5m rów odwadniający. Peter postanawia pojechać wzdłuż płotu i kanału, by objechać osiedle i skręcić we właściwym kierunku. Rusza. Płot jest niewykończony, czasami brakuje całych sekcji. Widać przez nie oczyszczony teren i zarośla po drugiej stronie. Tuż przed końcem płotu staje się jasne, że droga jest ślepa. Peter musi zawrócić quada i w tym momencie jak królik z kapelusza pojawia się za jego plecami kazuar. Sytuacja wygląda następująco. Po jednej stronie 2m płot, po drugiej, rów odwadniający, z przodu rozgałęzienie rowu a za plecami szarżujący Maxi Kaz. Wygląda to nieciekawie. Maxi Kaz na stopie posiada bardzo twardy, ostry pazur, którym bez najmniejszego wysiłku może wypatroszyć człowieka niczym wigilijnego karpia. Uderza adrenalina. Peter staje na quadzie, odkręcając przepustnicę na maksimum zaczyna wrzeszczeć „Chodź tu skur….., zobaczymy kto jest mocniejszy, no chodź, spróbuj.” Maxi Kaz zatrzymuje się zaskoczony tym spektaklem. Peter dostrzega kątem oka porzucony, złamany na sęku kawałek deski. Niewiele myśląc, co jest stanem naturalnym dla niego, chwyta sztachetę i zaczyna wymachiwać odgrażając się, że zatłucze go na śmierć. Przemyslawszy sprawę Maxi Kaz postanawia się oddalić, ale Peter nie rezygnuje i rzuca się ze sztachetą w ręku w pogoń. Dociera do miejsca, gdzie w płocie brakuje całej sekcji, Maxi Kaz salwując się ucieczką wbiega tam. Poczuwszy zew zwycięzcy Peter kontynuuje pogoń, gdy wtem staje jak wryty. Po drugiej stronie płotu, tuż przy dziurze stoi strażnik przyrody z oczami wielkości monet 50 centowych i gębą rozdziawioną niemal do ziemi obserwując sceną, która z jego strony wyglądała mniej więcej tak. Przez nieukończoną sekcją płotu wpada wystraszony na śmierć kazuar biegnąc na oślep tak, że o mało nie połamie nóg. Tuż za nim biegnie mały kurdupel trzymający w reku kawał deski i wykrzykujący różne brzydkie słowa na temat mamusi Maxi Kaza.

Z opowieści jednej ze stron: Strażnik nie wykazał empatii i współczucia. Nie miał również za grosz litości i zdolności aktorskie strony wycenił na 2200 AUD.

Post Scriptum

Z Cairns Post z dnia 17.09.2009.: Dwóch policjantów z Mission Beach stało przy drodze łapiąc kierowców na radar kiedy z lasu wynurzył się rozeźlony kazuar. Sierżant Dan Gallagher opisał sytuację mniej więcej tak: „On był wyższy ode mnie i nie był zadowolony, że stoimy w tym miejscu.  W jego wzroku można było odczytać nie respektujący sprzeciwu rozkaz ‚spierd…. mi stąd’, co też niezwłocznie uczyniliśmy”.

P.S.2 Imię głównego bohatera zostało zmienione.


Należę do ludzi, którzy mają ponadprzeciętnego pecha do zakupów. Jeśli w sklepie na półce jest 10 odkurzaczy, a wśrod nich 1 popsuty, to z pewnością trafi mi się ten uszkodzony. Dodatkowo jestem mało asertywny. W pracy smieją się, że moje zdolności negocjacyjne kończą się na zdaniu „Zamknij się Frank i rób co Ci kazałem”. :) To wszystko razem wzięte zawsze stanowilo dla mnie problem przy próbie zwrotu do zakupionego wcześniej towaru. Trzeba również szczerze przyznać, że w Polsce kultura w tym wzgledzie była kiepska. No teraz to już na pewno jest ho, ho, ho lepiej. W końcu nie było mnie tam juz ponad 4 i pół roku !!! :) W mojej świadomości wciąż brzmią jednak slowa pewnego znajomego, który handlował laptopami. „Każdemu klientowi daję gwarancję zwrotu kasy, oczywiście. I oczywiście nie mam jej zamiaru respektować”. Gazety i internet pełne są przypadków, kiedy gwarancja zwrotu pieniedzy jest tak skonstruowana, że nie opłaca się jej ekzekwować, bo np. żeby zwrócić małowartościową rzecz trzeba zadzwonić na drugi koniec polski a później odesłać towar na własny koszt. I tak ludzie rezygnują z szarpania się o 10 PLN. Kilka razy byłem rownież świadkiem jak klienci z paragonem i towarem w orginalnym opakowaniu w ręku mieli problem ze zwrotem towaru w supermarkecie. Szczerze mówiąc frustrowało mnie to okrutnie. No teraz to już w Polsce na pewno jest ho, ho, ho lepiej. :)

W Australii moje najgorsze fobie i kompleksy niestety nie mają podatnego gruntu do wzrostu. Pisałem już kiedyś na blogu, na co może liczyć klient, jeśli przy kasie supermarketu spożywczego zobaczy, że cena na rachunku jest inna niż cena na półce. Jeśli jest to pojedyńczy towar dostaje go za darmo. Jeśli kupił kilka sztuk, to pierwsze trzy ma za darmo, resztę po cenie z półki. Oczywiście mówimy o przypadkach, gdy cena z półki jest niższa od tej, którą wskazała kasa. Takie przypadki mieliśmy już wielokrotnie. Zdarzyło nam się dostać szampon albo kilogram pistacji. To dotyczy supermarketów spozywczych, ale w sklepach z innym asortymentem też można się targować. Kilka miesięcy temu w sklepie monopolowym zwanym tu na wyrost „supermarketem” kupiłem 0.7l czeskiej Beherowki. Kupiłem, bo cena była atrakcyjna. Przy kasie okazało się, że w systemie cena jest mniej więcej o 50% wyższa. Poprosiłem kierownika, poszliśmy do półki, gdzie w rzędzie równiótko stały ułożone butelki Beherowki. Cena rzeczywiście była niska, tyle, że nie za ten produkt. Nie przeczytałem dokładnie, tego co jest napisane małym drukiem. Pod Beherowka była cena za zupełnie inną wódkę. Zasugerowałem, że alkohole są ułozone w porządku, pod każdym z rodzajów jest odpowiednia cena a ja wybrałem ten własnie alkohol, bo zobaczyłem 38 AUD pod dwoma rzędami równo ustawionych butelek i że ktoś może to uznać za celowe wprowadzanie klienta w błąd. Co zrobił kierownik? Sprzedał mi towar po tej nizszej cenie.

Tak się złożyło, że w ostatnich tygodniach musieliśmy kilkukrotnie zwrócic towar do sklepu. Pierwszy raz spięty jak baranie jaja pobiegłem zwrócić matę termiczną jaką Szpulka kupiła dla stworka, którego nniańczyliśmy niedawno. Zestresowałem się nieco, bo by wyjąć towar trzeba było trochę uszkodzić opakowanie. W sklepie okazało się, że jedynym „problemem”, za który sprzedawca mnie z resztą bardzo przepraszał, było iż pieniądze nie mogą zostać zwrócone w gotowce lecz na kartę kredytową, bo zakup był właśnie na kartę. Niedługo potem wybraliśmy się na piknik. Skuszeni niską ceną materaca nabylismy takowy drogą kupna w supermarkecie. Już na miejscu okazało się, że materac nie był jednak kompletny. Brakowało korka do zaworu. W sklepie przy zwrocie zapytano nas tylko czy chcemy wymienić towar, czy odzyskać gotówkę. Nikomu nie przyszło do glowy by oskarżać klienta, że kupił sprzęt, zdekompletował zabierając potrzebne mu części i próbuje naciągnąć sklep. W ostatnią niedzielę natomiast przyszło nam zwrócić energooszczędne żarówki. Pani w obsłudze klienta zapytała, co jest z nimi nie tak. Zgodnie z prawdą powiedzieliśmy, że żarówki są całkiem w porządku, ale ich nie chcemy i dlatego zwracamy. Jakiś problem? Żadnego; „laeczka” jecze nam podziękowała, że jestesmy ich klientami.

Może to brzmi śmiesznie, ale na prawdę takie sytuacje powodują, że dobrze się tu czuję. Jeden stres mniej w podłym życiu emigranta.


  • RSS