harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009


Nie odpowiadałem na komentarze do poprzedniego wpisu, bo właściwie to musiałem sam sobie odpowiedzieć na parę pytań. Ta przerwa poza chwilą do namysłu pozwoliła mi na kilka odskoczni. Po pierwsze pochłonąłem kilka książek. Przeżułem Trylogię Husycką  Sapkowskiego. Mistrzowski język, choć czasami na siłę zbyt agzaltowany. Fabuła do dupy. Lektura przywiodła mi na myśl gry RPG, gdzie bohater pokonuje coraz większe trudności na coraz wyższych poziomach gry. Lektura ciężka jednak miła. Pochłonąłem też trylogię Ahaja Ziemiańskiego. Mogę powiedzieć, że czyta się ją miło i bezproblemowo. I to wszystko dobre co mozna powiedzieć o dziele Ziemiańskiego. Fabuła nędzna, wiele wątków zupełnie niepotrzebnych, nic nie wnoszących do akcji. Trochę przypomina dzieło emerytowanego wojskowego, który na cały świat patrzy z pryzmatu hełmu, sztabowej mapy i podręcznika taktyki i strategii prowadzenia kampanii wojennej.

W tak zwanym międzyczasie zorganizowaliśmy wypad pod namiot. Niedaleko, nawet nie wyjechaliśmy z Cairns, choć biwakowaliśmy około 120 km od domu. Pojechaliśmy na mały camping na jednej z odludnych plaż. Pole biwakowe oferowało 5 stanowisk. Trafiliśmy na początek szkolnych wakacji, więc odludnie tak nie było. Na stanowisku obok nas rozbiła się aborygeńska ferajna. Dwie dorosłe Aborygenki, jedna Azjatka, szóstka dzieci z czego piątka czarnych a jedno białe, przeraźliwie rude i piegowate. Raz dziennie rozklekotanym sedanem dojeżdżał do nich zaniedbany 50-latek, do którego cała ferajna bez wyjątku zwracała się per „tato”. Wyjazd udał się połowicznie. Chciałem odbyć daleki spacer wzdłóż plaży do osady, gdzie nie prowadzi żadna droga, gdzie można tylko dopłynąć łodzią lub dojść z buta po plaży. Niestety przyroda okazała się tym razem niezbyt łaskawa. Plaża nieopodal pola namiotowego przecięta jest przez zamieszkały przez krokodyle strumień. Jedyna szansa by dostać się na jego drugi brzeg to przebrodzenie w oceanie. Możliwe jest to tylko podczas odpływu. Woda w tym miejscu przybiera około 1.9m, czyli jeśli podczas odpływu jest do połowy łydek, to podczas przypływu sięga ponad głowę. Tego dnia maksymalny odpływ był około godziny 15. Musielibyśmy wyruszyć tak ze dwie godziny przed końcem odpływu, o 13, by wrócić najpóźniej  o 17. Inaczej utknelibyśmy na drugim brzegu do kolejnego odpływu, do 3 nad ranem. Tyle, że w tych godzinach upał jest niemiłosierny. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała gdyby odpływ miał miejsce o godzinie 9 rano. Wtedy poszlibyśmy na dłuuuugi spacer zaraz po wschodzie słońca i wrócili przed 11, kiedy słońce nie piecze jeszcze tak niemiłosiernie. W trakcie tego wypadu zrozumiałem dlaczego niektóre ośrodki reklamują się „child free enviroment”.  Doceni to każdy, kogo o 5 nad ranem obudzi rozkrzyczany, nieokiełznany żywioł.

W Cairns przez wszystkie przypadki odmienia się słowo bezrobocie. Oficjalne statystyki wskazują, że w całej Australii bezrobocie osiągnęło 5,8%. Niby niewiele, lecz główną przyczyną jest sposób w jaki ABS zakłamuje statystyki. Otóż osobę, która pracowała choć przez godzinę tygodniowo nie uznaje się jako bezrobotną. W Australii jest bardzo duzy odsetek ludzi pracujących na niepełne etaty po kilka/kilkanascie godzin tygodniowo. Pod presją firm zajmujących się badaniem rynku ABS przyznało w końcu, że w przeliczeniu na pełne etaty bezrobotnych pozostaje 13,9% (sic !!!). To dotyczy całej Australii. W Cairns ten oficjalny, zaniżony wskaźnik wynosi (w zależności od mediów) od 11,4% do 12,8%. A to już jest tragedia. Na to nakłada się fakt, że Cairns żyje z turystyki a w tym biznesie, jak również w handlu detalicznym odsetek pracowników niepełnoetatowych może sięgać aż 66%, choć zamiast tej ekstremalnej wielkości bliżej jest przyjąć przeciętną około 45%. Dla przykładu w skład działu którym kieruje Szplulka wchodzi 6 osób przy czym tylko 1 ma pełny etat. Pozostali pracują „dorywczo”.  Nakładając to na oficjalne statystyki okazuje się, że bezrobocie w mieście realnie wynosi 25-30%. Mieliśmy nawet swoje 5 minut, kiedy premier Kevin „ministrant” Rudd wspomniał mimochodem o Cairns podczas swojego wystapienia w ONZ. Choć ja uważam, że to taki powód do dumy jak być ostatnim przypadkiem dżumy podczas światowego kongresu zdrowia.

W bardziej ogólnoaustralijskim zakresie przyglądam się jak rozwija się się sprawa ostatnich napaści na studentów z Indii. O co chodzi? Przez wiele lat Australijczycy zapominając jak wyżynali Aborygenów uważali siebie samych za wzór tolerancji rasowej i idealnie pracujący mechanizm wielokulturowego społeczeństwa. Pierwsza poważna rysa na tym kryształowym wizerunku pojawiła się w 2005 roku kiedy w Sydney na Cronulla Beach doszło do reguralnych zamieszek na tle rasowym. Nie tak dawno wypłynęła na powierzchnię afera ze studentami z Indii. Otóż w Sydney i Melbourne lokalna młodzież okazywała Hindusom tradycyjną australijską gościnność urządzając im co pewien czas regularne mordobicia. Wracałem właśnie z pracy do domu słuchając ABC News Radio, kiedy wypowiadał się wysokiej rangi gliniarz z Melbourne. A był to wyjątkowo głupi oficer. W skrócie szedł w zaparte. Powiedział, że żadnych napadów na tle rasowym nie było, a tak w ogóle to przestępczość ciągle spada a w kategorii rozbojów, to już zupełnie odnoszą nieustające pasmo sukcesów. No kretyn niemiłosierny. Jakby powiedział, że bardzo przejęli się sprawą, wzieli do serca, ustanowili priorytety a sprawców złapią i doprowadzą przed oblicze sprawiedliwości byc może sprawa rozeszłaby się po kościach. nawet gdyby nikt nie kiwnął palcem i  nie ruszył się zza biurka. Niestety duma i pycha nie pozwoliła na taki przebieg sprawy, no bo przecież to byłoby przyznanie się, że nie jest dobrze. Od tej chwili sprawa nabrała tempa. Hindusi przestali siedzieć cicho, sprawę podchwyciły media. I tu się okazało, że usługi edukacyjne są trzecim co do wielkości przemysłem eksportowym Australii dostarczającym prawie 15 mld dolarów rocznie. Jak na nieistniejące napady władze dość ciekawie rozegrały sprawę. Na początku poleciała do Indii 10 osobowa delegacja notabli z Wiktorii przekonywać, że Australia jest jednak bezpiecznym miejscem do studiowania. Misja chyba im się nie powiodła, bo w sprawę „nieistniejących” napadów zaangażował się rząd stanowy a później Pani wicepremier rządu federalnego. Ostatnim akordem było spotkanie w USA premierów Indii i Australii, gdzie również poruszano tą kwestię. Musicie przyznać, że dość ciekawa reakcja władz jak na coś co podobno było mało istotne a wręcz nie mające miejsca. Przy okazji niejako rykoszetem padło kilka szkółek wizowych, które wystawiają lipne papiery pozwalające na staranie się o wize studencką (z pozwoleniem na pracę). Ten wątek szybko jednak ukręcono, 15 mld dolarów to bardzo istotna wielkość dla Australijskiej ekonomii, za dużo do stracenia, by była polityczna chęć walki z edukacyjnymi oszustami.

Na koniec coś świeżutkiego. ABC NEws Radio zadało swoim słuchaczom pytanie czy Polański powinien być wydany USA. Prawie 82% respondentów odpowiedziała „tak, oczywiście”. Stacja ta ma bardzo wysoko sprofilowanych odbiorców. Nie są to ani niewykształceni robotnicy, ani farmerzy czy nastoletni studenci. Dlaczego więc ludzie z elity tak głosowali? Może dlatego, że w Australii (poza nielicznymi wyjątkami) nie istnieje pojęcie przedawnienia i za przestępstwo sprzed 30 i więcej lat odpowiada się tak samo jak za to sprzed tygodnia. Może dlatego, że w przekonaiu Aussiech tkwi, że przepisów trzeba zawsze przestrzegać, więc nie powinno się robić żadnych wyjątków bez względu na to kim jest i czego dokonał oskarżony i czy cała procedura ma w ogóle sens i czemuś służy. Musze powiedzieć, że ten wynik nawet lekko mnie rozczarował. Znając australijską mentalność i mając na uwadze obyczajowy aspekt sprawy sądziłem, że za ekstradyjcją będzie powyżej 90%.


Po częstotliwości notek wyraźnie widać, że mam „kryzys twórczy”. W istocie tak jest. I sprawa wygada dość poważnie. Straciłem ostatnio energię i werwę do pisania do tego stopnia, że zastanawiam się czy jest sens kontynuować dalej. Nie piszę tego kokieteryjnie by wymusić komentarze typu „kochamy Cie, pisz bo będzie nam Cię brakować”. Nie jestem hipokrytą, który posunie się do tego, by popławić się chwilę w uwielbieniu, nasycić swoją próżność. Piszę, co mi kołata się po głowie i nad czym się poważnie zastanawiam. Przez długi czas bardzo wiele sytuacji rozważałem w kategoriach „to świetnie nadaje się na bloga lub nie”. Wiele razy łapałem się na tym, że zamiast nad sednem samej rzeczy myślałem jak to ubrać w słowa by umieścić na blogu. Czy bardziej pasuje opis akcji czy sytuacji, czy pisać w pierwszej osobie, czy może z pozycji narratora? Od dłuższego czasu straciłem tą energię. Coraz trudniej i z większym wysiłkiem przychodzi mi sklecenie nowej notki. Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że jest to rodzaj kieratu, który nałożyłem sobie na kark a nie rodzaj spontanicznego i radosnego hobby. Dodatkowo dochodzi autocenzura. Przez lata dzieliłem się na blogu wieloma rzeczami, które aktualnie przykuły moja uwagę, bulwersowały, rozśmieszyły czy wzruszyły. Niedawno czytałem np. o eutanazji w Australii. Poważny temat, wielki dylemat moralny. Chciałem napisać o tym notkę, bo były dwa dobre powody. Z jednej strony Australia była pierwszym krajem, na którego części terytorium legalnie była dozwolona eutanazja i jednocześnie pierwszym krajem, gdzie przeprowadzono eutanazję w majestacie prawa, z drugiej natomiast, sam proces wydał mi się iście diabelski. Zanim doszedł do władzy rząd Johna Howarda, który zniósł przepisy pozwalające na eutanazję dokonano 4 zabiegów. Końcowym ogniwem procedury był komputer uruchamiający mechanizm wstrzykujący śmiertelną dawkę leków. Zanim to nastąpiło pacjent musiał opowiedzieć na ekranie komputera na szereg pytań. Strasznie makabryczna wydała mi się wizja quizu, w którym za udzielenie poprawnej odpowiedzi na wszystkie pytania możesz wygrać własną śmierć. Zacząłem grzebać w sieci, zbierać materiały dokumetujące te przypadki eutanazji. Chciałem sklecić notkę w formie opisu akcji śledzącą któryś z tych przypadków, coś na kształt tej o tsunami. Potem przyszła autocenzura, że mogę zbyt strywializować poważny problem, że to ogromny dylemat moralny dzielący społeczeństwo no i że temat zbyt poważny na bloga. To był jakiś punkt zwrotny, kiedy uświadomiłem sobie, że w ten sposób ocenzurowałem wiele innych tematów zarówno z życia prywatnego jak i ogólnoaustralijskich czy lokalnych.

Co dalej z blogiem? Nasuwa się kilka rozwiązań. Pierwsze, najbardziej drastyczne nazywa się „delete”. Można i tak, ale po co? Drugie to mniej więcej to, które stosuje jak mi przyjdzie w robocie ochota trochę popracować. Po prostu siadam cichutko w kąciku i czekam aż mi przejdzie. To podpowiada głos rozsądku, każdy w końcu ma czasami ujemny biorytm, a po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, jutro też będzie dzień i tuzin podobnych komunałów można znaleźć na ten temat. Rozwiązanie nie głupie, ale nie daje gwarancji, że człowiek znów się zakocha i zacznie znów „iskrzyć” i będzie wszystko tak jak dawniej. Na dodatek, nie ma co czekać tylko ciągnąć ten kierat w nadziei, że jednak się odmieni. Ostatnio jednak zaczęło pączkować we mnie trzecie rozwiązanie. Może wewnętrzną potrzebę pisania zrealizować w inny sposób? Może stworzyć fikcyjnego bohatera, umieścić go w fikcyjnej rzeczywistości i pisać o nim przelewając część swoich marzeń, pragnień i cech charakteru? Stworzyć coś na kształt podrasowanej lub skarykaturyzowanej w krzywym zwierciadle wersji samego siebie? Ale czy to daje jakąkolwiek gwarancję na przyszłość. Nic, nie rozstrzygnę tego w tej notce, więc na razie musi pozostać po staremu. Przynajmniej do chwili gdy zbiorę się w sobie by podjąć decyzję co dalej z blogiem.

Anybody home?

1 komentarz

Zanim się odkopię ze zwału różnorakich spraw, które obecnie mnie przygniotły nie pozostawiając ni chwili na napisanie nowej, ekscytującej i pełnej werwy notki zapodam coś na pohybel australofilom. :) Echh, dla równowagi muszę kiedyś wygrzebać coś co stanie w gardle australofobom. Ale do rzeczy. 

DSCN5621
U nas czas płynie inaczej. Nie wiem jak oni to wykalkulowali, ale od poniedziałku do piątku mija aż 7 dni. 
Careerone
A to już jest mniej zabawne. Jeden z 2 największych portali dla poszukujących pracy przeszedł niedawno gruntowne zmiany. Zmieniła się szata graficzna, poszerzono opcje wyszukiwania. Niestety wynik tych prac bardzo źle świadczy o stanie wiedzy Aussiech o świecie współczesnym. Kliknijcie na fotkę by powiększyć a zrozumiecie o czym mówię. Wg. portalu Litwa, Łotwa, Kirgistan jak również niewidoczne tu Armenia, Estonia czy Białoruś to części składowe Federacji Rosyjskiej. Przewijając pasek na Polskę zastanawiałem się co tam znajdę, Generalną Gubernię czy może jeszcze Księstwo Warszawskie?
 
 

  • RSS