harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2009

Szukając jakiegoś fajnego miejsca, gdzie można byłoby podjechać w weekend znalazłem szczyt o dość orginalnej nazwie. Zobaczcie sami. To ten, którego nazwa jest w kolorze fioletowym.  
To pewnie przywoła usmiech na twarz każdego Polaka. Jest również w Cairns dzielnica, która reguralnie plasuje się w czołówce plebiscytów na najdziwniejszą nazwę w języku angielskim. Do zobaczenia na obrazku poniżej.  
Dla niewładających trudnym narzeczem Shakespeare spieszę wyjaśnić, że nazwę tą przetłumaczyć można jako fiut lub kutas Yorkiego. 
 


26 Grudnia 2004.

Oficer z The Pacific Tsunami Warning Center (PTWC) w Honolulu próbuje dodzwonić się do Instytutu Meteorologii na Sri Lance, bezskutecznie. Kolejno podejmuje dwie bezowocne próby połączenia się z centrum obserwacyjnym Palakelle, a później w stolicy kraju Kolombo. Nie dając za wygraną łączy się z biurem Prezydenta, gdzie nagrana na automatycznej sekretarce wiadomość informuje, iż Pani Prezydent przebywa poza wyspą na prywatnych wakacjach. Wreszcie udaje mu się skontaktować z żywym człowiekiem. Jest to oficer łącznikowy w biurze premiera. Choć premiera nie ma w biurze pracownik PTWC zostawia wiadomość, że z Indonezji nadciąga do nich tsunami. Prosi by jak najszybciej powiadomić o tym premiera. Oficer zapisuje informację w książce po czym nadaje jej drogę służbową. Dwie godziny później na końcu pasa startowego lotniska Katunayake w Kolombo parkuje czarna rządowa limuzyna z tabliczką „Welcome Mr. T. Sunami – Indonesia”.

Niedziela 1 Kwietnia 2007

Gizo – Wyspy Salomona. Dwudziestoletnia Judith jest instruktorem w lokalnej firmie organizującej wyprawy dla nurków. Jak co dzień po skończonej pracy wraca do wynajmowanego do spółki z innymi bungalow na środku wyspy. Choć pora monsunowa juz definitywnie się skończyła na dworzu nadal jest parno i duszno. Wisząca w powietrzu para pogłębia tylko korozję brunatnych od rdzy blaszanych dachów pokrywających wiekszośc budynków w mieście. Coś jeszcze wisi w powietrzu, Judith to czuje, choć sama nie wie co to może być. Niepokoi ją, że nie słyszy skrzeczenia papug, które o tej porze, tuż przed zachodem słońca, wypełniały krzykiem całą wyspę.


Cairns – Australia. James i Nigel znają się od dziecka. Wychowywali się w Gordonvale zwanym podówczas Mulgrave. Ich ojcowie razem pracowali w lokalnej cukrowni, matki zajmowały się domem a oni znani byli całemu osiedlu jako nieokiełznane utapienie. Dziś każdy z nich ma własną rodzinę lecz nadal utrzymują kontakty. Właśnie spotkali się całymi rodzinami na BBQ u Jamesa. Panowie siedza na patio rozprawiając o footy, pracy i inwestycjach. Nigel wlasnie podpisał nowy dwuletni kontrakt w Mont Isa. Będzie pracował dwa tygodnie w Outbacku a później przez 10 dni bedzie w domu. Praca w górnictwie jest dobrze płatna. Nigel chce pomnożyć te pieniądze inwestując w akcje. James przekonuje go, że nieruchomości są bardziej pewne. Ich małżonki zatopione są w rozmowie o nowej miłostce sześćdziesięcioletniego szefa jednego ze znanych hoteli w mieście. Niespełna dziewietnastoletnia kochanka korzystając z poplecznictwa pojawia się niemal w każdej reklamówce w lokalnej TV. Rozmowę kwitują twierdzeniem, że osiemnastoletnia dziwka zawsze bedzie  dobrze wygladać na opalonym kurduplu. Jest ciepły niedzielny wieczór. W powietrzu czuć zapach kwiatów przemieszany z dumem z BBQ. Setki kolorowych papug  niemiłosiernie krzycząc przelatują nad ich głowami by zdążyć schronić się na drzewach przed zachodem słońca. W krzyku dorównują im córki Nigela i Jamesa, które skaczą do upadłego na rozstawionej na trawniku trampolinie. Początkowo dotrzymywała im kroku Misty, pies Nigela, ale teraz zmęczona siedzi pod stolikiem z jęzorem wywieszonym na zewnątrz.


Tokyo lotnisko Narita – Japonia. Ai i Yukiko siedza na pokładzie samolotu Japan Airlines lecącego do Cairns. Głośno rozpamiętują pomyłkę jaką zrobiły po przejściu kontroli paszportowej. Pomyliły numery terminalu i zjechały ruchomymi schodami jeden poziom w dół. Niestety nie mogły już wrócić tą samą drogą, musiały wsiąść do bezzałogowego pociągu, pojechac na sąsiedni terminal, przejść na drugi peron i wrócić pociągiem na drugą stronę torów. Są podekscytowane. Lecą na pół roku do szkoły językowej. Jest jedna rzecz, która je wyróżnia od przeciętnych Japonek udających się do Cairns. Ai i Yukiko nie są klientakmi biura podróży, które zorganizuje im czas od rana do wieczora. Wykupiły co prawda szkołę poprzez pośrednika ale nie zamieszkają z australijską rodziną. Zamieszkają w kampusie z innymi studentami, tak jak większość Europejczyków. Najbardziej jednak nie moga się doczekać wyprawy na rafę koralową. 

Poniedziałek 2 kwietnia 2007

Godzina 6:40 czasu wschodnioaustralijskiego (7:40 lokalnego), około 45 km na południe od Gizo, 10 km pod powierzchnią ma miejsce potężne trzęsienie ziemi o sile 8.1 stopnia. W Gizo przygotowującą się do wyjścia do pracy Judith zaskakuje potężny huk. Brzmi jak olbrzymia eksplozja. Judith zdaje sobie sprawę, że to trzęsienie ziemi, nawiedzają one ten obszar dość często. Profilaktycznie wybiega przed dom. Nie widzi żadnych śladów pęknięć czy paniki. Nagle do jej uszu dobiega potężny szum. Z oddali z oceanu zbliża się olbrzymia fala. Jak zaczarowana patrzy jak fala porywa ze sobą wielką łodź, wdziera się na płyciznę, wypiętrza i uderza z całą niszczycielską siłą w pomosty i nadbrzeżne zabudowania. Cofając się zmywa ze sobą ludzi, przedmioty pozostawione na pomostach, luźne elementy budowli zostawiając w zamian ogromną łódź na środku głównej ulicy miasteczka. Judith nie zdaje sobie sprawy, że właśnie zostali odcięci od świata, gdyż fale zniszczyły pas startowy jak również szpital i szkołę. Nie wie również, że na sąsiedniej wyspie Choiseul fale sięgają 10 metrów i wdarły sie ponad 500 metrów w głąb lądu niszcząc ponad 300 domów.


Godz. 6:53 The Pacific Tsunami Warning Center (PTWC) w Honolulu wydaje pierwsze ostrzeżenie o możliwości wystąpienia fal tsunami na obszarze Wysp Salomona i Papui Nowej Gwinei. Dziesięć minut później ostrzeżenie zostaje rozszerzone o pozostałe kraje południowego wliczając Australię.


Godz. 7:00. W Cairns jest leniwy poniedziałek. Większość ludzi opieszale zbiera się do pracy.  W oddziale biura Meteorologicznego w Cairns panika. Jedyne co biuro może powiedzieć, to że nie wie czy trzęsienie spowodowało falę tsunami i jak moze ona byc wysoka.


Godz. 7:12 Ai i Yukiko są już po odprawie paszportowej i kontroli bagaży. Trochę były zaskoczone tym z jaką gorliwośćią młoda oficer w cieńkich silikonowych rękawiczkach przerzucała zawartośc ich plecaków. W końcu dostały „glejt do wolności”. Mimo zmęczenia po całonocnej podróży ustaliły, że jadą do akademika rzucić bagaże, wziąć prysznic i idą nad ocean. 


Godz. 7:19 Automatyczne czujniki rejestrujące poziom oceanu rozmieszczone wzdłóż wybrzeża Australii zostają przekalibrowane na 1 minutowy cykl pracy. Normalnie dokonuja jednego pomiaru na 10 minut.


Godz. 7:53 W godzinę po informacji otrzymanej z Hawajów biuro meteo w Cairns ogłasza ostrzeżenie dla całego północnego Queensland.


Godz. 7:58 Loaklna linia lotnicza Skytrans odwołuje wszelkie połączenia z Cooktown, lotnisko pozostaje jednak otwarte. Port morski również nie przerywa działalności. Wszystkie łodzie wycieczkowe przygotowują się do wypłynięcia na rafę jak codzień.


Godz. 8:00 Nigel w drodze do pracy słucha radio. Przeważnie jednym uchem wpuszcza a drugim wypuszcza to, co mówi się na antenie. Tym razem jednak sytuacja wyglada zupełnie inaczej. Wysłuchuje w skupieniu komunikatu o trzęsieniu ziemi na Wyspach Salomona i o tym, że fala tsunami dotrze do Cairns o 9:49. Nie zwalniając ani trochę wystukuje na komórce numer domowy. Po trzech dzwonkach odbiera żona. Każe jej natychmiast spakować dzieci, zabrać najpotrzebniejsze dokumenty i czekać przed domem. Drugi telefon wykonuje do Jamesa. Jego kumpel jednak już wie, że nadciąga niszczycielska fala. Właśnie wraz z żoną pakują dobytek do Jeepa.


Godz. 8:08 Z centrum Cairns własciciele i operatorzy zaczynają ewakuować przedszkola.


Godz. 8:13 We francuskiej kolonii Nowa Kaledonia władze organizują ewakuację ludności z terenów zagrożonych. Fala spodziewana jest tam dwie godziny później niż w Cairns. Do najniżej położonych osad wysyłane są ostrzeżenia i zawiadomienia o czasie odjazdu specjalnie podstawionych środków transportu. Mają one mieć bezwzględne pierwszeństwo w stosunku do pojazdów osobowych.


Godz. 8:15 Nigel mija droge prowadzącą do Kurandy. Korek sięga już podnóża gór.


Godz. 8:20 Nigel zjawia się pod domem. Spakowanie żony i 2 córek do samochodu wraz z całym dobytkiem zajmuje im około 5 minut. O godzinie 8:25 wyruszają w stronę Kurandy.


Godz. 8:30 Zgodnie z prognozami fala tsunami właśnie mija stację meteo na małej koralowej wyspie Willis Island. Załoga stacji nie notuje żadnych anomalii ani znaczącego wzrostu poziomu wody. 


Godz. 8:31 Nigel dociera do Smithfield skąd zaczyna się jedna z 2 dróg prowadzących w góry. Przed nim rozpościera się obraz jak z katastroficznego filmu w Hollywood. Wszystkie pasy jezdni zapełnione są samochodami. Korek przemieszcza się z prędkością zmęczonego żółwia. Nigel chwyta za telefon i dzwoni do Jamesa. Ten własnie wraca z Gordonvale. Druga droga, którą można przedostać się w góry została już totalnie zablokowana. James wraca do miasta i bedzie wspinał się do Lake Morris. To położone wysoko w górach jezioro. Ślepa droga, ale przynajmniej bezpiecznie. To nasuwa Nigelowi myśl o pewnym leśnym trakcie zwanym Quaid Road biegnącym od Wangetti Beach wgłąb gór. Prowadzi ona do Southedge Dam, tamy znanej również pod nazwą as Quaids Dam. Tama została wybudowana w 1986 roku ale nigdy nie zostala oddana do użytku i z nieznanych Nigelowi przyczyn niecka majacego zajmować 3290 ha jeziora pozostaje pusta.


Godz. 8:42 Lokalne supermarkety pękają w szwach. Takiego najazdu nie było od czasu Bozego Narodzenia. Mimo poniedziałku wszystkie kasy są obsadzone. W 15 minut od otwarcia znika z półek cały zapas butelkowanej wody. Dużym powodzeniem cieszą się też baterie, paczkowane pieczywo i konserwy.


Godz. 8:48 Stacje benzynowe w ciagu godziny mają taki utarg jak przez tzry dni w normalnym tygodniu. Kolejki są nie tylko przed dystrybutorami, sięgają kilkuset metrów przed wjazdem.


Godz. 8:50
James dzwoni do Nigela z informacją, że utknął w połowie drogi do Lake Morris. To wąska kręta serpentyna, gdzie momentami jest miejsce tylko na jeden samochód. Samochody stojace zderzak w zderzak zajmują nie więcej niż 5 metrów ale jeśli na ten sam pomysł wpadnie 3000 rodzin, to dokładnie wypełnią 16 km.


Godz: 9:00 Ai i Yukiko są już w mieście. Za dziesięć minut idą nad lagunę. Choć z trudem utrzymują powieki za nic teraz nie pójdą spać. Są zbyt podekscytowane.


Godz. 9:07 Cairns jest wyraźnie podzielone. W turystycznym centrum życie toczy się dalej jakby nigdy nic. Nie ma żadnych oznak by działo się coś nadzwyczajnego, niecodziennego. Przedmieścia opanowane przez „lokali” tętnia jak w ulu. Sytuacja jest na skraju paniki, którą umiejętnie podsyca jedna z lokalnych rozgłośni.


Godz. 9:13 Samochód Nigela wspina się w górę po śliskiej glinaninej drodze. Choć pora deszczowa już się skończyła tu w sercu tropikalnego lasu ziemia jeszcze jest mocno nasiąknięta wodą.


Godz: 9:28 James stojąc na zboczu patrzy w strone oceanu starając się dostrzec nadciągającą falę. Kilka osób stojących w korku razem z nim obserwuje odległą połać oceanu przez lornetki. Na ich twarzach zaczyna się rysować zwątpienie.


Godz: 9:35 Pod lewymi kołami samochodu Nigela obsuwa się ziemia. Prawa strona nie chwyta przyczepności ślizgając się na glinie niczym na kostce masła. Auto przechyla sie na bok i powoli zsuwa w dół wraz ze skarpą. pasażerów przytrzymuja pasy bezpieczeństwa. Pięć, może 6 metrów niżej zatrzymuja się na drzewach. Nikt nie odnosi obrażeń, silnik nadal pracuje. Powoli odpinają pasy i wysuwają się z auta przez okno. Ich podróż właśnie się skończyła na dziś. Choc początkowo wygladąło to groźnie obeszło się tylko na strachu. Jesne jest jednak, że bedą musieli ściągnąć pomoc by wydostac samochód spowrotem na drogę. Zdziwiona Misty macha ogonem patrząc na swoich właścicieli.


Godz: 9:45 Ai i Yukiko spacerują Esplenadą. Mijają zielony trawnik nad laguną, gdzie powoli schodzą się backpackersi. Zatrzymują się przy rybach, stalowych rzeźbach, integralnym elemencie laguny. W wodzie pluskają się beztrosko turyści i aborygeńskie dzieci. Dziewczyny prosza przypadkowego przechodnia by zrobił im pamiatkową fotkę. Od oceanu odziela ich zaledwie kilkunastocentymetrowej wysokości murek. Nikt ich nie poinformował, nie mają więc pojęcia, że za 4 minuty uderzy w Cairns fala tsunami. Śmiejąc się ogladają fotografię i siadają na murku twarzą w stronę zatoki radośnie machając swobodnie zwisającymi nogami.

Godz: 9:49 Do Cairns dociera fala tsunami. W zależności od miejsca ma od 12 do 20 cm wysokości. Ai i Yukiko jak i wiekszośc turystów opalających się czy pływających w lagunie dowie się o niej z wieczornych informacji lub jutrzejszego wydania The Cairns Post. Gdyby fala osignęła taka wysokość jak w Gizo zginęłoby setki osób.

*****

Wypadki związane z tsunami towarzyszącemu trzęsieniu ziemi na Wyspach Salomona odbiły sie szerokim echem. Ówczesny premier Queensland Peter  Beattie powiedział, że nie był to fałszywy alarm lecz gorzka nauczka. Trudno mówić, o najsłabszym ogniwie w łańcuchu skoro nie było łańcucha. Wydarzenia z 2 kwietnia 2007 pokazały,  że nauka jaką dało azjatyckie tsunami z 2004 poszła w las i obnarzyły jak Australia jest nieprzygotowana na tego typu katastrofę. W Australii nie ma komputerowego modelowania rozchodzenia się fal tsunami. Biuro Meteo nie potrafi przewidzieć ani wielkości, ani prędkości ani wysokości fal jakie uderzą w brzeg. Jedyne co mogło zrobić to po 50 minutach od otrzymania komunikatu z Hawajów wydać własne ostrzeżenie, że zbliża się tsunami, którego zasieg i siła destrukcji nie są znane. Kolejną słabością okazał się całkowity brak planów i map pokazujących zagrożone tereny i ryzyko jakie niosą ze soba różnej wysokości fale. Choć między oceanem a podnóżem gór średnia wysokość wynosi zaledwie 6m n.p.m. to nawet 10 metrowe fale tsunami zagroziłyby jedynie obszarowi kilkaset metrów od brzegu. Im głębiej w ląd tym więcej budowli pracowałoby jak falochrony. Realnie niebezpieczeństwo istnieje tylko dla dzielnic nadmorskich (my z naszymi 300m do oceanu pływalibyśmy bez wątpienia) i domów wzdłóż kanałów, którymi woda wdarłaby się w ląd. Kolejną słabością okazał się brak efektywnego systemu pozwalającego w krótkim czasie dotrzeć z ostrzerzeniem do tysięcy osób. Ewakuacja na zasadzie „ratuj się kto może” jest najgorszym z możliwych rozwiązań i jak pokazują doświadczenia choćby z pożarów buszu w Wiktorii często pociąga za sobą setki ofiar. Wydarzenia z 2 kwietnia pokazały, że ludzie nie wiedzieli co robić, nie było wyznaczonych dróg ewakuacji. Mieszkańcy wyżej położonych dzielnic nie musieli się obawiać nawet 20 metrowych fal a ci z dzielnic nadmorskich mogli ewakuować się na wyżej położone tereny, niekoniecznie uciekać z miasta. Tyle mówią eksperci.

Wiele z tych słabych punktów usunięto od ręki. Nie wiem czy BOM posiada już odpowiednie oprogramowanie pozwalające przewidzieć skalę tsunami, niemniej utworzono jednostkę zwaną Joint Australian Tsunami Warning Centre. Lokalny samorząd ocknął się i przypomniał, że cyklony i powodzie mamy „obcykane”. Bazując na mapach pokazujących  jakie części miasta zostaną zalane w przypadku gdy cyklon spietrzy wodę przygotowano przewidywany obszar zniszczeń w wyniku tsunami. Plany ewakuacyjne nie różnią się na jotę od tych przeciwpowodziowych. W kilka tygodni później wydrukowano i rozesłano do każdego mieszkańca miasta ulotki pokazujące drogi ewakuacji w przypadku ogłoszenia alarmu o klęsce żywiołowej. Do filmów i szkoleń przeciwcyklonowych, które regularnie odbywają się w wielu miejscach dołączono informacje o tsunami. Na Esplenadzie zainstalowano dodatkowe syreny alarmowe tak, by turyści przebywający nad laguną nie mogli ich nie usłyszeć.

W środę 15 lipca 2009 roku na oceanie w pobliżu Nowej Zelandii miało miejsce trzęsienie ziemi o sile 7.8 stopni. Joint Australian Tsunami Warning Centre ogłosiło alarmu już w 20 minut po fakcie. W lokale media serwują całą gamę opinii. Jedne odtrąbiły wielki, spektakularny sukces inne mówią, że to był test, który oblali, jeszcze inne, że było to pierwsze ostrzeżenie o tsunami w australijskiej historii.


Australia jest jednym z tych krajów, gdzie podobnie jak w USA, panuje bardzo brzydki zwyczaj ciągania się po sądach z byle powodu. Oczywiście, tak jak w każdym kraju, sądy nie są po to by czynić sprawiedliwość lecz po to by sądzić. Czasami trudno mi oprzeć się wrażeniu, że wyroki są swego rodzaju aktem zemsty lub dowaleniem komuś na oślep by ulżyć w nieszczęściu. Ale po kolei.

Jedną z „działek”, które dorzucono mi do obowiązków po redukcjach personelu są statystyki BHP. Z tego powodu znajduje się na liście dystrybucyjnej wszelkiej korespondencji dot. bezpieczeństwa. Lektura tych listów jest niezłą rozrywką dla kogoś, kto ma poczucie humoru pozwalające np. traktować obrady sejmu jako kabaret, a nie jako łabedzi śpiew intelektualnych eunuchów. W korespondencji tej poraża  lekkomyslność ludzi, którzy ulegli wypadkom, indolencja sądów i bezmyslność procedur.

Dziś właśnie dostałem taką informację:

„Sąd w Nowej Południowej Walii nałożył na przedsiębiorstwo budownictwa kolejowego z Sydney karę wysokości 95 000 AUD za uchybienia w egzekwowaniu procedur bezpieczeństwa osób wizytujących po tym jak podwykonawca zginął w eksplozji”. Jak na razie nic nadzwyczajnego, „dali ciała”, zginął człowiek, więc wydawałoby się, że kara jest słuszna. Czytam dalej.

„W 2006 roku ukarana firma zadzwoniła do firmy oponiarskiej i złożyła zlecenie na wymianę zużytej opony w samojezdnym dźwigu. Firma oponiarska wysłała robotnika z poleceniem zbadania opony na miejscu i zawiadomienia przełozonych w przypadku, gdyby opona wciąż była na dźwigu. Po przybyciu na miejsce robotnik zaczął jednak zdejmować oponę, która wybuchła odrzucając go 7 metrów w tył powodując śmiertelne obrażenia. Zleceniodawca został ukarany za złamanie Occupational Health and Safety Act 2000 poprzez nie zapewnienie bezpieczeństwa podwykonawcy”. (sic !!!)

„Sędzina Frances Backman orzekła, że choć firma kolejowa posiadała system i procedury bezpieczeństwa, to nie zostały one efektywnie  wykorzystane. Podwykonawca nie wpisał sie do księgi wejść/wyjśc, i nie przeszedł wprowadzenia. Doadatkowo, tabliczka informująca „nie odkręcaj śrub dopóki opona nie jest wpełni wypompowana” znajdowała się tylko po lewej stronie dźwigu a nie po prawej, gdzie miało miejsce nieszczęście.” Dalej w uzasadnieniu znajduje się temu podobny stek bzdur.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że stało się nieszczęście i trzeba było komus dopierd…. Procedury wprowadzające, o których wspomniała sędzina to pogadanka dokładnie taka, jaką stewardesa przeprowadza w samolocie przed startem. Mówią o specyficznych zagrożeniach w fabryce, sygnałach, drodze ewakuacji itp. Nie mówią np. żeby nie spuszczać wody w sedesie zanim się z niego nie wstanie, czy by nie wkładać gwoździ do kontaktu, czy nie tytułować managera per skur…… Nie mówią o tym, co każdy człowiek powinien wiedzieć korzystając z tak zwanego zdrowego rozsądku.  Nawet, gdyby te procedury były w ukaranej firmie przestrzegane w 100% w tym przypadku nie uchroniłyby człowieka przed śmiercią. Rozumiem, gdyby firma nie zabezpieczyła dynamitu, którego używa do kruszenia skał i kontraktor rzucając niedopałek doprowadził do eksplozji. Owszem, palić nie powinien, ale to firma nie zadbała o należyte zabezpieczenia. Tu jednak to kontraktor zginął z powodu własnego błędu a nie dlatego, że nie wpisał się do księgi wejść/wyjść czy dlatego, że nie wysłuchał w którą stronę uciekać w razie pożaru.

Przeraża mnie to. Jaka bowiem jest różnica czy „specjalista” został wezwany do fabryki czy do osoby prywatnej? To specjalista a nie zleceniodawca powinien być expertem w swojej dziedzinie i wiedzieć czym grozi zdejmowanie napompowanej opony. Czy zwykły szary ludzik, który do wymiany boilera wezwie elektryka a ten zginie porażony prądem bo nie wyłączył bezpieczników też będzie odpowiedzialny za jego smierć? A może jak najmę Panią do sprzątania, to musze jej powiedzieć, żeby nie piła płynu do mycia kibli oraz, że żelazko jest gorące i nie należy sprawdzać językiem czy już się nagrzało? Hmmm, muszę opracować „safety induction” dla naszego domu, bo Kłopot strasznie lubi gryźć po łydkach jak się wkurzy.


Cairns jest ważnym centrum kongresowym. Ze względu na tropikalne położenie, mnóstwo naturalnych atrakcji i wakacyjny styl życia wiele firm właśnie tu organizuje spotkania, zjazdy, sympozja i kongresy. Zawsze to miło wyrwac się na kilka dni z kieratu codziennych obowiązków i pod pozorem uczestnictwa w bardzo ważnym kongresie urządzić sobie kilkudniowe wakacje w tropikach. W Cairns Convention Center odbywają się imprezy różnej rangi, od targów pracy dla Aborygenów, poprzez mecze koszykówki, koncerty rockowe aż po zjazd premierów z 18 krajów Oceanii, który będzie miał miejsce w przyszłym miesiącu. Ciekawostką jest, że żadna z poważnych politycznych imprez nie jest uwzględniona w terminarzu ogólnie dostępnym na witrynie internetowej centrum. Względy bezpieczeństwa?

Nie tak dawno w Cairns odbywał się 5 Światowy Kongres Kardiochirurgów Dziecięcych i Chirurgii Serca. Zjechało na niego ponad 2500 delegatów z całego świata w tym kilkunastu z Polski. Kilku z nich trafiło do Szpulki hotelu. Pierwszego namierzyła jeszcze przed kongresem. Przystojny, wysortowany czterdziestoparolatek śledził węża w holu. Zanim trafił do restauracji zwiedził wszystkie ściany. Stojąc przed kontuarem starał się podpisać rachunek, lecz każda próba trafienia długopisem w paragon kończyła się na blacie kilka centymetrów obok miejsca na autograf. Zmagania Pana Doktora (jak on tymi trzęsącymi się łapskami operuje serce?) widziała też Szpulka. W końcu nie wytrzymała i przez zaciśnięte zęby syknęła: „Podpisz gdziekolwiek i nie rób więcej obciachu !!!” Gość wytrzeźwiał w ciągu 0.3 sekundy. Grzecznie podpisał rachunek i podszedł do stolika, gdzie siedziała inna para z Polski.

Szpulka zawsze mawia, że łatwo wyczuć kto z gości hotelowych przywykł do pieniędzy od dziecka, a kto jest nowobogacki. Uogólniając wśród ludzi dobrze usytuowanych od pokoleń trafiają się zepsute i rozkapryszone okazy. Wśród nowobogackich trafiają się czasami, choć nie często, osoby niezepsute i nierozkapryszone. Nowobogacki Polak czy ktoś z tzw. „awansu społecznego” zawsze będzie pragnął podkreślić swoją pozycję np. w co drugim zdaniu powtarzając frazę „mój mąż profesor” oraz zapewniając, że „ja wiem lepiej”.

- Jedziemy zobaczyć dziobaka – oświadczyła żona Pana Profesora w ostatnim dniu pobytu.
- Oooo, do którego zoo? Nie słyszałam o tym, że gdzieś sprowadzili – zdziwiła się Szpulka.
- Nie do zoo, jedziemy zobaczyć dziobaka w naturze !!! – oburzyła się Pani profesorowa
- To bardzo ciekawe, dziobaki są bardzo płochliwymi zwierzętami prowadzącymi głównie nocny tryb życia – rzekła Szpulka będąc pewna, że nieuczciwy touroperator chce nabic klientów w butelkę.
- Ależ co Pani mówi, nasz organizator zabiera nas gdzieś, gdzie przez całe popołudnie będziemy mogli oglądać dziobaka w naturze.
- W takim razie życzę Państwu miłej wycieczki i wielu wrażeń – Szpulce nie pozostałe nic innego do dodania.

Dziobaki w niewoli bardzo łatwo się oswajają. W Healsville, jednym z 3 ogrodów zoologicznych w okolicach Melbourne, który specjalizuje się w hodowli tych przesympatycznych ssaków znajdował się wytresowany dziobak, który podpływał do ludzi, przewracał się na grzbiet i dopraszał się by go głaskać po podbrzuszu. Na wolności te prowadzące nokturialny tryb zycia zwierzaki są niesamowicie płochliwe. By zaobserwować je na wolności trzeba wcześnie rano (między 6 a 8) udac się w miejsce gdzie żyją i w kompletnej ciszy odczekać swoje. Rozumie się samo przez się, że popołudniowa wyprawa w kilkudziesięcioosobowej grupie, w której utrzymanie ciszy jest fizycznie niemożliwe wyklucza szanse zaobserwowania dziobaka w naturze. Dodatkowo dziobaki są dość pospolitymi i powszechnymi zwierzętami od Tasmanii aż po środkowy Queensland ale nie tu na dalekiej północy. Dlaczego? To proste, nie występują w tych samych wodach co ich naturalny wróg krokodyl. A w okolicach Cairns krokodyle występują w 90% zbiorników. Ja to wiem, Szpulka to wie, ale Pani profesorowa niekoniecznie.

Kiedy Szpulka zadzwoniła do mnie do pracy z tą historią byłem święcie przekonany, że organizatorzy zawiozą delegatów do jednego z 3 ogrodów zoologicznych jakie mamy w Cairns. Wracając jednak do domu przejeżdżałem koło Tjapukai, atrakcji turystycznej bazującej na tradycjach aborygeńskich, połączeniu zespołu pieśni i tańca z Cepelią, miejsca gdzie w pigułce w fabularyzowany, strawny dla turysty sposób przedstawiła się kulturę pierwotnych mieszkańców Australii. Mijając wielką tablicę z nazwą coś mi zaświtało. Tjapukai wymawia się „dżabakai”, czyli podobnie do polskiego „dziobaka”, zawozi się tam chyba wszystkie zorganizowane grupy czy uczestników kongresów z Cairns. Cały „tour” trwa około 3-4 godzin. Najwyraźniej organizator oświadczył „We are going to see Tjapukai this afternoon” a nie „We are going to see platypus”. Byc może nawet polski pilot po prostu powiedział „Jedziemy zobaczyć dżabakai, bedziemy tam całe popołudnie”. Wielka szkoda, że polscy delegaci wyjeżdżali  jeszcze tego samego dnia. Nie dowiemy się czy zobaczyli dziobaka w naturze i jak im się podobał. Kochani turyści z Polski, posłuchajcie czasami rodaków mieszkających na miejscu.
 


Wszem i wobec wiadomo, że jestem stary, wredny i zmęczony. Człowiek jest już wystarczająco stary, kiedy codziennie może obchodzić jakąś rocznicę, np. dziś mija  X lat od pierwszej przejażdżki rowerkiem na 3 kółkach, jutro Y lat od wyhylenia pierwszego w życiu piwka a w kwietniu Z lat od przyjazdu do Australii. Z tej własnie przyczyny staram się unikać wpisów rocznicowych. Zaczynam się bać, że musiałbym je robić codziennie. Napiszmy więc coś o „bezpiecznej” rocznicy.

Tak się składa, że początek roku jest rzeczą bardzo, bardzo umowną. Nasz obecny początek roku kalendarzowego został ustalony na 1-go stycznia przez Rzymian w roku 155 p.n.e. Do tego czasu Rzymianie zaczynali rok równonocą wiosenną. Cesarstwo Bizantyjskie natomiast jako początek roku wyznaczyło dzień 1 września. Istnieje wiele teorii nt. słowiańskiej rachuby czasu, lecz przyjmuje się, że nasi przodkowie obchodzili nowy rok w dniu przesilenia zimowego, czyli w chwili kiedy dzień przestaje ustępować nocy, co symbolizowało zwycięstwo „jasnej strony mocy” nad ciemną, okres odradzania się, nowego początku. Inny fenomen astronomiczny, równonoc jesienna była początkiem roku we Francuskim Kalendarzu Republikańskim (rewolucyjnym). To wszystko historia, ale w obecnie obowiązujacych na świecie kalendarzach również nie ma jednolitej daty początku roku. W oficajlnej rządowej rachubie czasu w Indiach nowy rok zaczyna się 22 marca, w Etiopii 11 września, tajski nowy rok przypada na 13 kwietnia, żydowski nowy 5770 rok wypadnie 18 września 2009, w Korei Północnej 15 kwietnia a Chiński jest ruchomy i co roku wypada w innym dniu.

Żeby nie było za łatwo część krajów, w tym Australia, postanowiła, że rok fiskalny nie będzie się pokrywał z rokiem kalendarzowym. I tak w USA i jego koloniach, Laosie i Tajlandii rok podatkowy zaczyna się 1 października. W Australii, Bangladeszu, Pakistanie Kenii, Ugandzie i kilku innych krajach Afryki (och co za doborowe towarzystwo) rok fiskalny zaczyna się 1 lipca, w Indiach, Kanadzie, wielu krajach karaibskich 1 kwietnia. Dalej idą już kraje, które postanowiły sprawy skomplikować jeszcze bardziej. W Japonii rządowy rok podatkowy, rok szkolny oraz rok księgowy dla większosci firm zaczyna się 1 kwietnia, ale dla podatku dochodowego ujednolicono go z rokiem kalendarzowym. I wreszczie przyszedł czas na Wielką Brytanię, niedościgniony wzór tworzenia przeróżnych debilizmów (vide usunięcie miliarda z listy liczebników). Zaiste nie mogę wyjść z podziwu w jaki sposób udało im się onegdaj skolonizować połowę świata. Dla celów podatku od firm rok fiskalny trwa tam od 1 kwietnia do 31 marca, natomiast w przypadku funduszy rządowych i podatku dochodowego od osób fizycznych nowy rok przypada….. 6 kwietnia !!! Tym samym Wielka Brytania dołączyła do grona takich państw jak Nepal, gdzie rok zaczyna się 16 lipca, Iran i Afganistanie 21 marca czy Etiopia 8 lipca.

Jak wspomniałem w Australii mamy własnie początek roku finansowego. Przesunięcie go względem roku kalendarzowego rodzi czasami nieścisłości. Problemy zaczynają się z numeracją. Oficjalnie mówi się „rok finansowy 09-10″, lecz w powszechnym użyciu jest skrócona wersja „rok 2010″. To jeszcze jest do ogarnięcia. Wątpliwości natomiast powstają gdy na zestawieniu mam np. kwartał oznaczony „03/10-06/10″, bo równie dobrze może to być październik-grudzień 2009 (okres 3-6 roku podatkowego 2010) jak i marzec – czerwiec 2010. W Polsce było prosto, kiedy widniał nagłówek 03/2005 wiadomo było, ze to marzec 2005, teraz odczytałbym ten zapis raczej jako wrzesień 2004. To jeszcze nie koniec zawirowań. W Korporacji oprócz cyklu miesięcznego istnieje równiez tygodniowy cykl sprawozdawczy. Początek tygodnia to pierwszy dzień miesiąca lub…. środa. Pierwszy tydzień nowego roku finansowego w Korporacji trwa więc od 1-7 lipca. Byłoby to zbyt dużym szczęsciem, gdyby obowiazywało to w całej Korporacji, dlatego w Wielkiej Brytani tydzień trwa od niedzieli do soboty a pierwszy tydzień nowego roku to 1-4 lipca. Dzięki takiemu rozwiązaniu w centrali jest etat (a nawet półtorej) dla pracownika, który przelicza m.in. brytyjskie, chińskie, amerykańskie, polskie, chilijskie, nowozelandzkie czy południowoafrykańskie sprawozdania by umożliwić ich porównywalność zgodnie z australijską miarą czasu i w australijskiej walucie. To zresztą też jest zakręcone jak budka slimaka, bo chińskie raporty najpierw przeliczane są z juanów na dolary amerykańskie a dopiero później na dolary australijskie.  To już jest zupełnie inna historia. Tym optymistycznym akcentem kończę i wracam do tworzenia raportów obejmujących 52 tydzień, 12 okres i cały rok finansowy 2009, który właśnie wyzionął ducha. 
 


W Cairns nie ma dużej bazy wojskowej. Lokalne wojsko to pomniejsza jednostka, która o 16,30 wyłącza radary, zamyka baraki i idzie do domu. Ma to swoje pozytywy, np. brak potwornego huku startujacych myśliwców. A huk jest niemiłosierny. Odczułem go na własnej skórze, kiedy wizytowałem jedna z fabryczek Korporacji w okolicach Brisbane. Zlokalizowano ją dokładnie na przedłużeniu pasa startowego. Kiedy startują myśliwce, wszystko się trzęsie niczym w kultowej komedii „Nie lubię poniedziałków”. Brak wojska ma też swoje wady. Opłacani z moich  podatków żołnierze zostawiają sporo pieniędzy w lokalnych businessach. Brak bazy wojskowej oznacza również brak kurtuazyjnych wizyt okretów zaprzyjaźnionych państw. Pod tym względem niezwykle uprzywilejowany jest lokalny rywal Cairns Townsville. Tym razem jednak ochłap z Pańskiego stołu spadł do Cairns.

W lipcu na wodach australijskich bedą się odbywały duże ćwiczenia marynarki wojennej Australii i USA. Z tej okazji do Townsville wybierały się z wizytą okręty USS Essex i USS Tortuga. Na tydzień przed ich przybyciem okazało się, że wszystkie duże miejsca, gdzie mógłby zacumować lotniskowiec są zajęte. Nie było wyjścia, statek przekierowano do Cairns. I wtedy zaczęło się szaleństwo, miasto ogarnęła gorączka. 

W dotkniętym recesją z powodu spadku ruchu turystycznego mieście jest to manna, która spadła z nieba. Załoga obu jednostek, to ponad 4000 żołnierzy. Jak wynika z szacunków, przeciętny wojak podczas takich wizyt zostawia na lądzie 320 AUD dziennie. Wizyta potrwa 7 dni. Daje to oszałamiającą sumę dodatkowych 10 mln AUD. Dokładnie z chwilą potwierdzenia informacji, zaczęły się przygotowania. Wiadomo, 4 000 chłopa na mieście ma swoje potrzeby. Jak głoszą plotki cichodajki ściągnęły aż z Gold Coast a dwa legalne burdele w mieście sięgnęły po posiłki nawet do Melbourne. Lokalny klub go-go wysłał dwie „promo – girls” by na przystani osobiście przekonywały marynarzy gdzie warto udać się wieczorem. Załoga statków ma pozwolenie na spedzenie 3 nocy poza pokładem. Do hoteli zaczęły napływać faxy z zapytaniami iloma wolnymi miejscami dysponują. W knajpach z wyszynkiem i nocnych klubach trwa pełna mobilizacja. Wystawiono  specjalne plansze powitalne mówiące, że tu i tylko tu możesz zabawić się najlepiej.

Jak do tej pory nie zanotowano wiekszych burd pomiędzy lokalnymi osiłkami a wojskiem. Niewielkie centrum miasta nagle zrobiło się zatłoczone. I nie tylko wieczorami. Co rano na Esplenadzie kilka plutonów wojska biega i ćwiczy na ścieżce zdrowia. Po południu ulicami poruszają się kilkuosobowe grupy wśród których co rusz to słychać „dziwny” amerykański akcent, choć na pierwszy rzut oka rzuca się głownie kolor skóry. W Cairns na codzień nie ma zbyt wielu ciemnoskórych turystów, teraz są ich pełne ulice. Wśród nich jak śnięte snują się przeróżnej maści lafiryndy. Choć nie brak na prawdę wystrzałowych dziewczyn, to niestety giną one w masie, która wygląda jakby kij od szczotki ubrać w chusteczkę do nosa. Dobrze poinformowani mówią, że za 9 miesięcy bedzie w mieście „baby boom”, bo lokalne podlotki to amatorszczyzna w złym tego słowa znaczeniu.

My przegapiliśmy moment wejścia do portu okrętów, byc może uda się obejrzeć jak bedą wypływały. Na chwilę obecną pozosaje jedynie podrzucić kilka fotek opublikowanych na stronach The Cairns Post.



  • RSS