harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

 
Za podsumowanie niech wystarczy stwierdzenie, że była to najlepsza impreza na jakiej byłem do tej pory w Australii. A teraz fotostory. 
IMG_3672
Tablica ostrzegawcza przed wjazdem na Cape York. Teraz zimą wszystkie drogi są przejezdne, ale od grudnia do kwietnia cały obszar jest odcięty od swiata. Tam gdzie są asfaltowe pasy startowe mozna dotrzec samolotem. Tam, gdzie są jedynie ziemne, pozostaje czekac aż opadną wody.
IMG_3681
W piątek po przyjeździe na miejsce załapalismy się na końcówkę występu grupy z Kurandy. Kuranda to turystyczna wioska 8 km na zachód od Cairns. Zespoły mają dużo okazji by tańczyć i szlifować rzemiosło. Nazwałbym ich półprofesjonalistami w tym fachu.
IMG_3708
Zespół ze wspólnoty w Lockhard River szlifuje choreografię przed występem. O ile nie pominąłem kogoś w tabunach kurzu jaki wzbudzali, to naliczyłem ponad 50 osób. Cała osada liczy 700 stałych mieszkańców.
IMG_3728
Wieczorne występy rozpoczeły się wraz z zachodem słońca. Niestety pozyczony aparat typu „małpka” kiepsko spisywał się w nocy.
IMG_3754
Zaaczelismy się zastanawiać, czy duzo papug zostało w osadzie skąd pochodził ten zespół. Dodatkową atrakcją jaką zaproponowali były sześdziesięcioletnie babcie tańczące bez biustonoszy. Powalające wrażenie. 
IMG_3796
A ten zespół roboczo nazwaliśmy arlekinami. Wygadali fantastycznie w bladoniebieskim swietle. Farba, którą byli pomalowani fosforyzowała jak białe bluzeczki w dyskotekach.
IMG_3846
Zespół z Hope Valey składał się głównie młodych tancerzy. Z braku starszych w wiosce uczą ich dorośli z innych wspólnot. 
IMG_3889
Typowy zespół to mieszanka tancerzy obu płci w wieku od pieluchowca po starsze babcie. 
IMG_3891
Pierwsza z prawej Aborygenka wraz ze starszym prowadzi zespół z Hope Valey, o którym wspominałem wyżej.
IMG_3893
Tu dokładniej widać rozpiętość wiekową. 
IMG_3899
To była historia o Aborygenie wywiezionym z kajdanach na Plan Island (osrodek odosobnienia), który ucieka z niewoli i wraca pieszo do swojej wspólnoty. Na powitanie wychodzi mała dziewczynka, jako jedyna się go nie boi. Wspólnota przekonuje się i przygarna go na powrót.
IMG_3912
A to opowieść o życiu w stadzie kangurów. Kiedy wszyscy śpią mały kangurek bawi się samopas i dostrzega niebezpieczeństwo. Wraca więc do stada i po kolei budzi dorosłe kangury. 
IMG_3924
To natomiast opowieść o życiu w stadzie nietoperzy. 
IMG_3904
W każdym zespole wiodącą postacią był stary Aborygen, który dysponował wiedzą i mógł przekazać młodszemu pokoleniu całą tradycję. 
IMG_3907
Współcześnie we wspólnotach aborygeńskich żyją przedstawiciele wielu klanów i grup. Nie brakuje również dzieci z mieszanych związków. 
IMG_3921
Gdyby ta młoda tancerka urodziła się 30 lat wcześniej mogła by zostać siłą zabrana ze swojej wioski i umieszczona w przytułku w celu „asymilacji” z białą wiekszością. Takie osoby nazywane są w Australii „stolen generation” czyli skradzione pokolenie. Jako dorośli nie znają tradycji swoich klanów, są wobcowani a biali zawsze ich traktowali jako podludzi. 
IMG_3934
Zespół z Brisbane. Przybycie tu kosztowało ich wiele wyrzeczeń, miedzy innymi dwa dni drogi autokarem. Wszystko to, by przez dwa dni pokazać swoje tradycje na festivalu. Można też zauważyć jak wspólnoty mające kontakt z cywilizacją na codzień różnią się od tych, dla których kontakty te sa nadal limitowane. 
IMG_3935
Wśród tanczerzy z Brisbane widziałem też po raz pierwszy w życiu blond Aborygenkę. Dodam, że nie jedyną tego dnia. 
IMG_3948
Wspólnota z Yarrabah, które znajduje się po drugiej stronie zatoki w Cairns. To druga co do wielkości wspólnota w Australii. Nic więc dziwnego, że przysłali aż trzy zespoły.
IMG_3953
Ich rekwizyty były zrobione z najprostrzych dostępnych pod ręką materiałów.
IMG_3957
Tu za „starszego” robił ten pan z mikroportem (pierwszy z lewej). Jak widac też pochodzi z mieszanego związku a o tym, że jest „lokalem” świadczył jego angielski. Dużo gorszy nawet od mojego. 
IMG_3965
To chyba najmniej liczna reprezentacja. Cały zespół wliczając akompaniujacych składał się z 8 osób. Wykorzystywali elementy, które juz lekko odbiegały od tradycji. Malowane w aborygeńskim stylu tarcze są trochę „pod publikę”.
IMG_3971
Ten zespól jako jeden z 2 wykonywał też układ taneczny, który uzywając aborygeńskiego języka ruchów opowiadał współczesną historię. Śmialismy się, że chłopcy mają piersi większe niż większość ich rówieśnic. Widocznie jedzą wiele kurczaków, ktorym na fermach podaje się hormony na przyrost masy. 
IMG_4030
Zespół ze wspólnoty Wujal Wujal (czyt. łudżu – łudżu). Jak widać od gości z Kurandy różnili się jedynie kolorem pieluchy. 
IMG_3981
Drugi z trzech zespołów z Yarrabah. Jak wszystkie chętnie pozował turystom do fotografii. 
IMG_3986
Pokaż, pokaż jak wyszłam !!!
IMG_3987
A ja jestem bardzo (po)ważna artystka. 
IMG_4029
A tu już zespół w „akcji”. I znów najbardziej dostrzegalną różnicą jest kolor pieluchy.
IMG_4003
I kolejna wspólnota i też w pieluchach. 
IMG_4005
Ten panw słomkowym kapeluszu za wszelką cenę chciał zobaczyć, czy Aborygeni nosza pod pieluchą majtki. 
IMG_4018
A to już Wyspiarze, czyli Melanezyjczycy z Cieśniny Torresa. Na pierwszy rzut oka widać różnice w kostiumach.
IMG_4017
To uczniowie jednej ze szkół. Utrzymywanie tradycji jest przedmiotem, który wykładany jest w ramach normalnych zajęć lekcyjnych zamiast np. geografii, biologii czy fizyki. Można do tego różnie podchodzić, ale chyba przychylam się do opiniil, że znajomość tradycji jest dla nich ważniejsza niż wiedza o wodniczce tętniącej rozwielitki. 
IMG_4021
Wspólny taniec dziewcząt i chłopców. Większośc tańców wykonywali oddzielnie. 
IMG_4022
I na koniec występ prawdziwych wojowników w tańcu wojennym. 
IMG_3687
Poza sceną działo się wiele równie ciekawych rzeczy. Choć farby używane do malowania nie zrobiono metoda tradycyjną, to można mieć 100% pewności o tym, że aborygeńskie artefakty zostały zrobione ręcznie. 
IMG_3979
Dla chętnych Aborygeni prowadzili darmowe warsztaty tradycyjnego plemiennego rękodzieła. 
IMG_3875
Wykładowcy byli zróźnicowani pod względem płci i wieku.
IMG_3976
Tu mała Aborygenka uczy obdartusy młodzież wyzwoloną jak wykonać najprostrze plecionki.
IMG_3879
Kiedy obdartusy dzieci kwiaty już się nauczą ….
IMG_3977
Wolna miłość, pokój wszystkim ludziom i wycofanie wojsk z Afganistanu to fajna rzecz, ale żyć trzeba. Np. sprzedając na aborygeńskim festiwalu plecionki, których wytwarzania nauczyli się od Aborygenów. To chyba jedyna rzecz, która mnie zniesmaczyła na festiwalu. 
IMG_3994
Widownia była zróżnicowana. Na fotce Szpulka z dalsza rodziną.
IMG_3984
Przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie. 
IMG_4019
To była druga blond Aborygenka jaką widziałem w życiu.
IMG_3980
I na koniec najlepsza fotka, jaką udało mi się pstryknąć w Laura.


 I pojechali. Harom ze Szpulką i Szpulka z haromem. Z początku jedną z czterech dróg, którymi mozna wydostać się z miasta. Wijącymi się niczym piskorz wyciągnięty z wody serpentynami wspięli się na strome zbocza Wielkich Gór Wododziałowych, przecięli tropikalny las deszczowy, pokonali rzekę Barron i pognali przez płaskowyż na zachód. Teren, choć stepowy zagospodarowany był przez ludzi. Minęli Zoo-Safari, kilka plantacji kawy i dotarli do miasteczka Mareeba, gdzie odbili na północ. Nie minęło pół godziny a powoli zaniknęły przejawy działalności człowieka. Skończyły się plantacje kawy, herbaty, mango czy orzeszków ziemnych. Jeszcze tylko wielkie rozlewisko sztucznego jeziora z wystającymi ponad powierzchnię kikutami drzew okupowanymi przez dziesiątki gatunków wodnego ptactwa przypominało o pozostawionej gdzieś tam w tyle cywilizacji. Gnali na Półwysep York, miejsce o powierzchni połowy Polski gdzie znajduje się góra 20 miejscowości a połowa z nich ma nie więcej niż 200 mieszkańców.  Duża biała tablica przy drodze informowała, że wszystkie odcinki dróg są przejezdne.  Dalej już towarzyszył im już tylko czerwono-bury jednostajnie monotonny krajobraz stepu porośniętego sucholubną roślinnością wśród której majaczyły karłowate drzewa i kolczaste krzaki. Kiedy wdrapali się na jedyne w okolicy wzniesienie ujrzeli ogromną, płaska niczym stolnica równinę zamkniętą od wschodu wysokim łańcuchem górskim. Gdzieś tam za nim był las deszczowy i ocean. Później była już tylko asfaltowa wstęga podążająca w stronę słońca. Wkrótce jednak skończył się i asfalt. Dalej był juz tylko kurz i kamienie. 

Na miejsce dotarli szybciej niż się spodziewali. Camping zlokalizowany był w środku niczego. Ot drewniany portal pomiędzy drzewami. Gdyby nie kolejka kilku oczekujących na wjazd samochodów można by go przeoczyć w biały dzień. Po zachodzie słońca raczej nie ma mowy by go znaleźć. Wjechali. Tuż za wjazdem mdły ochotnik stał wymachując kartonem z napisem „max 10 km/h”. Zaraz zrozumieliśmy dlaczego. Dróżka wiodąca wśród zagajnika pokryta była pyłem tak drobnym jak talk. Poprzedzający samochód jadący nie więcej niż owe 10 km/h wzbijał tumany kurzu. „Jak nic zderzyła się tu ciężarówka wioząca talk z drugą, wiozącą kakao, to by wyjaśniało kolor” – pomyślał harom zastanawiając się czy nie włączyć wycieraczek. Camping, a właściwie coś co nazwalibyśmy polem namiotowym był ogromny. Od wjazdu do miejsca gdzie ostatecznie rozbili namiot mógł spokojnie kursować autobus. Wśród drzew królowały samochody z napędem na 4 koła, minibusy lub wozy campingowe. Choc widać było całkiem sporo pojedynczych namiotów, to przeważały całe „obozowiska”. Jeden rzut oka wystarczył by nabrać pewności, że ich mieszkańcy mogli spokojnie przetrwać na biwaku długie tygodnie. Niektórzy mieli nawet własne generatory elektryczne. Mniej więcej w środku campingu znajdowała się scena. Wygadała jak zrobiona z falistej blachy wiata większego przystanku autobusowego, albo zadaszenie na peronie kolejowym. Przed sceną rozciągała się arena, na której tańczyli Aborygeni. Długa na około 30m i szeroka na 15, otoczona rzędami krzesełek campingowych i ludzi leżących bezpośrednio na ziemi. Kiedy tam dotarli właśnie kończyła się popołudniowa sesja pokazów. W centralnym punkcie imprezy rozlokowały się namioty handlarzy oraz sponsorów imprezy. Było stoisko z pizzą (10 AUD za placek wielkości spodeczka pod herbatę), z wodą (5 AUD za butelkę), fryzjer na kółkach, namioty władz celnych, kwarantanny, lokalnych instytucji pozarządowych. Szybką inspekcję campingu zakończyli nad rzeką. Gromada kapiacych się w niej aborygeńskich dzieci pozwalała miec nadzieję, że w rzece nia ma krokodyli (albo ze się najedzą zawczasu).

Wieczorne pokazy zaczynały się około 18.30. Zanim dotarli na miejsce przydybali zespół z Lockhard River ćwiczący na uboczu. Robił wrażenie. Trzech wiekowych Aborygenów siedziało na ziemi. Jeden dmuchał w digeridoo, dwaj wybijali rytm dwoma kawałkami drewna drąc się wniebogłosy. Około 50 tancerzy, kobiet, mężczyzn, dziewczyn, chłopców i nieokreślonej płci berbeciów wzbijało tabuny kurzu tak geste, że tracili z oczu członków zespołu stojących 2 metry od nich. Momentalnie otoczyła ich cała masa turystów z aparatami. Harom mógł tylko zgrzytać zębami, że utopił swojego Nikona, bo pozyczony aparat zastępczy nie był tym, „co tygryski lubia najbardziej”. Zakurzeni opuścili trenujących i zajęli miejsca leżące na trawie w pierwszym rzędzie. Na dworze zmierzchało. W tej szerokości geograficznej od zmierzchu do całkowitej ciemności mija nie więcej niż pół godziny. Arena przed scena zalana została kolorowym światłem z reflektorów. Wyszedł pierwszy zespół. Kilkanaście osób. Mężczyźni zawinięci w „pieluchę”, wymalowani białą farbą tak by podkreślić żebra, kości rąk czy nóg, kobiety w spódnicach do kolan, topach odsłaniających brzuch. Jeden ze starszych usiadł na ziemi z digeridoo, inni stanęli obok. Chwila ostatnich konsultacji i zaczęli. Aborygen na ziemi dmuchał w rurę, starsi niemiłosiernie zawodzili, Szpulka mogłaby przysiąc, że słowa każdej z pieśni nie składały się z więcej niż 3 wyrazów powtarzanych w kółko. Kilku starszych wiekiem tancerzy wybijało rytm dwoma kawałkami drewna lub dwoma bumerangami, reszta zwijała się jak w ukropie wzbijając tabuny kurzu. Wśród nich pałętali się 3-4 letni gówniarze próbując naśladować starszych. Jak to się stało, że żaden nie został zadeptany nikt do końca nie wie. Aborygeńskie tańce to krótkie historie przekazujące jakąś legendę, wiedzę mit czy scenkę z życia klanu. I tak odtańczono np. historię o polowaniu na kangura lub o tym jak krokodyl zjadł człowieka, skąd się wzięli ludzie lub dlaczego kruk jest czarny i paskudnie skrzeczy. Taki taniec jest dość bezpośredni. Wygląda to tak, że np. całe plemię kładzie się na ziemi udając sen. Jeden mały odgrywa skaczącego kangura. Kica między leżącymi udając że podnosi coś krótkimi kangurzymi łapkami z ziemi i wkłada do ust, albo podnosząc ręce do głowy imitując, że kangur nasłuchuje. Następnie budzi po kolei członków klanu i nadchodzi „finał”. Wybijany na drewienkach rytm nabiera szaleńczego tempa, „prowadzacy” Aborygen wykrzykuje coraz głośniej i szybciej te same słowa a tancerze biegaja trzęsąc nogami i wzbijając tabunu kurzu. Nagle wszystko cichnie jakby ciął nożem. trzy sekundy kompletnej ciszy i bezruchu i znów szaleńcza kakofonia, „finał B”. Zarówno Szpulka jak i harom widzieli wcześniej jak tańcza Aborygeni, ale wieczorne pokazy miały dodatkowa magię. Atmosferę tworzyło niebo z milionami gwiazd, unoszący się dookoła zapach dymu, ciepła trawa, na której siedzieli a przede wszystkim gra światła i cieni, która dawała pokazom niesamowitej magii. Operator oświetlenia był dobry w swoim fachu. We właściwym momencie potrafił podświetlić arenę adekwatnie do odgrywającej się tam akcji. I tak czasami w trupio bladym świetle widać było jedynie fosforyzujące refleksy odbijane przez farbę, która wymalowani byli tancerze. Innym razem pokaz zalewało żółte światło uwydatniając plecione z wysuszonych liści rekwizyty, albo zielone podkreślając te uwite ze świeżych. Czasami zapadała całkowita ciemność, by po sekundzie całkowitej ciszy wybuchnąć kolorem wraz z kakofonią dźwięków i orgią ruchów. Wszystkie zespoły, które prezentowały się tego wieczoru miały powtórzyć swój występ nazajutrz w świetle dnia. Ale wraz z końcem pokazów aborygeńskich nie kończyła się impreza. Na drugim końcu pola rozłożył się całkiem współczesny zespół. Do późnych godzin nocnych można było pobujać się w rytmie bluesa, jazzu, rocka i regge. Nieopodal pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięto wielki biały ekran, na którym wyświetlano filmy.

W sobotę impreza rozpoczęła się około 9.00. Tym razem Szpulka z haromem zajęli dwa porzucone plastikowe krzesełka. Na scenie, ponad areną, na której tańczą zespoły pojawili się oficjele. Z Cairns przyleciała minister turystyki w rządzie stanowym oraz lokalny poseł do parlamentu federalnego. Gdzieś między gapiami krążył również federalny senator. Tuż obok polityków usadzono 82 letniego starszego z jednego z klanów zamieszkujących okolicę, ostatniego człowieka mówiącego jednym z 4 języków, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni. Był zarośnięty, ogromna siwa broda kontrastowała z ciemną i pomarszczoną jak suszona sliwka twarzą. Ubrany w długie spodnie i niebieską koszulę strażnika przyrody, na której jak łaty na dziurawym kocu widniały naszywki z logo różnych instytucji wyglądał trochę jak wystawione na pokaz ludzi zwierze w zoo. Zanim z ust pani minister padła formułka „Festiwal uwazam za otwarty” Szpulka zdążyła oblecieć wszystkie stragany i przynieść 3 reklamówki różnych gadżetów. I zaczął się pokaz. Na arenę wychodziły kolejno zespoły z różnych wspólnot. Niektóre liczyły od kilkunastu do kilkudziesięciu członków inne zaledwie kilku. Wszędzie pałętały się pod nogami dzieci. Po kilku pierwszych występach można było zacząć się nudzić. We wszystkich zespołach grano jedynie na digeridoo, wybijano rytm dwoma kawałkami drewna, czasami na pustym pniu drzewa. Wszystkie prezentowały te same „figury taneczne”, (chód emu, skoki kangura, itp.), opowiadały podobne historie. A to o rybaku, którego zjadł krokodyl, a to o kangurze ostrzegającym stado przed niebezpieczeństwem, a to o zrywaniu owoców z drzew przez kobiety lub „łowieniu” krewetek w utkane z palmowego łyka siatki. Harom nie mógł wyjść z podziwu dlaczego paralityczno drgawkowy taniec „dżimbalu” (drżenie nóg), który mógł przypominać ruchy targanego epilepsją Elvisa wzbudzał euforię wśród publiczności. Wszystkie występujące plemiona, a było ich kilkanaście, niewiele różniły się też ubiorem. Główna różnica była w kolorze pieluchy w którą zawinięci byli mężczyźni. Czasami mieli na ciele więcej farby, czasami mniej. I wreszcie wyszedł przed scenę zespół z Wysp w Cieśninie Torresa. I na własne oczy można było zobaczyć, co to jest przepaść cywilizacyjna. Mieszkańcy wysp, to Melanezyjczycy. Ich występ pod każdym względem pokazywał kierunek ewolucji. Muzycznie, występ różnił się od poprzedników tym czym różnią się  naskalne, płaskie, dwuwymiarowe  malowidła ludzi pierwotnych od średniowiecznych obrazów z głębią i perspektywą. Instrumenty nadal były nieskomplikowane, bębenki, grzechotki, itp, ale wygrywane melodia i rytmika zdecydowanie bardziej urozmaicona. Zamiast powtarzanych przez Aborygenów w kólko słów, które brzmiały mniej więcej jak „szewc zabija szewca, bumtarara, bumtarara, bum” (Misiowie Puszyści zespołu Siekiera) wykonywane piosenki miały melodykę, zdawały się mieć zwrotki i refreny.  Kobiety i dziewczęta ubrane były w kolorowe, kwieciste sukienki, we włosy wpięte kwiaty. Mężczyźni mieli białe koszule, ciemne spodenki, białe opaski dookoła nadgarstków, pod łokciami, pod kolanami i na kostkach.  Ich taniec był bardziej statyczny, nie biegali po całym obszarze jakby ktoś wylał na nich wiadro wrzątku. Tancerze uformowali dwa równoległe rzędy a z przodu przysiadła kilkunastoosobowa grupa akompaniująca. W odróżnieniu od plemion Aborygeńskich całą grupą trzęsła babka.

Sobotnie pokazy odbywały się w t sesjach. Pierwsza do południa, druga po obiedzie a trzecia najbardziej atrakcyjna wizualnie nocą. Tak samo jak dnia poprzedniego po zakończeniu pokazów na drugim końcu pola grały współczesne kapele na jak najbardziej współczesnych instrumentach oraz wyświetlano filmy. Szpulka z haromem udali się nad rzekę, gdzie zmyli z siebie kurz z całego dnia udowadniając, że w tym miejscu nie ma krokodyli. Później poszli przed namiot, gdzie rozpalili wieczorne ognisko. Siedzieli tak pod parasolem gwiazd wsłuchując się w trzask pękających w płomieniach polan i czekali aż upieką się wrzucone w żar ziemniaki. To był bardzo udany wieczór.

Niedziela przywitała ich zimnym rankiem. Zanim słońce nie wzeszło i nie rozgrzało okolicy mozna było szczękać zębami. Zwinęli się z samego rana chcąc uniknąć powrotu wśród tłumu innych gości, nie czekając na ogłoszenie festiwalowych wyników, które miało byc o 15.00. Pojechali do oddalonej o 15 km Laury, osady liczącej niewiele ponad 100 stałych mieszkańców. Tam nawiedzili lokalne centrum informacyjne, gdzie prześledzili krótką historię okolicy. Poznali jak radzili sobie farmerzy w czasach, gdy nie znano lodówek, jak wybuchła i zgasła gorączka złota, jak obszar ten był eksplorowany przez pierwszych pionierów. Przypomnieli sobie, że choć potomkowie Angoli skrzętnie tego unikają wysławiając Jamesa Cooka, to nie był on pierwszym europejczykiem, który miał kontakty z Aborygenami. Naocznie przekonali się również jak sztuczne są obecne podziały administracyjne. Wśród 4 grup językowych, którymi posługiwali się lokalni Aborygeni trzy są zbliżone jak język polski do czeskiego i słowackiego a czwarty odstaje od nich jak niemiecki od języków słowiańskich. I bogatsi o ta wiedzę oraz cały szereg niezatartych wrażeń wrócili szczęśliwie do Cairns.


P.S. Część 3 będzie zawierać fotorelację wzbogaconą o krótki opis i podsumowanie.


Aborygeni uważani są za najbardziej prymitywny lud na Ziemi dlatego, że przez 50 tysięcy lat ich cywilizacja nie posunęła się ani na krok na przód.  Pierwsi biali osadnicy na kontynencie zastali Aborygenów dokładnie w takim samej fazie rozwoju społecznego w jakiej przybyli oni do Australii z Nowej Gwinei czy Indonezji 40-65 tysięcy lat temu. Zawsze mnie ciekawiło, dlaczego ludzie, którzy przecież musieli wykazać inicjatywę i chęć zmian by skolonizować nowy ląd przybywszy na miejsce zarzucili postęp i zdegenerowali się, bo przecież brak postępu jest cofaniem się. I tak nasi przodkowie z paleolitu, którzy udomowili psy czy polowali na mamuty żyli na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż Aborygeni w dniu przybycia Jamesa Cooka. Aborygeni prowadzili koczowniczy tryb życia, byli nomadami. Żyli w składających się z kilkunastu do kilkudziesięciu członków klanach rodzinnych. W zależności od warunków przemieszczali się po obszarze od 200 km2 w urodzajnych okolicach Cairns aż do 30 000 km2 (powierzchnia Belgii) w skrajnie nieprzyjaznych warunkach pustyni Zachodniej Australii. Zakładali tymczasowe obozowiska w miejscach obfitujących w pokarm, a gdy ten się wyczerpał ruszali dalej. Nie zakładali stałych osad, nie uprawiali roli, nie posiedli umiejętności hodowli zwierząt. W polowaniu posługiwali się włóczniami z kamiennymi ostrzami. Polowanie za pomocą narzędzi, malowidła naskalne oraz zalążek handlu wymiennego to jedyne rzeczy, które nie pozwalały sklasyfikować ich jako kolejne zwierze w przyrodzie. Ich życie było bardzo podobne do tego, które w barwny, literacki przedstawia film Jean-Jacques Annauda pt. „Walka o ogień”. Teorii o Aborygenach jako istotach ludzkich nie podzielali bynajmniej Angole, którzy podbijając kontynent i tworząc niezależne od korony państwo wpisali Aborygenów do Księgi Flory i Fauny. I tak jako nieludzie przetrwali do początku lat 70-tych XX wieku, kiedy ich oficjalnie skreślono z tej haniebnej publikacji. Pełnię praw wyborczych uzyskali jednak dopiero w 1984 roku, aczkolwiek w „świadomości społecznej” jeszcze nie zaistnieli jako ludzie.  Liczbę Aborygenów u progu kolonizacji szacuje się na około 600-700 tysięcy. Pod czułą opieką władz kolonialnych (a później australijskich) populacja skurczyła się do ok. 67 tys. w 1933 roku. Dziś ludność aborygeńska to około 220 tys.

Mimo całego swojego zacofania lud ten posiadał jakąś ponadplemienną mądrość. Cały szereg wierzeń, nakazów i zakazów  kierował ich postępowaniem tak, jak kazała logika przetrwania gatunku. Logika, której nikt nie rozumiał, a której przestrzegano z żelazną konsekwencją. Fascynuje mnie to, że pierwotny lud żył według zasad nadrzędnych, stawiających interes przetrwania rasy nad interesem grupy etnicznej czy klanu. Tak, jakby kierowała nimi jakaś niewidzialna ręka, siła wyższa. Skąd bowiem ludzie, którzy nie mogli miec pojęcia o podstawie genetyki mogli wiedzieć, że zbyt bliskie pokrewieństwo między rodzicami powoduje w dłuższym okresie mutacje, że potrzeba jest wymiany genów, by nie dopuścić do degeneracji rasy? Nie mogli tego wiedzieć, ale reguły nakazywały im by co pewien czas do klanów napływała „świeża krew”. Dlatego klany z sąsiadujących ze sobą grup etnicznych w wyznaczonym miejscu regularnie organizowały ponadplemienne spotkania, które w dzisiejszym języku nazwalibyśmy festiwalami. Prezentowano na nich tańce, obrzędy i rytuały każdego z klanów, które de-facto były opowiadaniem historii, formą przekazywania wiedzy w społeczeństwie, które nie rozwinęło pisma. Prowadzono prymitywną wymianę handlową. Plemiona znad oceanu mogły „oferować” wyroby np. z rybich ości w zamian za kamienne groty do włóczni. Najważniejszą rzeczą na takim „zlocie” było jednak aranżowanie małżeństw a pośrednią spotkanie z rodziną. W każdym klanie bowiem ktoś miał swoją ciotkę, wuja, brata czy siostrę. W ten sposób zabezpieczano różnorodność genetyczną klanu i zapobiegano konfliktom. Jednym z miejsc, gdzie od tysięcy lat odbywały się takie spotkania jest oddalona o 350 km na północ od Cairns miejscowość Laura. Regularnie, co dwa lata w czerwcu spotykają się tu aborygeńskie plemiona by prezentować swój dorobek kulturalny i kultywować tradycję.

Kiedy w 2003 roku byłem w Cairns jako student, byłem biedny jak mysz kościelna i festiwal przeszedł mi koło nosa. W 2005 roku, będąc w Cairns po raz drugi znów nie było sprzyjających warunków finansowych, by tam pojechać. Dwa lata później sprowadziliśmy się do Cairns na stałe dokładnie w miesiąc po festiwalu. Teraz jednak już nie odpuszczę, nie pozwolę by czwarty raz festiwal przeszedł mi koło nosa. Dlatego już jutro wyruszamy ze Szpulką do Laura na festiwal tradycyjnego tańca i sztuki aborygeńskiej. A o tym, jak współcześnie wygląda spotkanie plemion aborygeńskich dowiecie się już z następnej notki.


Dla Polaków i wiekszości cywilizowanych narodów świata jest to liczba o wartości: 1 000 000 000 = 10^9 (tysiąc milionów). W układzie SI mnożnikowi 10^9 odpowiada przedrostek jednostki miary giga o symbolu G np. GHz – gigaherc. Wynika to wprost z przyjetej skali, wg. której 10^6 = milion, 10^9 = miliard / tysiąc milionów, 10^12 = bilion, 10^15 = biliard / tysiąc bilionów, 10^18 = trylion, itp.

Niestety nazewnictwo kolejnych potęg liczby 10 nie zostało ujednolicone na całym świecie i część krajów posługuje się zupełnie inna skalą. Pomijam tu Chiny i Japonię, które mają własne systemy oparte na wielokrotnościach 10 000, Indie, Pakistan czy obie Koree, które mają systemy niepodobne do niczego. W krajach takich, jak Australia, Irlandia, Kanada, USA, Wielka Brytania czy Brazylia przyjęto skrócony system, w którym 10^6 = milion, 10^9 = bilion, 10^12 = trylion. Rodzi to wiele pomyłek językowych, szczególnie kiedy domorośli tłumacze przekładają z angielskiego billion stosując kalkę językową. Prawdziwy strzał we własne kolano dokonała Wielka Brytania, która w 1974 porzuciła miliard przechodząc na krótką skalę. Tłumacząc powstałe tam teksty trzeba zwrócić uwagę na rok w którym powstały. Co więcej,  porzucenie miliarda (i biliarda) w oficjalnych statystykach wcale nie wymazało go natychmiastowo z potocznego użycia. Dlatego, o ile możemy być pewni publikacji sprzed 1974 roku, tak jeśli widzimy słowo „billion”  w tekstach, które powstały po tej dacie zawsze zachodzi prawdopodobieństwo pomyłki.

Ile to jest ów zagubiony miliard?

* Miliard godzin temu była epoka lodowcowa a po Polsce biegały mamuty.
* Miliard minut temu, około roku 107 zabito ostatniego Lwa Europejskiego.
* Miliard sekund temu 1 października 1977 swój ostatni mecz rozegrał Pele.

* Miliard dolarów australijskich temu było mniej więcej przed 8 godzinami. Tyle czasu potrzebuje australijska gospodarka by wyprodukować dobra i usługi warte 1 mld. AUD.

Pędzimy !!!

1 komentarz


Domowy wyrób alkoholi cieszy sie w Australii dużą popularnością. Kiedy po raz pierwszy tu przyjechałem jedną z egzotycznych, nieznanych mi wcześniej rzeczy były sklepy z ekwipunkiem dla domorosłych piwowarów i winiarzy. To dwa najpopularniejsze trunki, jakie wytwarza się metodą domową. Miodosytnictwo jest tu praktycznie nieznane a retyfikacja alkoholi wysokoprocentowych podlega specjalnym restrykcjom.

Amatorzy trunków z procentami mogą się zaopatrzeć w niezbedny sprzęt nawet w przeciętnym supermarkecie. Co prawda nie można tam kupić gotowego piwa, lecz bez problemu dostanie się beczki do fermentacji, drożdże, odżywki, specjalne „zestawy startowe” (o tym paragraf niżej) a nawet kapsle do butelek. Prawdziwą mekką sa jednak „Brew Shopy”, wyspecjalizowane sklepy, ze wszystkim co potrzeba do domowego wyrobu alkoholu. Oprócz wymienionych wcześniej rzeczy, które mozna znaleźć w supermarketach, tu możemy kupić wszelkiego rodzaju dodatki, barwniki, koncentraty, termometry, alkometry, hydrometry, kapslownice, itp. a nawet kompletne bimbrownice. Muszę jednak przyznać, że stosunek jakości do ceny tych ostatnich jest zatrważająco mizerny. Na dodatek technologicznie są niezmiernie prymitywne. O profesjonalnych 1,5m kolumnach retyfikacyjnych z refluxem mozna tylko pomarzyć. 

Najwiekszą popularnością cieszy się w Australii warzenie piwa. Proces technologiczny jest prosty jak drut. Zazwyczaj sprowadza się do kupna gotowego zestawu startowego w puszce, rozpuszczenia go w odpowiedniej ilości wody, dodaniu cukru, drożdży, odżywki i zamknieciu wszystkiego w pojemniku fermentacyjnym z rurką. Po odpowiednim czasie piwo rozlewa się do butelek, dodaje trochę cukru i odstawia by dojrzało.

Drugim co do popularności alkoholem wytwarzanym domowo z jakim się spotkałem jest ….. bimber. W Australii można legalnie, bez zezwolenia posiadać bimbrownice, o ile pojemnośc zbiornika nie przekracza 5l. Oficjalnie jednak nie można jej wykorzystywać do destylacji alkoholi. Jeśli chcemy na własną ręke (i dla własnych potrzeb) wytwarzać mocniejsze trunki musimy się zarejestrować w urzędzie, zdobyć licencję na produkcję alkoholu i płacić do fiskusa odpowiedni haracz. W chwili obecnej akcyza na domowej roboty destylaty wynosi 60 AUD za litr 100% spirytusu. Jeśli licencjonowany gorzelnik wyprodukuje np. 45% wódkę to musi odprowadzić 27 AUD podatku od każdego litra. Z rozmów jakie odbyłem w pracy wynika, że lekko licząc ponad połowa załogi Fabryczki zajmuje się tym procederem, z pominieciem spraw podatkowych oczywiście.

Australia w mniemaniu jej mieszkańców na cały świat słynie z wina. Znajduje to odzwierciedlenie w lokalnych sklepach monopolowych, gdzie wino stanowi pokaźną wiekszość asortymentu. W zaciszu domowych balonów ustępuje jednak w stosunku do piwa i bimbru. Trudno mi wyjaśnic ten fenomen. Może tłumaczyc to, faktem, że jednak przy wyrobie wina trzeba się więcej napracowac niż wytwarzając piwo z gotowego zestawu a moc alkoholu nie wynagradza wysiłku, tak jak ma to miejsce w przypadku czegoś destylowanego?

Duet Szpulka i harom, spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością właśnie od poniedziałku dołączył do szrokiego grona domowych wytwórców. Będąc z posiadaniu 2 pojemników do fermentacji postanowiliśmy zrobić z nich użytek. Do pierwszego zakupiliśmy w supermarkecie gotowy zestaw piwa jabłkowego, cidera. Wymieszaliśmy wszystko jak przykazała instrukcja, nastawiliśmy i….. nie ruszyło. Dziś bedę musiał pogonić je jeszcze raz. W drugim pojemniku nastawiliśmy wino ryżowe. Kosztowało nas to sporo pracy. Samo wypłukanie 5kg ryżu już jest wyzwaniem. Dodatkowo trzeba było przegotować i ostudzić ponad 18 litrów wody. Mam nadzieje, że winko zaskoczy i nie będzie to pierwsze i ostatnie wino jakie nastawimy w Australii. Tym bardziej, że strasznie za mną chodzi, by pokusić się o sfermentowanie miodu. Taki trójniak wymaga zacięcia i cierpliwości, bo samo leżakowanie to najlepiej z półtora roku ale ambrozja w gębie wynagradza to w zupełności.

Z alkoholowym pozdrowieniem.

Fontanna.

2 komentarzy
 
Jak myślicie gdzie to może być? Barcelona, a może Paryż? Może to pokaz z okazji ceremonii otwarcia/zamknięcia igrzysk? Nie, to nowa fontanna w moim ulubionym Wrocławiu a dokładnie pierwszy pokaz nowej fontanny na Pergoli. Jak donosi lokalny dodatek do „Koszernej” jest na co popatrzeć: woda tryskająca z 300 dysz na wysokość ok. 30 metrów, animowane baletnice i ptaki tańczące w rytm melodii muzyki klasycznej i elektronicznej. Póki co, fontannę można podziwiać codziennie. Od godz. 9 do 20 będzie działała w trybie dziennym, bez świateł, które pojawią się w godz. 20-23. Wieczorem o każdej pełnej godzinie zostaną włączone dodatkowe dysze i pojawi się muzyka. Dodatkowo także w ciągu dnia, o godz. 12, 14, 18 i 19, fontanna zatańczy w rytm muzyki. W repertuarze fontanny znalazła się zarówno muzyka poważna (utwory Bizeta, Beethovena, Czajkowskiego, Wagnera i Chaczaturiana), jak i elektroniczna (Vangelis, Jarre) i rockowa (Apocalyptica, Faith No More). Jednak ten zestaw utworów będzie się stopniowo rozszerzał.  


Każdy z nas zna osoby, o których może powiedzieć „tym to się powodzi”. Najczęściej spoglądamy w ich stronę z zazdrością, czasami z pożałowaniem a jeszcze innym razem z pogardą. Zawsze jednak możemy powiedzieć co jest źródłem tego „powodzenia”. Wśród wielu przypadków są takie, które śmiało możemy powiedzieć że doczekały „lepszego jutra”, czyli wykazując niewiele inicjatywy ze swojej strony znalazły się w dużo lepszym położeniu niż otoczenie z którego startowały. Ja takie przypadki dzielę na kilka kategorii.


Kategoria „Forest Gump”, czyli dryfujemy przez życie niczym piórko na wietrze tam, gdzie skieruje nas mocniejszy podmuch. Kiedy po pierwszym roku studiów porzuciłem szanowaną lecz nie dającą przyszłości fizykę na rzecz rachunkowości spotkałem się z całą masą ludzi, którzy zbyt słabi na uniwersytet czy uczelnie techniczną trafiali z przypadku na ekonomię. Nie inaczej było z „M”. Pochodził z małej wioski w nieistniejącym już dziś województwie. Do podstawówki poszedł we własnej wiosce, bo tak było pisane. Gdzieś przecież musiał iść a nikt nie wymaga by jeździł 10 km PKSem. Skończył podstawówkę i edukację kontynuował w gminnym liceum w oddalonym o kilkanaście kilometrów zapadłym miasteczku. Podczas, gdy jego koledzy wybierali technika czy zawodówki, on poszedł do przechowalni talentów, bo tam dyrektorką była jego matka. Skończywszy przeciętne liceum miał zamkniętą drogę do wielu uczelni, ale jego koledzy szli na ekonomię, więc poszedł i on. Na studiach nie był orłem, ale nie był tez outsiderem. Plasował się w dolnej strefie stanów średnich. Skończył uczelnię, wrócił do siebie. Wkrótce zatrudnił się (co wynikało z naturalnej kolei rzeczy) w dużym państwowym molochu w byłym miescie wojewódzkim. Moloch, zarówno jako Przedsiębiorstwo Państwowe, jak i jako Spółka Skarbu Państwa podlegał mocno koniunkturze politycznej. Każde wybory i zmiana władzy przynosiła mocne przeciągi, które wywiewały kadry ze spółki. „M” w tym czasie piął się zgodnie z wewnętrzną drabinką. Dziś jest bardzo ważnym dyrektorem, znanym i szanowanym obywatelem miasta. Wcale bym się nie zaskoczył, jeśli kolejny podmuch historii zaniósłby ten puch marny do ministerstwa. Kto wie, może za kilka lat w jakimś rządzie będziemy mieli ministra „M”.


Kategoria „właściwy człowiek na we właściwym czasie na właściwym miejscu”. Inny mój znajomy, „L”, nie miał okazji do pobierania nauk jak „M”. Skończył podstawówkę, później zaocznie wieczorowe technikum. „L” nie jest głupi, może jest prosty, ale nie jest prostakiem jak przedstawiciel kolejnej kategorii. Jako prosty człowiek, ale rozsądny i dobrze zorganizowany przez większość swojego życia zawodowego był kierowcą, handlowcem, prowadził warzywniak. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych został dyrektorem jednej z firm znanego powszechnie aferzysty. Aferzysta poza interesami zupełnie szemranymi prowadził również półlegalne i całkiem legalne. Takim właśnie interesem kierował „L”. Pewnego pięknego ranka okazało się, że aferzysta zniknął. Całe imperium zostało osierocone. „L” został sam na sam z dobrze zorganizowaną niezależną częścią konglomeratu. Miał ludzi, miał podpisane kontrakty z klientami, interes się kręcił, więc ucieczki aferzysty organizacyjnie nie odczuł wcale. Po kilku tygodniach wszyscy dotychczasowi pracownicy mieli już zawarte umowy o pracę z „L” a klienci umowy o świadczenie usług. Tym drugim spadł kamień z serca, gdyż bez żadnych zawirowań dostawali usługi na tym samym poziomie a jednocześnie nie byli już kojarzeni z niepopularnym aferzystą. „L” jako człowiek roztropny, dobrze zorganizowany i ostrożny nie dał sobie już niczego wydrzeć z rąk. Prowadził firmę przez następne 11 lat, po czym w wieku lat 52 sprzedał ją inwestorowi za gigantyczne pieniądze. Jak pisałem „L” był człowiekiem prostym, nie ufał więc niczemu, czego nie znał a takimi rzeczami była giełda, akcje, obligacje, fundusze. Dodatkowo nie wierzył w jakiś elektroniczny zapis gdzieś w komputerowym rejestrze biura maklerskiego. Fortunę, którą dostał za swoją firmę ulokował w nieruchomościach. Dziś jego „emerytura” to kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie jakie otrzymuje z wynajmu a dzięki boomowi na nieruchomości wartość jego aktywów jest na prawdę imponująca.


Kategoria „Nikodem Dyzma”. Każdy z nas ich spotkał. Klasyczny przykład chama, bez koszty kultury i ogłady, który przez przypadek lub podstępem dostaje się „na salony”. „K” jest niedouczonym wiejskim dzieckiem, które przez wiele lat jest zerem, dziadem nad dziadami ledwo wiążącym koniec z końcem, niczym bohater powieści Dołęgi-Mostowicza, który był bezrobotnym urzędnikiem pocztowym z prowincji. Ma jednak pewne zdolności do socjalizowania się, które pomagają mu w zawieraniu kolejnych cennych znajomości. W ten sposób buduje „network”, i po znajomości udaje mu się  załapać do pracy w pewnej hermetycznej instytucji. Tam jego ignorancja i braki w edukacji pozostają niezauważone i pozwalają piąć się po szczeblach kariery i zamiast biegac po polu w zgrzebnej sukmanie jak jego kumotrzy kmiecie, odreagowuje traumę z dzieciństwa mieszając z błotem tych, którzy coś osiągnęli dzięki ciężkiej pracy, zdolnościom lub inteligencji. Ot ucieleśnienie cwaniactwa i karierowiczostwa. 


Szanowny Czytaczu, jeśli podmuch losu niesie Cię tak, że za każdym razem spadasz na pysk z głośnym plaśnięciem, swoje „5 minut” już w życiu miałeś i przegapiłeś i nie masz zadatków na „Nikodema Dyzmę”, to nie czekaj na lepsze jutro !!! Ono samo nigdy nie nadejdzie !!! Weź rzeczy w swoje ręce, rusz dupę z posad i wyjdź mu naprzeciw. Przy okazji mocno się przepychaj łokciami by nie stratował Cię tłum, który również będzie szukał lepszego jutra. Głupio byłoby je znaleźć i zostać zadeptanym.

 

 Miesiąc maj zleciał nam jak biczem strzelił. Podobnie poprzedni tydzień. Jeszcze przed chwilą byl weekend a tu juz się zrobił piątek i koniec tygodnia. Nowa notka na blogu nalezy się jak psu buda.

O ile ten weekend przebimbaliśmy, tak poprzedni był dość intensywny. W sobotę z samego rana (około 7.00) pojechaliśmy do Yangabura. To mała miejscowość na Płaskowyżu słynąca z szwajcarskiej knajpy i comiesięcznego targu. Co tydzień w Sobotę i niedzielę gdzieś w okolicy odbywa się targ. Ten w Yangubara jest jednak największy. Trudno jednak szukać podobieństw z targami w miastach i mieścinach, które znam z dzieciństwa. Nie ma tu wozów konnych, z których chłopi sprzedawali żyto, owies czy pszenicę, nie ma jatek mięsnych z wielkimi drewnianymi pniami i toporami ociekającymi krwią, brak drobnych rzemieślników, którzy w oparach kwasu wielka kolba łatali dziurawe garnki. Market w Yangabura to kilka rzędów równoległych wiat namiotowych rozbitych na dość dużym płaskim terenie. Można tu znaleźć stoiska z ciuchami i z owocami, z lustrami w miedzianych oprawach i z domowego wyrobu mydłem. Są pachnące świeczki, wypalane w przydomowych piecach gliniane figurki, drewniane meble z polerowanego drewna. Przytłaczająca większość straganów ma dokładnie to samo barachło, które można kupić w tandetnych butikach dla turystów w Cairns.  Są jednak nieliczne wyjątki jak przygodne wróżki robiące klienta w wała przepowiadające przyszłość z fusów, wróżące z kart Tarota czy wyjaśniające tajemnice numerologii. Tu i ówdzie można zobaczyć klatkę z kurczkami czy kaczkami. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to zwierzęta gospodarskie. Na jednej z klatek widnieje wyraźna reklama „Kurczaki, wymagania jak świnka morska a o ile więcej frajdy”. W środku coś, co nazwałbym skrzyżowaniem kury z hippisem. Długie cienkie pióra przypominają włosy, pod ich gęstwiną ginie grzebień, spadają kurczakowi na oczy i dziób, rosną nawet na kurzych łapkach. Są też stragany z wyrobami domowymi. Żadnej tam babci w chustce, która z przepastnego wiklinowego koszyka sprzedawała biały ser, śmietanę lub jajka. Tu sprzedaje się domowej roboty ciasta z wściekle różowym lukrem (idę o zakład, że nie użyto soku z buraka) a przede wszystkim wszelkiej maści dżemy. Oprócz tradycyjnych morelowych, mango i pomarańczowych jest rochę egzotyki. Dla mnie zaczyna się ona na dżemach migdałowo-figowych a kończy na wynalazku z pomidorów i imbiru. Kiedyś nawet się na to skusiłem. Pierwsze kilka kromek przeszło gładko, później nad wyraz często gościłem w kibelku. Reasumując Yangabura market z pewnością jest największym targiem w okolicy, ale nie ma tu niczego, czego nie dałoby się kupić na pomniejszych targach w okolicy.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o herbaciarnię nad Lake Barrine. To przepiękne jezioro położone w kraterze wygasłego wulkanu. Rozsiedliśmy się na drewnianym tarasie na piętrze znajdującej się tam restauracji z imbrykiem pełnym gorącej aromatycznej herbaty. Sącząc powoli boski płyn podziwialiśmy krystalicznie czyste wody jeziora, beztrosko baraszkujące kaczki i tnące powietrze niczym sztylet jaskółki. Bardzo lubię to miejsce.

Niedzielę przeznaczyliśmy na wycieczkę do Port Douglas. To niewielki kurort około 50 km na północ od naszej plaży. Szydercy mawiają, że dawniej cała wioska żyła z rybołówstwa, dziś z cudzołóstwa. I choć od Monaco czy Saint Tropez dzielą go jakościowo lata świetlne, to ma opinię miejsca, gdzie w drogich hotelach wypoczywają australijskie (i nie tylko) snoby. Tu spędzał urlop Bill Clinton i All Gore, tu można spotkać członków Rolling Stones, Spilberga czy Toma Hanksa. To tu paparazzi polują na Kylie i jej nowego chłopaka. Rzeczywiście Port Douglas jest pełne miejsc, gdzie za apartament płaci się nawet i 4000 AUD i więcej za dobę, pól golfowych, prywatnych lądowisk helikopterów. Stoi to w dużym kontraście z warunkami życia zwykłych obywateli. Lokalny samorząd splajtował i obszar włączono administracyjnie w granice Cairns. Usługi publiczne sa na zatrważająco niskim poziomie. Średnio co dwa miesiące wybucha afera, że woda z wodociągów miejskich jest niezdatna do picia a prom na rzece Daintree nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. My jednak nie pojechaliśmy by eksplorować różnice między poziomem życia a poziomem wypoczynku w port Douglas. Udaliśmy się tam w konkretnym celu, mianowicie przejażdżki wąskotorówką zwaną „Billy Holey”. To pozostałość po kolejce cukrowniczej. W czasach świetności zwoziła z pól trzcinę do cukrowni, transportowała cukier do portu a w przeciwna stronę maszyny i urządzenia. Dziś cukier wozi się ciężarówkami do samego Cairns a pola trzciny cukrowej w Port Douglas ustąpiły miejsca polom golfowym. Odcięta od głównej sieci odnoga przez wiele lat popadała w ruinę. Dopiero kilka lat temu grupa zapaleńców przywróciła do ruchu kilkukilometrowy odcinek.

Przejażdżka zaczyna się przy samej marinie. Stojąc po przeciwnej stronie ulicy można zaobserwować obrazek jak z bajki. Daleko w tle mamy przybrudzoną zieleń lasów namorzynowych, tuż przed nimi turkus oceanu, trochę bliżej przycumowane do pomostów majestatycznie kołyszą się białe jachty, szybkie łodzie motorowe i zwykłe łódki wędkarskie. Nad tym wszystkim nieprzebrany błękit nieba. Na pierwszym planie na peron przy pieczołowicie odnowionym drewnianym budynku stacji wtacza się kolorowy pociąg. Czerwony parowozik łamie naturalne kolory otoczenia, kontrastuje ze wszystkimi barwami przyrody. Za nim podążają trzy odkryte żółto-czerwone wagoniki pasażerskie. Godne podziwu jest jak dokładnie płaszczyzna peronu zgrana jest z podłogą wagoników. Chwilę później załoga odczepia lokomotywkę od składu. Jedzie ona kilkadziesiąt metrów dalej na obrotnice. To urządzenie do zmiany kierunku jazdy, taka ogromna „Lazy Suzan”. Parowóz wjeżdża na olbrzymie koło, obracany jest o 180st i zjeżdża już przodem do kierunku jazdy. W blasku fleszy fotoamatorów doczepiany jest do reszty składu. Po skończonych manewrach wsiadamy do wagonika, kilka minut postoju i słychać przenikliwy wibrujący dźwięk gwizdka. Chwilę później sapniecie lokomotywki, szarpniecie wagoników i ruszamy w drogę. Pierwsze kilkaset metrów prowadzi tuż nad brzegiem mariny. Podziwiamy jachty, wzdychamy po cichu do katamaranów. Za nami w tyle pozostają drewniane pomosty, molo, urokliwy budynek stacji, rzędy kafejek i restauracji. Nie mija 5 minut jak wjeżdżamy w las namorzynowy. To typowe zarośla bagienne. Jest sucho, więc zamiast wody wszędzie widać wysuszony muł, nad który wystają pozwijane w fantazyjnych kształtach korzenie. W porze mokrej ten obszar stoi w wodzie. Plotki głoszą, że onegdaj, przed przybyciem Europejczyków kiedy Aborygenka była zbyt stara, zniedołężniała i nieprzydatna dla swojego klanu przychodziła samiuteńka na te bagna. Problem rozwiązywali kilkumetrowi mieszkańcy mokradeł. Wypatrywaliśmy ich uważnie, lecz tym razem żadnego nie dostrzegliśmy. Wśród tych gęstwin zbudowano pierwszy przystanek, stację przy schronisku dla ‚backpackersów’. Wygląda jak zbita na prędce drewniana trybuna dla oficjeli na pochodzie pierwszomajowym gdzieś w powiatowym miasteczku Polski „B”. Dalsze przystanki są o wiele bardziej reprezentacyjne, jak np. ten zaraz po wyjeździe z zarośli. Znajduje się przy jednym z wielu ekskluzywnych kurortów. Drewniane ażury wiaty peronowej, płotek i wszystkie elementy małej architektury są w identycznym stylu jak budowle, które widzimy za płotem ośrodka. Ku naszemu zaskoczeniu na stacji kilka osób wsiadło i tyleż wysiadło z pociągu. To samo miało miejsce na kolejnych stacjach. Po pół godzinie dotarliśmy do kresu podróży. Stacja końcowa to też część dużego ośrodka. Podczas manewrów parowozu obserwowaliśmy położone nieopodal pole golfowe, miniaturowe sylwetki ludzików i poruszające się to tu, to tam białe melexy. Teren był urozmaicony. Wielkie soczysto zielone obszary falowały lekkimi pagórkami. Tu i ówdzie srebrzyło się oczko wodne. Całość przecinała ciemna wstęga strumienia wijącego się wśród wzgórz niczym gigantyczna sznurówka. Jego brzegi spięte były malowniczym kratownicowym mostkiem, który pozwalał przedostać się melexom na drugą stronę pola. Droga powrotna do mariny była dokładnym odwróceniem tej, którą tu przybyliśmy. Najpierw przeciskaliśmy się wśród starannie wypielęgnowanej zieleni resortów zatrzymując się na stacjach przed głównymi ich bramami, po czym wjechaliśmy w bagienne zarośla by dotrzec na ostatnia prosta wzdłuż mariny. Całość zajęła nam około 1 godziny 15 minut.

Pobuszowaliśmy jeszcze trochę w Port Douglas i udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Nie dotarliśmy tam jednak bezpośrednio. Postanowiłem pokazać Szpulce Oak Beach, jedna z kilku plaż między Port Douglas a „naszą plażą”. Jest bardzo romantyczna, idylliczna. Nie dotarło tu szaleństwo masowej turystyki. Na kilkusetmetrowej esplanadzie stoi kilkanaście zwykłych domów mieszkalnych. Plaża jest z tych dużych płaskich. W tym miejscu ocean jest bardzo płytki, dlatego odpływ odsłania dosłownie kilkaset metrów piaszczystego dna. My trafiliśmy właśnie na odpływ. Postanowiłem, że wejdę w ocean i zrobię fotkę. Takie ujęcie, gdzie na pierwszym planie wśród granatowo zielonkawej toni oceanu są pieniące się na biało grzywy fal łamiących się na płyciźnie, później platynowy kolor piasku plaży, za nim zieleń zarośli, w tle czarne łaty bazaltowych skał przebijających przez las pokrywający spadające stromo do oceanu zbocza i błękit nieba z porozrzucanymi pierzastymi obłokami. Jak postanowiłem tak uczyniłem. I była to ostatnia fotka jaka udało mi się zrobić. Chwilę później oślepiony słońcem odwróciłem się w stronę oceanu by przejrzeć zdjęcia. Skupiony na tym by w ostrym słońcu wypatrzeć coś na małym ekranie o niskim kontraście nie zauważyłem nadchodzącej fali. Nie był to żaden bałwan pędzący z szumem w moim kierunku. Ot zwykłe lekko widoczne zgrubienie na powierzchni, coś jak mulda na osiedlowej uliczce. To wystarczyło. Wpatrując się w skupieniu w ekran zobaczyłem jak powoli przetacza się nad nim 1 cm morskiej wody. Wszystko działo się jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Fala oddaliła się bez pośpiechu, a ja zostałem w tej samej kretynskiej pozycji co byłem z mokrym aparatem w ręku. Wystarczył jeden rzut oka by się przekonać, że nie był wodoodporny. Czułem się bardzo rozczarowany. Pierwszy telefon komórkowy utopiłem w sedesie. Wyślizgnął mi się z kieszeni w koszuli gdy sięgałem po szczotkę stojącą obok muszli. To było spektakularne. Szpulka utopiła swój telefon w Oceanie równie widowiskowo. A tu co? Ot aparat dział i nagle nie działa. Bez żadnej dramaturgii, bez fajerwerków. Wyciągnąłem z niego baterię a po powrocie do domu rozkręciłem zostawiając by wysechł. Niestety minął tydzień i nic. Martwy jak egipski faraon. W najbliższym czasie nie ma więc co liczyć na jakiekolwiek fotki na blogu. A szkoda, bo już niedługo w laura bedzie miał miejsce festiwal tańca aborygeńskich plemion na który zamierzamy się wybrać.  Chyba, że ktoś naiwny szlachetny pożyczy nam swój. Oczywiście jeśli znalazłby się altruista i podarował (lub na dłuższy czas wypożyczył) jakiś zbędny, nieużywany sprzęt w zamian za tytul oficjalnego sponsora bloga harome, to polecam się pamięci. E-mail znacie :) 
 


  • RSS