harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

 
Z okazji weekendu coś lżejszego gatunkowo.



Co ty k… wiesz o leniuchowaniu !?

paw
Ktoś puścił pawia.

Papugi1
W popularnych parkach czy campingach papugi są bardzo przyzwyczajone do ludzi.

krokodyle
„Bajorko teściowej”. Wprawne oko dostrzeże więcej niż jednego krokodyla.

Korale
„Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego”.
Korale w zatrwarzającej większości należą do świata zwierząt, choć w równie
rozpowszechnionej, co błędnej opinii wiekszość uważa je za rośliny.

indyk lesny
Dziki indyk leśny. Może napedzić stracha na szlaku.

Indyk hodowlany
Zupełnie nie dziki, choc niezupełnie oswojony indyk hodowlany.


W Polsce jeśli chcemy pozbyć sie niewygodnego przeciwnika politycznego, albo konkurenta w wyścigu do koryta najczęściej (choć nie wyłącznie) stosuje się metodę na IPN. Oskarżenie o wpółpracę z Służbą Bezpieczeństwa potrafi skutecznie wyrzucić ze stołka premiera  (Oleksy), biskupa (Janusz Jagucki),  uprzykrzyć życie politykom (Wałęsa), dziennikarzom (Wołoszański, Niezabitowska), aktorom (Damięcki), itp. Oskarżenie wcale nie musi być prawdziwe, bo cóż, że po kilku latach niezawisły sąd orzeknie, że to nadinterpretacja czy wręcz wyssane z palca konfabulacje? Premier nie wróci na stanowisko a dziennikarz do redakcji.

W Australii nie mieliśmy „poprzedniego reżimu” a i współpraca z organami bezpieczeństwa pojmowana jest jako zaszczytny, godny naśladowania obywatelski postępek a nie jako rzecz godna napiętnowania. Nie oznacza to, że nie ma nieczystych zagrywek. Są, tylko metoda jest inna. Dla kochających się w skandalach obyczajowych Aussiech taka metodą jest niszczenie przeciwnika poprzez hm….. Chciałem napisać afery damsko-męskie, lecz w dobie tak powszechnego równouprawnienia mogą również być męsko-męskie i damsko-damskie. Słowem w Australii zamiast metody na IPN mamy metodę na sex. Metoda nader często wykorzystywana i w większości przypadków skuteczna. Nie tak dawno pisałem o kulisach wyboru na pozycję „najlepszej pracy na swiecie”. Jedna z kandydatek została skreślona w drugim etapie rekrutacji po oskarżeniach o wystepowanie w filmach pornograficznych publikowanych na internecie. Film był jeden, pojawił się znienadzka na youtube kilka dni po tym, jak 26 letnia oceanograf z Rosji przeszła do drugiego etapu i równie szybko znikł. Chwilę po tym, jak wykluczono ją z konkursu. Metoda ta stosowana jest również w walce politycznej. Podczas wyborów w 2007 polityczni przeciwnicy oskarżyli obecnego premiera o wizytę w klubie go-go. To akurat wiele nie zaszkodziło jego szansie na elekcję. Inaczej miała się sprawa z Paulin Henson. Do walki politycznej użyto jej roznegliżowanych zdjęć, zrobionych rzekomo w latach 70-tych przez jej partnera. Henson, to polityk pokroju Andrzeja Leppera. Niegdys lider skrajnie populistycznego ugrupowania, które już kiedyś miało swoje „5 minut” w parlamencie. Tym razem startowała w wyborach parlamentarnych w stanie Queensland. Przepadła i choć niewiele osób specjalnie za nią płacze nie sposób pominąć że w gazetach pojawiły się przeprosiny za publikacje podrobionych zdjęć. Po fakcie.

W ostatnich dniach przez media przetacza się fala skandali związanych z jedną z lig organizujących rozgrywki w jajowata piłkę. Zaczęło się chyba od skandalu związanego z sexem grupowym jaki miał miejsce kilka lat temu w Nowej Zelandii. Sprawa „z brodą”, nie skończyła się oskarżeniem i została dopiero teraz wyciągnięta na światło dzienne. Dziewczyna poszła z jednym zawodnikiem do pokoju hotelowego, w wiadomym celu, ten jednak zapomniał jej wyjaśnić, że w tej odmianie jajowatej piłki przepisy dopuszczają w trakcie gry zmianę kilku zawodników z pola. W innym przypadku przeczytałem w gazecie tłumaczenie ofiary grupowej zabawy z ruggbystami: „bawiliśmy się dobrze, lecz po kilku pocałunkach wszystko poszło zupełnie nie tak”. Jak żywo przed oczami staneły mi kadry z filmu na szkoleniu przeciwpożarowym. Tam dwóch „wykwalifikowanych” Aussiech podobnie tłumaczyło się z puszczenia z dymem połowy osiedla. Zdzierali farbę ze 100 letniego, wysuszonego na pień, drewnianego domu za pomocą palnika gazowego. Z początku też było dobrze a po kilku następnych ruchach palnikiem „wszystko poszło zupełnie nie tak”. Nie od dziś wiadomo, że w tej lidze testosteron wylewa się zawodnikom uszami, dlatego wystarczy zwyczajnie otworzyć oczy. Jak grzyby po deszczu wysypały się następne sprawy. To gdzieś zaproszono striptiserkę by zmotywowała zawodników przed meczem, to gdzieś indziej dwie prostytutki by zmotywowały zespół jeszcze bardziej. Media huczą. Nie wiedzą na co bardziej mają się rzucić. Na to że (nareszcie!!!) mamy przypadki świńskiej grypy w Australii, czy sex skandal w ruggby.

W polityce uzywa sie metody na d… by walczyć z przeciwnikami, a co można osiągnąć wywołując taki skandal w jajowatej piłce? Głównie pretekst by wycofać się ze sponsoringu. Właśnie dwa z klubów straciły swoich strategicznych dobroczyńców, gdyż Ci jak oświadczyli zbyt dbają o dobre imię i wizerunek, by ich marka była kojarzona z takimi zachowaniami. Wymówka dobra jak każda inna. W miejsce starych sponsorów szybko znajdą się inni. Skandale obyczajowe zajmują poczytne miejsce w australijskich mediach. I o ile politycy powinni być „czyści jak łza” tak celebryci zupełnie przeciwnie. Skandale przyciągają uwagę, zwiekszają oglądalność/słuchalność mediów. To stwarza przestrzeń reklamową, miejsce dla sponsorów. Im większe będzie zainteresowanie jajowatą piłką, tym chętniej i szybciej kolejny tycoon otworzy swój portfel. Interes musi się przecież kręcić.


Kiedy zaczynałem swoją pierwszą po studiach pracę w Polsce tydzień roboczy trwał 42 godziny. Oznaczało to nie mniej nie więcej tylko jedną roboczą sobotę w miesiącu. Wtedy dzień przed pracującą sobotą zwany był piątkiem, a ten przed wolną sobotą – piąteczkiem. W Australii mamy 38 godzinny tydzień pracy. Rozkłada się to na 8 godzin od poniedziałku do czwartku oraz sześć godzin w piątek. Z racji, że w tym dniu robotnicy zaczynają pracę o 6.20 i kończą 12.20, piątek właściwie ma status „pół dnia”. Biuro oficjalnie ma pracować do 16.00, ale przeważnie do tej godziny zostaję tylko ja. Reszta rozchodzi sie począwszy od mniej więcej 11.00. Z racji swojego „połówkowego” statusu piatek wykorzystywany jest głównie do aktywności zewnętrznej. W tym dniu, po zakończeniu zmiany, na hali pracują elektrycy. W piątek do południa organizuje się spotkania z kooperantami z zewnątrz, odbywa szkolenia czy umawia na kontrolę z różnych instytucji, jeździ się załatwić sprawy do banku, rady miasta, instytucji administracyjnych czy oddać samochód do przeglądu. Takoważ „akcja” miała miejsce i dziś.

Gdzieś około godziny 8.30 udaliśmy się do jednej z instytucji edukacyjnych, agendy rządu stanowego Queensland. Musieliśmy obgadać kilka spraw związanych z naszymi praktykantami, szkoleniami naszych robotników, wsparcia w postaci rządowych programów szkoleniowych i generalnie współpracy Fabryczki z wyżej nie wymienioną z nazwy Szacowną Instytucją. Od samego początku wycieczka zapowiadała się ciekawie. W drodze na spotkanie utknęliśmy w tasiemcowym korku. Jak się okazało niebawem robotnicy odmulali i oczyszczali przydrożny rów po tym co zostało naniesione w porze monsunowej. Robili to w iście australijskim stylu, czyli jeden kopał a trzech się patrzyło. Tak się tu przyjęło, że nad każdymi robotami drogowymi czuwają „kontrolerzy ruchu”, czyli panowie z lizakami przepuszczający ruch wahadłowo czy tego potrzeba, czy nie. Czasami wygląda to komicznie, bo np. widuję gościa, który 8 godzin siedzi na taborecie przy drodze dzierżąc w ręce znak „zwolnij”. Po drugiej stronie robót, które odbywają się gdzieś na poboczu sterczy drugi taki nieszczęśnik. Do tak poważnego zadania jak oczyszczanie rowu zamyka się natomiast na całej długości jeden pas ruchu. Wszystko dla obopólnego bezpieczeństwa, zarówno kierowców jak i pracujących. Jaki to ma efekt w porannym szczycie komunikacyjnym nie trudno sobie wyobrazić. Słowem jadąc w korku z zazdrością patrzyłem na żebraków weteranów wojennych o kulach, którzy nas wyprzedzali. Po czasie pięciokrotnie dłuższym niż zajęłoby to normalnie dotarliśmy do Wielce Szacownej Instytucji na spotkanie z Bardzo Ważną Szefową.

W ramach zemsty za nasze spóźnienie musieliśmy odczekać swoje zanim udzielono man audiencji. Czas się strasznie dłużył, plastikowe krzesła wpijały się w tyłek a nieotynkowane ściany pociągnięte jedynie olejną farbą nie pozwalały zapomnieć w jakim kraju się znajdujemy. Kiedy już zacząłem podejrzewać, że tam umrzemy a nasze wysuszone szkielety przekazane zostaną do lokalnego muzeum z okrutnym piskiem rozwarły się jedne z drzwi a zza nich wyłonił się …… Kocmołuch. No w mordę, demonem piękności nie jestem, włosy czasami mam potargane, brodę zmierzwioną, ale ku nam zmierzał prawdziwy Kocmołuch. Miała  około 35-40 lat, jej rzadkie włosy długimi tłustymi strąkami kleiły się do głowy i spadały do połowy szyi. Spomiędzy nich wyraźnie prześwitywała biała, łuszcząca się skóra głowy. Przynajmniej nie ma problemów z łapaniem wszy, pomyślałem, bo tego, że ma wszy byłem więcej niż pewien. Poniżej, kocmołuch miał białą bluzeczkę, całkiem dobrego kroju. Chyba dzięki temu, że biała na ramionach nie widać było łupieżu. Pod lewą piersią widniała duża tłusta, niedoprana plama. Czarna spódnica była chyba jedynym w miare schludnym elementem kompozycji. Może dlatego, że czarna i nic na niej nie było widać, a może oryginalnie wcale nie była czarna? Poniżej kończącej się tuż za kolanem spódnicy nasza rozmówczyni miała dwie, zgrabne, prościutkie nóżki. Byłyby nawet bardzo sexy, lecz miały mały defekt. Takiego zarostu jak ona na nogach nie miał na brodzie nawet Rumcajs z żacholeckiego lasu. To po prostu było futro gęstsze niż ma nasz kot. Zastanawiałem się tylko kiedy te długie ciemne włosy zaczną jej się zakręcać w naturalne loki. Z letargu wyrwała mnie fala obopólnie nieszczerych przeprosin za spóźnienie i zapewnień, że nic się nie stało. Wyciągnęła do mnie rękę w geście powitania. Pod pachą zobaczyłem dużą mokrą plamę. O, pomyślałem, pomieszczenie klimatyzowane, bez futerka w tym miejscu takiej kałuży by nie było. W tej samej chwili przeleciało mi przez myśl co też może znajdować się w pewnym intymnym zakątku jej ciała. Na moich ustach pojawił się szyderczy uśmiech, który przez pomyłkę został odebrany jako radość ze spotkania. Chwilę później dyskretnie pociągnąłem nosem w oczekiwaniu, że doleci do mnie „zapach ryby”. Doleciał całkiem miły, słodki aromat lekkich kwiatowych perfum. Czułem się rozczarowany. Przeszliśmy do jej gabinetu. Był schludny, znaczy się odziedziczyła po poprzedniku.

Rozmowa z Kocmołuchem przebiegała jak próba pchnięcia wozu o kwadratowych kołach. Miałem spore trudności, żeby zrozumieć o co pyta. I nie dlatego, że nie rozumiałem angielskiego, ja po prostu nie rozumiałem jej pytań. Są to chwile, kiedy ktoś zadaje pytanie „jak ma na imię i nazwisko Jan Kowalski” albo „w wodzie pływa i ryba się nazywa”. No kurde, nie może to być tak proste myślisz. Skoro ktoś pyta, to nie wie, więc odpowiedź nie może być zawarta w pytaniu, inaczej pewnie by nie pytał. Podejrzewasz, że np. chodzi o przypadek Czesława Niemena czy Annę Jantar, wtedy pytanie ma sens, bo to pseudonimy artystyczne, pod którymi występowały osoby o zupełnie innych nazwiskach. Zakładasz pewną inteligencję rozmówcy i nie chcesz byc infantylny. No i robisz z siebie barana, bo odpowiedź na pytanie brzmi „Jan Kowalski”. Wychodzi, że to ty jesteś durniem a nie autor pytania. Ja generalnie mam problemy w komunikacji z ludźmi, a w takim przypadku urasta to do wysokości Mount Everestu. Już po wymianie kilku zdań wiedziałem, że mam do czynienia z kimś z IQ na poziomie rośliny doniczkowej. I nie jestem przekonany, czy nie jest to czasami komplement w odniesieniu do Kocmołucha.  Męczarnie przeżywałem okrutne, głównie za sprawą pytań, w których Kocmołuch sam nie wiedział o co pyta np. „ile gazu zużywamy”. Ale jakiego ku… gazu, bo zużywamy klasyczny LPG do pieca w kuźni, do spawania tlen, argon, azot, hel, dwutlenek węgla itp. Po wyjaśnieniach okazało się, że chodzi o to ile gazów cieplarnianych produkujemy. A to zupełnie inna bajka, bo krowa na łące gazów cieplarnianych nie zużywa a pierdząc produkuje ich całkiem sporo. I tak „w koło Macieju”.

Wyszedłem ze spotkania wypruty psychicznie i zmęczony jak koń po westernie. Idąc w milczeniu do samochodu rozmyślałem. Jakbym nie kombinował wyszło, że jej wysoko postawiony mąż albo kochanek musi być fetyszystą.  No bo tak, stanowiska tego Bardzo Ważna Szefowa na 100% nie dostała za swoje walory intelektualne. Poziom wykształcenia i wiedzy ogólnej wskazywał, że mogłaby mieć spore trudności z ukończeniem trzeciej klasy podstawówki w Polsce. Biorąc poprawkę na Australię, byłaby to góra 8 klasa. „Year 12″ czy studia wyższe już zupełnie był poza jej zasięgiem. Łapówkarstwo też nie wchodziło w grę, bo musiała by wydać fortunę. Nikt decyzyjny przy zdrowych zmysłach, za żadne pieniądze by jej nie promował. Skoro nie mogła osiągnąć tego ani przekupstwem ani głową musiała zrobić to d… I tylko kochanek (ślubny czy poza ślubny) fetyszysta mógł być usprawiedliwieniem dla tych burzanów włosów na nogach, kropelek łoju na głowie i plam na bluzce. Obejrzałem się za siebie i westchnąłem. Zawsze, że ów wysoko postawiony promotor mógł być homoseksualistą gustującym w metroseksualnych chłopcach. Ci przeważnie dbają o głowę, golą nogi a na ich pedantycznie dobranej odzieży nie uświadczysz plam. Myśl, kogo bym zastał na stanowisku Bardzo Ważnej Szefowej gdyby ów fetyszysta gustował w owieczkach skutecznie przywróciła mi dobry humor na resztę dnia. :)


Wraz z upływem czasu maleje znaczenie popełnionego przestępstwa;  zaciera się pamięć, czasami przychodzi darowanie winy czy przebaczenie, często zbędna staje się resocjalizacja sprawcy, bo albo już siedzi w pierdlu za inne występki albo jest wicepremierem. Za stosowaniem przedawnienia przemawiają także motywy czysto pragmatyczne. Po upływie dłuższego czasu ustalenie prawdy jest nieraz niemożliwe lub bardzo utrudnione i kosztowne. Świadkowie często poumierali, zmienili zeznania, zostali zastraszeni lub wyjechali na Wyspy. Orzeczona kara bardzo często traci swoją funkcję resocjalizacyjną a jest jedynie aktem zemsty.

Przedawnienie jako instytucję odnoszącą się do wszystkich przestępstw wprowadził w Europie  francuski Code pénal z 1810 r. Karalność przestępstwa w Polsce ustaje po upływie: 30 lat – gdy czyn stanowi zbrodnię zabójstwa, 20 lat – gdy czyn stanowi inną zbrodnię, 15 lat – gdy czyn stanowi występek zagrożony karą pozbawienia wolności przekraczającą 5 lat, 10 lat – gdy czyn stanowi występek zagrożony karą pozbawienia wolności przekraczającą 3 lata, 5 lat – gdy chodzi o pozostałe występki. Zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu. Są to ogólne uregulowania a terminy mogą ulec wydłużeniu na czas trwania procesu.

W anglosaskim systemie common law pojęcie przedawnienia jest w zasadzie nieznane i ma charakter szczątkowy. W prawie karnym Australii tak jak w prawie karnym angielskim przedawnienie jest wyjątkiem wprowadzonym w odniesieniu tylko do niektórych przestępstw. Dlatego codziennie spotykamy się z takimi doniesieniami medialnymi. Dla nieanglojezycznych – 76 letni William John Keith Ellis zostal skazany na 16 lat więzienia za przestępstwa, które popełnił prawie 50 lat temu. I jakby nie były obrzydliwe, nie były to ani zbrodnie wojenne, ani komunistyczne ani przeciwko ludzkości. Brak instytucji przedawnienia legitymizuje działalność policyjnych struktur zajmujacych się ściganiem przestępców z przeszłości, tzw. cold cases. W samej tylko Nowej Poludniowej Walii zespol d/s niewykrytych przestępstw pracuje obecnie nad 192 takimi przypadkami. I nie wszystkie są całkiem poważne. Oto bowiem jedną z prac wystawianych na Biennale w Sydney był film pokazujący znęcanie się nad kurczakiem.  Sprawą zajęto się z urzędu mimo, że zdjęcia zostały nakręcone około 1970 roku. Dlatego też możliwa jest sytuacja jak np. TU, gdzie „osbowość telewizyjna o miedzynarodowej sławie” została oskarżona o molestowanie sexualne, które miało miejsce ponad 40 lat temu.

I znów mamy deja-vu, dwoistośc Australii. Zbrodnie, które w cywilizowanym świecie ulegaja przedawnieniu są tu ścigane bez litości. A ci, którzy popełnili zbronie nie ulegające przedawnieniu w Europie (ludobójstwo, zbrodnie wojenne) znajdują w Australii bezpieczne schronienie.


Cairns jest ostatnim cywilizowanym miastem na północy Australii. Później mamy już tylko Półwysep York, a 800 km dalej, za Cieśniną Torresa Papuę-Nową Gwineę. Z racji swojego położenia jest to ośrodek administracyjny dla olbrzymiego obszaru północnego Queensland jak również zamorskiego sąsiada. Są firmy, które mają swoje rejestrowe siedziby w Port Moresby (stolicy PNG), lecz de-facto operują z Cairns. Tu mają biura i zaplecze techniczne. Powód jest prozaiczny, w Cairns jest infrastruktura i wykwalifikowany personel, którego brak na PNG. Zdają sobie sprawę z tego nie tylko businessmani i managerowie, ale również zwykli Papuasi, którzy coraz częściej szukają w Cairns  pomocy, jakiej nie uzyskaliby u siebie. Czasami są to bardzo wzruszające historie. Jedną z nich właśnie żyje Cairns.

Wydarznie miało miejsce w małej, odciętej od świata wiosce na granicy Papui-Nowej Gwinei z anekowanym przez Indonezję Irianem (zachodnia częścią wyspy). Te miejsca należą do najgorzej dostępnych lokalizacji dla człowieka. Dżungla Amazonii w porównaniu z Nową Gwineą pokryta jest gęstą siatką dróg. W jednej z wiejskich szkół miał miejsce nieszczęśliwy wypadek. Sześcioletnia dziewczynka Dulcie Nakai pechowo wypadła z okna na pokryte kolcami drzewo hibiskusa. Ostre gałęzie fatalnie rozcięły jej podbrzusze odkrywając wnętrzności. Do dziewczynki wezwany został jej wujek, 40 letni Iambai Pisau, rolnik z tej samej wioski. Jasne było, że bez fachowej pomocy dziecko nie przeżyje, a na taką nie mogli liczyć na miejscu. Musieli za wszelką cenę dotrzeć do Cairns, bagatelka ponad 1000 km dalej. Tak własnie zaczął się wyścig z czasem. Iambai Pisau zabrał swoją siostrzenice do drewnianej łodzi i popłyneli do sąsiedniej wioski, do najbliższego punktu medycznego tylko po to by pocałować przysłowiową klamkę. Punkt był zamknięty na 4 spusty, jedyna pielęgniarka rozwoziła dostawy po okolicznych osadach. Udało się jednak zorganizować trochę bandaży by opatrzyc rozległą ranę oraz zwykłego panadolu by usmierzyć ból. Stąd ambulansem dostali się do odległego o 5 godzin jazdy miasteczka Morehead. Tam przesiedli się na niewielką aluminiową łodź motorową. Pierwszego dnia płynęli 8 godzin. Więcej się nie dało. O tej porze roku dzień ma Nowej Gwinei ma około 11 godzin. Po zmroku można tylko wpakować się na pniak zostać wieczornym posiłkiem krokodyli. Chcąc, nie chcąc musieli spędzić noc na brzegu. Następnego dnia kontunuowali podróż aluminiową łupiną dopływając do wyspy Boigu w Cieśninie Torresa. Mimo, że wyspa znajduje się tylko 6 km od brzegów PNG należy do Australii. Kiedy tu dotarli, było już „z górki”. Medycy z wyspy opatrzyli Dulcie i zorganizowali transport helikopterem na wyspę o wdzięcznej nazwie Czwartek (Thursday Island). W tym samym czasie z Cairns wystartował samolot latających lekarzy. Po czterech dniach dramatycznej podróży Dulcie trafiła na stół operacyjny. Lekarze są jednomyślni, bez operacji dziecko nie miałoby najmniejszej szansy przeżyć. Co więcej, trafiła na stół w ostatnim momencie. Kilka godzin później infekcja byłaby juz niemożliwa do opanowania. Iambai Pisau za swoją determinację i upór w ratowaniu siostrzenicy został okrzyknięty bohaterem. Para pozostanie w Cairns na czas rekonwalescencji małej.

Historia ta nie jest odosobniona. Do szpitala w Cairns często trafiają mieszańcy PNG, nie zawsze jednak w równie dramatycznych okolicznościach. Mnie osobiście najbardziej porusza w całej historii, to współdziałanie wszystkich „służb”. Oto bowiem obywatele obcego kraju nielegalnie przekraczają granice w niedozwolonym miejscu nie posiadając żadnych wiz czy paszportów. Służby graniczne nie deportują Iambai Pisau ani go nie wsadzają za kratki, pozwalają lecieć z siostrzenicą. Lokalne ambulatorium organizuje najszybszy możliwy transport, bo wysyła ich na Thursday Island helikopterem a nie o wiele tańszą i wolniejszą łodzią. Co więcej, na czas pobytu Dulcie w szpitalu jej wuj ma zapewniony na miejscu dach nad głową, wikt i opierunek. I tu znów wychodzi dwoistość Australii. W ratowaniu życia system sprawdza się na medal, w ratowaniu zdrowia, no cóż spuścmy zasłonę milczenia.


  • RSS