harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

Varia.

2 komentarzy
 

Jak ostrzyc owieczkę? Uczmy się od najlepszych. Dwane Black potrafi to zrobić w 45.42s ustanawiając w Sydney rekord Guinesa. Dobrze poinformowani mówią, że bedzie to konkurencja olimpijska podczas następnych Igrzysk na kontynencie Australijskim.

 Miss Australia czy Miss Anoreksja? Stephanie Naumoska twierdzi, że się nie głodzi, nie powoduje wymiotów po każdym posiłku a jada 6-8 zdrowych posiłków dziennie. Oj coś kiepsko karmią w tym Townsville !!!


Z powodów, których nie chce tu roztrząsać tak się stało, że musieliśmy dziś  wybrać się do najbardziej wysuniętej na południe dzielnicy Cairns Bramston Beach i przyprowadzić firmową półciężarówkę z powrotem do Fabryczki. Pojechaliśmy we dwoje, ja i Jodie, zredukowana do pozycji recepcjonistki asystentka Zbieracza Zamówień, która przed grudniowymi zwolnieniami miała również pół etatu pod moimi skrzydłami.
 

Wyruszyliśmy z samego rana. Zamiast jechać główną szosą pomknęliśmy bocznymi drogami poprzez plantację bananów i trzciny cukrowej co rusz to wspinając się na niewielkie pagórki, to zjeżdżając w zamglone dolinki. Postrzępiony kożuch mgły unosił się mniej więcej 3 metry nad ziemią i nie był grubszy niż kolejne 3m. W ten sposób jadąc w dolinie mleczną maź mieliśmy nad sobą, wspinając się na wzniesienie zanurzaliśmy się w niej by na szczycie obserwować całe zjawisko od góry.   Biała wata wyraźnie zgęstniała kiedy zbliżyliśmy się do Eubenangee Swamp, najzdradliwszej plątaniny pnączy, bluszczów, błota, mułu, komarów, węży i wszelkiego robactwa jakie można znaleźć w tropikalnym klimacie. Bagnisko jest praktycznie nie do przebycia dlatego nikt nie protestował gdy utworzono tu park narodowy. Niewielki las karłowatych, poskręcanych w fantastycznych kształtach czarnych drzew stanowił granicę bagna i tu jak nożem odciął kończyła się mgła. Wyjechaliśmy na długa prostą. Wiatr marszczył wodę na niewielkich oczkach i lekko kładł trzcinę cukrową. A, ha pomyślałem, dlatego tu już nie ma mgły, wiatr ją rozwiał. Nim myśl przebrzmiała mi w głowie zza horyzontu wyłoniła się półciężarówka. I nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie wlekła za sobą warkoczy dymu, który całymi kłębami wydobywał się spod maski silnika. Jak nic dostał ruskim pociskiem balistycznym, albo storpedowała go austrowegierska łódź podwodna jak sugerowano von Nogajowi w „CK Dezerterzy”, uśmiechnąłem się do siebie. Chwilę później już nie było mi tak do śmiechu. Półciężarówka zjechała na przeciwległy pas, na którym tak się złożyło, że znajdowaliśmy się my, dokładnie na kursie kolizyjnym. Jeśli nie wróci na swój pas, albo ja nie odbiję, będziemy mieli jak nic zaproszenie na BBQ do Świętego Piotra. Kierowca się jednak zreflektował, zrobił gwałtowny ruch kierownicą korygując tor jazdy. Kiedy się zrównał z nami lewymi kołami orał już pobocze. Jodie krzyknęła, że to jeden z naszych byłych pracowników, który został zwolniony w grudniu. Intuicyjnie zahamowałem obserwując w lusterku rozwój wydarzeń. W tym czasie półciężarówka wytraciła sporo prędkości, osunęła się z pobocza w rów biegnący wzdłuż drogi i leżąc na lewym boku pod katem mniej więcej 45 stopni pokonała jeszcze 4-5 metrów, po czym zatrzymała się na dobre. Włączyłem awaryjne, zgasiłem silnik, jak z procy wyskoczyliśmy we dwoje do samochodu. Nim zdążyliśmy dobiec otworzyły się drzwi kierowcy, a za nimi pojawiła się ludzka sylwetka. Odepchnięte zbyt lekko drzwi wyrżnęły w głowę gramolącego się na zewnątrz człowieka. Druga próba była już udana. Przyjrzelismy się kierowcy. Znajdował się w tym chwiejnym, półsennym, pół rzeczywistym, dygotliwym stanie, ale bez dwóch zdań stanie upojenia wskazującym na człowieka, który pił przez kilka dni i nocy bez przerwy. Kiedy Jodie zaczęła wypytywać czy nic mu nie jest, czy wezwać pogotowie, czy potrzebuje pomocy ja sięgnąłem ręką do dźwigni zwalniającej zamek klapy silnika. Spod siedzenia kierowcy wyszarpałem niewielką gaśnicę i nie zastanawiając się dlaczego tak dymi wypróżniłem jej całą zawartość na silnik. Poskutkowało. Udziudziany koleś wyszedł z opresji bez najmniejszego zadrapania. W sumie, gdy zsunął się z pobocza do rowu nie jechał już szybko, ślizgając się bokiem wytracił resztę prędkości a zapięte pasy przytrzymały go by sie nie poobijał. Chcieliśmy zadzwonić do jego żony, by przyjechała po gnoja, albo przysłała kogoś trzeźwego. Okazało się jednak, że żadne z nas nie ma zasięgu. Nie było innego wyjścia, pomedytowaliśmy, spacyfikowaliśmy go do naszego samochodu i ruszyliśmy odwieźć obwiesia sami. Nie była to komfortowa jazda.  Koleś śmierdział potem, uryną, alkoholem i wymiocinami. Rad byłem, że Jodie jedzie ze mną, bo ni w ząb nie rozumiałem jego pijackich wynurzeń. Slang robola, silny akcent z outbacku oraz nałożony na to zwykły alkoholowy bełkot brzmiał mniej więcej tak, jak odgłosy wypróżniania żołądka. Odwieźliśmy go do domu, opowiedzieliśmy (ustami Jodie) żonie o okolicznościach tak miłego spotkania i ruszyliśmy dalej w swoją drogę.

I byłby to koniec całej nieprzyjemnej historii, gdyby nie grobowa cisza jaka nastała w dalszej drodze na Bramston Beach. Zacząłem się zastanawiać czy dobrze zrobiliśmy. Może trzeba było wezwać policję? Z jednej strony koles był niebezpieczny, jechał po pijanemu, mógł wyrządzić krzywdę nie tylko sobie, ale również nam, albo komus innemu. Z drugiej oznaczałoby to kłopoty. Wygrał odruch ludzki nad obywatelskim. A może oportunizm, bo tak było prościej i wygodniej i mniej zachodu?  Mam moralnego kaca, bo całą drogę powrotną starałem sobie powiedzieć jak inaczej mogłoby to się skończyć. Bo ja jestem ten archaiczny w swoich poglądach, nieasertywny pacan, który nie może zrozumieć, że nie ma mniejszego zła, które można wybrać. Jest tylko duże i jeszcze większe.
 


Osoby:
JE – Jej Ekscelencja
TE – Tekla
MP – Maksymilian Paradys
AS – Albert Starski

- JE – Widzicie? To nasza święta jabłoń zasadzona ręką pramatki. Z takiego drzewa samiec zerwał w raju jabłko i skusił nim kobietę. Przez co straciłyśmy raj na zawsze. I właśnie dlatego dzisiaj… Ooo! Gdzie nasze święte jabłka?
 
- TE – Zbeszcześcili rezerwat przyrody. Zeżarli nasze święte jabłka.
 
- MP – Święte, te psiary święte?
 
- JE – Moje małe jabłuszka, kto mi je zwróci? Co za nieszczęście.
 
- AS – Ale my naprawdę nie sądziliśmy, że te jabłka mają dla was znaczenie. Nie sądziliśmy, że są związane z legendą. A poza tym były zupełnie kwaśne.
 
- TE – Obawiam się droga Berno, że to co wykopały twoje służby to jakaś nowa puszka Pandora.
 
- MP – Co? Tylko nie puszka, dobrze!
 
- JE – Zabrać ich stąd, nie mają prawa nigdzie wychodzić.
 
- MP – Zaraz, zaraz. Wypuście mnie to wam odkupię te wasze święcone jabłka. Co, co, co? Nie dotykaj mnie!


Święte drzewa występują nie tylko w komediach Machulskiego, wierzeniach Aborygenów i kultur przedchrześcijańskich czy opowieściach fantasy o druidach, driadach i elfach. We współczesnej Australii również możemy znaleźć ich odpowiedniki. Jednym z nich jest (czy raczej było) 200 letnie  „Tree of Knowledge” znajdujące się w Baricaldine w stanie Queensland. Drzewo stało się „święte” gdyż w 1891 roku protestujący postrzygacze owiec pod jego konarami utworzyli Partię Pracy. A, że Partia pracy znajduje się obecnie u koryta, drzewo jest podwójnie „święte”. W 2006 roku w jakiś jajogłowy k…as, pewnie przeciwnik polityczny, otruł drzewo używając glifosatu. Wyczyn na poziomie Ligi Republikańskiej lub Młodzieży Wszechpolskiej. Na jego miejscu za bagatelka 5mln AUD powstał pomnik, a resztki drzewa zostaną poddane specjalnym zabiegom konserwacyjnym. A tu nagle, niczym Max i Albert w Sexmisji, pojawiło się czterech młodzieńców, którzy „zbeszcześcili rezerwat przyrody”. Drzewa co prawda nie zeżarli, ale „pożyczyli” sobie trochę opadłych gałęzi. Lokalna policja szybko dopadła złoczyńców i już 19 maja staną przed sądem. Tylko co może orzec sąd? W Sexmisji była to przymusowa sterylizacja, może w Australii odpowiednikiem będzie członkostwo w Partii Liberalnej?
 
 

 
Postanowiłem sobie zrobic krótką świąteczną przerwę na blogu. Jak się byczyć, to na całego. Swięta się jednak skończyły i skończył się odwyk od bloga.

W tym roku nie mieliśmy świąt w ogóle, jeśli nie liczyć świątecznego żurku w niedzielę. Z początku planowaliśmy wyjazd do Cooktown, osady 300 km na północ od Cairns, znanej z tego, że James Cook spędził tam kilka tygodni podczas pierwszej wyprawy dookoła świata. Miejsce to jest również uważane, za pierwszą europejską osadę na kontynencie. Z planów jednak nic nie wyszło. Pogoda spłatała nam figla i całe święta lało. Mieliśmy krótką powtórkę z mokrego sezonu. Nawet woda tak samo stała na trawnikach. To jeden powód a właściwie wymówka na osłodę, wygodne usprawiedliwienie, dzięki któremu możemy powiedzieć „dobrze, że nie pojechaliśmy, bo zmoczyłoby nam tyłki i więcej byłoby kłopotu niż frajdy”. Inną sprawą jest, że Szpulka pracowała przez całe święta. Trochę z zachłanności, trochę z konieczności. Z zachłanności, bo w święta płacą 2.5 normalnej stawki, więc w 2 dni można zarobic tyle co w cały tydzień. Z konieczności, bo Ula pracuje na cały etat i musi wyrobic 38 godzin tygodniowo. Standardowo ma wolne w środę i czwartek, bo wtedy chodzi na uniwersytet. Gdyby wzięła jeszcze święta, czyli piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek, to w pozostałe dni musiałby chyba siedzieć po 19 godzin w pracy :)

Szpulka pracowała za to ja miałem wydłużone leniuchowanie. Ron I Bezzębny postanowił zamknąć biznes na 4 dni po świętach i wysłać wszystkich na przymusowe urlopy. W ten oto sposób miałem wolne od 9 do 19 kwietnia. Przepiękny okres na słodkie leniuchowanie. Aż żal, że nie mieliśmy możliwości wykorzystać tego i polecieć gdzieś poza Australię, np. do Birmy, która mi ciągle chodzi po głowie. Własciwie zmitrężyłem ten czas leżąc na przemian to do góry brzuchem, to do góry dupą i czytając „tonami” książki. Dzięki temu nadrobiłem sporo zaległości, przypomniałem sobie też kilka pozycji z listy zamieszczonej w poprzedniej notce. Zacząłem też czytać „Ostatni Kontynent” Pratchetta, jak można przeczytać w komentarzach do poprzedniego wpisu satyrę na Australię. Czytam i doszedłem do wniosku, że to może podobać się wszystkim, tylko nie Australijczykom. Oni w przeciwieństwie do Polaków nie umieją śmiać się ze swoich przywar i karykaturalnej rzeczywistości. Polacy uwielbiają Bareję i jego komedie pokazujące PRL w krzywym zwierciadle. Wypunktowanie niedorzeczności i śmieszności systemu wzbudza salwy śmiechu. Australijczycy od pokoleń żyją w przekonaniu, podsycanym codziennie przez rządących i media, że mieszkają w najlepszym ze światów, raju na ziemi. A raj z definicji nie ma niedociągnięć czy rzeczy ułomnych. W raju wszystko jest perfekcyjne, nie tylko całokształt, ale każdy element z osobna. W takim środowisku nie ma miejsca na satyrę z własnego otoczenia i rzeczywistości. Próba jej ośmieszenia bardzo często odbierana jest jak obraza majestatu, zbrodnia przeciwko ustalonemu porządkowi. W najlepszym razie po prostu jest nie zrozumiana, słowem nic śmiesznego. Ot dygresja. Kiedyś dostałem na e-maila w pracy serię obrazków z „obrzydliwym żarciem”. Pomiedzy fotkami z pieczonymi karaluchami, czerwiami i innym robactwem było zdjęcie węgorza. Kiedy spytałem, co jest nie tak, wszyscy w pracy jak jeden mąż odpowiedzieli „przecież to jest węgorz, ohydztwo”. I ja tego nie zrozumiałem. Nie zrozumiałem dlaczego dla ludzi, którzy z lubością zjadają robale majace 10 nóg, długie czułki i dwoje wielkich czarnych oczu osadzonych na czubku głowy (krewetki, w Boże Narodzenie maja taki status jak karp w Polsce), zwykły węgorz jest synonimem czegoś obrzydliwego. Dlatego myślę, że ten tom Świata Dysku nie był popularny w Australii. Aussie nie łapią tego rodzaju humoru, tak jak ja nie łapę dlaczego węgorz może być „be”. A krewetki uwielbiam i nie przeszkadza mi, że są robalami.
 

 Jeśli dobrze pamiętam pierwszą książką sci-fi, którą przeczytałem byli
„Astronauci” Lema. Działo się to gdzieś w połowie podstawówki. Wkrótce
na warsztat poszedł „Kongres Futurologiczny”. Nie zaowocowało to jednak
wybuchem wielkiej i niepohamowanej miłości ani do fantastyki, ani do
Lema. Czytałem dużo i wszystko co wpadło w ręce. Byłem mało wybiórczy.
Był i „Magazyn Polski” i „Młody Technik”, „Szkiełko i oko” i
„Miesięcznik Fantastyka”, z przymusu „Kraj Rad” a z wyboru „Żagle”, 
„Wiedza i Życie”, „Poznaj Świat” i „Bajtek”.  Z doskoku, choć raczej niezbyt często
„Mówią Wieki”. Z biegiem czasu okazało się, że jedne pisma wpadają do
prenumeraty, inne z niej wypadają ale od dłuższego czasu utrzymuje się
„Miesięcznik Fantastyka”, zastąpiony później przez „Nową Fantastykę”.
Tak powoli, systematycznie, krok po kroku uzależniałem się od s-f i
fantasy. Kiedy poszedłem na studia nie czytałem już chyba nic innego,
nie wyłączając akademickich skryptów. Dziś chciałbym zamieścić mój
subiektywny ranking pozycji, które wywarły na mnie największe wrażenie.

Pierwsze miejsce bezapelacyjnie i bezkonkurencyjnie trylogia „Pamięć,
Smutek i Cierń” Tada Williamsa. Najlepsze dzieło fantasy jakie
czytałem. Później jest długo, długo, długo nic. Czytałem to po polsku i
w oryginale, kilka razy. Oryginał wydał mi się lepszy. Jest tu wszystko
co powinno być w dobrej fantasy, a przede wszystkim dokładne, kompletne
i opisane z detalami uniwersum. Kiedy czytałem ją pierwszy raz
myślałem, że Williamsowi płacą od kilograma tekstu. Cała trylogia ma
coś około 3500 stron a akcja rozkręca się przez mniej więcej pierwsze
200. Później zrozumiałem, że autor misternie i precyzyjnie buduje
świat, w którym rozgrywa się akcja, z detalami, bogatymi i plastycznymi
opisami. Nie czytałem drugiej tak kompletnej, dobrze napisanej i
porywającej fantasy.

Zaraz za trylogią Williamsa postawiłbym Sapkowskiego z jego
opowiadaniami i „Sagą o Wiedźminie”. Właściwie za opowiadania i
pierwsze trzy tomy sagi. Później już zabrakło mu inwencji i tomy „Wieża
Jaskółki” oraz „Pani Jeziora” uważam za przeciętne gnioty. Sapkowski
podbił moje serce sprawnym i bogatym językiem, dużą elokwencją, oraz
bogatym zaczerpnięciem z mitologii i wierzeń Słowian. Onegdaj bardzo
się interesowałem wierzeniami Słowian, nie mogłem zrozumieć dlaczego w
szkole ucza mnie mitów greckich a nic a nic nie ma o naszej własnej
demonologii. Próbowałem dotrzeć do ludzi o podobnych zainteresowaniach,
ale okazywało się, że grupy rodzimowierców albo były ugrupowaniami
skrajnych nacjonalistów, albo skinheadów a najczęściej jednych i
drugich.

Na trzecim miejscu postawię „Całą prawdę o planecie KSI” Janusza A.
Zajdela. Ufff, bardzo ciężki kawałek fantastyki socjologicznej. I
właśnie dlatego wywarł na mnie takie wrażenie. Ledwo przez to
przebrnąłem. Porzucałem, później wracałem, czytałem od początku. I
mimo, że nurt ten mnie nie porwał mała wycięta z gazet broszurka,
zszyta domowym sposobem w książkę pozostała na długo w mojej pamięci,
tworząc pewien kanon, do którego mogłem odnosić kilka innych pozycji z
nurtu literatury socjologicznej.

Miejsce czwarte przypadnie Kalowi E. Wagnerowi za jego cykl o Kane.
Przeczytałem go w trochę zmiksowanej kolejności. Pierwszą pozycją jaka
wpadła mi w ręce był „Pierścień z Krwawnikiem”. Było to coś
niesamowitego. Książka formatu szkolnego zeszytu wydrukowana na
fotopowielaczu. Szara okładka żywcem zrobiona chyba z pudełka po butach
a za nią równie szare kartki pokryte klasyczną czcionką maszyny do
pisania. Całość wyglądała jak jakaś nielegalna podziemna bibuła.
Przyznam, że w pierwszej chwili właśnie ten „nielegalny” wygląd mnie
zaintrygował. Oczekiwałem czegoś na kształt Orwellowskiego „Folwarku
Zwierzęcego” czy „Roku 1984″, słowem dzieła z drugiego obiegu. Trafiłem
na fantasy, która rozpaliła moje zmysły. To było w pierwszej lub
drugiej klasie liceum. Sapkowski w Fantastyce opublikował dopiero jedno
lub dwa opowiadania, Tolkien mnie nie pociągał, a Ursulę Le Guin chyba
jeszcze nie zaczęto wydawać.

Miejsce piąte dla Larego Nivena za „Pierścień”. Powieść nie jest ani
specjalnie odkrywcza, ani zachwycająco piękna. Ani fabuła, ani język
nie zbliżają się do pojęcia arcydzieła. Ja jednak po przeczytaniu długo
rozmyślałem nad jej przesłaniem. Powieść ta to wielowymiarowa historia,
o tym, że nie wszystko jest
przesądzone, koleje losu nie zawsze prowadzą w miejsce, do którego
zmierzamy, że nie da się przechytrzyć Boga (Przeznaczenia), a
super-nowoczesne technologie czasem bledną w konfrontacji ze zwykłym
szczęściem.

I na koniec miejsce szóste dla Rogera Zelaznego za jego kroniki Amberu.
Mam tu duży dylemat. Książki są ubogie językowo i napisane bardzo
prosto. Idea, pomysł na fabułę jest jednak genialny. To jedno z tych
dzieł, gdzie chciałoby się by Zelazny współpracował z Sapkowskim czy
Williamsem. Zelazny snułby opowieść, a inni oblekali ja w formę i
treść.

Jest jeszcze jedna powieść, która nie daje mi spokoju. Nie pamiętam ani
autora, ani tytułu. Chciałbym ją ponownie przeczytać, ale nie wiem jak
znaleźć. Może ktoś z „czytaczy” posłuży wskazówką? Książka ta jest o
człowieku, który budzi się gdzieś na obcej planecie. Zamieszkują ją
„anioły”, na które mówi „ono”. Jedzenie znajduje w wielkich betonowych
bunkrach. Przez całą powieść przewija się motyw braku zegarka. Na końcu
bohater dociera do wielkiej rozpadliny, kanionu, na którego
przeciwległym brzegu widać same kobiety. Finał jest taki, że bohater
dowiaduje się, iż ludzie chcieliby mieć jedzenia pod dostatkiem, nie
liczyć czasu i móc zobaczyć kobietę. No to ktoś im taki świat stworzył.
Jak dobrze pamiętam autorem był Polak. Kojarzy ktoś?
 


Dziś właśnie mija kolejna rocznica od kiedy osiedliśmy w Australii na stałe, choc nie wiem, czy „na stałe” to właściwe określenie. Wszak nikt nie jest pewien, co może go czekać za kilka lat. Poza śmiercią i podatkami, bo to są jedyne dwie pewne rzeczy na tym świecie. Ale nie będzie dziś rocznicowych reminescencji. Dziś bedzie o tym, że nawet po tych kilku latach Australia nie przestaje mnie zadziwiać. Czym tytm razem? Ano elektryką.

W Australii panuje powszechne przekonanie o istnieniu wielu profesji wymagających wiedzy wyższej, na pograniczu wiedzy tajemnej, magicznej i nie do ogarnięcia przez zwykłego śmiertelnika. Jedną z nich jest elektryka. By zostać arcyelektrykiem trzeba iść do terminu u boku licencjonowanego elektryka, skończyć w międzyczasie odpowiednie nauki i zdobyć odpowiednie uprawnienia. To akurat nie jest pozbawione sensu i logiki i wielce mnie nie dziwi. Lobby licencjonowanych elektryków, lub jak ktoś woli sekta, bractwo, gildia czy konfrateria (wybrać właściwe do poziomu zamiłowania profesji koncesjonowanych) wytworzyło pewną psychozę wokół swojej dziedziny tak, by tylko ktoś z bractwa arcyelektryków  mógł wogóle dotknąć się do rzeczy. Chcesz zmienić żyrandol w domu?  Nie wolno Ci. Jeśli wynajmujesz, zabrania Ci to umowa najmu. Jeśli masz swój dom, ubezpieczyciel może użyc tego by się wykręcić od odpowiedzialności w razie pożaru. Wszak tylko licencjonowany elektryk wie jak należy właściwie wymienić żyrandol. Ta sama zasada tyczy się wymiany kontaktu, wtyczki w przedłużaczu czy oprawki żarówki. Aż dziw, że nie trzeba wzywać elektryka do wymiany żarówki. Słowem, jedyne co możesz szary człowkieczku zrobić (dla swojego bezpieczeństwa oczywiście) to włożenie wtyczki do kontaktu, ew. wkręcenie żarówki. Dlatego też od wczoraj nie mogę się otrząsnąć z szoku jakiego doznałem w zwykłym, malutkim osiedlowym sklepiku na Naszej Plaży. Oto bowiem wśród chińskich latarek, baterii, żarowek energooszczędnych (także made in  China) dostępny dla zwykłego zjadacza chleba bez wiedzy tajemnej własciwej arcyelektrykom, leżał sobie spokojnie …. drut do watowania bezpieczników. Nie w żadnej hurtowni, sklepie specjalistycznym dla zawodowców czy choćby supermarkecie budowlanym. W zwykłym sklepiku, zwykły szary niewtajemniczony człowieczek może kupić sobie kawałek drutu i wsadzić w miejsce bezpiecznika. I nijak nie wiem, gdzie tu jest haczyk. Wymieniając żyrandol czy gniazdko, jeśli to zrobię źle, narażam się co najwyżej na wywalone bezpieczniki, natomiast nieumiejętnie watując korki drutem, mogę zrobić grzałkę z całej instalacji :). I gdzie tu logika? Echh, lerpiej nie bedę jej szukał, pozostanę sobie zadziwiony. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. W końcu człowiek uczy się całe życie i umiera głupi.

P.S. Fotka drutu do watowania bezpieczników nabytego droga kupna w maleńkim sklepiku spożywczym pojawi się wkrótce.


Co poniedziałek, kiedy wchodzę do pracy zawsze pada pytanie jak minął weekend. Ale nie jest to takie zwyczajne pytanie w stylu „jak się masz”, słowo klucz, które pada automatycznie i nic nie znaczy poza przerwaniem niezręcznego milczenia, a które zarówno pytającego jak i odpowiadającego gówno obchodzi. To oczekiwanie na niesamowita historię, coś zaskakującego, dziwnego, niecodziennego. Oczekiwanie na rozrywkę, przerwanie nudy. Trochę jak wizyta na jarmarku by zobaczyć babę z wąsami, dwugłowe ciele czy „nieobycznej mocy maść na liszaj, co niewiela kosztuje a paskudztwo wszelakie migiem tutaj wypali i fizjonomiję oblicza piękności w mig wróci”. I trochę mi żal, kiedy muszę zawieść gawiedź. Kiedy się okaże, że  nie popłynęliśmy na żadne wyspy, nie byliśmy na okolicznym targu czy nawet nie upichciliśmy żadnej tajemniczej polskiej potrawy. Nie wiem jak im powiedzieć, że po całym tygodniu, kiedy w pracy mam najbardziej intensywny okres, po powrocie do domu jestem wypompowany jak koń po westernie i największy wysiłek, na jaki moge się zdobyc to podlanie ogródka w jedynym miejscy gdzie nie dociarają spryskiwacze. Trudno im zrozumieć, że Szpulka, która pracuje na cały etat i prowadzi dom musi również uczyć się przed egzaminami na półmetku semetru. Polakierowanie stojaka na wino też nie brzmi egzotyczni i zajmująco, tak jak skoszenie trawy i pocięcie liści palmowych. Nie ma również nic ekscytującego w przeglądzie instalacji nawadniającej, wymianie popsutych końcówek i uruchomieniu całego systemu po letniej przerwie. Rowerowa wyprawa do odległego o kilka kilometrów basenu niedzielnym rankiem też nie jest tym na co czekają. W ich mniemaniu trawę powinienem podlewać specjalnym eliksirem niedostepnym na australjskim rynku, stworzonym wg specjalnej receptury znanej tylko mnie. Coś na kształt mieszanki zawierającej odrobinę końskiego łajna, krowie placki, dwie pięści saletry oraz wszystko inne co my tam w dalekiej Polsce dodajemy do standardowych nawozów. Coś tak trywialnego jak odżywka, granulat z supermarketu ogrodniczego nie licuje z moim obrazem. Szpulka zamiast zadufanych w sobie narcyzów z biur posrednictwa pracy, albo cuchnących apteką na kilometr dentystów  powinna w hotelu codzienni gościć panią Gubernator Generalną, ministra finansów albo choćby pania premier Queenslandu. Nasza instalacja powinna być sterowana automatcznie a rozmieszczone przy każdej roślinie czujniki wychwytywać dziwięki i na podstawie ich analizy komputer sterujący winien dozować odpowiednią ilość odżywek i nawozów. Rower, też nie powinien być zwyczajny, mógłby być chociaż poziomym trójkołowcem na wzór kmx’ów.  My mieliśmy normalny zwyczajny tydzień, normalnych zwyczajnych zapracowanych ludzi i to właśnie jest niezwykłe. Przecież jesteśmy inni, więc i nasz tydzień powinien być inny.  
 


  • RSS