harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

 
„Feast of sences”, czyli uczta zmysłów, tak nosi doroczny festiwal w Innisfail, australijskiej stolicy banana. Oczywiście pompatyczna nazwa nie idzie w parze z atrakcyjnością imprezy, ale na swój sposób jest ona bardzo przyjemna i warto się wyrwać w niedzielne przedpołudnie.





Każdy przyjechał czym mógł. :)






Północny Queensland stwarza idealne warunki do uprawy owoców tropikalnych. Jak co roku zorganizowano stoisko, gdzie wystawiono wszysto to, co można znaleźć na plantacjach i sadach w okolicach Innisfail. Z większośćią tych owoców po raz pierwszy się zetknąłem dopiero w Australii, inne zaś jak np. Dragon Fruit znane mi były pod inna nazwą i w formie prztworzonej.





W Warszawie był pewien rodzaj prostytutek, które w slangu nazywano „Gruzinki”. I nie dlatego, że pochodziły z tej byłej republiki radzieckiej, lecz dlatego, że kiedy zaczynały pracę w zawodzie Warszawa leżała jeszcze w gruzach. Na powyższej fotce tancerki egzotyczne w zapierającym dech w piersiach tańcu brzucha. Dobrze poinformowani mówią, że pojawiają się na jarmarku co roku od kiedy jest on urządzany, czyli od grubo ponad 20 lat. Po obejrzeniu programu zgodnie stwierdziliśmy ze Szpulką co następuje. Choć jesteśmy przeciwni koncesjonowaniu zawodów, to owa profesja powinna podlegać dość ostrym regulacjom. Koncesja powinna wygasać kiedy tancerka osiągnie masę tej pani na pierwszym planie lub wiek pani, która przysiadła by akompaniować na tamburynie. Dwie „laseczki” na drugim planie wiekiem dorównują krakowskiemu barbakanowi.





Kilka tygodni temu rząd federalny zezwolił na import do Australii bananów z Filipin. W praktyce oznacza to wyrok smierci na lokalnych producentów. W okolicach Innisfail to przemysł przynoszący około 300 mln AUD rocznie. Nic więc dziwnego, że w miasteczku zawrzało. Farmerskie lobby organizuje protesty, demonstracje, albo tak jak na fotce powyżej zbiera podpisy pod petycją do polityków. Ale nie tylko chęć złożenia autografu przyciągała tu ludzi. Na stoisku rozdawano banany, koktaile bananowe, książeczki z cyklu „1001 potraw z banana” i inne duperele. Był też konkurs, główną nagrodę zgarniał ten, kto najdokładniej zgadł wagę zawieszonego kiścia.



Niektórzy przyszli na festyn ze swoim zwierzątkiem. :P








Bardzo dużym powodzeniem cieszyły się stoiska z sadzonkami. Miały całkiem spory rozmiar. Na płycie obok można było zobaczyć na żywo, co wyrośnie z niepozornego badyla zawiniętego w foliową reklamówkę. Ceny bardzo okazyjne, na podobnych jarmarkach w okolicy trzeba wysupłać z portfela mniej więcej 3 razy więcej. My również nie oparliśmy się pokusie. Wróciliśmy do domu z sadzonką wanilii. Zastanawialiśmy się jeszcze nad kakaowcem, ale brak nam na podwórku w pełni nasłonecznionego miejsca. Wanilia natomiast jest pnączem jak bluszcze, więc dobrze bedzie się czuła w półcieniu naszego „rainforest garden”.





W drodze powrotnej zajechaliśmy do „Złotej Dziury”, bardzo urokiwego i mało znanego miejsca w okolicy Mt. Bartle Frery, najwyższego szczytu w Queensland. Miejsce to jest również dumnym posiadaczem tytułu najbardziej moktej dziury w Australii ze średnim rocznym opadem 4200 mm. Te urocze kamyczki przez wiele lat nazywano „odchodami kazuara”. Tak bowiem nazywali je lokalni Aborygeni, klan rodzinny wchodzący wskład plemienia (grupy) Mamu, zamieszkującej obszar +/- 50 km od Innisfail. Całkiem niedawno, okazało się, że wyrażenie to w rzeczywistości oznacza „a idź się wychędożyć”. Takie słowa usłyszeli pierwsi pionierzy a ktoś, kto później służył za tłumacza najzwyczajniej nie nie chciał sprawiać białym przykrości.
















I to by było na tyle na dziś.
 

Biały katamaran lekko odbił od pirsu. Niespiesznie wycofał się z ciasnej mariny w stronę środka szerokiego estuarium, którego przeciwległy brzeg bujnie był porośnięty mangrowcami. Mniej więcej w 1/3 odległości dzielącej katamaran od zielonej nieprzeniknionej gęstwiny leniwie kołysały się zacumowane jachty. Były wśród nich płaskodenne barki przerobione na pływające domy, w których zazwyczaj mieszkają ceniący niezależność indywidualiści, kilka skromnych aczkolwiek zadbanych jednostek pełnomorskich oraz cała gama próchniejących i rozpadających się kryp. Bez problemu można było zauważyć prawidłowość, że im bardziej pompatyczna nazwa widniała na burcie tym bliżej zatonięcia była dana łajba. Katamaran wykonał łagodny zwrot i powoli skierował się ku wyjściu w morze. Basowy pomruk potężnych silników wprawiał całą jednostkę w lekkie wibracje. Szpulka i harom wygodnie rozsiedli się na „trampolinie” rozciągniętej z przodu, miedzy kadłubami. Podziwiali długie drewniane magazyny zbudowane na wysokich palach powbijanych w muliste dno. Zaczął się odpływ. Na brunatnych belkach zwisały długie zielone girlandy glonów. Tuż przy linii wody drewno oblepione było skorupami małży. Chwilę później katamaran minął dwie boje wyznaczające tor wodny. Estuarium przeszło w otwarty ocean. Fale gnane przez dość silny wiatr łamiąc się na płyciźnie uderzyły w dwa kadłuby jednostki. Katamatran zatańczył na ich spienionych grzbietach ponad wszelką wątpliwość udowadniając, że nazwa „Wavedancer” (Tańczący na falach) jest tu jak najbardziej adekwatna. Za nami po prawej stronie pozostał w tyle skalisty pagórek z wciśniętymi w palmowy gąszcz rezydencjami. Na bezanmaszcie i grotmaszcie zalśniły bielą żagle. Usłyszeliśmy świst wiatru w linach, zadarliśmy głowy. W górze niczym królik wyciągnięty z kapelusza pojawił się przepiękny biały sztaksel.



Po pół godzinie od wypłynięcia z portu z naszych oczu znikł kompletnie duzy wycieczkowy prom wiozący ponad 300 pasażerów na zewnętrzną rafę. Z początku płynęliśmy dość blisko za nim. Później jego dziób uniósł się do góry i juz tylko obserwowaliśmy jak oddala się niesiony mocą potężnych silników. Kilka mil przed nami bielił się samotny żagiel jednomasztowego jachtu. Płynął mniej więcej w takim samym tempie. Za to łódź, która pojawiła się z tyłu poruszała się znacznie szybciej. Mała łupina na horyzoncie rosła z każdą minutą. Wkrótce zrównała się z nami. Była to typowa łódka wędkarska. Szybka, zwinna stworzona dla relaksu z kijem w ręku.



W nozdrzach wirował zapach słonej wody. Katamaran ciął fale, silny wiatr pchał nas coraz mocniej. Nieźle huśtało. Czasami wspinaliśmy się na grzbiet fali by runąć w dół z prędkością rollercastera. Niekiedy fale rozbijały się z hukiem o kadłuby wybijając spod trampoliny gejzery wody. Wiatr targał nam czupryny, słońce bezlitośnie piekło.




Wreszcie ukazał się naszym oczom cel dzisiejszej podróży. Mała szara kreska na powierzchni oceanu rosła powoli nabierając kształtów i kolorów. Zlewająca się ze srebrzysta wodą szarość przeistoczyła się w zieleń. Zieleń następnie została przełamana bielą latarni morskiej. Chwilę później kolory zostały uzupełnione żółtawo platynową barwą plaży i czerwienią dachu latarni.



Wavedancer nie mógł podejść do samego brzegu. Dostępu broniły rafy. Zacumowaliśmy więc w lagunie przy boi. Na brzeg zabrała nas płaskodenna łódź. Stanęliśmy jak wryci. Rafa była wszędzie dookoła. Na wciągnięcie ręki. Nie jakiś mały osamotniony kawałek czy rozrzucone kępki. Jak okiem sięgnąć zajmowała całą lagunę. Odcinała się kolortem zarówno od nieba jak i oceanu. Zapraszała, wręcz krzyczała do nas. A gdzieś tam daleko za horyzontem w koronie z gór leży Cairns.



Wielkim nietaktem byłoby nie skorzystanie z zaproszenia takiego gospodarza jak Wielka Rafa Koralowa. Zawsze trzeba jednak szanować zwyczaje obowiązujące w danym miejscu. Do meczetu wchodzimy w odpowiednim nakryciu, w pagodzie zdejmujemy buty, w Świątyni Korali też obowiązuje specjalny ubiór.  Obcisłe, potwornie nieprzyjemne w dotyku kombinezony stanowią niezbędne zabezpieczenie przeciw wszystkiemu, co mogłoby nas poparzyć. Dodatkowo nie musimy się obawiać o ostre tropikalne słońce lejące nieprzerwanie żar z nieba.



Na wyspie zastają nas odpływ. Oprócz codziennego cyklu pływów mamy również cykl miesięczny uzależniony od faz księżyca. Tak jak podczas pełni występują „king tides”, czyli ponadprzeciętnie wysokie fale przypływu dziś mamy wyjątkowo wielką skalę odpływu. Woda cofa się znacznie odsłaniając dno laguny. Gdzieś tam w oddali widać jak fale wyznaczają granicę płycizny.



Low Isles to mały skrawek lądu składający się z dwóch wysp. Pierwszą jest koralowa Low Isle, drugą płaska, prawie w całości zalewana podczas przypływu Woody Island. Stanowi ona zamknięty rezerwat przyrody, miejsce gniazdowania i wylęgu wielu gatunków morskiego ptactwa. Przy takim odpływie jak dziś wiele nie brakuje, by można się tam dostać suchą stopą.



Low Isle w przeciwieństwie do swojego drzewiastego sąsiada jest zagospodarowana przez ludzi. Pod koniec XIX wieku postawiono tu latarnię morską, która w niezmienionym kształcie wyziera bielą spośród otaczającej roślinności. Dziś już nie ma na wyspie latarników, ostatni opuścili wyspę w 1993r., zastąpiły ich automaty. W erze GPS i radarów mało kto korzysta również z nawigacji świetlnej. Dziś jedynymi mieszkańcami wyspy, która ma wielkość przeciętnego polskiego podwórka są pracownicy stacji naukowej uniwersytetu.



Spacer dookoła wyspy to przedsięwzięcie zajmujące nie więcej  niż 10 minut. Idylliczna atmosfera udziela się nam w pełni. Po przeciwnej stronie wyspy dostrzegamy zacumowany jacht i sportową lódź. Odnoszę wrażenie, że horyzont bez nich byłby pusty, czegoś by brakowało, obraz byłby banalny, nieciekawy. Może to biel jachtu a może czerwień łodzi, a może jedno i drugie dopełnia scenę. Tak, to wymarzone miejsce na niedzielną eskapadę. Siedzimy i gadamy o tym, że trzeba wreszcie kupić własny jacht. Tak jak również wszystkie meble do domu i wyremontować garbusa.



Wszystko co dobre za szybko się kończy. Zbieramy się późnym popołudniem, wracamy na Wavedancera. Musimy dotrzeć do lądu przed zachodem słońca. Jeszcze jeden rzut oka na Low Isle, jeszcze jedna pamiątkowa fotografia i pognamy do domu tnąc fale. Pognamy pod żaglami pędzeni wiatrem, który się wzmógł. W naszej pamięci zostanie zielona wyspa, biała latarnia, żółty piasek, błękitna laguna i nie dająca się opisać słowami Rafa Koralowa.



 


Kilka tygodni temu „Tourism Queensland”, agenda stanowa powołana dla promocji turystyki ogłosiła nabór na „pozycję marzeń”. Praca ma polegać na przechadzaniu się po platynowych piaskach Wyspy Hammilton, nurkowania w kryształowo czystych wodach Pacyfiku wśród bajecznie kolorowych, skrzących się tysiącami barw raf, prowadzeniu internetowego tego bloga, udzielaniu wywiadów, itp. W zamian za tak wyczerpujące zajęcia agenda zapewnia dach nad głową, wikt, opierunek oraz kilkadziesiąt tysięcy dolarów wynagrodzenia. Kontrakt opiewa na pół roku. Wieść o tym lotem błyskawicy rozeszła się po wszystkich mediach od Władywostoku do Atlantyku, od Skandynawii po RPA, od Kanady, po Falklandy Malwiny. Napłynęło 32 000 zgłoszeń od aplikantów władających ponad 200 językami. Kiedy cały świat przez kilka minut żył tym wydarzeniem twórcy kampanii zacierali ręce. Cel został osiągnięty. Wydając około 300 tys AUD osiągnięto efekt marketingowy jaki mogłaby przynieść kampania warta około 4 mln AUD.

Kampania nie jest z tych oszukańczych więc pozycja jest jak najbardziej realna. Po kilku etapach wstępnej selekcji zostało 50 kandydatów. Wśród nich Julia Jałowicyna, Rosjanka z republiki Karelia. Kiedy okazało się, że Rosjanka zajmuje drugie miejsce w głosowaniu online zaraz za Chinka z Tajwanu wybuchła bomba. Brytyjski brukowiec „The Sun” zamieścił artykuł w którym oskarżył Julię o pracę w nielegalnym studio zajmującym się dostarczaniem pornografii dla jednej ze stron z USA, a ją samą o pozowanie do nieprzyzwoitych zdjęć. Początkowo Antony Hayes, szef agencji, twierdził, że kandydatka zaprzeczyła jakoby brała w tym udział a dochodzenie przeprowadzone przez Queensland Tourism nie znalazło żadnych dowodów. Szybko jednak zmienił zdanie i jak się wyraził agenda została ostrzeżona o „niewłaściwym” video zamieszczonym na powszechnie dostępnej witrynie. Co oznacza słowo niewłaściwe do końca nie wiemy. Może ktoś z czytaczy zna link do tej strony? W efekcie doniesień „życzliwego” Julia została wykluczona z dalszych etapów procesu rekrutacji. Dla niej „dream job” przeszedł juz do historii.

Mniej więcej jednocześnie ten sam brukowiec zamieścił informację, że jedna z stewardess RyanAir, 22 letnia Edita Schindlerowa dorabia po godzinach jako aktorka i modelka porno pod pseudonimem Edita Bente. Na internecie można bez problemu znaleźć jej zdjęcia w dość ostrych i jednoznacznych ujęciach nie pozostawiających cienia wątpliwości co do właściwej nazwy tego gatunku fotografii. Fotografii daleko wykraczających poza pojęcie akt. Rzecznik przewoźnika skwitował to krótko: „To nie nasz biznes co ludzie robią przed lub po pracy”. Ryanair nie tylko nie ma zamiaru zwalniać Edytki ale również nie widzi potrzeby przeprowadzania żadnych akcji dyscyplinarnych. Idę o zakład, że w najbliższym czasie wzrośnie frekwencja na połączeniach ze Stansted, gdzie pracuje bohaterka artykułu „The Sun”.

Skandal jest jednym z najlepszych narzędzi promocji i reklamy. Wiedzą o tym wszystkie postaci show businessu czy spece od marketingu. Lepiej jak się o kimś mówi, choćby miało się źle mówić, niż gdyby nie mówiło się w ogóle. Ryanair o tym wie i wykorzystuje każdą okazję by wywołać skandal, by znów znalazł się na językach. Queensland Tourism się zgubił, zatracił refleks. Paraliżująca zdrowy rozsądek i rozum polityczna czy  raczej moralna poprawność wzięła górę oślepiając zarządzających agencją. Nie wykorzystali, ubili w zarodku szansę na darmowy, dodatkowy rozgłos. Rozgłos, który od samego początku był głównym celem tej kampani. W tkwiących wciąż w epoce wiktoriańskiej umysłach decydentów najlepszą reklamą Australii jest dach opery w Sydney, Uluru, Aborygeni, rybki, żółwie i korale na rafie, lasy Tasmanii, itp. Latitude 16, agenda zajmująca się promowaniem turystyki w FNQ miała ostatnio nie lada kłopoty, kiedy rozpoczęła nową kampanię skierowaną do młodych ludzi. Kampania wzorowana na sprawdzonym na całym świecie wzorcu „sun and sex” pokazywała uśmiechniętych 20-kilku latków cieszących się życiem, słońcem, sobą. I choć nie było ani golizny ani dwuznacznych gestów czy póz, to na kampanie spadła ogromna fala krytyki z ust tych, którzy uważają, że tak się nie godzi. 
 

 



Przystanek autobusowy w „dobrej dzielnicy”.

DSCN5501
Przystanek autobusowy w trochę innej dzielnicy.

DSCN4570
Zdjęcie zupełnie nie pasujące do 2 pozostałych.
„Beach Bar” na Naszej Plaży, wejście prosto z Oceanu.
 


Minąłem tor wyścigów konnych i kilka niepozornych domków, które przywarły do uliczki prowadzącej w pole. Za ostatnim zabudowaniem sączył się strumień, niepisana granica obszaru zabudowanego a trzysta metrów dalej droga ostro skręcała w lewo. Tuż za zakrętem na asfalcie leżał martwy wąż. Najwyraźniej wygrzewał się nad ranem we wschodzącym słońcu i został rozjechany przez samochód. Miejsce, gdzie leżał było zbyt daleko od zabudowań by zabił go okoliczny farmer. Na tych terenach często się widuje martwe węże wyrzucone na ulicę ku przestrodze sąsiadów. Widok nie mniej makabryczny od martwych ptaków drapieżnych rozwieszonych na krzywych płotach zaniedbanych wiosek w Polscce południowo-wschodniej. Od tego miejsca droga zaczynała malowniczo się wić po pagórkach. Jej srebrzysta, lśniąca rosą wstęga mocno odcinała się zarówno od ciemnej zieleni pól trzciny cukrowej, brązowej barwy pni drzew bananowych, jak i nieokreślonej zielono burej masy innych plantacji. Tu i ówdzie, szczególnie w dolinach przecinały ją tory wąskotorówek zwanych tu tramwajami trzcinowymi. Kijanka żwawo mknęła do przodu połykając kolejne kilometry i zgrabnie wchodząc w dość ostre zakręty. W odtwarzaczu CD dudnił monotonnie głos lektora czytającego kolejny rozdział książki. To moja nowa fascynacja, audiobooki. Na wpół pogrążony we własnych myślach, na wpół zasłuchany w to, co mówi lektor zbliżałem się do kolejnego zakrętu. Byłem może 300m od niego, gdy z naprzeciwka wyłonił się samochód. Zwyczajnie zarejestrowałem jego obecność nie przyglądając mu się dokładnie. To z resztą było nieco utrudnione, bo oślepiało mnie poranne słońce. Kiedy dzieliło mnie juz nie więcej niż 50m od pojazdu z przeciwka na jego dachu zaistniało coś, co wyrwało mnie z letargu. Spojrzałem na licznik, prawie 80 km/h, spojrzałem przed siebie. Czerwono niebieski kogut zajmujący całą szerokośc dachu był już zaledwie parę metrów przede mną. Zakląłem jak szewc, albo jeszcze szpetniej, zatrzymałem się. „Ale k…. kaplica” – pomyślałem. To bedzie trzeci mandat od kiedy mieszkamy w Cairns. Niewesoło. W Queenslandzie, jak z resztą niemal w całej Australii, obowiązuje bardzo srogi system karania za przewinienia drogowe. Prawo jazdy traci się za „zdobycie” 12 punktów, które ulegają zatarciu dopiero po 3 latach !!! Wypada, że można sobie pozwolić na góra 4 punkty rocznie. Przekroczenie prędkości o 4-12 km ponad limit, to 1 pkt, 13-20 to juz 3 punkty. Obecnie na koncie mam już 4 pkt. Radiowóz zawrócił, zatrzymał się za mną. Młody policjant podszedł do okna. Odsunąłem szybę.

- Dzień dobry Panie kierowco, a dokąd się Pan tak spieszy z samego rana.
- Do pracy – odparłem zgodnie z prawdą. – Choć powinienem raczej bardziej pałać radością jadąc do domu – dodałem.
- No właśnie, to chyba Pan się domyśla, dlaczego Pana zatrzymałem.
- Domyslać się domyślam, ale pewien nie jestem.
- To jak się Panu wydaje, dlaczego mogłem Pana zatrzymać – policjant podjął grę w kotka i myszkę.
- Do rutynowej kontroli drogowej, tzn. trzeźwości i prawa jazdy – wypaliłem bez namysłu.
Policjant zdębiał.
- To chyba jest Pan w błędzie – odparł gdy trochę się otrząsnął z szoku. – Zaprzaszam do radiowozu na projekcję i niech Pan weźmie swoje prawo jazdy przy okazji. Na pewno nam sie przyda.

Odpiałem pasy, wysiadłem z samochodu i z miną skazańca prowadzonego na szafot. Zacząłem się zastanawiać czy złapał mnie jak miałem powyżej czy poniżej 12 km/h ponad limit. Przestronne wnętrze czerwonego policyjnego Holdena Commodore na pierwszy rzut oka niczym sie nie różniło od zwykłych cywilnych samochodów. No może poza kilkoma elektronicznymi gadżetami umieszczonymi na środkowej konsoli. Policjant przycisnął kilka guzików i na kilkucalowym ciekłokrystalicznym ekranie pojawił się kadr a w nim rzedy cyfr. Tuż po wyjściu z zakrętu namierza mój samochód. Mam 66km/h i wciąż przyspieszam. 68, 70, 72, włącza się kogut, ja zwalniam. Uffff, ulżyło mi nieco. To oznacza tylko 1 pkt i portfel lżejszy o 133 AUD.

- Sprytne urządzenie – zagajam.
- Bardzo sprytne – puszy się policjant.- Możemy rejestrować prędkość samochodów kiedy się poruszamy albo kiedy stoimy. Samochód może jechać w tym samym kierunku lub z naprzeciwka. Możemy też zarejestrować prędkość samochodu, który nas minął i oddala się po przeciwnym pasie, albo takiego, co jedzie boczną drogą.
- Ach, technika – westchnąłem teatralnie.
- Panie kierowco, wie Pan, że muszę Pana ukarać za przekroczenie prędkości.
- Wie Pan, przekroczenie prędkości poniżej 13km/h to nie „offence” ale niezachowanie należytej koncentracji, skutek rozkojarzenia. Moglibyśmy się umówić, że udzieli mi Pan werbalnej nagany i pouczenia, a ja solennie Panu przyrzeknę, że wezmę sobie to pouczenie do serca i będę przywiązywał dwukrotnie większą uwagę do znaków drogowych i ograniczeń prędkości a już w szczególności do ograniczeń w terenie zabudowanym. Tu wyraźnie zatoczyłem głową łuk wodząc wzrokiem między plantacją PawPaw, pustym kawałkiem ziemi a zaroślami. Policjant z początku zbaraniał, już po raz drugi tego ranka, po czym podążył za moim wzrokiem. Uśmiechnął się szeroko, wyszczerzył zęby, pokiwał głową z niedowierzaniem i zamarudził niezrozumiale coś pod nosem.
- Panie kierowco, udzielam Panu ostrzeżenia. Przekroczył Pan dozwolony limit prędkości w terenie zabudowanym, przez co spowodował Pan potencjalne zagrożenie na drodze. Zalecam daleko idącą ostrożność, zwiekszenie koncentracji i zdjęcie nogi z pedału gazu.
- Przyrzekam, że taka sytuacja nie będzie miała więcej miejsca. Dochowam należytej ostrożności na każdym ograniczeniu i bede się stosował do obowiązujących znaków drogowych.
- To Pańskie prawo jazdy. Have a nice day mate.
- Dziękuje bardzo. W sumie, to już mam całkiem dobry dzień.

W pracy nikt mi nie uwierzył w to co się stało. Ani Zbieracz Zamówień, który jak deklaruje od 26 lat nie dostał mandatu, ani Ron I Bezzębny, który dostał ostatnio mandat za przekroczenie prędkości o 13km/h i nijak nie dało się negocjować by zapłacił jak za 12 km/h ponad limit ani jeden z robotników, który na dniach dostał mandat za przekroczenie o 8 km/h.

 

 
Chciałbym, żeby ten czas nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął.

Sobota, to taki dzień tygodnia, gdzie mamy okazję coś załatwić, coś
kupić, coś zrobić. Kiedyś w Australii nawet wojsko pracowało od
poniedziałku do piątku od 8 do 16.30. O 16.30, a w piątek nawet
wcześniej wyłączali radary i do domu na weekend. Teraz wszystko się
powoli zmienia. Coraz więcej sklepów i biznesów czynnych jest również w
sobotę. Wykorzystujemy to. Tego dnia również mamy czas zrobić coś przy
domu. A posiadanie własnej chałupy z kawałkiem trawnika, to niekończąca
się harówka. Owego dnia postanowiliśmy zmajstrować urządzenie do
ściągania liści z palm. W sklepach można dostać piłkę lub sekator na
wysięgniku, lecz kosztuje to bajońskie krocie a na 4m tyczce obcina się
kiepsko. Nasz plan był prostszy. Z samego ranka udaliśmy się do sklepu
z ekwipunkiem morskim i wędkarskim, gdzie metodą kupna nabyliśmy
solidny hak oryginalnie służący do wciągania na łódź dużych ryb.
Następnie zaszczyciliśmy swoją obecnością market budowlany, skąd
przywlekliśmy stosownej długości drewnianą tyczkę. Po połączeniu obu
elementów za pomocą wiertarki i druta otrzymaliśmy cudowną broń do
walki w ogrodzie. Do tej pory cięliśmy liście, które swobodnie spadły
na ziemię, mogłem oberwać z drabiny lub zwisały do takiej wysokości, że
można było do nich sięgnąć. Parę tygodni temu spadający z naszej
największej palmy „listek” połamał w jak zapałki metalowe pręty
pergoli. To był sygnał, że trzeba zacząć działać, nie czekać aż
następny przebije na wylot blachę na dachu. Teraz, kiedy już mieliśmy
hak na tyczce bez problemu oczyściliśmy większość drzew. Wystarczyło
wbić go w łodygę liścia i mocno pociągnąć. I w ten sposób harom vel
pomysłowy Dobromir i Szpulka odwalili kawał dobrej, nikomu nie
potrzebnej roboty. Tego dnia jeszcze wymieniliśmy olej w kosiarce,
odwiedziliśmy znajomych, napadliśmy rzeźnię, upichciliśmy żeberka w
miodzie i piwie, wywierciliśmy 12 otworów w uchwycie na śróbokręty
haroma, naprawiliśmy cieknący prysznic.

A wieczorem? Wieczorem poszliśmy na spacer. Nawiedziliśmy sklep z
artukułami pierwszej potrzeby
monopolowy na naszej plaży, kupilśmy
butelkę dobrego, białego wina. Zatoczyliśmy kółko po dzielnicy i
poszlismy nad ocean. Był już wieczór. Ocean głośno dudnił wielkimi
falami łamiącymi się z hukiem na płyciznach. Gdzieś tam daleko na
połódniu szalał cyklon Hamisz, który minął nas rankiem. Nad nami
księzyc prawie w pełni lekko przezierał przez pierzaste obłoki.
Siedliśmy na wyrzuconym na brzeg grubym pniu, odszpuntowaliśmy butelkę.
Wino pod parasolem gwiazd na plaży smakuje wyśmienicie. I gadaliśmy.
Gadaliśmy od rzeczy o pierdołach. I nie istniała cała sobota zajęć w
domu, cały tydzień użerania się w pracy. Nawet nie wiem ile lat miałem
tego sobotniego późnego wieczora.

Nie lubię półśrodków. Jak mieszkać nad oceanem, to góra kilkaset
metrów, tak by można było tam podejśc w każdej chwili, napić się wina
czy piwa nie martwiąc się, że trzeba wsiąść „za kółko”. Nie wyobrażam
teraz sobie mieszkać w Brisbane, gdzie do plaży w najlepszym przypadku
jest 70 km. W Sydney czy Melbourne jest co prawda bliżej, ale 20-30 km
to też kawałek.


Jest taki stereotyp „dobry aktor – zły aktor”. Polega na tym, że 2 osoby obserwują poczynania tego samego aktora na scenie. Jedna z osób jest nastawiona do niego bezkrytycznie pozytywnie, druga zupełnie na „nie”. W pierwszym akcie, odtwórca wzniósł się na wyżyny, pokazał cały kunszt swojego warsztatu, błyskał talentem. Widz nastawiony na „tak” powie, „a nie mówiłem, potwierdza się, że jest najlepszy w każdym calu”. Oponent co najwyżej skwituje „no udało mu się, nawet największej łajzie raz w życiu coś wyjdzie przez przypadek”. W drugim akcie aktor zaliczył „wpadkę”. Jego wielbiciel od razu bagatelizuje sprawę mówiąc, że to tylko przypadek i nawet największym zdarzają się pomyłki a tak w ogóle to nie było wcale źle jak się na to spojrzy. Ten krytyczny zatriumfuje „no tego można było się po nim spodziewać, przecież mówiłem, że to beztalencie, karierowicz i podrzędny aktorzyna”.

Dlaczego o tym piszę? Coraz częściej wśród emigrantów, z którymi koresponduję pojawia się skrajna polaryzacja poglądów. Albo są zaciekłymi fanami Australii, bezkrytycznie chwalącymi wszelkie jej zalety, zarówno te rzeczywiste jak i te naciągane czy wręcz zmyślone, albo skrajnymi pesymistami, którzy widzą wszystko co najgorsze, niemalże kraj 3-go świata. Bardzo często patrzenie na świat przez różowe okulary lub dostrzeganie go tylko w szarych barwach następuje poprzez pryzmat własnych doświadczeń. I tak np., ktoś komu bezproblemowo i bezboleśnie usunięto migdałki, wyrostek czy nadżerki będzie powtarzał, jak to wspaniałą służbę zdrowia mamy w Australii. I nie ważne, że np. umieralność na astmę w Australii jest wśród najwyższych na świecie, ilość transplantacji na poziomie krajów Afryki a liczba lekarzy specjalistów  w przeliczeniu na 10 000 mieszkańców 4 razy mniejsza niż w Polsce. Taki człowiek będzie nawet usiłował udowodnić, że zwykły internista, który 15 minut wcześniej badał migdałki, na płaskiej kozetce w gabinecie lepiej przeprowadzi badanie ginekologiczne niż specjalista na wyprofilowanym fotelu ginekologicznym. Znajdzie się też grupa osób, które czekały 7 godzin na izbie przyjęć zanim udzielono im pierwszej pomocy albo po kilka miesięcy nie mogą się dostać do specjalisty. Od nich usłyszymy, że łatwiej dziecko wyleczyć w Afryce niż w Australii, bo tam przynajmniej lekarzy UNICEF przysyła. I nie ważne, że w 5 minut po każdym poważniejszym wypadku jest na miejscu helikopter a latający lekarze uratowali już życie setkom nieszczęśników pogryzionych w outbacku przez węże. Często przywołuję temat służby zdrowia, bo z jednej strony moja jedyna wizyta u lekarza w Australii była chyba najlepszą jaką miałem w całym życiu a z drugiej Szpulka od 4 lat nie może znaleźć pomocy na swoje dolegliwości.

Tak się składa, że jednym z moich małych snobizmów jest lektura „Forbesa”. Szczególnie dużo jest w nim rankingów, zestawień, statystyk. Zarówno własnych jak i „zapożyczonych” z innych źródeł. Po dłuższym czasie ich studiowania można dostrzec pewną prawidłowość rządzącą lokatą Australii w poszczególnych rankingach. W zestawieniach gdzie badania przeprowadzane są bazując na odczuciach/ankietach/wywiadach i różnych subiektywnych czynnikach, które trudno opisać wskaźnikami Australia zawsze plasuje się w czołówce a niejednokrotnie na podium. Mam tu na myśli zestawienia typu „najbardziej zdatne miasto dożycia”, „kraj najbardziej przyjazny emigrantom”, „poziom optymizmu”, czy szczęścia. Kiedy natomiast przeglądamy zestawienia, gdzie górę biorą wskaźniki obiektywne, pozbawione pierwiastka ludzkich emocji, jak choćby badania nad równouprawnieniem płci, które cytowałem kilka notek wcześniej, wskaźnika samobójstw, emisji zanieczyszczeń, otyłości społeczeństwa, itp. Australia już nie bryluje. Nie zawsze jest w szarym ogonie zestawień; takie postawienie sprawy byłoby nieuczciwe, ale to już nie jest miejsce „na podium” czy nawet w pierwszej dziesiątce. Bardzo dobitnie widać, że sprawdza się zasada, że Australijczycy generalnie nie zwykli mówić źle o swoim kraju. Nawet jeśli trochę inaczej myślą, co innego uzewnętrzniają. Bardzo często myślę, że ma tu zastosowanie stereotyp „dobry aktor – zły aktor”. I mam wrażenie, że identyczna sytuacja ma miejsce w przypadku Polski. „Jak Cię widzą, tak Cię piszą”, z tym że Australijczycy widzą swój kraj jak bezkrytyczny widz aktora. W oczach Polaków, natomiast, Polska jawi się znacznie gorzej niż na to zasługuje, widzimy swój kraj jak widz pesymistyczny.


  • RSS