harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

 
Za Wikipedią:
Denga - potencjalnie śmiertelna wirusowa choroba odzwierzęca występująca u ludzi i niektórych małp. Wywołują ją wirusy dengi z grupy Flaviviridae. Ma cechy gorączki krwotocznej. Przejawia się, obok gorączki, silnymi bólami i sztywnością stawów. Występuje w strefie subtropikalnej i tropikalnej. Przenoszą ją komary z gatunku Aedes aegypti. Leczy się ją objawowo. Objawy: nagła gorączka, silne bóle głowy i stawów, szybki spadek liczby płytek krwi, wysypka, ból gałek ocznych.”

Właśnie mamy w Cairns i okolicach epidemię tej przyjemnej zarazy zwanej z angielska „Dengue fever”. Liczba zarażonych przekroczyła 513 i stale rośnie. Już w tej chwili epidemia zapisała się na kartach histori rekordową liczbą wykrytych przypadków. Historyczne jest też, że wykryto wszystkie 4 jej odmiany na raz z czego 90% przypada na dwa najbardziej niebezpieczne typy. Dengę przenoszą głównie komary, choć można się nią zarazić np. od nietoperza. Prawdopodobieństwo przypadkowego pogryzienia przez tego ssaka jest minimalne, lecz zetknięcia się z jego odchodami już całkiem spore.

Lokalne władze walczą z epidemią metodą marchewki i kija. Marchewką są np. akcje darmowego zbierania zużytych opon. Kijem, kolosalne kary za stwarzanie warunków dla rozwoju komarów na podwórku. Warunki takie, to każdy możliwy zbiornik/kontener/doniczka z stojącą słodką wodą, gdzie komary mogą się rozmnarzać. Przypomina to trochę walkę z wiatrakami. Spadające liście palmowe u podstawy zazwyczaj mają łódeczkowaty kształt, który idealnie gromadzi deszczówkę, połówki kokosów nadają się do tego celu jeszcze lepiej.

My trochę się obawiamy Dengi. Po pierwsze tuż za miedzą mamy duży podmokły obszar „zielonej rezerwy”. Idealne miejsce do rozwoju komarów. Po wtóre nasze podwórko to w tutejszej nomenklaturze „rainforest garden”. Mamy mnóstwo palm, ciemnych wilgotnych zakamarków, roślinności, która non stop „trzyma wodę”. Siłą rzeczy komarów są u nas całe chmary. Dlatego w domu mamy zainstalowany gadżet, który co 8 minut rozpryskuje środek owadobójczy a dodatkowo kiedy idziemy popracować w ogródku to smarujemy się czymś przeciw ugryzieniom komarów. Na szczęście w tej części Australii siatki przeciw robalom zamontowane w oknach są standardem. Niepokoi nas również, że właśnie owocują palmy. Małe czerwone kuleczki są przysmakiem nietoperzy a te jak wiadomo nie zwykły latac do szaletów by się wypróżnić. Kłopot natomiast nie zwykł omijać na podwórku niczego interesującego, co spadnie z drzew na ziemię :) Tym pozytywnym akcentem żegnam się do następnego wpisu.

Krótko

Brak komentarzy


Premier Kevin „Ministrant” Rudd ogłosił w parlamencie, że dzięki wysiłkom jego rządu zmniejsza się przepaść miedzy standardami życia Aborygenów i białych Australijczyków. W rzeczy samej, standardy życia białej ludności w ciągu ostatniego roku znacznie spadły. Premier zapowiada, że w najbliższych przepaść ta zmniejszy się jeszcze bardziej.

W szpitalu w Cairns zmarła 24 letnia Koreanka ofiara wypadku podczas spływu pontonowego na górskiej rzece. W wyniku zdarzenia  na miejscu utonął inny Koreańczyk. Kilka dni wcześniej 4 Koreańczyków próbowało w niedozwolonym miejscu przekroczyć wezbraną po powodzi rwącą rzekę. Ich samochód został porwany przez wartki prąd. Finał tej historii był identyczny jak feralnego spływu pontonowego. Maczających palce w obu wypadkach informuję, że nie tędy droga. Wszystkich Koreańczyków jest ponad 71 mln.

Były premier K. Marcinkiewicz przekracza granice śmieszności pokazując się w mediach z mizdrzącą się blondynką, dwóch uchodźców z Birmy przekracza granicę Australii dryfując 25 dni w Esky (rodzaj termoizolowanej skrzyni) a lokalny brukowiec The Cairns Post przekracza granicę absurdu zamieszczając informację o tym, że dzikie leśne indyki dokonują gwałtu na domowych kurczakach. A Wojciech Jaruzelski już 13.12.1981 mówił „Są granice, których przekroczyć nie wolno”. 

Gdy dasz Aussiemu rybę, natychmiast ją zje, gdy go nauczysz łowić, będzie siedział cały dzień w łódce i pił. Korzystając z mądrości tego starego chińskiego przysłowia rząd federalny postanowił wypłacić ludowi pracującemu 950 AUD jednorazowej zapomogi zamiast zainwestować tą kwotę np. w edukację. Liczą na spadek poziomu alkoholizmu.

Po tym jak powodzie odcięły północny Queensland od świata na 8 dni piętnując niedoinwestowanie w infrastrukturze transportowej, po tym jak zwykłe ptasie gówna odcięły dostawy prądu do połowy stanu na ponad 8 godzin, pokazując jak łatwo terroryści mogliby unieruchomić kraj, po tym jak rząd stanowy ogłosił 1,5 mld deficytu budżetowego premier Queenslandu Anna Bligh ogłosiła przedterminowe wybory parlamentarne. Cóż, skądinąd sympatyczna Anna studiowała nauki społeczne, dlatego może nie nie wiedzieć, że na pierwszym roku medycyny wpaja się studentom by nigdy, w żadnych okolicznościach, nie aplikowali pacjentom jednocześnie proszka nasennego i środka przeczyszczającego.

Powszechnie znany Zen Sarkazmu mówi „Zawsze najciemniej jest przed świtem. Więc, jeśli chcesz ukraść gazetę ze skrzynki pocztowej sąsiada, zrób to właśnie wtedy”. Szkoda, że nie mówi w jakich porach podrzucić sąsiadowi psie gówno.  Robiąc przecinkę w parku narodowym, który wyrósł wzdłuż naszego płotu w ostatni weekend wyrzuciłem co najmniej dwadzieścia małych czarnych zawiniątek z wiadomą zawartością.

Rada miasta Cairns nałożyła obowiązek mikrochipowania i rejestracji domowych kotów. Jednocześnie wprowadziła ograniczenie maksymalnej liczby sierściuchów do 2 na gospodarstwo domowe. Pani Mer (Dzierżyńskiemu w spódnicy) pragnę przypomnieć, że koci miot składa się z 2 do 7 (przeważnie 3-5) kociąt. I co wtedy jak Kłopot nam się okoci?


… ten ginie od ran postrzałowych. W dobie krysysu, którego zdaniem niektórych w ogóle nie ma, Fabryczka dość cieńko przędzie. Sprzedaż po pierwszym półroczu ledwie przekroczyła połowę tego, co rok wcześniej, a w grudniu 25% załogi poszło na bruk. W równie ciężkiej sytuacji znajduje się Zbieracz Zamówień. Generalnie od kiedy dołączył do Korporacji brak mu spektakularnych osiągnięć. Nie zdobył żadnego nowego, znaczącego klienta, nie zawarł ani jednego dużego kontraktu ze stałymi klientami. Generalnie klienci zamawiają dokładnie to samo, co zamawiali przez ostatnie 30 lat. Słowem Zbieracz Zamówień potrzebuje sukcesu, czegoś, co sprawi, że choć na chwilę jego gwiazda rozbłyśnie. Brak takowych na polu sprzedaży zmusiło do działań zaczepnych na zupełnie innym obszarze.

Kilka tygodni temu Zbieracz Zamówień  przyszedł do mnie z listą zamówień jakie u poprzednich właścicieli Fabryczki złożył Duży Koncern, nasz stały klient. Sęk w tym, że właściciele to krętacze i oszuści jakich mało nawet w Polsce a intendent Dużego Koncernu, to ich wieloletni zażyły przyjaciel, który wydatnie pomógł nadmuchać księgę zamówień przygotowując grunt pod sprzedaż biznesu. Interesy na tej lini kryją cały szereg mrocznych tajemnic skrzętnie skrywanych w mniej czy bardziej zawualowany sposób. Słowem Zbieracz doszedł do wniosku, że uderzając w ten obszar na 100% coś ustrzeli. W jego mniemaniu mechanizm przekrętu był prosty. Byli właściciele nie wystawili faktur i skasowali „pod stołem” pieniądze za dostawy, które realizowane były przez Fabryczkę już po sprzedaży biznesu. W ten sposób zarobili na Korporacji dodatkowy „bonus”, bo po dniu sprzedaży wszystkie ich należności stały się własnością Korporacji płatne na jej konto. Moja zabawa z „rachunkowością śledczą” trwała 5 minut. Zajrzałem do raportów z ksiąg poprzednich właścicieli. Do dnia ich zamknięcia zafakturowano znakomitą większość kontraktu, rzekłbym 85-90%. Sprawę uznałem za zamkniętą.

Zbieracz Zamówień nie odpuścił jednak tak łatwo. Przez kilka tygodni wertował papiery. Jeździł do miasta do archiwum gdzie przekopywał się przez tony nieuporządkowannych i celowo „zaciemnionych” pozostałości po poprzednich właścicielach. Na początku tego tygodnia wrócił i triumfalnie ogłosił zwycięstwo. Wg niego 1/3 wartości kontraktu została zrealizowana bez wystawienia faktur. Pozostałe 2/3  kontraktu mniej więcej w połowie zostało zafakturowane przez poprzednich właścicieli a w połowie już przez Korporację. O swojej wiktorii poinformował Rona I Bezzębnego oraz jego szefa w Centrali. Z Centrali przyszła krótka odpowiedź „Zorganizujcie informatyka, postawcie stary serwer, wykorzystajcie haroma do wygrzebania ze starego systemu księgowego tylu informacji ile się tylko da”.

System, na którym pracowali poprzedni własciciele w nagłówku dumnie wyswietla nazwę i rok 1992. Stary, oparty na DOSie, kompletnie nieprzyjazny użytkownikowi system obsługuje się bardzo opornie. Raz, że liczba opcji wyszukiwania i sortowania jest ograniczona do minimum, dwa że poprzedni właściciele mieli manierę używania go jako wtórne źródło księgowości. Wszystkie operacje z gruntu były prowadzone, rozliczane i rozksięgowane ręcznie na papierze, po czym raz-dwa razy w miesiącu dane po „uzgodnieniu” trafiały do komputera. Dwa dni spędziłem babrając się w czymś, co może wysłać wydruk na ekran lub do drukarki (oczywiście nie istniejącej już od dawna). Przy okazji odkryłem dwa równoległe „byty” :). Opłaciło się jednak. Znalazłem dokładnie co do sztuki każdą fakturę i powiązane z nimi dokumenty wydania z magazynu, które sumarycznie zgadzały się z wielkościami z raportu jaki wcześniej przekazałem Zbieraczowi. Co z tego wynika? Jeśli poprzedni właściciele wystawili faktury na 85% kontraktu a Korporacja dodatkowo na 35% to Duży Koncern został obciążony o 20% więcej niż powinien. Teoria, że nie zapłacili nikomu (przynajmniej oficjalnie) około 1/3 wartości kontraktu i że możemy domagać się pieniędzy za dostarczone produkty wzięła w łeb. Zamiast dodatkowych faktur i extra przypływu gotówki powinniśmy się spodziewać, że pod koniec roku ktoś zwróci się do nas o wystawienie not korygujących i zwrot pieniędzy. Niewątpliwie Zbieracz ustrzelił problem, ale chyba nie dokońca o taki efekt chodziło.


Orwelowskie idee. Rząd Kevina „Ministranta” Rudda przystąpił do ostatniej fazy przygotowania jednej z wyborczych obietnic, mianowicie zblizenia nas do Chin. Nic dziwnego w końcu Rudd włada biegle kantońskim mandaryńskim, ale dlaczego to zbliżenie ma nastąpić na polu internetu? Właśnie weszła w fazę prób technicznych idea filtrowania obywatelom dotepu do internetu poprzez blokowanie nieodpowiednich treści. Odnoszę jednak wrażenie, że albo rząd „stracił do tego serce”, albo sprawa idzie strasznie po grudzie, bo do testów przystapiło 6 firm. Wśród nich nie ma żadnego „tuza” lokalnego rynku a raczej same płotki, dla których pojawienie się nazwy w mediach jest sposobem na zaistnienie. I nie ważne czy mówi się dobrze czy źle, grunt, że się mówi. Zamiast docelowych 10 000 stron do testów wybrano okoł 1200 z czego jak ogłoszono około 650 o treściach pedofilskich. Hmmm, dlaczego to akurat wyeksponowano? Przychodzi mi na myśl stary dowcip z brodą. W barze na plaży, gdzieś na meksykańskiej rivierze siedzą Putin z Bushem i popijają tequillę. Do lokalu wchodzi wąsaty Meksykanin. Na głowie kapelusz z szerokim rondem, na ramionach opończa. Podchodzi do nich i pyta. – Przepraszam, czy to Pan Bush z Panem Putinem? – W rzeczy samej – odpowiadają politycy. _ Czy moge zapytać, co przywódcy dwóch światowych mocarstw robią w tak zapadłej dziurze w Meksyku? – Dyskutujemy jak zgładzić dwa miliony Afgańczyków i listonosza – odparł Bush. – Listonosza ????? – Meksykanin nie mógł ukryć zaskoczenia. – A mówiłem Ci Władek, – zwrócił się Bush do Putina – że dwoma milionami Afgańczyków ludzie się mniej przejmą niz zwykłym listonoszem. Połknijmy więc tą przynętę i na chwilę nie przejmujmy się tymi pozostałymi filtrowanymi stronami. Jeśli zgodzimy się, że cenzura prewencyjna jest ok. w pewnych określonych przypadkach strzelamy we własną nogę. Oto bowiem rząd federalny ponad rok temu jedną ustawą uznał, że krokodyl jest rybą, czyli podpada pod wszystkie przepisy dotyczące ryb. Do czego dążę? Zawualowanie do celu. Kilka tygodni temu w bibliotece stanowej Perth miała miejsce wystawa fotografi pod roboczym tytułem „Przedmieścia Zachodniej Australii”. Wystawa pewnie przeszłaby bez echa, gdyby nie nadgorliwość jej komisarza. Z wystawy zostało usunięte zdjęcie, które jak określono może w pewnych okolicznościach nieść niezdrowe podteksty, w domyśle sexualne. W pewnych okolicznościach to ja mogę zginąć od uderzenia meteoru, ale w domu z tego powodu się nie zamknę.  Fotografię, o której mówię można zobaczyć TUTAJ. Jeśli równie chory na umyśle bigot bedzie klasyfikował co podpada pod filtr, a co jest dozwolone dla oczu Australijczyków osiągniemy poziom nieznany nawet ortodoksyjnym mułom w krajach islamskich.

Pij tylko mleko, będziesz kaleką. Laktaza to enzym odpowiedzialny za zdolność trawienia cukru mlecznego zwanego laktozą. U większości ssaków wydzielanie enzymu a zarazem zdolnośc do trawienia laktozy zanika pod koniec okresu karmienia. U człowieka produkcja laktazy spada o 90% w okresie pierwszych 4 lat życia. Mówiąc statystycznie, około 70% dorosłej populacji ludzkiej utraciło zdolność trawienia tego cukru. Jak zwykle jest jakieś „ale”. Otóż w społeczeństwach „nabiałowych”, którym mleko towarzyszy od setek pokoleń nastąpiła mutacja jednego genu i organizm wraz z wiekiem nie poprzestaje produkcji laktazy. Jakie to społeczeństwa? Otóż np. tylko 1% Holendrów nietoleruje  laktazy, 2% Szwedów, 5% w pozostałych krajach Skandynawskich, 5-15% Brytyjczyków, 12-15% Niemców, Szwajcarów, Austriaków, Słowian (w Polsce regionalnie do 20%), już 35% Portugalczyków, 55% mieszkańców Bałkan, 71% Sycylijczyków, 78% Libańczyków i Żydów, 85% Aborygenów. Ku mojemu zaskoczeniu tylko 4% białych Australijczyków ma tą nietolerancję. Wynika z tego, że Australijczycy, to społeczeństwo mleczne. A jak najlepiej zarobić na społeczęństwie mlecznym? Obłożyć go podatkiem. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z akcyzy jaką obłozony jest każdy litr paliwa. Mało kto wie jednak, że mleko obłożone jest podobnym podatkiem wysokości 11 centów od  litra. Dobrą wiadomośćią jest, że ten haracz znika z końcem lutego. Ciekawe czy supermarkety obniżą ceny na półkach o całe 11 centów na litrze czy też zachowają część tej kwoty jako extra zysk w kieszeni. A więc pij mleko……..

Bezrobocie. Jak to jest z tym bezrobociem w Australii? Z jednej strony wszyscy krzyczą „Australia need skills”, że brakuje rąk do pracy, że należy zwiększyć pulę imigracyjną. Skoczmy na stronę Biura Statystycznego, gdzie przeczytamy, że w grudniu 2008 mieliśmy 10 749 tys. zatrudnionych i 498 tys bezrobotnych, co daje 4,4% stopę bezrobocia. Na pierwszy rzut oka wszytko dobrze, ale warto chyba zagłębić się w ta informację. Wynika bowiem, że na 100 Australijczyków zatrudnionych jest 96. Nie wynika natomiast ile tak na prawdę jest etatów. W Australii jest bardzo wiele osób pracujących na pół etatu lub wręcz dochodzących na kilka godzin tygodniowo. Jeśli więc na te 96 zatrudnionych osób, na pełny etat pracuje 80 a pozostałych 16 na pół etatu, to mamy w sumie 88 etatów na 100 osób. Jeśli tak spojrzymy, to  bezrobocie wynosi nie 4% a 12%. Te liczby to mój szacunek, bo nie znam dokładnej liczby pracowników dochodzących i niepełnoetatowych.  Czuję jednak „przez skórę”, że realia są bliższe 12% niż 4%. Dlaczego? Bo 4% to bardzo blisko bezrobocia natutalnego, czyli stanu, gdzie nie zatrudniony jest tylko ten, kto właśnie zmienia pracę lub z własnego wyboru jej nie podejmuje. Przy tak niskim bezrobociu pracodawcy powinni zabijac się za jakimikolwiek rękami do pracy. Nawet jesli ktoś nie ma odpowiednich kwalifikacji powinni przyjmować postawę: „Nieważne, jesli chcesz dla nas pracować my Cię wyszkolimy. Nie masz prawa jazdy na wóżek widłowy, wyślemy Cie na kurs, masz zamorskie kwalifikacje, brak Ci Australijskich certyfikatów, przyjdź do nas a my ułatwimy Ci je zdobyć”. Tymczasem w ogłoszeniach o prace roi się od warunków zaporowych. Nawet na zwykłego mało wykwalifikowanego robotnika wymagania są kolosalne. Pracodawcy przebierają jak w ulęgałkach. Ten nie, bo nie ma kwitka na to, a tamten na owo, a ten trzeci nie ma doświadczenia w Australii, a poza australią to oni nic nie wiedzą. Tak nie postępuja pracodawcy na rynku, gdzie jest głód siły roboczej. Tak się dzieje w gospodarce, gdzie jest nadmiar ludzi chętnych do pracy w stosunku do wolnych etatów. A ten nadmiar nie wystepuje w sytuacji 4% bezrobocia. Prognozy ekonomistów mówią, że w przeciągu 2 lat bezrobocie w Australii ma wzrosnąć do 6%. Tak wyliczona wartość wg. obecnie stosowanej metodologii bedzie oznaczać nie mniej nie więcej tylko grubo poniżej 90 etatów na 100 chętnych do pracy.

Euforia.

Brak komentarzy


Dojeżdżając dziś do pracy zauważyłem niespotykany jak na tą porę dnia ruch na placu przy naszej Fabryczce. Wózek widłowy szalał po całej szerokości wywijając piruety z wielkimi drewnianymi skrzyniami, ustawiając niebosiężne wieże z palet i tasiemcowej długości rzędy beczek. Zbliżając się do biura już widziałem jak euforia wylewa się na zewnątrz, przecieka pod drzwiami i spływa w dół. Przekroczyłem próg i zastałem atmosferę niemalże sylwestrową. Brakowało tylko baloników, serpentyn, konfetti i kieliszków z szampanem. Z miejsca dopadł mnie Frank i mógłbym przysiąc, że gdyby nie uszy, to śmiałby się naokrągło.

- Nigdy nie zgadniesz co !!! – wykrzyknął rozemocjonowany.
- Daj mi sznase – poprosiłem – Colinowi urodziły się trojaczki, po jednym z każdej płci – spróbowałem szczęścia w zgadywance.
- Pieprzyć Colina ……
- Dla każdego coś miłego, ale mnie w to nie wciągaj – nie dałem mu dokończyć.
- Och zamknij się wreszcie i słuchaj – zrugał mnie – Wczoraj w nocy Policja „otowrzyła” Bruce Highway. Bedziemy żyć !!!

Rzeczywiście wczoraj późnym wieczorem woda na zalanej szosie łączącej FNQ z południem kraju opadła do 15 cm. Taką głębokość mogą bez już przeszkód  pokonać samochody ciężarowe. Na początek te z jedzeniem i lekami. Do Cairns ruszył długaśny niczym charytatywny konwój Ochojskiej sznur ponad 100 ciężarówek. To wielka ulga dla regionu, gdzie przez ponad 9 dni nie dotarła ani jedna dostawa. I nawet 150 ton jedzienia, które dostarczono statkiem w piatek, to kropla w morzu 4400 ton ładunku wiezionego na ciężarówkach. Wszyscy odetchneli z ulgą. Po pierwsze wreszcie bedzie można kupić jakieś żarcie w sklepie. W naszym przypadku lodówka przestanie zabijać echem. Po drugie nie bedziemy mieli przestoju w Fabryczce. Na zapasach pociągnelibyśmy góra do końca tygodnia. I co najważniejsze, może w końcu dowiozą do monopolowego Medosa !!!

 
A to mały fotosuplement do notki o kłopotach z zaopatrzeniem spowodowanych przez powodzie.



„Z powodu problemów z transportem niektóre artykuły są niedostępne. Przepraszamy za kłopoty” To obecnie najczęściej widywane ogłoszenie na sklepowych półkach. Można je spotkać wszędzie. W supermarketach, aptekach, fast foodach, sklepach ze zdrową żywnoscią albo tanim chińskim barachłem.



Tak wyglądają regały działów mięsnych w większości sklepów. Jedyne co mozna kupić to pozostałości potwornie sztucznej szynki bożonarodzeniowej.



Kolejna lada chłodnicza.



Trochę szersza perspektywa.



W KFC też się nie posilisz. Zabrakło nie tylko burgerów ale nawet soku pomarańczowego i wody. Podobne ogłoszenia wisza na wszystkich fast foodach w mieście.

W PRLu Kabaret Tey w programie „Z tyłu sklepu” zachęcał do składania przysięgi warzywom, a jej fragment brzmiał tak: 

         Bo my musimy być silni i zdrowi
         Choćby na skrobi choćby na skrobi
         Bo my musimy być dziś mniej pazerni
         Roślinożerni roślinożerni
         Roślinożerni roślinożerni
         Nam polędwica oraz schab nie smakuje tak jak szczaw!!
 
W FNQ nie można nawet tego zastosować. Ziemniaków brakuje !!!!
 
 

 
Gdybym mógł wybierać, to na trzy miesiące co roku wyprowadziłbym się z
Cairns. Na trzy mokre miesiące. Byliście kiedyś pod namiotem w mokre
deszczowe lato? Kto to przeżył wie o czym mówię. Tyle, że z wyprawy pod
namiot wraca się po kilkunastu dniach a mokry sezon w Cairns trwa co
najmniej 3 miesiące. Wilgoć wciska się wszędzie. W papier. Nasze
książki, wydruki, zeszyty wygadają tak jakby ktoś je zostawił na noc na
dworzu. A są przecież w szafie. W ubrania. Ciuchy w szafie czuć
wilgocią, tak jakby ktoś wyjął z pralki po odwirowaniu bez suszenia.
Ręczniki są suche jedynie w chwili wyciągnięcia z suszarki. Po wytarci
ciała gruby materiał frote nie ma najmniejszych szans wyschnąć. Po 2-3
dniach zaczyna śmierdzieć zapachem zbutwiałych szmat i w trybie
natychmiastowym musi trafić do pralki/suszarki. W jedzenie.
Pozostawione na 10 minut chipsy nie sa już chrupkie i strzelające,
przypominają bardziej wilgotną gąbkę. Jeśli na serwetkę wysypie się
trochę mąki w krótkim czasie mamy pięknego pleśniaka.

W tym roku mamy opady szczególnie intensywne . Właściwie mamy monsun za
monsunem. Cyklon, o którym pisałem dwa wpisy temu usadowił się 200 km
na południe od Cairns i odciął miasto od świata zewnętrznego już na
ponad tydzień. Nie dochodzi poczta, części, dostawy do fabryk, jedzenie
do supermarketów. Wielkie sieci handlowe jak Coles i Woolworth wolą
ściągać towary prawie 2000 km z okolic Brisbane niż kupować na miejscu
u farmerów na Płaskowyżu. Efekt? Sklepy zaczynają wyglądać jak w Polsce
w latach 80-tych. Puste półki z mięsem, warzywami, wodą i napojami.
Korzystają na tym lokalni drobni rzeźnicy, o oni zaopatrują się
lokalnie. To samo dotyczy warzyw. Drobne sklepy spożywcze mają pełne
pułki.

Po tygodniu zastoju w interesie ktoś wreszcie poszedł po rozum do glowy
i dowiózł towary do Townsville skąd odprawił 350 km na północ do Cairns
statkiem. Ale to rozwiązanie połowiczne. Zapewni dostawy leków,
jedzenia, podstawowych towarów. Dla fabryk, takich jak nasza nie jest
to żadna ulga. Od tygodnia na placu mokną produkty, po które nie ma kto
przyjechać, bo albo ciężarówki utknęły na południu, albo i tak nie mają
jak dostarczyć towaru. To samo dotyczy dostaw. Są na ciężarówkach
uwięzionych między dwoma rzekami, które wystąpiły z brzegów.

W piątek mieliśmy szybką ewakuację fabryki. Spójrzcie na wykres
poniżej. To zamieszczany na stronie Biura Meteo raport automatycznych
czytników rozmieszczonych wzdłuż „co ciekawszych” rzek. Kiedy jechałem
do pracy poziom wody sięgał około 2m poniżej poziomu mostu. To była
godzina 7.00. Około 11 dostaliśmy wiadomość, że w górze rzeki spadła
ogromna ilość deszczu i w krótkim czasie spłynie w dół. O 11.20 miała
miejsce akcja „ewakuuj się kto może”. Wracając do domu ok. 12 rzeka
była już prawie na równi z mostem. Jak widać gdybym został w pracy do
16.00 noc bym spędził w samochodzie na szosie. Na na razie Kijanka nie
potrafi poruszać się 2-3m pod wodą a nawet gdyby to umiała, pozostaje
kwestia porwania przez wartki prąd lub uderzenia przez gigantyczne
konary i drzewa niesione przez wezbrane wody. To właśnie silny prąd i
niesiony przez rzekę materiał są główną przyczyną zatonięć samochodów z
napędem na 4 koła, które mogą jeździć zalane niemal po dach. Dla tych,
którzy nie wierzą film .





Vegemite to niekoronowany król Australii, jedna z tutejszych ikon, z którą Aussie są związani niczym Polacy z ogórkiem kiszonym czy kapustą. Ma postać ciemnobrązowej pasty, którą spożywa się rozsmarowaną na pieczywie, krakersach czy biszkopcie. Jest to wyjątkowej klasy świństwo i nie da się przejść wobec niego obojętnie. Powstaje z odpadków drożdży pozostających w browarze po procesie warzenia piwa  oraz różnorakich dodatków roślinnych i przypraw. Vegemite w Australii tworzy swoistą subkulturę. Jest manifestem odrębności i niezależności. Postrzegany jest jako coś tak australijskiego jak miś koala czy gmach opery w Sydney. Marka szeroko wykorzystywana jest w kulturze pop. Kampanie reklamowe juz od lat 50-tych skupione są na wytworzeniu u konsumentów przekonania, że spożywanie Vegemite sprzyja podniesieniu ponad przeciętność sprawności umysłowej, polepszeniu zdolności do przyswajania wiedzy przez dzieci oraz poprawienia wydolności fizycznej. Ludzie go uwielbiają lub nienawidzą, nie ma środka. Mimo wielu kampani reklamowych pasta nie znalazła uznania u konsumentów spoza Australii i Nowej Zelandii. Właściciel marki, amerykański koncern żywnościowy Kraft Foods zrezygnował nawet z eksponowania swojego logo na etykietach Vegemite sprzedawanego w USA.


Historia Vegemite sięga 1922 roku, kiedy to angielscy osadnicy zdruzgotani przerwami w dostawach z Wysp Brytyjskich innej pasty drożdżowej Marmite zlecili technologowi żywienia Cyrylowi Callisterowi stworzenie receptury na lokalną odmianę tego „przysmaku”. W tym samym roku opatentowano procedurę wytwarzania i znak handlowy Vegemite. Początkowo należała do australijskiej firmy Fred Walker & Co., ale wkrótce sprzedano ją firmie Kraft. W październiku 2008 oficjalnie świętowano wyprodukowanie miliardowego słoika Vegemite.


W 2006 roku, kiedy pomieszkiwaliśmy w Melbourne, lokalny brukowiec „The Herald Sun” w poszukiwaniu sensacji zamieścił obszerny artykuł jakoby władze USA zakazały importu pasty do USA i przeszukiwały przybywających tam Aussiech. Powodem miał być kwas foliowy dodawany do Vegemite, który w Stanach jest dodatkiem zakazanym do wyrobów innych niz pieczywo i płatki śniadaniowe. O ten niecny atak na australijskie dziedzictwo narodowe podejrzewano samą administrację G. Busha. Po krótkim zamieszaniu okazało się, że cała sprawa zaczęła się z żartu jednego z turystów, który był przeszukiwany przez amerykańskie służby celne oraz nadgorliwości hien dziennikarskich. Sprostowanie, które przyszło od amerykańskich służb fitosanitarnych zaprzeczyło istnieniu jakiekokolwiek zakazu importu i choć technicznie rzecz biorąc produkt ten jest w USA nielegalny własnie ze względu na zawartość kwasu foliowego, to jego prywatny import stanowi tak marginalne zjawisko, że nikt nie będzie występował o przeprowadzenie odpowiednich testów, które mogłyby się stać podstawą blokady.


Potrzeba matką wynalazków. Odcięci od swojego przysmaku Angole stworzyli jego australijską wersję, a odcięci od alkoholu Aborygeni nauczyli się wykorzystywać go w sposób jaki nie śnił się twórcom. Jak alarmuje lokalna prasa, we wspólnotach na północ od Cairns, gdzie jest całkowita prohibicja oraz zakaz posiadania jakichkolwiek składników czy urządzeń, z których można wyprodukować alkohol miejscowi Aborygeni rozwinęli metodę produkcji napoju alkoholowego z Vegemite. Widać prohibicja sprzyja nie tylko poprawie bezpieczeństwa i zdrowia we wspólnotach, ale równiez ma pozytywny wpływ na kreatywność autochtonów. Znając smak Vegemite sądze, że wypicie alkoholu pędzonego na nim jest na prawdę aktem desperacji. 
 


 Polsce to nie było nudno. Albo klęska suszy, albo klęska urodzaju i co roku na wiosnę powódź, choć niekórzy twierdzą, że prawdziwym żywiołem są tylko kobiety. W Australii jest inaczej, choć również ciekawie. Ostatni tydzień obfitował w dość ekstremalne zjawiska pogodowe.

Na południu Australii zmagają się z falą upałów. Trudno nazwać ją niespotykaną, bowiem co roku o tej porze mniej więcej wygląda tak samo. Temperatura przez kilka dni z rzędu koło południa przekracza 40st. Dla mieszkańców metropolii wiąże się to z dużymi niedogodnościami. Po pierwsze, mój ulubiony wróg z czasów pomieszkiwania w Melbourne, Connex, odwołał kilkaset pociągów !!! Dla sieci, która normalnie funkcjonuje na granicy swojej zdolności przewozowej to katastrofa. Jeśli jeden pociąg wypadnie z rozkładu nastepny nie jest w stanie zabrać wszystkich pasażerów. Im bliżej centrum tym mniejsze są szanse, że w ogóle uda się wsiąść do wagonu. W efekcie pociąg łapie coraz większe opóźnienie i coraz więcej ludzi zbiera się na peronach. Na drugi dzień kto może wsiada w samochód. W oczywisty sposób przyczynia się to do makabrycznego zakorkowania miasta. Na domiar złego każdy chce uciec od upałów włączając klimatyzację. Władze apleują by zamiast tego udać się do centrum handlowego, gdzie jest „klima”. Powodem tych apeli nie jest chęć nabicia kieszeni sprzedawcom lecz obawa przed przeciążeniem sieci. Jak donoszą media podczas obecnej fali upałów w Melbourne zabrakło prądu i Krajowy Regulator Rynku nakazał dystrybutorom wyłączyć zasilanie w około 150 000 domów, by starczyło energii dla przemysłu. Słowem lekko nie jest. W Adeli kilkanaście osób zmarło z powodu upałów.

U nas na północy dla odmiany mieliśmy w weekend szybką akcję pt. zbliża się cyklon. W sobotę zaobserwowano tropikalny nad oceanem niż kilkaset kilometrów na wschód od Cairns. W niedzielę przerodził się już w cyklon. Na szczęście słaby, najniższej kategorii. Z cyklonami jednak nigdy nie wiadomo czy przybiorą na sile, i dokąd powędrują. Obecny z początku kierował się ku Cairns. Po kilkunastu godzinach skręcił na południe i zaczął się od nas oddalać. My jednak wynagrodzeni byliśmy kolejną falą monsunowych opadów. Od piątkowego popołudnia do niedzieli rano nie przestało padać nawet na sekunde. Deszcz nie siąpił, po prostu non stop padał. W niedzielę rano metereologowie wydali ostrzeżenie. Takie ostrzeżenie lepiej napędza kasę supermarketom niż Boże Narodzenie. Ludzie masowo rzucili się na jedzenie w puszkach, pieczywo o wydłużonej dacie przydatności do spożycia, kamyczki dla kota i karmę dla psów. Na stacjach benzynowych ruch jak w ulu. Każdy tankował do pełna i miał ze soba jeszcze 1-2 kanistry. Mimo, że cyklon oddalał się od miasta momentami całkiem mocno wiało. Mimo, że tym razem generalnie obyło się bez większych szkód, nasiąknięte wodą potwornie cieżkie liście z  największej naszej palmy roztrzaskały nam pergolę. Metalowe rurki grubości małego palca połamały się jak zapałki pod ciężarem spadających z góry kilkudziesięciu kilo. Liście były tak ciężkie, że jak porwałem się by przenieść dwa na raz nie dałem rady ich podnieść. Fakt, sztangistą nie jestem, ale to nie zmienia postaci rzeczy. Cieszyny się, że palma stoi w rogu podwórka, bo niechciałbym przetestować wytrzymałości blachy na dachu. W niedzielę wieczorem śledziłem na przemian komunikaty z przejezdności dróg i z biura meteo. Około 23 meandrujący gdzieś 200 km na południe od Cairns cyklon  skręcił gwałtownie na północ. Nie był to dobry znak, ale przecież nic mi nie da ślęczenie i patrzenie dokąd sobie idzie. Nad ranem po cyklonie nie było już śladu. Nie przybrał na sile i rozszedł się „po kosciach” około 150 km na południe. A już miałem lekką nadzieję na długi weekend. :) No nic, tym razem trzeba było iść do pracy. Z utęsknieniem czekam na kolejny cyklon.

 


  • RSS