harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009


Śpiewała kiedyś Alicja Majewska, jednak okazuje się, że czasami nie jest to wcale takie proste, szczególnie gdy mieszka się w krajach, gdzie męska dominacja jest usankcjonowana prawnie. Równouprawnienie i różnice w warunkach życia kobiet i mężczyzn jest jednym z tematów, którym zajmuje się Światowe Forum Ekonomiczne. Przyjrzyjmy się więc oczami specjalistów z tej organizacji jak to jest być kobietą w Australii.

Na 130 krajów, które uwzględniono w badaniu, pod względem równouprawnienia Australia plasuje się na 21 miejscu. To zbiorczy wynik. Popatrzmy na detale, bo jak wiadomo, diabeł zawsze tkwi w szczegółach.

Udział kobiet w ogóle zatrudnionych   - 40 miejsce
Poziom płacy kobiet za taką samą pracę  - 70 miejsce
Szacunkowy dochód    - 13 miejsce
Legislatorzy, wyżsi urzędnicy i dyrektorzy  - 23 miejsce
Specjaliści i technicy    - 1 miejsce

Poziom analfabetyzmu, zapisów do szkół podstawowych, średnich i wyższych – 1 miejsce (ex equo 24 kraje)

Zdrowie i Przeżycie    - 73 miejsce
Średnia życia     - 90 miejsce

Kobiety w parlamencie    - 27 miejsce
Kobiety na pozycjach ministrów   - 30 miejsce
Kobiety jako głowy państw    - 40 miejsce. 

Całość opracowania, z którego zaczerpnąłem informacje można znaleźć TUTAJ. W opracowaniu wkradł się jednak błąd. Kobiety w Australii nie mają prawa do 52 tygodniowego PŁATNEGO urlopu macieżyńskiego jak sugerują autorzy. Jest to urlop bezpłatny.

Wyniki są dla mnie pewnym zaskoczeniem. Trzeba jednak zachować pewien zdrowy rozsądek w ich interpretacji. Każdy bowiem stwierdzi, że mimo lepszego statusu kobiet na Sri Lance czy Mozambiku niewiele Australijek chciałoby się tam przenieść, a idę o zakład, że znacznie więcej jest chętnych do migracji w drugą stronę.

Nasi tu byli…

1 komentarz

 
W Cairns jest taka ulica.




A czy gdzies w Polsce jest np. Ned Kelly’ego ?
 

Środa.

3 komentarzy

 
Środa jak to środa zazwyczaj jest bezbarwna, bo każdy już zapomniał o poprzednim weekendzie, a do następnego jeszcze kawał czasu. Takoż mijał i mi dziś czas i nie warta byłaby notki, gdyby nie pewien mały szczegół pod koniec dnia.

Około 3.20 po południu jak co dzień zawyła syrena oznaczająca koniec dnia dla pierwszej zmiany. Jeden z naszych robotników, jak co dzień wyrwał co sił w nogach do swojego pick-upa. Wkładając na pakę pudełko (eski), w którym miał lunch wzrok jego padł na małe zawiniątko znajdujące się na kole zapasowym.





Po rozwinięciu zawiniatko okazało się całkiem sporym pytonem ametystowym. Z resztą zobaczcie sami, tu widoczne jest mniej więcej 2/3 węża, reszta długości została „zmeandrowana”. Po zmierzeniu stało się jasne, że delikwent ma prawie 4.5m długości.





To największy wąż zamieszkujący Australię. Shanon, nasz specjalista od tego typu wydarzeń mówił, że najwiekszy wąż z jakim miał do czynienia, to właśnie osobnik tego gatunku. Mierzył ponad 8.20 m i ważył 80 kg. Musiał poprosić 3 kumpli, by pomogli go przenieść. Mimo to i tak mieli serce w gardle, bo tak wielki gad z łatwością zmiażdżyłby całą czwórkę. Nasz dzisiejszy gość nie miałby najmniejszych kłopotów z połamaniem człowieka. A na koniec jeszcze jedna fotka z takiej sobie środy w FNQ.




 

Prohibicja

1 komentarz


Kilka miesięcy temu bigoci znajdujący się aktualnie u koryta postanowili przebić bigotów z poprzedniej ekipy rzadzącej w uszczęśliwianiu ludu pracującego poprzez wzmożoną walkę z alkoholizmem. Głównym orężem w tej nierównej batali jest akcyza na ….. jeden wybrany asortyment alkoholu, mianowicie gotowe do picia drinki zwane tu „alcopops”. W wyniku tej niezwykle sprytnej i przebiegłej polityki 0,25l drinka kosztuje mniej więcej 70% więcej niż stojące obok piwo czy wino. Jak ktoś przezornie (trzeźwo?) zauważył, delikwent udający się do monopolowego z myślą o urżnięciu się w sztok zamiast wódki z sokiem czy rumu z colą kupi zgrzewkę piwa czy karton wina. Gorzelnicy od samego początku dali do zrozumienia, że nie oddadzą tak łatwo części tego lukratywnego rynku piwowarom i producentom win. Skoro nie opłaca się kupować gotowego drinka, to zrób sobie sam. Do każdej butelki czegoś mocniejszego zaczęli dodawać 2l colę gratis. No, ale to ma jednak swoje ograniczenia, jest trochę zachodu by zrobić sobie drinka, nie zawsze są ku temu warunki. Zaczęto szukać innych rozwiązań. Co bardziej chciwi i krótkowzroczni importerzy do puszek z napisem „piwo” wlewali drinki. Niestety kiepsko to wypada marketingowo a i można do pierdla trafić. Sprytniejsi doszli do wniosku, że skoro podwyższony podatek jest tylko na mieszanki wódek, rumów i innych mocnych alkoholi, to zaczną robić drinki z piwa. Wszak dzisiejsza technologia pozwala warzyć czyste piwo i mieszać je z różnymi substancjami aromatycznymi i smakowymi. W kręgach rządowych zawrzało !!! Obecna wicepremier o aparycji Dzierżyńskiego w spódnicy o mało się nie zagotowała komentując to posunięcie. Zapowiedziała szybką likwidację tej luki w przepisach a producentów nawała nieodpowiedzialnymi aspołecznikami.

Co dalej? Może wzorem rządów stanowych wprowadzimy prohibicję taką jaka obowiązuje we wspólnotach aborygeńskich? W zależności od wspólnoty można mieć góra 2 kartony lekkiego lub średniej mocy piwa (do 3.5%) i butelkę 750ml wina. To najłagodniesze z ograniczeń. W skrajnych przypadkach (a jest ich nie mało) we wspólnotach obowiązuje całkowity zakaz posiadania, wytwarzania, sprzedawania i spożywania aloholu. Niemożna też mieć zestawów do warzenia piwa, ani żadnych jego składników czy surowców. Kara za jego złamianie to 37 500 AUD za pierwszym razem, 52 500 (lub pół roku pierdla) za kolejne przewinienie i 75 000 (lub półtora roku pierdla) za trzecie przewinienie. W każdym przypadku konfiskowany jest również pojazd, którym przewożono kontrabandę. Taryfikator nie przewiduje 4 razu, może od razu zastrzela na gorącym uczynku? Są dwa namacalne efekty tego rozwiązania. Pierwszy, wzrosła mobilność Aborygenów. Nie mogąc ani kupić ani przywieźć alkoholu na miejscu wypuszczają się poza rezerwaty wspólnoty  na „gościnne występy”. I tak z Terytorim Północnego potrafią dymać 600 km by nachlać się w Mont Isa. Drugi efekt, to jeszcze dotkliwszy drenaż portfeli, bo im bardziej rzecz jest nielegalna i im większe są za to kary, tym wyższa cena na „czarnym rynku”. I tak dla przykładu przed styczniowym zaostrzeniem restrykcji karton piwa, który w monopolowym koszuje ok 35 AUD we wspólnocie aborygeńskiej średnio schodzi po 200 AUD. Karton wina 60-80 AUD.

Historia uczy, że każdy kraj, który w przeszłości wprowadzał częściową lub całkowita prohibicję był książkowym przykładem działania zasady niezamierzonych skutków podczas gdy te zamierzone były minimalne. W USA w latach 20-tych dzieki prohibicji skonsolidowała się i urosła w siłę mafia. W efekcie alkohol można było pic częściej, drożej i w gorszych warunkach. Zakaz sprzedaży alkoholu na wynos w Rosji w latach 1914-1923 przyniósł ze sobą wzrost bimbrownictwa na niespotykaną dotychczas skalę. Wprowadzone mniej więcej w tych samych latach ograniczenia w krajach skandynawskich przyczyniły się do powstania gigantycznej „szarej strefy” przemytników, do zwalczania których trzeba było odciągnąć siły z innych miejsc. W Australii mało kto jednak zna historię. Ci, natomiast, którzy o tym słyszeli żyją w przeświadczeniu, że mieszkamy w tak unikalnym i niepowtarzalnym kraju, że żadne reguły „starego świata” do niego się nie odnoszą.


Czwartek – Czwartek zaczął się niemrawie i tak by się skończył gdyby nie doniesienie meteorologów, że w Zatoce Karpentaria uformował się tropikalny niż. Oznacza to nie mniej ni więcej tylko możliwość powstania cyklonu.

Piątek – Jak podają meteorolodzy już jest 50% szansy, że niż przerodzi się w cyklon. Choć cała rzecz dzieje się grubo ponad 1000 km na zachód powoli przemieszcza się w stronę Cairns dodatkowo pchając przed sobą ogromne nagromadzenie chmur deszczowych. Lokalne gazety donoszą o pierwszej ofiarze smiertelnej. Szesnastolatek z Outbacku chciał na motocyklu przejechać strumień. Porwała go wezbrana woda.

Sobota - Meteorologowie potwierdzają, niż przerodził się w tropikalny cyklon Charlote i przemieszcza się na zachód. Cyklon kategorii 1 w 5-cia stopniowej skali, czyli postraszy, ale destrukcyjnej siły nie będzie. Jeśli nie osłabnie nad lądem do Cairns dotrze w poniedziałek nad ranem. W Cairns zaczyna siąpić deszcz. Nic wielkiego, ot nieustanna zawiesina wody w powietrzu niczym jesienne szarugi czy przedwiośnie w Polsce.

Niedziela. – Cyklon uderza w ląd, chwilę wcześniej osiągnął 2 kategorię. Media donoszą o gigantycznych opadach na Płaskowyżu około 300 km na zachód od Cairns. W mieście coraz mocniej pada. To już nie mżawka, to już regularny deszcz.  Późnym wieczorem dowiadujemy się, że cyklon słabnie i rozejdzie się zanim dotrze do Cairns. Około 22.00 zaczyna się ulewa. Dosłownie oberwanie chmury. Rzęsiste opady niczym podczas gwałtownej burzy w Polsce dudnią o blaszany dach naszego domu. Musimy podnosić głos by usłyszeć się na wzajem. Czuję się jak na koncercie heavy metalu, tyle, że nie na widowni ale w srodku perkusji. W połowie nocy deszcz nie ustaje nawet na sekundę. Przestraszony kot wciska się nam do łóżka. Nie idzie w nogi jak zwykł to robić ale kładzie się tuż przy naszych głowach.

Poniedziałek. – Wstaję rano do pracy. Na podwórku mamy dwa stawy, jeden na trawniku przed domem, drugi za. Jem śniadanie, w radio podają że dziś będzie „king tides”. To największa fala przypływu. O ile podczas zwykłych przypływów woda podnosi się o ok. 2m tak dziś bedzie ponad 3.8m. Jest to o tyle istotne, że cofająca się woda oceanu wedrze się poprzez sieć kanałów głęboko w ląd. Wypełnione kanały nie będą miały miejsca by pomieścić deszczówkę. Deszcz non stop leje. Od wczoraj nie przestał nawet na sekundę. Wyjeżdżam do pracy. Wycieraczki nie nadążają zbierać wody na 2-gim brzegu. Pierwsza przeszkoda pojawia się już kilkaset metrów od domu. W poprzek drogi płynie szeroki na dwa podwórka strumień. Widżę asfalt, więc wiem, że przejadę. Powoli, nie więcej niż 5km/h pokonuję przeszkodę. Rodzi się jednak myśl, czy będę w stanie wrócić tędy po południu. Wyjeżdżam na główną drogę do miasta. Tuż za naszą plażą jest spora łąka, na której można zobaczyć dziesiątki kangurów. Mógłbym przysiąc, że stoją tam jak zwykle w płetwach i maskach z rurkami. Słucham radio. Od wczoraj spadło na miasto już 296 mm wody. Kilka osiedli znajdujących się na półwyspach zamieniło się w malownicze wyspy. Dolina Redlinch kompletnie odcięta. Newralgiczny most na rzece Mulgrave, gdzie utknąłem w zeszłym roku już jest tylko 0,5 m nad wodą. Nie ma mowy, poleje tak kilka godzin więcej i woda popłynie górą. Wolę utknąć po właściwej stronie rzeki. Decyduję się wrócić do domu. Mijam Trinity Beach, plażę sąsiadującą z nami. Jeden pas ruchu wyłączony zupełnie, drugi, tak ze 20 cm pod wodą. Znów powoli, na 2-gim biegu pokonuję przeszkodę. Na naszej plaży próbuję dojechać do domu okrężną drogą. Dobrze, że jadą przede mną inne samochody, przynajmniej widzę ile wody jest na jezdni. Tuż przy kanałku odprowadzającym deszczówkę do oceanu widzę jak „jeep” z napędem na 4 koła wyciąga z wody pick-upa (zwanego tutaj ute). O nie, tędy to nie przejadę. Zawracam i dojeżdżam do domu przez ten sam uroczy strumień pędzący przed dwa podwórka. Szpulka ma dziś wolne. Zastaję ją zamiatającą szczotką…….. trawę. Ziemia jest tak mokra, że nie przyjmuje wody, więc Szpulka zmiata ją w kierunku kratek odpływowych. Ja biorę kilof i łopatę i idę odkopać i pogłębić odpływ z przodu domu. Około dziesiątej deszcz ustaje. Do końca dnia będzie jeszcze kilka ulew, ale generalnie monsun oddalił się na południe. W południe udajemy się na objazd po mieście. Centrum miasta około 1m pod wodą. Hotel w którym pracuje Szpulka po 80 latach znów stał się „water front”. Wszystkie osiedla sąsiadujace z kanałmi burzowymi przypominają jeziora. Tu i ówdzie majaczą dzieciaki w kajakach, na dmuchanych dętkach czy deskach surfingowych. Po południu radio podaje, że w ciągu 24 godzin na miasto spadło 400 mm deszczu. To tyle ile wynoszą średnioroczne opady na Mazowszu. Włączamy TV. W lokalnych wiadomościach przepiekne ujęcia z helikoptera. W wiadomościach centaralych reporter z Townsville donosi o katastrofie. W ciągu doby spadło im 90mm deszczu. Wybuchamy niepohamowanym śmiechem. Wieczorem utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłem zostając w domu. Właśnie do mostu dotarła woda z gór i obecnie jest 1m ponad jezdnią. Jak nic utknąłbym na noc w szczerym polu.

Wtorek – Jedziemy z samego rana do pracy. Na łące za naszą plażą kangury stoją już bez masek i płetw. W centrum nie widać już śladu po powodzi. Na moście nad rzeką Mulgrave dużo naniesionego przez wodę mułu, kamieni, drewna, itp. Woda mniej więcej 2m poniżej jezdni. Nade mną piękne błękitne niebo z serią pierzastych obłoków. Ani śladu ciężkich ołowianych chmur deszczowych. Na moście około 3 km od mojej pracy również mnóstwo szlamu, mułu i połamanych gałęzi. Na przybrzeżnych drzewach widać osad tak mniej więcej do 2 metrów ponad obecny poziom wody. Gdybym nie widział powodzi na własne oczy nigdy bym nie uwierzył, ze to wszystko działo się wczoraj.


Średni  poziom wody w poniedziałek



Na naszej ulicy.


Lekcja pokory



 
 Horror to gatunek, który wymaga od widza skupienia, zaangażowania emocjonalnego i inteligencji. W przypadku braku tej ostatniej zostaje użyć powolnych ruchów głowy markujących potakiwanie ze zrozumieniem. W mniemaniu haroma poradniki rzeźnika, gdzie jest dużo krwi a ludzie obcinają sobie kończyny za pomocą ostrych narzędzi nie mieszczą się w kategorii horror. Dobry horror nie musi być „straszny” musi wciągać, kusić intrygować zmuszać do myślenia i zaskakiwać, bynajmniej nie siekierą zza węgła. Harom lubi jak pierwsze skrzypce w horrorze grają aktorzy a nie narzędzia ogrodnicze. Oto  subiektywna lista horrorów, które wywarły na mnie największe wrażenie i zasługują na nieustające uwielbienie. 

1. Duch (Poltergeist – reżyseria Tobe Hooper 1982) – Wielki przebój kinowy wyprodukowany przez Spilberga. Niesamowicie opowiedziana „ghost story”. Nawet jakże amerykańska scena z krwią i robakami nie jest wyrwana z kontekstu. Widziałem ten film kilkanascie razy. Na początku myślałem, że podobał mi się, bo to jednen z pierwszych horrorów, na których byłem w kinie. Po kilku następnych seansach utwierdziłem się, że to jednak film ponadczasowy. Przez długie lata był No 1 wyprzedzając o klika długości konkurencję.

2. Krąg (The Ring reżyseria Hideo Nakata, 1998) – Prawie podgryzł ducha na pozycji lidera. Za co ? Za nastrój. Bez spektakularnych efektów specjalnych, muzyki sugerującej, że za chwilę wyskoczy szaleniec z piłą łańcuchową, bez głupiutkich małolat mordowanych na ruziny Nakata tworzy bardzo kameralny obraz, który na długo zapada w pamięć. Na dodatek szumy i trzaski pokazane na taśmie video nieodzownie porzywodza mi na myśl Ducha. Uwielbiam ten sposób budowania napięcia, tą manierę aktorów. W 2002 roku wyszedł amerykański sequel. Warto porównać obie produkcje by zrozumieć czym różni się dobry horror od przeciętnego hollywoodzkiego filmu klasy „B”.

3. Omen (reżyseria Richard Donner, 1976) – To horror legenda, klasyka gatunku. Niesamowia muzyka, klimat wszechobecnego strachu i gra aktorska to główne atuty filmu. Uzupełniają one przemyślaną fabułę i nieprzewidywalne zakończenie. Oto zapowiadany w biblii Antychryst przychodzi na Ziemię we własnej osobie. Syn Szatana ukazany jest w filmie nie jako jakś bliżej nieokreślona, nadprzyrodzona, nieuchwytna moc, ale jako realna postać, człowiek z krwi i kości, którego nie można ot tak po prostu zabić osikowym kołkiem.

4. Rzecz (The Thing -reżyseria John Carpenter, 1982) – Uwielbiam Johna Carpentera za horrory, „Ucieczkę z Manhattanu” i za to, że do głównych ról zatrudniał Kurta Russela. Rzecz po niemrawym początku, który ma uśpić widza przeistacza się w katedrę strachu. Reżyser tworzy atmosferą odosobnienia w której nikt nikomu nie ufa.

5. Mgła (The Fog, reżyseria John Carpenter, 1980) – Nie mylić pod żadną postacią z remakiem z 2005 roku lub ekranizacją Stephena kinga z 2007 pod tym samym tytułem. W myśl zasady, że strach ma wielkie oczy i najbardziej się boimy tego, czego nie widzimy lub nie rozumiemy Carpenter niespiesznie buduje napiecie. Jak podaje jedna z recjenzji ” Tak naprawdę, cały film utrzymany jest w takiej właśnie gawędziarskiej konwencji. To więcej niż horror, to filmowa pieśń kubryku, trwająca 86 minut nastrojowa ponura ballada o śmierci, chciwości i zemście”. Nic dodać, nic ująć.

6. Egzorcysta (The Exorcist reżyseria William Friedkin, 1973) – Film po 35 latach nadal cieszy się sławą jednego z najlepszych horrorów. Ma niezapomniane, realistyczne i na prawdę budzące groze sceny opętania. Z zadania wystraszenia widza wywiązuje się na medal.

7. Lśnienie (The Shining, reżyseria Stanley Kubrick, 1980) – Za powieść Stephena Kinga, za reżyserię Kubricka, za genialną kreację Nicholsona i za muzykę Pendereckiego.

8. Ukryty wymiar (Even Horizon reżyseria Paul W.S. Anderson, 1997) – Dość dobry horror i kiepski film sci-fi. Pomysł w swoim fantastycznym wymiarze wydaje się nieco zaczerpnięty z Lema (Solaris). Film, na którym można się bać, choć jak na mój gust obyłoby się bez jadki i rzeźni. Podoba mi się jak sugestywnie buduje atmosferę zagrożenia.

9. Honogurai mizu no soko kara ( From the Depths of Dark Water, reżyseria Hideo Nakata, 2002) – nie znam polskiego tytułu, o ile w ogóle film ten ukazał się w Polsce. To kolejne dzieło reżysera Ringu. Może trochę na wyrost  w rankingu, ale duże brawa za zdjęcia i efekty dźwiękowe.

10. Klątwa Ju-on (Ju-on: The Grudge reżyseria Takashi Shimizu, 2003) – Cały czas zastanawiam się nad tym filmem. Im dłużej myślę, tym bardziej jestem pewny, że niedługo awansuje na tej liście. To kolejna japońska produkcja, która buduje nastrój niesamowitej grozy. Trochę trudna w odbiorze, bo to zbiór jakby niepołączonych ze sobą scen. Dodatkowo przydaje się choćby szczątkowa wiedza o japońskim świecie duchów czy okultystyce.

 

 
Na początek opowiedzmy to fragmentem piosenki „Atrakcyjnego Kazimierza”

W naszym mieście grasuje zboczeniec
pośród kobiet wielkie poruszenie
każdy facet też kręci swym tyłkiem
nie tak trudno jest dziś o pomyłkę
pierwsza strona lokalnej gazety
pamięciowe zamieszcza portrety
gościa, który zło czyni po nocach
według niektórych z obłędem w oczach
inne znów zeznają, że ten człowiek
nosi po prostu szkła kontaktowe

     
      Coś się dzieje wreszcie
      gwałcą w naszym mieście
      za tę piosenkę zaś mnie powieście

Praktycznie wszyscy są podejrzani
wystarczy głośniej powiedzieć stanik
a już ku tobie palce wytknięte
choćbyś od dziecka był impotentem
umilkły nawet świńskie dowcipy
każdy biust w mieście szczelnie zakryty
policja szuka po krzakach błądzi
wiadomo tylko facet ma trądzik
czyli po prostu na twarzy pryszcze
jesień się kończy, spadły już liście
a ten zbereźnik codziennie w akcji
mimo powszechnej mobilizacji

A teraz rozwińmy ten poetycki wątek.

Cairns doczekało się swojego zboczeńca, który zło czyni po nocach. Właśnie dziś trafił na pierwszą stronę „The Cairns Post”. Jak donosi ów lokalny brukowiec nieznany osobnik dwukrotnie włamał się do Sex Shopu w centrum Cairns, gdzie nadmuchał a następnie „zgwałcił” dwie silikonowe lale. Prawdopodobnie ten sam delikwent ukradł utarg z jednej z knajp w centrum, jak również trzykrotnie „wizytował” inny Sex Shop w mieście, gdzie zaopiekował się 5 paniami. Wg. właściciela sklepu wykazał się dość dobrym gustem przy wyborze „ofiar”. We wszystkich przypadkach metoda włamania była ta sama. Koleś po prostu wybił sobie dziurę w ścianie.  Co jeszcze bardziej dziwaczne, złodziej za każdym razem posprzątał po sobie bałagan jaki powstał przy włamaniu. Załączone fotki przedstawiają solidność australijskiego budownictwa, która umożliwia takie włamania oraz ostanią ofiarę zboczeńca.


 


Tak sie jakoś ostatnio porobiło, że do kina chodzimy z pewnym opóźnieniem. Tym razem wypadło na „Australię”. Właściwie to nie wybieraliśmy się na ten film w ogóle, ale… No tak, zawsze jest jakieś „ale”. Otóż przeczytwaszy kilka recenzji oscylujących w przedziale od „arcydzieło” (głównie w Australii) aż po „można iść, tylko po co?” (np. w Polsce) postanowiłem iść i wyrobić sobie własne zdanie.

Zacznę od końca, czyli podsumowania. Na film warto się wybrać z kilku powodów. Powód pierwszy, to ten dla którego film powinien być wyświetlany  w szkole filmowej na zajęciach z reżyserii jako przestroga, czyli jak z fantastycznego i nośnego scenariusza można zrobić zwykłego gniota. Powód drugi, to ten dla którego film powinien być w tej samej szkole wyświetlany na zajeciach z robienia zdjęć, czyli jak można zwykłego gniota za pomocą mistrzowskich ujęć wyciągnąć ponad przeciętność.

Australia ma wszystko, co powinien mieć film klasowy. Ma wielką miłość, tajemnicę, dramaturgię, przygodę, wielką wojnę w tle. To na prawdę wielka szuka z tego materiału sklecić tak żałosny film. Baz Luhrmann powinien poprzestać na napisaniu scenariusza pozostawiając reżyserię choćby średnio rozgarniętemu absolwentowi filmówki. Co konkretnie zabia ten film? Na początek odtwórcy głównych ról. Nicole Kidman przez cały film wygląda jak porcelanowa lalka a Hugh Jackman bardziej pasuje na członka boysbandu niż prawdziwego jackaroo. Trudno również znaleźć bardziej nienaturalne dialogi miedzy bohaterami. I nie chodzi, co mówią do siebie, ale jak mówią.  Luhrmann umiejętnie zabił całą dramaturgię i emocję skrywanej tajemnicy. Scena śmierci Aborygenki została paskudnie strywializowana, jej pogrzeb jeszcze bardziej. Trzydniowy marsz bohaterów z 1500 sztuk bydła poprzez targaną piaskową burza pustynię trwa krócej niż scena w której Jackman zdejmuje ramiączko stanika Nicole Kidman. Tajemnica morderstwa aborygeńską dzidą nie podsyca akcji, trwa może 5 minut. Gdybym wiedzę o „stolen generations” czerpał z tego filmu, to umieszczenie dzieci półkrwi aborygeńskich w katolickich misjach traktowałbym jako akt miłosierdzia a wywóz młodego Nullah do misji jak wycieczkę na letnią kolonię. Generalnie film jest dość schematyczny. Po scenie pokazującej trudności następuje scena gdzie wszystkie kłopoty sa już rozwiązane. Jak przypadło na poprawny politycznie film, źli osadnicy dyskryminuja Aborygenów, kobiety i Chińczyków. Za to „ferajna” głównych bohaterów to „sól tej ziemi” czyli angielska szlachcianka, biały jackaroo, adoptowany osierocony półkrwi aborygeński dzieciak, dwie aborygeńskie kobiety w rolii jillaroo oraz Chiński kucharz. Wszyscy zgodnie, ramie w ramie dążą do tego samego, wsppólnego celu w sposób jaki nakazuje antydyskryminacyjne prawo jak socjalistycznej ojczyźnie.


Dwa mocne punkty tego filmu to jak już wspomniałem zdjęcia oraz odtwórca roli małego półkrwi Aborygena Brandon Walters. Zarówno Kidman jak i Jackman powinni pójśc do młodego na warsztaty. Wiele, na prawdę wiele mogliby się od niego nauczyć. O zdjęciach nie da się napisać wiele poza tym, że są oszałamiające, zapierające dech w piersiach i niepowtarzalne. Atmosferę tą tworzą nie tylko plenery, ale przede wszystkim sposób ich filmowania. Szerokokątne ujęcia, wiele zdjęć z powietrza. I nie zepsuje tego nawet kiepsko dorobiony komputerowo obraz krowy spadającej w przepaść. Słowem arcydzieło. I to właśnie dlatego, mimo, że film trwa ponad trzy godziny, trywialna love story w ogóle się nie dłuży.

P.S. Jak już się wybierzecie na film, zwróćcie uwagę na seans „Czarnoksiężnika z Oz” w kinie w Darwin. W pierwszej scenie jest to czarno-biały obraz w drugiej już pokazują kolorowy. Smaczku dodaje fakt, że tą wersję nakręcono w sepii, czyli nie była ani czarno-biała ani kolorowa.

 
- Poczyń nową notkę, wszak już tydzień minął – zagaiła Szpulka.
- Nie poczynię, nie mam weny, nie mam pomysłu ani tematu – odburknął harom.
- Pisz o życiu, nie szukaj natchnienia w gwiazdach, bibliotece czy na internecie.
- Ale co ja będę pisał z przymusu jakbym conajmniej do jakiegoś konkursu stawał?
- Pisz od siebie, od serca, mie pod publikę ani konkursowe jury – Szpulka nie dawała za wygraną.
- No właśnie od siebie nie mogę, mam kryzys twórczy.
- Ja Ci mówię, poczyń nową notkę, albo będziesz musiał sam, samiuteńki wypić ten wyrób szampanopodobny, którym oblewaliśmy wczoraj Nowy Rok na plaży. – Szpulka przyjeła teraz dla odmiany rolę „złego policjanta”.
- Zrtujesz chyba !!!! – harom potwornie się wzdrygnął na samą myśl o tym czymś. – Płyn Lugola lepiej smakował !!!
- Nie, nie żartuje i nie bedzie żadnego piwka zanim to coś nie zniknie z lodówki.
- Kurde, psu bym tego nie dał, bo by zdechł, na ogródek nie wyleję, bo…….. czekaj, czekaj, ogródek -  haromowi coś we łbie zaświtało, – napiszę notkę pod tytułem „Tydzień na działce”.
- Poradnik dla narkomana czy dla specjalisty od aromaterapii marihuaną?
- Poradnik działkowca !!!

Od kiedy wprowadziliśmy się do PlanuB różne mniej i bardziej rozsądne pomysły przychodzą nam do głowy. Jednym z nich jest „zew ziemi”. Dysponując kawałkiem placu postanowiliśmy dla rozrywki posadzić to i owo. Więcej z tym zachodu i kłopotu niż pożytku. Dla mnie to jednak pewien rodzaj hobby. Zacznijmy więc krótki rekonesans po naszym miniogrodzie.







Tymianek i bazylia. Sadzonki kosztują drożej niż pęczek ziół na bazarze. Jednak zawsze to frajda mieć zioła na zawołanie z własnego ogródka. Jak widać polisciach bazylii nie tylko my w niej zasmakowaliśmy. Poza ziołami na fotce mamy jeszcze mięte i kolendrę. Ta pierwsza coś kiepsko nam rośnie. Musi mieć nieodpowiednią ziemię bo wody jej nie brakuje.













W sekcji owoców mini gospodarstwo „Szpulka & harom” Spółka z Nieograniczoną Nieodpowiedzialnością przedstawia kumkwata (fot.1), bananowca (fot.2) oraz papaje. Kumkwat to owoc z rodziny cytrusowatych. Dla dociekliwych polecam Wikipedię. Drzewko znalazło się w naszych rękach przez przypadek. Pojechaliśmy do sklepu z zamiarem zakupu pomarańczy lub mandarynki. Długo wybieraliśmy i wybrzydzaliśmy. W końcu zdecydowaliśmy się na mandarynkę. Zapłaciliśmy, zapakowaliśmy sadzonkę do samochodu, następnego dnia wsadziliśmy miedzy palmy. Kilka dni później dokładnie przeczytałem kartkę z opisem dołączoną do drzewka. :) hehehe.

Któregoś pieknego dnia zakomunikowałem w pracy, że chciałbym posadzić na podwórku banana. Ludziki popatrzyli na mnie z niedowierzaniem, u jednych źrenice oczu rozszerzyły się do granic możliwości. U innych nastąpił opad szczęki. Po około 15 sekundach totalnego zaskoczenia cała ferajna wyła ze śmiechu. Tym bowiem stwierdzeniem po raz kolejny utwierdziłem ich w przekonaniu, że jestem nieźle szurnięty. Nie dość, że dookoła tysiące hektarów plantacji bananowych, banany na samoobsługowych ladach przy drodze można kupić za 1AUD/kg to jeszcze kto to widział, by na podwórku trzymac drzewa owocowe? Na podwórku to się trzyma palmy, ozdobne krzewy, kamienie, można zrobić staw a najlepiej basen, ale nie sad. Ja jednak nie popusciłem. Dogadałem się z właścicielem plantacji sąsiadującej z naszą fabryczką i wkrótce przywiozłem do domu 3 sadzonki.

Papaję dostaliśmy „z dobrodziejstwem inwentarza”. Była jednak jakaś mała i miała mnóstwo suchych liści. Od kiedy podprowadziłem tam system irygacyjny nabrała kształtów i zaczęła owocować. Problem w tym, że ani Szpulka, ani ja nie lubimy owoców, które smakują jak odsolone masło z paczek z darami za czasów Regana.












Papryczki również dostaliśmy w spadku po poprzednich lokatorach. Były jednak bardzo wysuszone i mizerne. Pojedyńcze owoce na łysych, prawie pozbawionych liści łodygach nie prezentowały się okazale. Tak jak w przypadku papai po zamontowaniu zraszaczy rosliny odrzyły. Nabrały animuszu i od 2 miesięcy owocują non stop. Mamy tyle chili, że spokojnie możemy przerzucić się na tajską kuchnię.









Ogórki. Dwie fotki zrobione w odstępie 2-3 tygodni. W Cairns nie można kupić ogórków do kiszenia. Te „normalne” zielone są sprzedawane dopiero jak osiągną rozmiar małego arbuza. Ciężko włożyć do słoja. :) Można je zastąpić ogórkami libańskimi. Ale co to za polski kiszony czy małosolny z libańskich ? Zostaliśmy postawieni pod ścianą. Albo posadzimy własne ogórki, albo nadal bedziemy zadowalać się towarem ogórkopodobnym. Pierwsze próby nie były pomyślne. Na pierwsze 6 sadzonek wzeszło 4, ale później niestety i one padły. Za drugim razem postanowiłem nie bawić się w jakieś pierdoły i wysadziłem ogórki od razu do ziemi. Efek jak na załączonych obrazkach. Właśnie nam kwitną. :)








I na koniec arbuz. Kupiliśmy małą sadzonkę na próbę. Nosiliśmy się z zamiarem kupna 4, ale nie byliśmy do końca pewni czy się przyjmie. Chyba polubił naszą grządkę. Teraz zachodzimy w głowę kiedy przestanie rosnąć. :)


  • RSS