harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008

 
I znów mamy Boże Narodzenie. Kolejne bez śniegu, który skrzypi pod butami w drodze na pasterkę, bez dorodnego świerka lub świętokrzyskim zwyczajem jodły. W Cairns nie czuje się atmosfery Świąt. Jest, bo jest, ale dlaeko jej do naszej słowieńskiej duszy.




Święta widać przede wszystim w handlu. W Wigiliję, która w Australii jest dniem jak codzień sklepy otwarte są do północy. W niektórych dużych miastach od 23.12 rano do 24.12 do połnocy non stop. Nawet w nocy. Innym wyznacznikiem świąt są dekoracje ogrodowe. Te na fotce powyżej można oglądać w dzień.

Te fotki zostały zaczerpnięte ze strony lokalnego brukowca „The Cairns Post”. Jak co roku w mieście urządzany jest konkurs na najlepszą świąteczną iluninację. I jak co roku możemy oglądać zarówno gustowne i estetyczne kompozycje, na któryc aż miło zawiesić oko, jak również (a może przede wszystkim) mnóstwo kiczu i szmiry bez kszty dobrego smaku.








To nasza miejska choinka w Cairns. Całkiem ładnie komponuje się na tle palm. Na szczególną uwagę zasługują dość osobliwe ozdoby bożonarodzeniowego drzewka. Rzekłbym dość mocno uwzględniają lokalną specyfikę.  Dla mało spostrzegawczych dodatkowe powiększenie.

A co u nas? My poszaleliśmy na te święta z jedzeniem. Od 2 dni stoimy przy garach i gotujemy. Tegoroczne świąteczne menu u Szpulki i haroma składa się z:  3 makowców, bułek z serem, chałki, ruskich pierogów oraz z kapustą i grzybami (76 sztuk), pasztetu z królika, kompotu z suszu, flaków, sałatki warzywnej, bigosu i zupy grzybowej. Dla niezorientowanych przypomnę, że jesteśmy przedstawicielem grupy, na którą w slangowo mawiają „dinks” (double income no kids). Ale to takie święta, gdzie trzeba duuuuuużo jeść. W tym roku spędzimy je na częściowo nad Oceanem. Zawsze marzyłem o świętach czy sylwestrze w kąpielówkach na plaży. Dlatego spakujemy naszą wyżerkę do kosza piknikowego i zasiądziemy pod palma na skraju „naszej plaży” w oczekiwaniu pierwszej gwiazdki. Tylko opłatka nam brak. Drugą część Wigilii spędzimy goszcząc w domach Polaków w Cairns. I to nie jednym. Tak się bowiem złożyło, że Wigilia w tym roku wypada w środę, czyli dniu polskiej audycji na antenie radia Cairns FM 89.1. Punktualnie o godzinie 20.00, kiedy z pewnością kilka rodzin zasiądzie do wigilijnej wieczerzy bedę usiłował odtworzyć polski bozonarodzeniowy nastrój na falach eteru. Prawie 14000 km od domu. A dla wszystkich czytających WESOŁYCH ŚWIĄT, MOKREGO KARPIA !!!!

 
Rok Pański 1910 był dla Andy Hendersona bardzo pracowity. Coraz więcej osadników przybywało do północnego Queensland, powstawało coraz więcej farm. Jego mały biznes nie narzekał na brak zamówień. Andy specjalizował się bowiem w stawianiu płotów, a ogrodzenie działki przez farmera było jednym z warunków koniecznych, by mógł ją wziąć w posiadanie. Dziś jednak Andy nie pracował w głębokim Outbacku stawiając ogrodzenia na farmach. Zamówienie dotyczyło posiadłości nieopodal Kurandy w miejscu zwanym McKenzie Pocket. Ciężka to była praca, bo w głębi lasu deszczowego. Ziemia była twarda i zbita pełna korzeni przez które nie szło tak łatwo się przebić, albo pełna odłamków skał i kamieni. Pogoda też nie rozpieszczała. Generalnie łatwiej się stawia płoty na płaskim sawanno-stepowym obszarze Outbacku niż tu w porośniętych gęstą roślinnością górach wokół Kurandy. Ale Andy nie narzekał, przynajmniej blisko było do osady, a dzięki wybudowanej 30 lat wcześniej linii kolejowej wszelkie potrzebne towary można było szybko ściągnąć z odległego niespełna 30 km portu w Cairns, które 7 lat temu proklamowano miastem a obecnie przeżywało urbanistyczny boom. Coś jednak nie dawało spokoju Andyemu. Przez miejsce, gdzie dziś miał kopać dziury pod pale podtrzymujące płot przebiegał stary szlak Aborygenów wiodący z odległej o 6 km Taylor’s Bay wgłąb lądu. Co prawda Aborygeni nie stanowili już większego problemu, bo zrobiono z nimi porządek, ale kto wie jakie rytuały odprawiali czy zaklęcia rzucili na białych, którzy ośmielą się naruszyć ich święte miejsca. Andy nie wierzył w te brednie, ale strzeżonego….. Andy w ogóle nie lubił Aborygenów. Jego koledzy nie byli tak wybredni. Aborygenów co prawda też nie lubili, ale ich kobietami nie gardzili. Andy cierpiał jak większość męskiej populacji z powodu nierównowagi płci wśród osadników, ale czarne niewiadomoco bez cycków i na chudych nóżkach nie było dla niego atrakcją. Andy był tradycjonalistą. Kobieta musiała być biała, mieć na czym chodzić, na czym usiąść i czym oddychać !!!
 
Kilka kilometrów w głąb lasu, gdzie dziś miał stawiać słupy pod ogrodzenie klimat dawał się we znaki. Potworny upał w połączeniu z ogromną wilgotnością stwarzał mieszankę nie do zniesienia. Kopać można było od wczesnego rana do godz. 11. Później trzeba było przeczekać. Właśnie drążył dziurę pod następny słup. Kolejna szufla ziemi wybrana głębokości 60 cm poleciała na sito. Andy stosował je w nadziei, że któregoś dnia trafi na samorodek złota. Nigdy nie wiadomo, czy nie odkryje kolejnego obszaru złotonośnego. Tym razem na sicie pozostało coś dziwnego. Mały metaliczny obiekt miał około 40mm średnicy i 7mm grubości. Po dokładnym wytarciu Andy już wiedział, że znalazł starą monetę. Przeczucie go nie myliło, od początku wiedział, że na tym starym aborygeńskim szlaku ukryte są jakieś tajemnice. Nie wiedział jednak, że Aborygeni nigdy nie poznali tajników wytopu metalu, więc nie mogli jej odlać. Nie budowali również domostw, a co za tym idzie osad, nie znali ani uprawy, ani hodowli, nie rozwinęli handlu, więc nie znali pojęcia pieniądza. Andy postanowił zabrać znalezisko do Kurandy. Tam lokalny aptekarz zbiera różne kurioza. Jak będzie miał szczęście starczy na niezłą zabawę w jakimś hotelu z wyszynkiem. Może nawet zostanie trochę pieniędzy na nowe narzędzia ? Jak sobie obmyślił tak zrobił.
 
Prawie 50 lat po tym zdarzeniu w 1959 roku w ręce Królewskiego Towarzystwa Numizmatycznego w Brisbane dostaje się kolekcja monet. Wśród nich znajduje się ta, znaleziona w 1910 r. przez Andrew Hendersona 60 cm pod powierzchnią ziemi na starym aborygeńskim szlaku niedaleko Kurandy. Numizmatycy nie mają cienia wątpliwości, mają do czynienia z cennym reliktem. Moneta o średnicy 40 mm i grubości 7mm na awersie ma ozdobioną rogami głowę Zeusa Ammona z kudłatą, niezbyt porządną fryzurą i obfitą brodą. Na rewersie na wiązce piorunów stoi orzeł. To insygnia rodu Ptolemeuszy, ostatnich władców Egiptu. Z niemal 100% pewnością można powiedzieć, że moneta, którą oglądają została wybita w stolicy Cyrenajki, obszaru znajdującego się obecnie na wschodnim wybrzeżu Libii za panowania Ptolemeusza IV Filopatora, który rządził Egiptem w okresie 221-204 pne. W jaki sposób moneta znalazła się na starej aborygeńskiej ścieżce do dziś nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że nikt jej tam nie podrzucił ani nie sfałszował. Rok po znalezisku Andyego podczas kopania dziury pod studnię w południowej dzielnicy Cairns Gordonvale (zwanym wówczas Mulgrave) znaleziono kamienny artefakt o obłym kształcie wyrzeźbiony na kształt skarabeusza, egipskiego obiektu kultu. Wiele lat póxniej w 1969 roku w okolicach Cooktown (300 km na północ od Cairns) odkopano dwie złote monety z tego samego ptolemejskiego okresu. Podobne znaleziska, wszystkie datowane na ten sam okres ok. r. 200 pne. miały miejsce również w innych miejscach Queenslandu i Terytorium Północnego. Wszystko wskazuje na to, że starożytni Egipcjanie u schyłku istnienia swojego imperium mogli dotrzeć do Australii. Co ciekawe, ród Ptolemeuszy rezydował przecież w Aleksandrii, czyli miejscu, gdzie 300 lat później grecki uczony Klaudiusz Ptolemeusz stworzył mapę świata, na której naszkicował Terra Australis Incognita. Byc może opierał się na czymś więcej niż teoriach Arystotelesa ? Ciekawe również dlaczego ślady Egipcjan można znaleźć głównie na wschodzie kontynentu, skoro znacznie bliżej im było na zachód. Może tam też są, tyle że na tym pustkowiu nie bardzo jest komu je odkryć ?

Zapomoga.

3 komentarzy


W obliczu światowej recesji rządy wielu krajów podjęły działania w celu rozruszania koniunktury. Jedne przejmują upadające banki, inne kupują „złe długi”. Australijski rząd federalny postanowił, że zabawa w Świętego Mikołaja przyniesie najlepszy rezultat i postanowił rozdać publice 10.4 miliarda dolarów w postaci zapomogi. Zapomoge otrzymają emeryci, renciści, samotne matki z dzieckiem, najniżej uposażone rodziny. Dla popularności i pozycji w sądażach efekt murowany, dla gospodarki……, jestem sceptykiem. Wczoraj minister skarbu Wayne Łabądź (Swan) oraz premier Kevin „ministrant” Rudd zgodnym churem zaapelowali. Drodzy rodacy, nie odkładajcie tych pieniędzy na kupkę, wykorzystajcie je przed Bożym Narodzeniem. W ten sposób wspomożecie australijską gospodarkę i uratujecie tysiące australijskich miejsc pracy. Wydawajcie, wydawajcie, wydawajcie. To ostatnie w wersji angielskiej brzmiące „spend, spend, spend” osiągnie tu chyba taką popularność jak słynne „yes, yes, yes” Marcinkiewicza.

Mimo, że nam się nie należy owa zapomoga postanowiłem sprawdzić, na co mógłbym przeznaczyć owe niemałe pieniądze, gdyby tak wpadły w rękę. Zrobiłem więc listę bożonarodzeniowych „chciejstw” do domu i udałem się na rekonesans co mógłbym kupić. Na początek wpadł mi w oko budzik (made in Japan), nastepnie ładny zestaw filiżanek (made in China), w którym można wypic herbatę zaparzoną w ekspresie made in India. Nie pogardziłbym również eletryczną szczoteczką do zębów (made in HongKong). Szpulka z pewnością zasłużyła na małe świecidełko Svarowskiego (made in Italy). Przechodząc przez stoiska odzieżowe wpadła mi w oko bardzo ładna koszula (made in Sri Lanka) oraz jeansy (made in Singapore). Nie pogardziłbym również nowiutkimi butami Pumy (made in Cambodia) albo stylowymi sandałami made in Brasil. Udajac się na dział z elektroniką wpadł mi w oko wspaniały kalkulator (made in Mexico),  zegarek (made in Taiwan) oraz telewizor made in Indonesia. Jako, że nasz leciwy laptop powoli zaczyna szwankować przydałby się jakiś desktop (made in Malesia). Jeśli zostałby kilka dolarów kupiłbym litr Żubrówki (made in Poland) i przy szklaneczce tatanki zastanawiał się ilu robotników australijskich fabryk udało mi się ochronić przed zwolnieniem dzięki rządowemu zasiłkowi. 
 


Ta notka miała być o czymś zupełnie innym. W zeszłym tygodniu bawiliśmy na imprezie firmowej  w Cairns. Zostaliśmy na noc w hotelu i to właśnie miało trafić dziś na bloga. Życie jednak spłatało niespodziankę. Jeszcze w sobote wszyscy się pysznie bawiliśmy na firmowej kolacji a później w kasynie a w poniedziałek………

Australijska gospodarka dostała zadyszki. Nie jest to nic nowego zwarzywszy na światową recesję. Tym bardziej w kraju, gdzie gigantyczna część PKB pochodzi z górnictwa. Spadające na łeb ceny surowców ratuje nieco lecący również na zbity pysk kurs dolara australiskiego. Ratuje, ale nie całkowicie. „Korporacja” produkuje dobra dla różnych gałęzi przemysłu. Głównie dla górnictwa, przetwórstwa mineralnego, kolejnictwa czy przemysłu cukrowniczego. Borykające się z kłopotami przedsiębiorstwa rezygnują z inwestycji a co za tym idzie ograniczają zamówienia. Od dłuższego czasu widać to było u nas aż za dobrze.

…… W poniedziałek Ron I Bezzębny dokonał rzezi niewiniątek. Nie powiem, żebym był zaskoczony koniecznością zwolnień w zaistniałej sytuacji. Kiedy jednak się o tym dowiedziałem dwa tygodnie temu zmroziło mnie. Pod nóż poszło 25% załogi !!! Poza robotnikami zwolniono dwie osoby z biura. Obie pracujące głównie dla mnie. Polecenie przyszło z centrali i trzeba było zredukować dwa etaty. Do ostatniej chwili walczyłem, by zatrzymać jedną z nich. Głównie ze względu na jej profesjonalne podejście i bardzo istotna rolę jaką pełniła. Niestety moja pozycja przetargowa w „Korporacji” nie jest wysoka, wiec poleciała dwójka „moich ludzi”. Kiedy zapadła klamka, po raz kolejny w przeciągu ostatnich kilku miesięcy poczułem się jak generał, który się dowiedział, że jego armia zajęła drugie miejsce. Zostałem generałem bez armii,  kierownikiem bez pracowników, sam dla siebie. Mój zespół został zdekapitalizowany. O zwolnieniach wiedziałem już od jakiegoś czasu. Kiedy w piątek się dowiedziałem, że sprawa już jest przesądzona i nieodwracalna pomyślałem, że musimy sobie jakoś rozłożyć obowiązki w w gronie pozostałych osób i wykorzystac okres wypowiedzenia tak, by od odchodzących przejąć jak najwięcej „wiedzy”. Ale życie zaskoczyło mnie po raz kolejny. Albo raczej powinienem powiedzieć, że po raz kolejny okazałem się naiwny. Dekapitalizacja odbyła się błyskawicznie. O godzinie 9.15 obie osoby dostały Bożonarodzeniowy prezent w postaci wymówienia oraz…… polecenie by niezwłocznie opuściły biuro. Nie będzie okresu wypowiedzenia, przekazania obowiązków i pożegnania. Całkiem jak w Polsce. To się nazywa terapia szokowa. Teraz spokojnie czekam na swoją kolej.


  • RSS