harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

 
„Na miłość boską, jakimż symbolem pokolenia akowskiego jest ta kurwa
na ekranie, przepraszam bardzo? Kategoria – czwarta, zasięg
rozpowszechniania – nikt, festiwale – nie, jestem przeciwny ukazaniu
się filmu”. W ten sposób, jakże barwnym językiem Bohdan Poręba ocenił
Krystynę Jandę w filmie „Przesłuchanie”. W innym przypadku świnia w
ostatniej scenie „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” była dla Poręby
apoteozą społeczeństwa, a co za tym idzie karygodną obrazą. Film musiał
przeleżeć na półce rok zanim wyrażono zgodę na jego dystrybucję. W
latach 1945-1990 Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, czyli po prostu
zinstytucjonalizowana cenzura, dbał nie tylko o to, by światła
dziennego nie ujrzały materiały szkodliwe politycznie, mające na celu
podważyć jedynie słuszny ustrój socjalistyczny. Prowadzono również
swego rodzaju działalność „wychowawczą” wobec widzów i czytelników. Na
szczęście cenzura w Polsce padła w kwietniu 1990 roku i obecnie jeśli
ktoś uzna publikację za niewłaściwą z jakiegokolwiek powodu, wytacza
redaktorom pisma czy dystrybutorom sprawę sądową, której wynik wcale
nie jest przesądzony, może on być również porażką.

W wolnym i demokratycznym kraju jakim jest Australia nad morale
społeczeństwa zamiast niezawisłego sądu dba „Biuro Klasyfikacji Filmów
i Literatury”, instytucja cenzorska podległa Gubernatorowi Generalnemu.
Jurysdykcji biura podlegają filmy kinowe, DVD, Video, gry komputerowe i
książki. Filmy wyświetlane w TV, utwory muzyczne i przedstawienia oraz
Internet podlegają cenzurze innych instytucji. Ze względu, że np.
programy TV moga być sprzedawane na DVD a filmy kinowe pokazywane w TV
system restrykcji wszystkich instytucji jest bardzo zbliżony. Bywają
jednak wyjątki. Filmy takie jak Nagi Instynkt czy Pulp Fiction w kinach
pojawiły się jako dozwolone od lat 15 a w telewizji jako zastrzeżone
dla widzów powyżej lat 18. Wszystkie filmy, video, dvd, gry, książki i
gazety, które posiadają treści sexualne muszą uzyskać klasyfikację
cenzorską. Brak klasyfikacji lub odmowa jej udzielenia równa jest
totalnemu zakazowi rozpowszechniania. Jeśli cenzor odmówi klasyfikacji
oznacza to całkowity zakaz publikacji i sprzedaży. Złamanie zakazu jest
przestępstwem kryminalnym zagrożonym karą 275 000 AUD i 10 latami
więzienia. Problem jest w tym, że sprawny cenzor może dostrzec
podteksty sexualne wszędzie, więc pod klasyfikację podpada prawie
wszystko. Gucwińscy mieliby w Australii przesrane, bo taki film
dokumentalny o modliszce, która najpierw kopuluje z samcem a później go
zjada odgryzając głowę nie dość, że ma mocne sceny erotyczne, to
jeszcze zieje przemocą i okrucieństwem. Możliwość obcięcia
przeciwnikowi głowy jest jednym z najczęstszych powodów dla którego
Biuro zakazuje dystrybucji gier komputerowych.

Niektórzy z Was pewnie pamiętają jak w kinach były filmy „bez
ograniczeń”, dozwolone od lat 12, 15 i 18. Ja pamiętam to nazbyt
dobrze, bo nie mogłem wejść na „Sexmisję”. Jakiś baran uznał, że tam
gdzie krew leje się strumieniami a ekran ocieka przemocą można wpuścić
juz od piętnastego roku życia, a tam gdzie widać trochę cycków
niezależnie od kontekstu wejść można dopiero od lat 18. Trzy razy
robiłem podejście do tego filmu !!! Jak wygląda klasyfikacja w
Australii?

Ten znaczek oznacza, że materiał jest wyłączony z klasyfikacji.
NIe mylić z brakiem czy odmową klasyfikacji, która oznacza zakaz
dystrybucji.

  Oznaczenie sugeruje, że film jest dozwolony bez ograniczeń wiekowych.

Mówi, że młodsi widzowie powinni oglądać ten program pod opieką
rodziców/opiekunów. Dopuszcza się tu niewielką przemoc a narkotyki i
nagość nie mogą się pojawić w oderwaniu od kontekstu. W tej kategorii
już mogą się pojawić tak brzydkie słowa jak „dziwka” czy „gówno”.

To najwyższe z „nierestrykcyjnych” oznaczeń. Piszę to w
cudzysłowie, bowiem w TV tak oznaczony program może się pojawić jedynie
miedzy 20:30 a 5:00 rano oraz miedzy 12:00-15:30 w dni nauki szkolnej.
Film taki przeznaczony jest dla dojrzałej widowni (choć nie musi być
dorosła), moga się pojawiać słowa typu „fuck”, choć agresywne i
wulgarne słownictwo nie może się pojawiać zbyt często.

Filmy oznaczone tym symbolem moga oglądać widzowie powyżej
lat 15. Filmy moga zawierać sceny drastyczne, przemoc, mocne sceny
seksualne, choć hipokrytycznie nie powinno być za dużo nagości o ile
nie jest uzasadniona w kontekście filmu. Dla potrzeb telewizji stosuje
sie jeszcze oznaczenie AV15+. Różnica polega na godzinach w których
dany film może pojawić się w TV. Jest to jednocześnie najwyższe
oznaczenie dla gier komputerowych. Wszystko „powyżej” tej klasyfikacji
jest w Australii zakazane.

Oznacza się wydawnictwa przeznaczone dla osób powyżej 18 roku
zycia. W filmach oznaczonych takim symbolem nie ma żadnych ograniczeń
dla przemocy i wulgarnego języka. Przemoc seksualna nie może być
oderwana jednak od kontekstu a sceny seksualne muszą być realistyczne.

Filmy również przeznaczone dla osób dorosłych. Kojarzone
głównie z pornografią, choć nie tylko ona może byc sklasyfikowane w tej
kategorii. Jeśli film jest pornograficzny nie mogą wystepować nieletni
oraz pełnoletni wyglądający za młodo. Ogólnie film ma zawierać jedynie
„zdrowy sex”. Od 2000 roku w Australii całkowicie zakazane są filmy
fetyszystyczne. To pokłosie nieudanej akcji byłego premiera Johna
Howarda, który chciał uczynić nielegalną całą  powyższą kategorię. Mało
tego, filmy pornograficzne w Australii moga być legalnie sprzedawane
jedynie w Terytorium Północnym i Canberze. Jest to o tyle kretyński
zapis, że można je również legalnie nabyć drogą pocztową.  O półce „za
parawanem” w wyporzyczalni wideo można tylko pomarzyć.

Film, gazeta czy publikacja, która nie została sklasyfikowana do
żadnej z powyższych kategorii automatycznie trafia na czarną listę,
którą można zobaczyć m.in. TUTAJ. Dużo filmów, którym pierwotnie odmówiono klasyfikacji trafia do dystrybucji po wykastrowaniu niewygodnych dla cenzury scen. O karach jakie czekają łamiących zakaz
już pisałem. Dla ciekawostki dodam, że podobne biuro działające w Nowej
Zelandii wciągnęło „na ideks” np. Monthy Pythona „Żywor Briana” czy
„Sens życia”. 
Jak wspomniałem wcześniej nie tylko filmy, widowiska i gry są
cenzurowane. Utwory muzyczne dla tego przykładu od 2003 r. podlegają
ocenie „Stowarzyszenia Australijskiego Przemysłu Muzycznego”. Skala
jest trzystopniowa. Jesli dany utwór nie zostaje sklasyfikowany w
żadnym z tych poziomów dostaje oznaczenie „Not to be sold to the
public”.

Poziom cenzury książek nie należy do tak ostrych jak w innych
publikacji. Może dlatego, że statystyczny Aussie poza książką
telefoniczną niewiele w życiu czyta. Nie mniej jednak policja urządza
regularne naloty na wydzielone ksiegarnie z ksiązkami dla dorosłych.
Równie aktywni są celnicy w przypadku książek przywożonych przez osoby
prywatne. Klasyczną przyczyną cenzury są treści obyczajowe, opisy
samobójstw czy zbyt realistyczne opisy kryminalne. Wiele ze
współczesnych powieści dla nastolatków zostało zakazanych ze względu na
„promowanie randek w ciemno z osobami poznanymi na internetowych
chatach”.

Internet jest oczkiem w głowie cenzorów z obecnego rządu. Na dzień dzisiejszy
nie ma specjalnej instytucjonalnej cenzury tej sfery, choć restrykcyjne
przepisy pozwalają na bardzo wiele, jeśli ktoś chce „udupić
przeciwnika’. Wykorzystał to Michael Costa (były minister skarbu Nowej
Południowej Walii) doprowadzając do zamknięcia portalu
http://melbourne.indymedia.org/

Ze względu na swoją wolność i w pewnym sensie anarchię brak kontroli
nad internetem jest nie do przełknięcia przez ludzi, którzy lubią mówić
jak inni mają żyć. Dlatego też obecny Rząd Federalny oficjalnie
obwieścił, że Australia wprowadzi obowiązkowe filtrowanie internetu, co
jednocześnie nie przeszkadzało wygłaszać oburzenia polityką blokowania
dostępu do www np. przez Chiny. Obecny plan zakłada stworzenie dwóch
czarnych list. Pierwsza będzie zawierała listę stron całkowicie
zabronionych. Druga ma być listą stron nie nadających się dla dzieci.
Na poziomie dostawcy internetu można będzie wyłączyć filtrowanie stron
z drugiej listy. Na dzień dzisiejszy jako nielegalne zostały uznane
również mareriały z kategorii „X18+”, co pod względem dbałości
moralność społeczeństwa dorównuje rozwiązaniom jakimi mogą się
poszczycić takie kraje jak Iran czy Arabia Saudyjska. W listopadzie
Rząd wynajął firmę ENEX TestLab do przeprowadzenia pilotażowego testu
takiego rozwiązania na relanej sieci. Na czarną listę trafiło 11300
witryn.

Na koniec muszę powiedzieć, że w świetle tego wszystkiego co
napisałem powyżej bardzo spodobała mi się jedna z fundamentalnych
zasad, jaka kieruje się  Biura Klasyfikacji Filmów i Literatury.
„Adults should be able to read, hear and see what they want” – Dorośli
powinni móc czytać, słuchać i oglądać to, czego chcą. A biuro widocznie
jest tylko od tego by dorosłym jedynie uswiadomic czego chcą. :)


Szczelność australijskich domów bada się stosując „Metodę kota”. Sposób ten nie został nazwany na cześć któregoś z członków słynnego polskiego rodu szlacheckiego. To metoda zwykłego kota domowego. Do nowowybudowanego budynku wpuszcza się kota. Jeśli zwierzę nie zdoła się wydostać na zewnątrz w ciągu 5 minut uznaje się, że dom jest szczelny. Dlaczego metodę kota? Bo gdyby zastosować metodę świnki morskiej, a nie daj Boże chomika, to 100% australijskich domów trzeba by uznać za nieszczelne.

Skoro tak łatwo zwierzaki moga się wydostać z domu, to równie bezproblemowo moga się do niego dostać. Lokalna prasa pełna jest zdjęć typu wąż wystający z sedesu czy zielona żabka na słuchawce od prysznica. W zasadzie toleruje wszystkie zwierzaki w domu i nawet jak wleci osa czy wlezie pająk staram się  wyrzucić a nie zagazować. No prawie wszystkie, jest jeden wyjątek. Ten wyjątek to zwierz o wdzięcznej nazwie Przybyszka Australijska. Nazwa tak przyjemna, że aż wzbudza sympatię. Ciekawe kto wymyslił coś takiego. Przybyszka australijska ma około 3-3.5cm długości, długie czułki, 6 nóg, dobrze rozwiniete skrzydła dające spore zdolności do lotu. Jest płaska, tak, że z łatwością może wcisnąć się w każdą szczelinę, np. tą pod drzwiami. Można ją spotkac w całej południowo wschodniej Azji a nawet w USA, choć generalnie źle znosi niskie temperatury i występuje głównie w strefie tropikalnej. Przybyszka Australijska to nic innego jak wszem znany i lubiany karaluch !!!

Karaluchy w tropikach są wszędzie. Są w restauracjach, smietnikach, hotelach, tych backpackerskich i tych ekskluzywnych. Są tak powszechne, że jeśli kupujesz dom i nie ma w nim karaluchów, to zaczynasz się zastanawiać co jest nie tak, że nawet karaluchy tam nie chcą mieszkać. Można mieć w domu sterylnie czysto, nie trzmać jedzenia, zlikwidować kuchnię a robal i tak wleci. Od kiedy przenieśliśmy się praktycznie nie ma dnia byśmy nie ganiali tych robali. I niewiele można zrobić by ta sytuacja uległa zmianie. Porozkładaliśmy trutki koło zmywarki i w garażu. Odpadki i resztki jedzenia zanim trafią do kosza szczelnie zawiązujemy w foliowe torby, które co wieczór trafiają do śmietnika. Mimo to reguralnie mamy gdzieś na ścianach nieproszonego przybysza a dokładniej Przybyszkę i to Australijską. 
 

To i owo.

3 komentarzy

 
Herbata stygnie, zapada mrok, a pod piórem ciągle nic.
Obowiązek obowiązkiem jest, notka musi posiadać text…

Szanowny czytelniku. Notkę tą poczyniłem z kronikarskiego obowiązku, choć checi i zapału do tego nie było. Wyszło, co wyszło, coś o niczym. Zaczynamy.





Tilt Train, na zdjęciu to pospieszny pociąg łączący Cairns z Brisbane (1681 km czyli tyle ile z Poznania do Moskwy). Wyjeżdża dwa razy w tygodniu a podróż trwa 27 godzin. Zwykły pociąg na tej trasie jedzie 36 godzin. Tilt Train jest wysoce nierentowny. Pasażer pokrywa około 10% kosztów, resztę dopłaca rząd stanowy. Obecnie najtańszy bilet ze zniżką 20% kosztuje 248 AUD. Z Tilt Trainem czasami ścigam się w drodze powrotnej z pracy. Zawsze wygrywam :)





Outback na zachód od Cairns. Pod koniec suchego sezonu nieliczne deszcze zaczynają zapełniać zagłębienia w korytach wyschnietych rzek. Wałesające się bezpańsko bydło dociera do nich w poszukiwaniu wody. Za kilka tygodni w mokrym sezonie bedzie tu rwący nurt. Miejsce, z którego robiłem tą fotkę znajdzie się 2m pod wodą. Fotkę zrobiliśmy obwożąc naszego gościa po zadupiach Północnego Queenslandu.





W 1996 roku wraz z dwoma kuzynami udaliśmy się około 10 km wgłąb lasu, gdzie pod mostkiem na rozebranej linii kolejki wąskotorowej zakopalismy butelkę. Mielismy ją odkopać za 10 lat. Niestety w 2006 nie było mnie w Polsce i nasza kapsuła czasu będzie musiała poczekać. Na fotce kapsuła czasu w Chillagoe. Jak można przeczytać na tablicy zakopano tu rzeczy na 50 lat. Sarkofag ma zostać otwarty w 2038 roku. Myślę, że w naszym coraz szybciej rozwijającym się społeczeństwie będzie to świadectwo porównywalne z tym, czym dla współczesnych są pamiątki sprzed 200 lat.





A to już zupełnie inny „odcień Północnego Queensland”. Punkt widokowy około 100 km na północ od Cairns. W tle wyspa Snaper.





Tableland, czyli Plaskowyż, również 100 km od miasta. Obwożąc znajomą dotarliśmy do wodospadów Mungali. Bylismy tam po raz pierwszy. Mimo suchego sezonu wody było pod dostatkiem. Tuż przy wodospadach znajduje się coś, co w Polsce nazwalibyśmy gospodarstwem agroturystycznym dla lubiących przygody. W pakiecie usług m.in. wspinaczka po skale czy ślizg po zboczu.








Dwie powyższe fotki to „utarg” z jednego tygodnia. Najpierw składowany z boku domu, później wywleczony przed garaż w celu pocięcia. Mam obsesję na tym punkcie, jak również odciski od sekatora, podrapane łapy od kolców i mordercze myśli za każdym razem jak przyjdzie do cięcia. Na szczęscie wyobrażam sobie w tym momencie mojego szefa i nawet się nie obejrzę jak minie godzinka i liscie są poszatkowane. W planach mamy zakup specjalnej maszyny, która szatkuje liście niczym niszczarka papierowe dokumenty. Dopóki jednak to nie nastąpi co tydzień w sobotę muszę odbębnić rytuał. Zwródźcie uwagę na dwa listki na pierwszym planie. By je pociąć specjalnie kupiłem siekierę. Zaden sekator nie dawał rady.

A na zakończenie. Chodzimy na wieczorne spacery po plaży, wsłuchujemy się w szum oceanu. W niedzielę wyskakujemy dwie plaże dalej na molo na ryby. Ostatnio dopisuje nam szczęście i ocean ma przepiekny turkusowy kolor.  W niektórych miejscach przechodzi w granat w innych w błękit. Zazwyczaj jest raczej cięzki, grafitowo szary lub brązowy niczym kawa z mlekiem.  A my siedzimy na molo, podziwiamy śmigające żagłowki, gapimy się w Podwójną Wyspę i bezsęsownie moczymy kije. To co złapiemy wraca z powrotem do oceanu. Dziś przyleciał ptak, kótego roboczo nazwałem „rybołowem”, choć najprawdopodobniej był to jakiś gatunek orła. Przysiadł wysoko nad nami na latarni. Wędkujący kilka metrów dalej Aussie wziął jedną z ryb w rękę, pomachał w kierunku ptaka, po czym położył na molo. „Rybołów” gładko ześlizgnął się z latarni, rozpostarł skrzydła i delikatnie, bezszelestnie poszybował w dól. Chwycił rybę szponami, przez chwilę zawisł w miejscu stawiając opór dość mocnemu wiatrowi, by wznieść się i pofrunąć w kierunku kolejnej latarni, gdzie zajął się swoją przekąską. Zrobił to z taką gracją, tak lekko i delikatnie, że z rozwartymi paszczami patrzyliśmy jak w obrazek. Już drugi raz widzieliśmy taką scenkę, ale tym razem była ona o wiele bardziej widowiskowa. Następnym razem co złapiemy będziemy trzymać w wiaderku. Jak ptaszydło się nie pojawi ryby wrócą do oceanu.
 

 
*** Gdzieś na dalekim południu Australii ***

Rano na skrzynce e-mailowej każdego z pracowników pewnego biura.
„Do wszystkich pracowników. Dziś o godzinie 11.00 wszyscy są proszeni o stawienie się w sali konferencyjnej. Obceność obowiązkowa.

Godzina 11.15, Sala konferencyjna. Ubrany w dobrze skrojony garnitur prezes zabiera głos.

- Szanowne koleżnaki i koledzy. O tym, że mieszkamy w najlepszym z miast nie musze nikogo przekonywać. Wszyscy wiemy doskonale, że mamy to niesamowite szczęście mieszkać w raju na ziemi i inni mogą tylko z zazdrośći zgrzytać zębami. A jak to w raju można spotkać u nas i węża. Właśnie wczoraj będąc na dymku na firmowym podwórku Pani Alicja zobaczyła węża.

Po sali przebiegł szmer. Niezrażony Prezes kontunował dalej.

- Ponieważ Pani Alicja jest wysoko wyspecjalizowana w „swojej działce” a nie w zoologii, na dziś nie wiemy czy to był jadowity wąż, czy może zwykły wąż ogrodowy pozostawiony przez jednego z pracowników firmy dbającej u nas o zieleń. Nie mniej jednak chciałbym byście koleżanki i koledzy potraktowali to jako przestrogę i mieli się na baczności. Co prawda jeszcze nikt z naszej firmy nigdy nie widział węża na wolności ale nigdy nie wiemy co piszczy w trawie.

*** Na dalekiej północy Australii ***

Na dalekiej północy Australii nastał „sezon ogórkowy”. Zazwyczaj o tej porze media nie mają za bardzo o czym pisać. Skończyły się imprezy z cyku „karnawału”, do świąt jeszcze daleko a i sezon monsunowy również nie nadszedł. Pierwszy listopada jest symbolicznym dniem, kiedy na plażach zakładane są siatki przeciw parzącym meduzom. W związku z tym dobrze jest przypomnieć czytelnikom, że mieszkamy na obszarze zamieszkałym przez wiele śmiercionośnych gatunków zwierząt. Jak co roku zaczynamy od przypomnienia, że węże żyją razem z nami na codzień.

Pyton próbuje polknąć kangura
Po kliknięciu otworzy się strona z filmem.

Ten filmik został nakręcony na Uniwersytecie Jamesa Cooka, tym samym, do którego chodzi Szpulka. W lini prostej mniej więcej 5 km od naszego domu. Młody pyton próbuje połknąć kangura. Zadanie okazało się jednak zbyt ambitne, albo speszył go tłum gapiów i odstąpił od tego zamiaru.

Pyton wsuwa papugę

Ta fotka została wykonana na sąsiedniej plaży, mniej więcej 300-500m od naszego domu. Zanim  pojawiła się w lokalnym internecie można było ją zobaczyć m. in. Agence France-Presse. Całą galerię można obejrzeć pod TYM ADRESEM. Tym razem pyton upatrzył sobie papugę Kakadu. Wszystko miało miejsce na podwórku jednego z domów mieszkalnych. W zeszłym roku w sezonie ogórkowym popularne były zdjęcia pytonów, które posiliły się domowymi kotami. Muszę przyznać, że czasami mamy trochę strachu kiedy wypuszczamy Kłopota na podwórko. Trzy rzędy domów od naszej działki jest „zielona rezerwa” czyli obszar naturalnego lasu, bagna i wszystkiego co się z nim wiąże.

Pająk wcina ptaka.

Jakkolwiek w większości przypadków uważam arachnofobię za histerię rozkapryszonych panienek, tak foto pająka, który upolował i wcina ptaka może przyprawić o dreszcze. Fotkę wykonano w Atherton, około 100 km na zachód od Cairns. Reszta galerii TUTAJ. Ciekawostką jest to, że ów „news” przebił popularnością Baracka Obamę. W tygodniu, gdzie jak się wydawało wszyscy oszaleli na punkcie wyborów w USA to właśnie ten artykuł był najczęściej odwiedzanym „newsem” w Australii. Z regóły nie zabijam pająków w domu, staram się je wyrzucić na ogród. Ula nie ma tych skrupułów i tępi bezlitośnie wszystkie robale w domu. Zaczynam się zastanawieć, czy nie powinna wystąpić z wnioskiem o pozwolenie na broń. Wszak takiego pajączka nie da rady zasiepać ani ciapkiem ani gazetą. Ciekawe czy maczeta do obcinania liści palmowych by wystarczyła.
 


O polityce i religii nie piszę, taką mam zasadę. I ta notka, choć bardzo blisko, to w mojej opinii nie przełamuje tej zasady. A wszystko na fali wyborów prezydenckich w USA. Australia żyła nimi chyba tak samo jak swoimi wyborami. Temat natrętnie wciskał się w nasze życie i nie sposób było się od tego uwolnić. I choć nie było emocji, bo wszyscy od początku dobrze wiedzieli kto zwycięży to media z miejsca okrzyknęły wybór Obamy za wyjątkowy. Na każdym ktoku podkreśla się, że to pierwszy czarnoskóry prezydent i już to tworzy historię. Czy aby na pewno jest to takie rewolucyjne wydarzenie? Myślę, że nie, bo choć nie było jeszcze czarnoskórego prezydenta, to afroamerykanie piastowali i piastują wysokie funcje w administracji amerykańskiej. Wystarczy wspomniec choćby Condollise Rice, sekretarza stanu ustępującego gabinetu, czy Colina Powella, szefa armii a później wysokiej ragi polityka. Przyznam, że nie przyglądałem się członkom Kongresu ani Izby Reprezentantów, ale sądzę, że i tam można znaleźć polityków o innej karnacji skóry.

A jak sprawa wygląda w Australii? O tym, ze w Australii żyją nie tylko biali można się przekonać mieszkając np. w Melbourne, którego ulice w czasie strajku taksówkarzy przypominały Bombai. I nie tylko dlatego, że dworzec kolejowy przy ulicy Filinders miał zostać wybudowany w Bombaju a przez zamianę planów ten projektowany dla Melbourne stanął w Indiach a ten z Bombaju w Melbourne. Otóż tłum taksówkarzy składał się prawie wyłącznie z Hindusów, Sikhów i Libańczyków. Przechadzając się ulicamy Sydney czy Melbourne na pierwszy rzut oka widzimy, że zamieszkuje tu spora ilość mniejszości narodowych o innej niz biała karnacja. I choć nie prowadzi się w Australii statystyk dotyczacych koloru skóry zerknijmy do rocznika statystycznego. Wg. spisu powszechnego z 2006 roku na 20.6 mln mieszkańców ponad 5,5mln urodziła się poza granicami Australii. Z tego prawie 3mln w krajach takich jak Chiny, Wietnam, Indie, Pakistan, Bangladesz, Indonezja, Afryka (z wyjatkiem RPA i Zimbabwe), czyli tam gdzie dominuje wśród mieszkańców inny niz biały kolor skóry. Jeśli doliczymy do tego, że szacunkowo 0,5mln dzieci z tych małżeństw urodzonych już w Australii również nie ma białej karnacji oraz weźmiemy pod uwagę rdzennych mieszkańców, których jest również 0,5 mln., to wychodzi, że szacunkowo 4 mln, czyli 20% populacji Australii jest „kolorowa”. Popatrzmy jaką reprezentację we władzach ma tak liczne grono osób. Wchodzimy więc na stronę (
http://www.aph.gov.au/house/members/member_photo.asp
) Izby reprezentantów, niższej izby parlamentu Australii. Wśród 150 wybrańców narodu nie ma nikogo, kto ma inna karnację niż biała. Ani jednego Azjaty, Hindusa, Aborygena czy czarnoskórego. Idziemy na stronę Sentu (
http://www.aph.gov.au/Senate/senators/contacts/senators.asp
), izby wyższej parlamentu. Wśród 76 wybrańców trafiamy na rodzynka, Senator Penny Wong, Chinkę urodzoną w Malezji. Sprawdzamy stronę rządu federalnego (
http://www.pm.gov.au/team/cabinet.cfm
). Wśród „bladych twarzy” ten sam rodzynek co w Senacie. Senator Penny Wong jest jednocześnie ministrem federalnym.

I choć merem Melbourne (funkcja reprezentacyjna, bez realnej władzy politycznej) jest Chińczyk John Ho to prawdopodobieństwo wyboru ciemnoskórego premiera w Australii równa się szansie jaką ma kobieta by zostać Papieżem. Widzę jeszcze długą drogę, którą musi pokonać tak wielokulturowy, tolerancyjny i nierasistowski kraj jak Australia zanim pierwszy czarnoskóry zostanie premierem. Ale zanim dojdzie do rewolucji „na górze” kolorowi muszą zaistnieć w swiadomości społecznej. A jak na razie nie mamy w Australii lokalnego odpowiednika Ophry, Morgana Freemana czy Eddiego Murphy.


Urlopy zazwyczaj są po to, by się zmęczyć i wrócic do pracy odpocząć. Byłem cały tydzień na urlopie i zmęczyłem się nieziemsko. Mieliśmy w domu gościa z Polski/Holandii i przy okazji pokazania tego i owego sami też odświerzyliśmy w pamięci pewne miejsca. Zeszły poniedziałek spedziliśmy w Kurandzie, miejscu które ma coś wspólnego z gmachem byłego KC PZPR w Warszawie. Otóż główna siedziba partii negującej w swoim programie instytucje wolnego rynku w latach 90-tych stała się siedzibą Giełdy Papierów Wartościowych, symbolu wolności rynku. Podobna ironia losu byłą osadę hippisów zamieniła w świątynie kiczu i komercji. Przy okazji Ula miała okazję po raz pierwszy zebaczyć Aborygeński Park Rozrywki Tjupakai (czyt. Dżabakai), gdzie poznała tajniki rzutu bumerangiem i oszczepem. A że pary w rękach jej nie brakuje, przewodnik śmiał się, że zabiła Koalę. Po raz pierwszy też przejechała najdłuższą na połódniowej półkuli kolejką linową łączącą Smithfield (dzielnicę Cairns) z Kurandą ponad tropikalnymi lasami deszczowymi i Wielkimi Gorami Wododziałowymi.

Wtorek był naszym najbardziej intensywnym dniem. Zaczęliśmy go o 6,30 rano, do domu wróciliśmy około 23 po przejechaniu 675 km. Tego dnia śmigneliśmy na druga stronę gór, przejechaliśmy piękny zielony Płaskowyż Atertona, zaplecze rolnicze północnego Queensland a następnie stepowe, wysuszone okolice Herberton by dotrzeć do Outbacku. Pokręciliśmy się po opuszczonych i wymarłych miastach z epoki gorączki surowcowej początku ubiegłego stulecia. Mając w ręku mapę wygrukowaną z google szukaliśmy w terenie śladów ulic w Watsonville. Znaleźliśmy może 1/3, resztę pochłonęła przyroda. Nieutwardzone szutrowe drogi dziś są integralną częścią zarośli. Odwiedziliśmy również liczące 127 mieszkańców miasteczko Irvinebank oraz Mountalbion, po którym ostał się jedynie cmentarz by skierować się w stronę Chillagoe. warto wspomnieć, że asfalt występuje tu tak reguralnie, jak dobra forma w kadrze piłkarzy, czyli sporadycznie. Przy prędkości 60 km na godzinę tabun kurzy ciągnął się dobre 200m za samochodem. W Chillagoe standard, czyli jaskinie plus opuszczona huta miedzi. Tu też rozbiliśmy piknik i mieliśmy okazje przetestować naszą nową butlę gazową z palnikiem. Gorąca herbata w ponad 30 stopniowym upale wydaje się głupim pomysłem. Podczas naszej wyprawy do Syrii przekonalismy się, że tylko się wydaje, bo w rzeczywistości fantastycznie gasi pragnienie. Znacznie lepiej niż napoje gazowane. Z Chillagoe podjechaliśmy jeszcze do Mungana by obejrzeć aborygeńskie malowidała ukryte między skałami,  wśród których lata setki motyli. W drodze powrotnej postanowiłem przetestować czy nasza kijanka da radę przejechac pewna trasę i odbiliśmy w stronę Mount Garnet. Było nieźle. Ponad 100 km szutrówki w Outbacku. Za nami tabuny kurzu, przed nami na przemian nawierzchnia przypominająca falisty eternit albo tor do jazdy po muldach. By nie było za nudno krawędzie były podmyte, więc tylko się modliłem by nie spotkać „pociągu szosowego” jadącego z naprzeciwka. Dodatkowo zaczęło się już ściemniać i do wałęsających się wszędzie bezpańskich krów dołączyły przed zmierzchem kangury. Już po zmroku dojechaliśmy do Innot, miejsca przez które przepływa mały strumyczek, niosący ciecz przypominającą barwą pomyje o lekkim aromacie siarkowodoru. Nie byłoby to atrakcją bowiem rzeczułki niosące w swym korycie fenol zamiast wody można spotkać w każdym większym mieście, gdyby nie temperatura wody. Sięga ona 70 stopni. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę pobrodziliśmy więc wzdłóż brzegu ciesząc się ciepełkiem. Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się by podziwiać gwiazdy. Niebo było czarne jak smoła, łysy miał wychodne, żadnych świateł od ludzkich siedlisk, słowem warunki idealne !!! I to obce niebo nad nami było na swój sposób piękne. Choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w Polsce jest więcej gwiazd na niebie. Może to tylko tęsknota?

Środa była dniem przeznaczonym na las deszczowy i plaże. Już nie tak rano wyruszyliśmy do oddalonego o 120 km od nas Cape Tribulation (Przylądka Zmartwień) zahaczając po drodze o kanion rzeki Mossman. Szybko przemkneliśmy 29 km odcinikiem szosy znajdującym się na obszarze wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, pstrykneliśmy kilka obowiązkowych fotek na punkcie widokowym, z którego roztacza się widok na kilometry piaszczystych plaż, Wyspę Podwójną oraz okoliczne góry. Ocean tego dnia był nawet łaskawy nabierając koloru lekkiego turkusu, tak dobrze znanego z folderów czy pocztówek z tropików. Częściej jednak w tym miejscu ma odcień kawy z mlekiem. Nad rzeką Mossman tak jak się spodziewaliśmy gościły tłumy turystów. I choć miejsce jest piękne, to urok wielkich obłych głazów zalegające koryto strumienia, którego strome brzegi porasta zielony gąszcz został skutecznie zabity przez dziesiątki minibusów, co rusz wypluwające z siebie procesje ludzi. Krótki spacer i znów bylismy w drodze. Pokonaliśmy promem pełna krokodyli rzekę Daintree i wąską krętą nitka wśród zapierającej dech w piersiach zieleni posuwaliśmy się na północ. Zanim dotarliśmy na miejsce zaliczyliśmy kolejny punkt widokowy. Troszkę później wylegiwaliśmy się na plaży i taplaliśmy w ciepłym jak zupa oceanie. W drodze powrotnej przez ponad godzinę próbowaliśmy upolować coś do jedzenia. Okazuje się, że miedzy Cape Tribulation a Mossman wszystkie przybytki, niezależnie od klasy mają lunch do 14 a później dopiero od 18 jest kucharz. W miedzyczasie można co najwyżej zjeść chipsy lub kanapkę. Obiad zjedliśmy w Port Douglas, gdzie nie tylko zdzierają, bo to kurort bogatych turystów, ale również próbowali nas okantować.

Czwartek upłynął na zwiedzaniu wodospadów. Wróciliśmy na płaskowyż, gdzie pokręciliśmy się to tu to tam. O tej porze roku nie są one zbyt widowiskowe. Mamy suchy sezon, więc poziom wody nie jest wysoki. Ten dzień właściwie był dość leniwy.

W piatek nasz gość popłynął na spływ pontonowy po rzecze Tully a ja musiałem trochę popracować. W końcu byłoem na urlopie, no nie? Korporacja wyposarzyła mnie w laptopa i karte do łączności z firmowymi systemami. Spędziłem więc kilka godzin w lobby hotelowym gdzie pracuje Ula popijając kawkę, jedząc ciasteczka i wyglądając bardzo poważnie w otoczeniu turystów przebywającyc na „wakacjach swojego życia”. 

W sobote mieliśmy jechać na piknik i zostać na noc na jednej z odludnych plaż. Plan jednak spalił na panewce i zamast tego pojechalismy się poszwędać po ogrodzie botanicznym a następnie do Lake Morris, malowniczo położonego w górach sztucznego jeziora, zbiornika wody pitnej dla Cairns.

Niedziela za to przeniosła nas w czasie. Nasz gość wyrwał się na cały dzień na miasto a my z braku lepszej rozrywki udalismy się do SugarWorld. To zespół basenów i ślizgawek, powstały na miejscu dawnej cukrowni. Wyraźnie zawyrzaliśmy średnia wieku. Przez chwilę zastanawialiśmy się nawet czy nie pożyczyć od kogoś dziecka, by wyglądało, że przyszliśmy z maluchem.

W poniedziałek Ula z naszym gościem popłynęła na rafę. a ja wróciłem do pracy. We wtorek pożegnaliśmy gościa i wszystko wróciło znów do normy. 
 


  • RSS