harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

Banana Story

4 komentarzy

 
*** Gdzieś na dalekim zimnym południu Australii ***

- Córciu, jedz tego banana, nie ociągaj się.
- Ale ja bym wolała soczek.
- W soczku jest za dużo sztucznych dodataktów, a taki banan to samo zdrowie. Ma dużo witamin, jedz to wyrośniesz na piekną królewnę.
- A skąd się biorą banany w sklepie?
- Z dalekiej północy Australii z okolic miasta Cairns.
- Aha

*** Gdzieś na dalekiej tropikalnej północy Australii ***

- Wlej 5 litrów tego owadobójczego i jeszcze ze 4 tego przeciwko grzybom.
- Ale to jest stężone, powinno się lac nie więcej niż 2 litry na tonę wody.
- Lej jak Ci mówię. Mieszanka idzie do samolotu a przy takim wietrze połowę wywieje za plantację.
- Znów bedą się burzyli sąsiedzi.
- Wolałbyś by burzył się szef jak okaże się że 3/4 zbioru trafi na przemiał a nie do ciężarówki Colesa?
- No nie.
- No to lej jak mówię.

***

- Hej kochanie, dobrze, że jz wróciłeś. Właśnie dzwonił sąsiad, by powiedzieć, że od jutra zaczynają opryski.
- Dzieki Bogu to weekend.
- Dokąd tym razem jedziemy?
- Bo ja wiem, ostatnio byliśmy pod namiotem, to może tym razem Ty pojedziesz z dzieciakami do mamusi a ja skocze z kumplami na ryby? Weźmiesz ze sobą psa by się nie podtruł?
- !?!$@#&^!@#!!!!!

***

Daleka północ Queensland to teren rolniczy. Pochodzi stąd ponad 80% austraijskiej produkcji bananów. Mieszkańcy pozostałych  części kraju uświadomili to sobie w momencie, gdy cyklon Larry zrównał z ziemią prawie wszystkie plantacje w wyniku czego cena 1 kg w sklepach na południu kraju podskoczyła z 4 do 14 AUD. Plantacje bananów to drugi po polach trzciny cukrowej najczęściej spotykany krajobraz na południe od Cairns. A droga banana z pola na półkę sklepową wygląda mniej więcej tak:



Typowa plantacja bananów w okolicach Cairns wygląda mniej więcej tak.

 



 


Worki dają ochroną przed ptakami i nietoperzami. Z owadami i grzybami bezlitośnie walczy się chemicznie. Na fotce urządzenie, które wytwarza „mgłę” substancji owado i grzybobójczych.



Z plantacji banany trafiają prosto do sortowni. W Australii nie ma znanych z Polski dojrzewalni, owoce dojrzewają na drzewach.



Kiście owoców są „słusznych” rozmiarów.



W drodze do pierwszego prysznica. Wszak trzeba zmyc tony chemii.



Mniejsze trafiają do innej myjki.



A tu kolejne, już znacznie dokładniejsze mycie.



Sortownia i widok ogólny na „myjki”



To samo miejsce w ujęciu na stanowiska sortowania i pakowania.




W tutejszych warunkach nie potrzebne są ściany. Wystarczy dach nad głową. Dzięki temu można oszczędzić na oświetleniu hali.

 


Po prawej banany w kisciach czekające na mycie, sortowanie i pakowanie. Po lewej pudełka, które wieczorem trafią na półki supermarketów.



W dzisiejszym świecie idealnego produktu wystarczy mała skaza by banan trafił na tą taśmę.



Gdzie czeka go spotkanie z takimi ostrzami.



Jeśli nie jesteś idealnym bananem swój żywot kończysz jako pasza dla bydła.

P.S. Smacznego !!!!!
 


Pewien mój znajomy powiedział: „Jeśli brakuje Ci na wszystko czasu, zrób sobie dziecko, wtedy dopiero się dowiesz co znaczy brak czasu.” Dziecka się nie dorbobiłem, ale „Plan B” skutecznie zabiera resztki wolnego. Ostatnio wlaściwie stałem się monotematyczny niczym kolorowe pismo dla kobiet. Nasze życie nieustannie krąży wokół domu. Od czasu przeprowadzki praktycznie każdą wolną chwilę spędzamy na dłubaniu czegoś. Czasami nawet dosłownie. W większości są to rzeczy „jednorazowe”, jak np. półki i warsztat w garażu czy rury odwadniające podwórko. Raz zmontowane bedą służyły lata. Niestety są też zjadacze czasu od których się nie uwolnimy. Przewrotnie powiem, że zaczynam doceniać zalety mieszkania w bloku. Tam się płaci „body corporate fees”, czyli rodzaj characzu na utrzymanie powierzchni wspólnych i nie obchodzi Cię czyszczenie basenu, obcinanie trawy czy usuwanie zeschłych liści.

Ta ostatnia czynność przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Jako szczęśliwi posiadacze ponad 100 drzew na placu stanęliśmy przed problemem co zrobić z nadmiarem dobra w postaci setek kilogramów suszu. Nie przesadzam. Jeden liść palmy z gatunku Corypha Utan przy 4+ metrach długości waży dobrych kilkanaście kilo. Tych palm mamy na placu 3. W ciągu 2 pierwszych tygodni zebraliśmy 16 liści. Taki „listek” zanim trafi do kosza musi zostać pocięty a to też wcale nie taka prosta czyność. Pomijając, że ogonek ma grubość jaką posiada średnica pnia przeciętnego drzewka bożonarodzeniowego, cholerstwo jest włókniste i tnie się to z równą łatwością jak plecioną stalową linę. W efekcie naszej „walki na zielonym froncie” wywieźliśmy do tej pory 3m3 pociętych i sprasowanych liści a kolejne 1.5m3 już zostało zapakowane do wora i czeka na wywózkę.

Frajdą samą w sobie jest też „mokra robota”. Poprzedni właściciel zainstalował dośc skomplikowany system irygacyjny. Ogródek i trawnik przed posesją obiega 11 obwodów nawadniających. Większość z nich jest poprowadzona pod ziemią od jednej z 2 stacji pomp . Na powierzchnię wyskakują tylko końcówki zraszaczy. Teraz „klepiemy paciory” by nie pękła żadna z rurek.  W przeciwnym razie czeka nas „krecia robota”. W pierwszym tygodniu na fali euforii zafundowaliśmy sobie wymianę 8.5m rury odwadniającej. Zakopana kilkanaście cm pod ziemią dziurkowana rura z PCV, która w zamierzeniu miała odprowadzać nadmiar wody z trawnika po latach została zamulona i zarosła korzeniami. W trakcie „zabawy” dowiedzieliśmy się jak można spieprzyć tak skomplikowaną technologicznie rzecz jak kilof. No ale Chińczyk potrafi i zakupiony kilka godzin wcześniej rozpadł się przy uderzeniu w pierwszy kamień.

Na dziś tyle z „pola walki’. A moglismy kupić mieszkanie i mieć ogordnictwo głęboko w d…


Zaczynam wietrzyć podstęp. Cała akcja pt. „mój jest ten kawałek podłogi” od początku najeżona była przeszkodami i kosztowała nas wiele nerwów. Myślałem, że to skończyło się wraz z sfinalizowaniem transakcji. O w jakim ja żyłem błędzie !!!  Po przygodach z nierzetelnym brokerem Ptaszkiem przejścia z równie nieznośnym bankiem. Zaczęło się od obsługi kredytu przez internet. Nikt z szacownej instytucji finasowej nie raczył się ze mną skontaktować, by udzielić informacji. Chwytam więc za słuchawkę i dzwonię. Po drugiej stronie XXI wiek, maszyna rozpoznająca głos.
- Dziekuje za telefon, z czym do nas dziś dzwonisz. – aksamitnym kobiecym głosem, zalotnie niczym na pograniczu flirtu pyta maszyna
- Loan – odpowiadam.
- Czy chodzi Ci o kredyt na samochód, na dom czy ….
- Dom – rzucam szybko nie dając maszynie się popisać.
Nienawidzę gadać przez telefon a w szczególności do debilnych automatów.
- Czy chodzi Ci o nowy kredyt czy już istniejący – maszyna nie daje za wygraną
- Istniejący – cedzę przez zeby dumny z siebie, że tak gładko poszło.
- Przepraszam, ale nie rozpoznałam Twojgo wyboru, czy chodzi Ci o nowy kredyt czy już istniejący?
Samozadowolenie prysło niczym mydlana bańka.
- Istniejący – powtarzam najwyraźniej jak potrafię.
- Przepraszam, ale nie rozpoznałam Twojgo wyboru, czy chodzi Ci o nowy kredyt czy już istniejący?
Chyba zaraz szlag mnie trafi. Sytuacja powtarza się po raz kolejny. Zaczynam się zastanawiać, czy to czasem nie jest specjalny wybieg by zniechęcić emiggrantów z krajów nieanglojęzycznych. Kiedy już w desperacji chcę poprosić o pomoc „native speakera” ze swojego biura maszyna wreszcie zdecydowała się połączyć mnie z operatorem.
- Dzień dobry, mówi Tony dziekuje że wybrałeś nasz Bank, w czym możemy Ci pomóc? – tym razem już żywa istota. I ku mojej niewymiernej radości tubylec. Znaczy się nie wyeksportowali centrum obsługi klienta do Indii czy Filipin, nie będzie koszmarnego akcentu po drugiej stronie i języka na poziomie gorszym niż mój.
- Właśnie załozyłem sobię na szyję pentlę na jakieś 30 lat i chciałbym wiedzieć jak mocno jest obecnie zaciśnięta, słowem potrzebuję dostępu do rachunku przez internet.
- Ależ prosze bardzo, zaraz to dla Pana uruchomimy, muszę jedynie zadać kilka pytań identyfikujacych.
- Nie ma sprawy stareńki, wal smiało – spoufalam się z osobą z telecentrum.
- Imię nazwisko, numer konta kredytowego, jaka jest Pańska częstotliwość spłat i ile wynosi obecnie rata.
- Wie Pan, właściwie to poza moim imieniem i nazwiskiem, to ja właśnie dzwonię do Pana by się tego wszystkiego dowiedzieć.
- Jak to? To nikt tego Panu nie powiedział? – w słuchawce konsternacja.
- Widzi Pan, nikt do tej pory nie raczył.
Dalej rozmowa już idzie gładko. Dowiaduje się jaki mam numer konta, dowiaduje się jak zdobyć dostęp do internetu. Normalnie, prawie sielanka, prawie.
- Czy mogę coś jeszcze dziś dla Pana zrobić ? – pyta głos po drugiej stronie.
- Przelej mi jeszcze koleś okorągły milion AUD na moje konto – mówię do siebie w myślach a na głos do słuchawki – Tak chciałbym założyć u Was konto bankowe i przekierować spłatę kredytu z mojego istniejącego konta w obcym Banku do Was, znajej, szanowanej i poważnej instytucji z tradycjami.
- Cała przyjemniośc po mojej stronie. Nasze konto pozwoli Panu….. – i tu pojawia się cała litania zalet nieosiągalnych nigdzie indziej na świecie w żadnym banku.
- To ja poproszę o 3 subkonta do tego – wybieram z długaśnej listy.
- Ależ prosze bardzo. Jak je chce pan nazwać.
- Pierwsze „Spłata kredytu”, drugie „PayPal”, trzecie „Direct debit”. I proszę ustawić mo kredyt tak, by minimalna spłatę miesięczną zawsze pobierał z pierwszego konta.
- Oczywiście, proszę chwile poczekać,…….. zrobione. – rzuca zadowolony z siebie człowiek po drugiej stronie słuchawki.
- Dziekuję serdecznie. Czyli od dziś mój kredyt bedzie spłacany automatycznie z tego konta?
- Od jutra, wszystkie zmiany są uruchamiane od nasteponego dnia. A czy reflektuje Pan może na kartę kredytową z naszego banku.
- Nie, dziekuję.
- A może ubezpieczenie domu? 
- Nie.
- Samochodu? – gość nie daje za wygraną
- Nie, dziekuję. To wszystko. Nic więcej poza tym, co już załatwiliśmy od Was nie kupię.

****

Nazajutrz.

Klik, klik, klik, login, hasło, jest. O, widze ile muszę jeszcze spłacić. Ale gdzie są konta i subkonta ? Szybki rzut oka na ekran i znajduję opcję „dolinkuj konto”. Wchodzę. „Podaj proszę numer konta, który chcesz dolinkowć”. No żesz w mordę !!!! Skąd ja mam to wiedzieć. W ruch idzie telefon. 
- Dziekuje za telefon, z czym do nas dziś dzwonisz.
- Bankowość
- Czy chodzi Ci o nowe konto czy już istniejące
- Istniejące.
- Przepraszam, ale nie rozpoznałam Twojgo wyboru, czy chodzi Ci o nowe konto czy już istniejące…..
Kilka wyzwisk i inwektyw później.
- Dzień dobry, mówi Jodie dziekuje że wybrałeś nasz Bank, w czym możemy Ci pomóc?
- Dzień dobry, jestem waszym klientem, mam u Was kredyt a wczoraj tony założył mi konto bankowe i właśnie chce je dolinkować do mojego uzytkownika w internecie.
- Ależ prosze bardzo, muszę jedynie zadać kilka pytań identyfikujacych, prosze mi powiedzieć imię nazwisko, numer konta bankowego i subkont.
- Widzi Pani, właściwie to poza moim imieniem i nazwiskiem, to ja właśnie dzwonię by się tego wszystkiego dowiedzieć.
- Jak to? To nikt tego Panu nie powiedział?
- Tony wczoraj tak skoncentrował się na próbie sprzedaży mi karty kredytowej, ubezpieczenia samochodowego itp., że zapomniał o tym drobiazgu.
- Zaraz to naprawimy.
Po kolejnej sesji identyfikacyjnej w stylu „100 pytań do” dostaję cztery ciągi cyferek, numery moich kont.
- Dziękuje bardzo.
- Ależ proszę i przepraszam za Toniego za wczotaj.
- Nie ma sprawy. Do widzenia.

****

Klik, klik, klik, login, hasło, jest. Dodaj konto, pierwszy numerek, zatwierdź jest. Dodaj konto, drugi numerek, zatwierdź, jest. Idzie jak z nut.

Kilka kliknięć później.

Konto główne i  subkonta dolinkowane. Wygląda nieźle, no ale z którego bedą sobie automatycznie pobierać ratę kredytową?

****

- Dziekuje za telefon, z czym do nas dziś dzwonisz.
- Bankowość.
- Czy chodzi Ci o nowe konto czy już istniejące
- Istniejące.
- Przepraszam, ale nie rozpoznałam Twojgo wyboru, czy chodzi Ci o nowe konto czy już istniejące…..
Kilka wyzwisk i inwektyw później.
- Dzień dobry, mówi Peter dziekuje że wybrałeś nasz Bank, w czym możemy Ci pomóc?

****

Po spłacie pierwszej raty kredytowej.

Klik, klik, klik, login, hasło, jest. O rate kretytową pobrali sobie z odpowiedniego subkonta, o 1 cent mniej niż powinni, jacy porządni. Spłaćmy teraz kartę kredytową w „starym banku”. Klik, klik, klik, login, hasło, jest. A wlaściwie nie ma.  O kur….. saldo -200 AUD. Ktoś wyczyścił nam konto !!!! Klik, klik, klik, historia transakcji, pozycja druga „automatyczny transfer do instytucji kredytowej – spłata kredytu hipotecznego”, beneficjent – znana, szanowana i poważna instytucja finansowa z tradycjami.

****

Kilkanaście obrzydliwych przekleństw później.

- Dziekuje za telefon, z czym do nas dziś dzwonisz.
- Loan.
- Czy chodzi Ci o kredyt na samochód, na dom czy ….
- Dom.
- Czy chodzi Ci o nowy kredyt czy już istniejący.
- Istniejący
- Przepraszam, ale nie rozpoznałam Twojgo wyboru……

Po dobitnym „f… you” rzuconym do słuchawki.

- Dzień dobry, mówi Vilia dziekuje że wybrałeś nasz Bank, w czym możemy Ci pomóc?
- Dzień dobry. Jakby tu Pani powiedzieć, oskubaliście mnie na parę tysięcy AUD, dodatkowo mój „stary bank” wlepił mi karę za przekroczenie stanu konta.
- Ależ to niemozliwe !!!
- A jednak prawdziwe.
Klika trzasków słuchawki później.
- Bardzo Pana przepraszam, rzeczywiście skasowaliśmy Pana dwa razy.
- I co możemy z tym teraz zrobić ?
- Oczywiście zwrócimy Panu pieniądze……
- Bardzo dziękuję, na prawdę muszę mieć jakiś grosz by zapłacic dziś rachunki…
- …. ale zjamie to 7 dni roboczych.
- Że co proszę ? Potraficie ściągnąć pieniądze z obcego konta w ciągu jednego dnia a potrzebujecie aż siedmiu by je zwrócić? Czy aby na pewno robicie przelew a nie wysyłacie tego gołębiem pocztowym?
- Niestety, takie są procedury.
- Vilia, procedury procedurami, ale ja musze dziś spłacić kilka rachunków i potrzebuję gotówki od zaraz.
- Dobrze, nie rozłączaj się dowiem sie u szefa co się da zrobić.

Mineło kilka minut. Początkowo miła i nienachalna melodia w słuchawce zaczęła drażnić jak brzęczący nocą komar.

- Halo, jest Pan jeszcze na lini?
- No a jakże, w końcu tym razem to mi płacą a nie ja płacę, więc warto czekać – odparłem. 
- Znalazłam rozwiązanie. Jesli Pan się zgodzi może Pan podjąć gotówkę w oddziale naszego banku. Prosze tylko powiedzieć w którym a ja już to zorganizuję.
- Ok, to ja w to wchodzę. Ale proszę się upewnić, że sytuacja się nie powtórzy w przyszłym miesiącu.
- Osobiście anulowałam podwójne zlecenie, nie powtórzy się na pewno.
- Dziekuję Vilia, miłego dnia.

Dwie godziny później wyrwałem się z pracy, podjechałem do oddziału i sfinalizowałem transakcję. Po drodze z banku pomysałem, że chyba jeszcze się nie znaturalizowałem do końca. Poza pokryciem kary, którą wlepił mi mój „stary bank” powinienem zarządać zadośćuczynienia za poniesione straty moralne, np. umożenia całego kredytu na dom. Czemu nie, próby wyłudzenia korzyści nieadekwatnych do do skali odniesionych szkód są w Australii na porządku dziennym a Polacy swoją drogą też są niezłymi naciągaczami. Jednak nie należę do osób, które nie czują obciachu i byłoby mi wstyd.

Wiele instytucji użyteczności publicznej w Australii cieszy się moim głębokim uznaniem i szacunkiem. Z  pewnością należą do nich poczta, policja, straż pożarna, ratownicy ze służb „SES”. Bankowość jednak zawsze oceniałem bardzo krytycznie. Głównie dlatego, że polski system bankowosci detalicznej postawił bardzo wysoką poprzeczkę, którą niełatwo jest pokonać. Drażni mnie w Australii ślamazarne tempo transferu pieniędzy, brak dostatecznej informacji w opisie transakcji, niewystarczające miejsce na tytuł przelewu, gdzie nie zawsze można zmieścić długaśny numer referencyjny. Przede wszystkim jednak uważam za zbrodnie brak jednolitego standardu dla numeracji kont. I tak w Westpacu konta są sześciocyfrowe, w Commonwealth osmiocyfrowe, a w ANZ czy Suncorp dziewięciocyfrowe. Brak sumy kontrolnej w połączeniu z brakiem walidacji nazwy konta z jego numerem przy transakcjach do innych banków może uczynić Cię „dobroczyńcą mimo woli”. Wystarczy, że pomylisz się w jednej cyferce a błędne konto bedzie istniało.

Aussie life style.

1 komentarz

 
Wtorek 30 września, koniec miesiąca, koniec kwartału, koniec końców. Wpadam rano do pracy nabuzowany jak bomba. Koniec miesiąca to w moim przypadku nawał roboty. Koniec kwartału -  jeszcze więcej roboty. Patrzę, wokoło wrze jak w ulu. Moje biurko zawaliła sterta papierów. Ostatnie dwa dni wyrwałem się z pracy by uskutecznić przeprowadzkę, o czym nieomieszkam napisać nieco później. Efekt – co przypadało do zrobienia na 3 dni bedę musiał scisnąć w jeden. Ledwo przekraczam próg biura a dopada mnie Jodie, asystentka Zbieracza Zamówień na wyrost zwanego tu Sales Managerem. Już od wejścia krzyczy, że musze szybko oszacować sprzedaż, bo ona nie wie ile jesteśmy „za krótcy” w tym miesiącu i ile ma wyskrobać by zrealizować plan. Dodatkowo musze rozliczyć kierownika produkcji z kilku projektów by ona mogła to zafakturować. Ledwo skończyła dopada mnie Lisa, nasz specjalista od zakupów. Muszę „klepnąć” cztery projekty, bez tego nie może zamówić materiałów do produkcji a musi to zrobić przed końcem miesiąca. Ron I Bezzębny również zrobił sobie długi weekend i dziś organizuje naradę kierowniczą, która normalnie odbywa się co poniedziałek, co oznacza kolejną godzinę spędzoną bezproduktywnie. Zaraz po tym spędzie mam telekonferencję z centralą i podobnymi mi nieszczęśnikami z innych fabryczek Korporacji, następna godzina wyjęta z życiorysu. Wszyscy biegają w rożnych kierunkach próbując coś załatwić na ostatnią chwilę, byle zdążyć przed końcem miesiąca. Pośród tego zamieszania i ogólnego rozgardiaszu około godziny 8.30 Frank, kierownik „sekcji maszyn” spokojnym krokiem kieruje się do wyjścia. Na pytanie „Dokąd idziesz ?” ze stoickim spokojem odpowiada „Jak to dokąd? Ide na ryby !!!” Połowa naszej ekipy stanęła jak wryta, druga połowa zaczęła pokładać się ze śmiechu. Ale Frank nie żartował. Wyszedł z biura, pojechał na przystań i popłynął na ryby. I chyba dobitnie dał nam do zrozumienia co znaczy znaleźć równowagę między pracą a życiem osobistym. Z początku byłem zły na niego, poźniej pomyślałem, że dobrze zrobił. Przyszedł do pracy o 6.30, ustawił całą zmianę, dzień wcześniej odwalił całą „papierologię”. Złość przeszła mi zupełnie kiedy dziś w zamrażalniku znalazłem kilka kilo ryb a dokładniej świeżych filetów. 
 


  • RSS