harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008


Zwolenników i zwolenniczek poprawiania urody za pomocą skalpela nigdy nie brakowało. Ludzie, którzy wychowali się w dobie zachwalania perfekcyjnej (ich zdaniem) urody nie szczędzą sił i środków by kupić nową wersję siebie. I nie prawda, że robi to tylko Cher, Michael Jackson i inne podstarzałe gwiazdki hollywood pragnące być „forever young”. Kilka sezonów temu w jednej z Australijskich wersji Big Brothera pojawiła się 18-latka z wypchanymi cyckami. Myślałem jednak, że nie może być nic głupszego niż ostatni szał prezetów komunijnych. Stare poczciwe zegarki, rowery i trochę nowocześniejsze komputery ustępują pola operacjom plastycznym odstających uszu.  Z błędu wyprowadziła mnie Nowozelandzka sieć „3news”. Okazuje się, że ostatnim hitem w Australii i Nowej Zelandii są …… operacje plastyczne żeńskich narządów płciowych. Prawdziwym hitem ginekologii estetycznej jest labioplastyka, czyli zmiana rozmiaru i kształtu warg sromowych większych i mniejszych. Równie popularne są waginoplastyka, czyli zabieg zwężania pochwy i wyeksponowanie punktu G. Powiększanie punktu G polega na wstrzykiwaniu kolagenu w ścianę pochwy. Obszar ten ma się nie tylko stać większy, ale również bardziej wrażliwy. Dr Ted Weaver, z którym przeprowadziła wywiad stacja,  opowiada o mężczyźnie, który przyniósł ze sobą zdjęcie gwiazdy porno i poprosił lekarzy o upodobnienie  narządów płciowych swojej dziewczyny do tego, co doskonale podkreślało ujęcie. Kobiety chcą mieć idealną skórę, perfekcyjny nos i usta, czemu więc pomijać w tym wszystkim pochwę czy wargi sromowe zapytuje nowozelandzka agencja. A ja się zapytam, czy istnieją zabiegi odsysania głupoty?

 
Jak mówią dobrze poinformowani jedno zdjęcie jest warte więcej niż 1000 słów. Dlatego dziś proponuję dwadzieścia dwa tysiące słów o naszej wyprawie na archipelag Wysp Franklanda. Beletrystyka na ten sam temat pojawi się w następnej notce. A może nie. Wszystko zależy ile znajdę czasu.



Początek wyprawy -  rzeka Mulgrave, królestwo krokodyli



Łachy piachu na rzece połączony efekt odłpywu i suchego sezonu.



Estuarium połączonych rzek Mulgrave i Rusell



Rusell Heads, osada o której wspominałem w poprzeniej notce.



Cel dzisiejszej wyprawy – Wyspy Franklanda



Ujecie w stronę Bramston Beach.



Jeszcze jedno ujęcie w tym samym kierunku.



Już prawie na miejscu.



Dobijamy do Wyspy Normanby.



Laguna po wschodniej stronie wyspy podczas odpływu.



Widok znad laguny w kierunku Wysp Marbel i Rusell.



Główne elementy składowe plaży.



Plaża po północno-wschodniej części Wyspy Normanby.



Prom, którym przypłynęlismy.



Szpulka na tle skał po wschodniej stronie wyspy.



Korzystając z odpływu po płyciznach dostalismy się na sąsiedną wyspę.



Wyspa Marbel w większości jest skalista.



Widok w stronę Wyspy Rusell. Nie chcałbym być rzucony falą o taką skałę.



Plaża po zachodniej stronie Wyspy Normanby.



The worst reef experience ever !!!
Ogromne fale kompletnie uniemożliwiały pływanie z rurką i podziwianie rafy.



Teren na piknik.



Powrót znów wiedzie poprzez krainę krokodyli. Mangrowce na rzece Mulgrave.
 


Eksplorując za pomocą Google Maps okolice Cairns na wschód od przedmieścia Deeral tuż przy ujściu do oceanu rzek Mulgrave/Russell można natknąć się na siatkę ulic, które nie mają żadnego połączenia ze „światem zewnętrznym”. Kiedy bliżej się przyjrzymy odkryjemy, że na porośniętym tropikalnym lasem obszarze w rzeczywistości nie istnieje żadna infrastruktura. Czy to co pokazuje Google jest więc przekłamaniem lub pomyłką? I tak i nie. Ta nieistniejąca osada nazywa się Woolanmarroo. Pierwszymi Europejczykami, którzy tu dotarli byli Dalrymple oraz Robert Johnstone and Walter Hill. Miało to miejsce 1873 roku. Obszar graniczący z dość sporą laguną nadawał się idealnie pod nowe osiedle. Wkrótce wkroczyli do akcji planiści wyznaczając na obszarze ponad 10 ha siatkę ulic oraz 98 działek budowlanych. Na tym rozwój Woolanmarroo stanął na ponad 100 lat. W 1994 roku w Cairns Post ukazał się artykół w którym w imieniu wlaścicieli dziłałek Billa i Michelle Pursche zaproponowano stworzenie na tym terenie turystycznego ekoparku. Publikacja wzmogła zainteresowani różnych grup tym obszarem. Po ponad 10 latach teren został wspólnie wykupiony przez rząd federalny i stanowy i proklamowany obszarem chronionym. Wyglada na to, że siatka ulic, którą widzimy na Google nigdy nie zostanie wyasfaltowana. Nigdy nie powstanie tam równiez kanalizacja, oświetlenie uliczne czy przyłącza sanitarne. Nikt juz nie postawi szopy zwanej tu eufemistycznie domem. Woolanmarroo zostanie miastem widmem, tyle, że nie wyludniionym a nigdy nie zaludnionym.  Nie ma go w spisie Australia Post, nie ma w wielu rejestrach urzedowych. Istnieje tylko w google Maps.

Na południowym brzegu estuarium jakie tworzy ujscie połączonych rzek Mulgrave i Russell znajduje się osada Russell Heads błędnie czasami Woolanmarroo South. To miejsce jest równie ciekawe jak jego sąsiad z drugiego brzegu. Prosze przesunąć mapkę i się przyjrzeć. Nie prowadzi tam żadna droga. I choć nie jest położone na wyspie można tam się dostać jedynie lódką lub helikopterem. Idealne miejsce dla każdego, kto chce zaznać trochę prywatności i uciec od zgiełku. Cisza i spokój murowana. Można zatrzymac się w zlokalizowanym tam hotelu. Ceny umiarkowane, wrażenia niepowtarzalne.

View Larger Map

 
Woolanmarroo (na pierwszym planie) i Russell Heads

To i owo.

7 komentarzy

 
Masz problemy w pracy, Twój kluczowy pracownik złożył właśnie wymówienie, szef Cię miesza z błotem albo koledzy Cię szykanują i nie możesz spać po nocach ? Albo może masz kilkumiesięczne dziecko, które ciągle choruje i płacze non stop? Może przewracasz się każdej nocy z boku na bok, bo meczy Cię sumienie za swe niecne uczynki i cierpisz na insomię? A może dopadły Cię te wzystkie problemy na raz i wydaje Ci się, że wiesz wszystko o bezsenności? Zapewniam Cię, że nie wiesz nic o bezsenności dopóki nie mieszkasz pod jednym dachem z kotką w czasie rui. Kłopot właśnie przeżywa swoją pierwszą ruję. Dla nas oznacza to wysłuchiwanie całodziennych i całonocnych koncertów składających się na przemian z miałczenia i wycia w niebogłosy dźwiękiem nie przypominającym niczego z tego swiata. Ale wyjący całymi dniami kot to nie wszystko jak się mieszka w północym Queensland. W sukurs przychodzi przyroda. Problem zaczyna się około 2.30. Wtedy właśnie Kłopot zaczyna usilnie nas budzić. Wskakuje na łóżko staje tuż nad głowami i zaczyna mruczeć. W półśnie zgarniam go do siebie i próbuję głaskać. Wije się i wciera we mnie dopóki mam siłę ruszać ręką. Kiedy tylko przestanę zeskakuje na podłogę i pędzi do salonu gdzie siada pod drzwiami balkonowymi wyjąc wniebogłosy. Wtedy dostaje jeszcze jedną szanse na uspokojenie. Zwlekam się z wyrka, biore kota pod pachę i ide do łóżka. Starając się jednocześnie spać i głaskać kota próbuję ratować i tak już nieprzespaną noc. Około godziny 4.00 włączają się ibisy i jeszcze jeden gatunek bandyckiego ptactwa, którego na razie nie zidentyfikowałem. Zaczynają drzeć się jak ząbkujące niemowle, tyle że 3 razy głośniej i donośniej. W naszym klimacie przez 365 dni w roku śpimy przy otwartych oknach. Nawet gdybyśmy je zamkneli niewiele by to zmieniło. W AU pojęcie okna dźwiękoszczelnego nie jest znane. Niewyspany i zły patrzę jak budzi się dzień. I wtedy przylatują one, jedne z ikon Australii, Kukubary. Cztery ptaszydła urządzające sobie kłótnie kilka metrów od stołu gdzie jesz śniadanie potrafiłyby wyprowadzić ze spokoju nawet stoika.



Cztery awanturnice na słupie.

 
Jak co roku o tej porze mamy w północnym Queenslandzie zbiory trzciny cukrowej. Sezon trwa od czerwca do grudnia. Symbolicznym początkiem jest święto Urodzin Króleowej a koniec wyznaczają Święta Bożego Narodzenia. Tak jak w Polsce podczas żniw trzeba zachować szczególną uwagę na kombajny i maszyny rolnicze na drodze, tak w okolicach Cairns trzeba uważać na pociągi zwożące trzcinę z plantacji. Większość zbiorów dowozi się do cukrowni kolejkami wąskotorowymi. Pociągi nie poruszają się zbyt szybko, góra 20 km/h, więc zanim tasiemcowej długości skład przejedzie drogę można spokojnie przejrzeć poranną gazetę. Zanim minie Cię ostatni wagonik czoło pociągu już jest na następnym przejeździe. Kiedy w drodze do pracy trafię na taki skład mam spokojnie 15 minut w „plecy”. Na załączonych fotkach dowód rzeczowy.



Początek składu, to światełko po lewej stronie fotki.

 


W drodze na plantację 



Gotowa do zbiorów trzcina jest dość słusznych rozmiarów.

 Cairns to nie tylko rafa koralowa, piaszczyste plaże i tropikalny las deszczowy. Cairns to również góry. W granicach miasta znajdują się dwa najwyższe szczyty stanu Queenstand. Ale dziś nie o nich. Dziś o Walsh Piramid. Choć ma tylko 922 m n.p.m., czyli nieco więcej niż połowa wysokości Mount Bartle Frere jest najbardziej rozpoznawalną górą w mieście. Zarazem jest to jedna z najwyższych wolnostojących gór na świecie. Położona w południowej części Cairs w dzielnicy Gordonvale tuż przy głównej drodze prowadzącej do miasta widoczna jest z odległości wielu kilometrów stanowiąc coś na kształt de-facto witacza. Na szczyt można się dostać wąską ścieżką. Ponad trzygodzinną wspinaczkę nagradza wspaniały widok na ocean i sąsiadujące pasna górskie. Plotki głoszą, że najtrudniejszym etapem wspnaczki jest dostać się do podnurza góry. I nie dlatego, że droga jest tak kiepskiej jakości, ale dlatego że jest tak fatalnie oznakowana. Jeśli ktoś jest wystarczająco masochistycznie skrzywiony zapraszam w sierpniu, kiedy to odbywa się „Wielki Wyścig”. Setki ludzi próbują wbiec i zejść na dół w jak najkrótszym czasie by zgarnąć 5 000 AUD nagrody. Głupszą rozrywkę proponują jedynie opiekunowie krokodyli angielskim backakersom. Stawiają bowiem puszkę piwa na łbie krokodyla i może sobie ją wziąć każdy, kto jest wystarczająco odważny głupi by po nią pójść.



Magnetyczny kształt piramidy.

A na koniec kilka fotek z ostatniej niedzieli. Bramston Beach, jedna z plaż w granicach Cairns. Ta rzeczółka to typowe przyoceaniczne estuarium pełne krokodyli. Przeprawa wpław raczej niepolecana. Jedyna metodą na jej pokonanie jest poczekanie na odpływ i przebrodzenie przez ocean daleko od ujscia.



 

Ula właśnie przeprawia się przez ocean u ujścia strumienia. Trzeba dokładnie sprawdzić godziny przypływu i odpływu by nie utknąć na drugim brzegu kiedy ocean przybierze 2m.



Za strumieniem kilometry dzikiej plaży. Na takie oddzielone skałami piaszczyste skrawki można dostać się jedynie od strony oceanu. Prywatność zapewniona, zbliżającą się lódkę widać z kilku kilometrów.



 

Morska piana, powód do głupawki dobry jak kazdy inny. Czasami jednak wymachiwanie kończynkami kończy się nieprzewidzianie. Wystarczy trochę większa fala, która wracając wymyje piasek spod stopy i na efekty nie trzeba długo czekać. Efektowny orzeł utrwalony został przez fotografa Szpulkę na posterunku.
 






A na koniec jescze Bramston Beach podczas odpływu.
 


  
 

 


Wstępującym do Unii Polakom włos się jeżył na głowie kiedy dowiedzieli się, że po akcesji marchewka zostanie przemianowana z warzywa na owoc, gdyż ogólnikowo mówiąc wg. unijnych biurokratów owocem jest wszystko, z czego daje się wytworzyć dżem. Australijscy politycy poszli jeszcze dalej w swojej radosnej twórczości legislacyjnej i okazuje się, że zwierze, które rozmnaża się na lądzie, ma niepodważalnie ugruntowaną w systematyce pozycję gada można jednym podpisem przemianować na rybę. Stało sie tak dzięki Agriculture, Fisheries and Forestry Legislation Amendment (Export Control and Quarantine) Bill 2006. Zmieniona definicja słowa ryba oprócz krokodyli objeła również krewetki, małże oraz skorupiaki.  Karol Darwin przewraca się w grobie. Duże brawa dla resortu rolnictwa. Może wywodzący się z Gipslandu w stanie Wiktoria ówczesny minister nigdy w zyciu nie widział krokodyla, ale powinien widzieć krewetki w swoim lokalnym sklepie. Może obecny rząd pójdzie dalej i jednym podpisem ograniczy do 0 emisję gazów cieplarnianych zmieniając definicję dwutlenku węgla? Zaczynam dostrzegać przewrotny urok powiedzenia „tak, tak krowa to też piękny ptak”.

W Australii oficjalnie ryba
W Australii oficjalnie ryba.
 


Australia cierpi na chroniczne problemy z dostępnością wody pitnej. Przyczyny tego stanu rzeczy leżą zarówno po stronie przyrody (dopadła nas susza) jak i człowieka (fatalna infrastruktura, bezmyślna rabunkowa gospodarka wodna). Na wielu obszarach kraju woda jest „reglamentowana”. Restrykcje nakładane są na mieszkańców przez lokalne samorządy (brak spójnej polityki), więc trudno jest porównać komu jest lepiej a komu gorzej. Ostatnie dostępne statystyki (za www.water.gov.au) wskazują, że przeciętny Australijczyk w swoim gospodarstwie domowym zużywał 103 kL wody rocznie. Dla geniuszy podam, że jest to 282 litry dziennie na łebka. Największa konsumpcja jest w Zachodniej Australii 493 litry dziennie na osobę, najmniejsza w Wiktorii 221 l. Dane, o których mówię obrazuje poniższy wykres.

Od czasu, kiedy przeprowadzano te badania restrykcje znacznie się wzmogły. W zeszłym roku w Brisbane limit wynosił już tylko 140l na osobę dziennie.

W czwartek dostaliśmy od prawnika końcowe wyliczenia dotyczące zakupu naszego domu. Tak bardzo się skupiliśmy na wszelkich opłatach prawnych, podatkach, itp., że całkiem zignorowaliśmy „mokrą sprawę”. Dopiero kiedy nasz prawnik zadzwonił z informacją, że coś jest nie tak a Rada Miasta wysłała ekipę by sprawdziła na miejscu czy nie ma jakiegoś wycieku zaczęliśmy panikować. Zerknąłem na kalkulacje i ……. o mało nie spadłem z krzesła. Później była już tylko seria telefonów. To do prawnika, to do sprzedającego, to  do agenta. W najczarniejszych scenariuszach widzieliśmy rurę pękniętą pod domem, która niczym kurzawka w Moskwie wypłukuje ogromną dziurę pochłaniającą w całości dom oraz połowę przyległości. W trochę mniej pesymistycznych wizjach pojawiał się australijski fachowiec w żółtym kasku z młotem pneumatycznym w ręku, słuchawkach an uszach i petem w gębie ryjący płytki i beton na wskroś salonu, kuchni, werandy i sypialni wprost do łazienki. Nie uwierzyliśmy zapewnieniom agenta, że wszystko jest ok., wszak pośrednicy w handlu nieruchomościami to wraz z dealerami samochodowymi największe szuje w całej Australii. Nie uwierzyliśmy również byłej właścicielce domu. Sprintem, łamiąc wszystkie ograniczenia prędkości popędziliśmy na miejsce. Po zakręceniu wszelkich kurków z sercem na ramieniu i obłędem w oczach obserwowaliśmy licznik. Stał jak wryty. Katastroficzne wizje domu-skarbonki zostały nomen-omen rozmyte. Nie ma pękniętej rury, dom nie jest podmywany, nie czeka nas wydanie fortuny na „dzień dobry”. Skąd więc ta panika? Wyliczenia Rady Miasta wskazywały, że średnie zużycie wody na przestrzeni ostatnich 109 dni wynosiło 3535l dziennie. Tak, trzy i pół tony wody dziennie, to jest 147 litrów na godzinę (nieduża wanna), około 2.5 litra na minutę. Przez 60 minut na godzinę, 24 godziny na dobę, 109 dni okresu rozliczeniowego. W domu zamieszkiwały dwie osoby, co daje 1767,5l na osobę na dzień. Mając na uwadze 140l dziennego limitu w Brisbane można wpaść w panikę.


Kiedy w Cairns mówimy o Azjatach mamy na myśli przybyszów z Dalekiego Wschodu, głównie Japończyków, Chińczyków, Koreańczyków, Wietnamczyków, tak jakby to właśnie oni zawłaszczyli cały kontynent. Pozostałe nacje jak Arabowie, Sikhowie, Hindusi czy Filipińczycy nie mieszczą się w tym pojęciu. Temat przewinął się już przez bloga jak tylko Quantas obwieścił, że likwiduje 14 lotów tygodniowo do Tokyo. Jak to wygląda po kilku miesiącach, gdy sprawa już nieco okrzepła ??

Lokalni przedsiębiorcy najwyraźniej nie wierzą, że turyści z Japoni przesiądą się do Jetsaru, tańszej lini lotniczej, która w ograniczonym zakresie weszła w niszę po firmie-matce. Dziś już gołym okiem widać lekką panikę na rynku. Pierwszym sygnałem było zamknięcie jednej z najbardziej prestiżowych japońskich restauracji w mieście. Knajpka była z tych z „górnej półki”. Stawki za obiad/kolację zaczynały się od 60 AUD/os ale realnie to trzeba było wysupłać 100-130 AUD/os by należycie oddać się ceremoniałowi. Nie tylko ceny świadczyły o jej pozycji. Dochodził tu gustowny, starannie dobrany w najmniejszych detalach wystrój bijący autentycznością oraz nietuzinkowe wyszukane dania z Kraju Kwitnącej Wiśni. Słowem nie było to miejsce japońskopodobne, gdzie przy laminowanych stołach siedząc na twardych krzesłach można było za kilka dolarów zjeść sushi, miskę ryżu z warzywami czy surogat zupy. W tej knajpce siedziało się na miękkich poduszkach przy niskich stołach, które obsługiwała kelnerka ubrana w kimono, albo wokół wielkiego stołu który sąsiadował z miejscem gdzie prawdziwi mistrzowie sztuki kulinarnej wyczarowywali cuda z ryżu, owoców morza i ryb. Niepotwierdzone plotki głosiły, że na specjalnych zamknietych imprezach specjały „serwowane” były na ciele nagiej modelki.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc sama w sobie likwidacja tego przybytku mogłaby być zrzucona na kark innych przyczyn. Dokładniejsza lektura cotygodniowej gazety rozwiewa jednak wątpliwości. Na rynku obecnie wystawiono na sprzedaż 3 inne japońskie restauracje. Dodatkowo właśnie pojawiły się na liście dwa japońskie sklepy oraz sporo innych miejsc tradycyjnie nastawionych na obsługę Japońskich turystów. Obserwuję sytuację regularnie co tydzień i takiego ruchu w interesie nigdy nie było. Przedsiębiorcy najwyraźniej ocenili, że lepiej teraz wyjść z interesu z zyskiem niż utknąć z nierentownym biznesem, na który nie będzie później chętnych. Inni próbują przebranżowienia i szukają szansy w przyciągnięciu lokalnej klienteli np. nieznaną dotychczas w Cairns kuchnią brazylijską.

Odpływ japońskich klientów na rzecz np. Chińczyków dostrzegany jest nie tylko przez restauratorów, hotelarzy czy sklepikarzy. Lokalny półświatek wydaje się podzielać te obawy. Wertując ogłoszenia z rubryki „usługi dla dorosłych” dziś wyraźnie „królują” Chińki. Rok temu prym wiodły przedstawicielki najstarszego zawodu świata z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nawet lokalny burdel stara się skusić klientelę innymi atrakcjami.

Czy Cairns zdycha? Niekoniecznie. Nie mialo to miejsca ani po atakach 11 września kiedy mieliśmy ogólną panikę, ani po wybuchu epidemii SARS, która skutecznie wystraszyła na pewien czas turystów od podróży z przesiadką w Singapurze czy HongKongu.  Moim zdaniem następuje jedynie ewolucja w innym kierunku.


  • RSS