harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

…. najlepszym atakiem ? Hmmm, ?

Właśnie dowiedziałem się czegoś, co mnie zupełnie zbiło z tropu. Jedna
akcja i rozłożyła mnie na łopatki. Psychologiczna zagrywka wykańczająca
przeciwnika. Ale do rzeczy…

Moim „ulubionym wrogiem” w pracy jest mój bezpośredni szef, „Ron I
Bezzębny” udzielny książę naszej fabryki. Jak pisałem onegdaj prowadzi
ją niczym afrykański satrapa. Mimo całej mojej niechęci do niego muszę
przyznać, że nie jest tak do końca zły. Coś tam robi i daje to w
pewnych obszarach na prawdę pozytywne efekty. Prawda jest taka, że
fabryka była tak zapuszczona, że zrobienie czegokolwiek daje efekt
postępu. Przy okazji jednak równo okrada swojego pracodawcę dorabiając
sobie na boku do i tak nie małej pensji, domu i samochodu. Czasami
sprzeda jakąś maszynę, która oficjalnie jest zezłomowana inkasując całą
należność do własnej kieszeni, czasami muszę podpisywać faktury na 11
kg worek żarcia dla psa, którego z resztą nie ma a regularnie co
tydzień wypłacamy okrągłą sumkę jego żonie, oficjalnie naszej
sprzątaczce. Słowem niewielkie różnice w stosunku do obrywów na boku
polskich dyrektorów.

W mojej korporacji, jak na każdą socjalistyczną instytucje przystało
jest wyznaczona ścieżka kariery, awansu, pochwał, nagan, nagród i
odznaczeń. W myśl zasady „chleba i igrzysk” raz do roku organizowana
jest wielka gala na kształt Oskarów, gdzie wybierany jest „Pracownik
Roku”. Gala ma podobny charakter jak gala oskarowa. Wielki spęd do
sali, gdzie najpierw przedstawiani są nominowani do nagrody a później
wynajęta gwiazdka australijskiego show businessu wręcza nagrodę. Zadna
tam extra kasa, tradycyjnie, socjalistycznie: ronia, klapa, goździk,
buzi. Tak jak w Oskarach  kategorii jest dość dużo. I tak można zostać
„Pracownikiem Roku” w kategoriach integrator czy lider zespołu, albo w
Młodym Pracownikiem Roku zwanym przeze mnie szyderczo „The Pampers of
the Year”, które to określenie bardzo się spodobało moim
współpracownikom. W sumie kategorii jest kilkanaście, czyli szansa na
zdobycie wyróżnienia mniej więcej taka jak na order w radzieckiej armii
czy hemoroidy. Prędzej czy później każdy to dostanie. Ale co to ma
wspólnego ze mną ?

Nie dalej jak w piątek dowiedziałem się pocztą pantoflową, że zostałem
nominowany do tego „wyróżnienia”. Nie byłem bardzo zaskoczony. Od
dłuższego czasu zauważyłem pewne „podchody” w moim kierunku. A to mój
pryncypał przyleciał specjalnie z Nowej Południowej Walii by
przeprowadzić ze mną osobiście roczną ocenę. W zeszłym roku zrobił to
przez telefon. A to dostałem „cynk”, że ktoś szukał moich testów
psychologicznych. Cały czas jednak przypisywałem to do proceduralnej
biurokracji pt. roczna ocena pracownika. Nominacji do korporacyjnego
Oskara się nie spodziewałem. Jeszcze mniej spodziewałem się tego, że
moją nominację zgłosi Ron I Bezzębny. To mnie na prawdę zbiło z tropu,
bo taka nominacja wymaga od zgłaszającego dość precyzyjnego
uzasadnienia. I zachodzę w głowę co do k… nędzy jest grane? Gdzie
jest haczyk, dlaczego ja? A najbardziej jednak nurtuje mnie dlaczego to
zrobił Bezzębny?
 


…. lecz życie tak niepowtarzalne jest. Australia ma najgorszy z cywilizowanych krajów współczynnik „dostępności” nieruchomości. Średnia cena domu przekracza ponad 7-krotnie średnie roczne dochody gospodarstwa domowego. Na dodatek, by zakupić w całości na kredyt przeciętny dom, statystyczny Australijczyk musiałby przeznaczyć 105% swoich miesięcznych dochodów na spłatę raty. Stawia to w trudnej sytuacji wiele rodzin budując jednocześnie rynek dla wynajmu. Czasami wręcz zakup własnego domu z punktu widzenia zdyskontowanych przepływów pieniężnych jest nieopłacalny. Mimo to, ludzie nie zawsze kierują się racjonalnymi przesłankami czy kalkulacjami finansowymi i realizują marzenia wszelkim kosztem.

Bardzo często powtarzaną „historyjką” przez kupujących, którzy nie mogąc sobie pozwolić na wymarzony dom i szukają kompromisów, jest stereotyp „dobry dom w kiepskiej dzielnicy, lub kiepski dom w dobrej dzielnicy”. W rzeczywistości nie istnieje coś takiego jak „dobry dom w kiepskiej dzielnicy”. W kraju, gdzie buduje się byle jak, byle szybko i byle tanio nikt nie postawi dobrego domu w kiepskiej dzielnicy. W Australii domy rzadko są rezydencjami rodowymi. Ludzie zmieniają dom 2-3 razy w zależności od stadium rozwoju rodziny. Mniejszy młode małżeństwa, większy jak przybędzie dzieci i zupełnie inny na emeryturze. Jeśli stać cię na budowę, tym bardziej stać Cię na atrakcyjnie położoną działkę. W kiepskich dzielnicach buduje się głównie na wynajem, tani wynajem, więc siłą rzeczy nigdy  nie będzie to „dobry dom”.

Marzenia. Marzenia to drewniany dom na palach na stromym zboczu z widokiem na ocean i las deszczowy. To wszystko na działce o powierzchni kilku tysięcy m2. Nie jest to osiągalne tylko dla milionerów, bowiem ceny takiej nieruchomości w Cairns wynoszą mniej więcej tyle, co starej rudery z trawnikiem wielkości chusteczki do nosa w promieniu 10 km od centrum Melbourne czy Sydney.

Rzeczywistość. Na razie nie jest nas stać na realizację marzeń. Ale można było znaleźć kompromis w postaci „Planu B”. Nasz kompromis mieści się na Kewarra Beach. Od drzwi wejściowych do oceanu mamy 296 metrów gdy jest przypływ i 324 podczas odpływu. Kiedy przybędzie Mr T. Sunami z podwórka do powierzchni oceanu pewnie będziemy mieli 5m …………. w górę :)  Kompromis to na polskie 5 pokoi  z kuchnią a w australijskiej terminologii 3 sypialnie plus 2 salony. Do tego podwójny garaż, łazienka, kibelek, oddzielna pralnia i 18m2 komórki na podwórku. Domek postawiono w 1995 roku. 13 lat to chyba nie tak wiele jak na budynek. Całość na tragicznie małej działce 657m2. To chyba jedyna rzecz, która cały czas zniechęcała mnie do tego domu.

Za marzenia słono płaci się. Nawet za te z kompromisu. Mimo, że jak wspomniałem zeszliśmy 10% z ceny wywoławczej dom kosztował nas 25-30% więcej niż podobna nieruchomość w dzielnicach bezpośrednio okalających centrum Cairns. To cena jaką się płaci za kiepski dom w dobrej dzielnicy. Dlaczego się więc zdecydowaliśmy przepłacać? Po pierwsze by spełnić sen o mieszkaniu nad oceanem. Po drugie jednak była to jakaś okazja. Nasz nowy domek, to klejnot do oszlifowania. Bardzo podobne nieruchomości w sąsiedztwie są wyceniane nawet i 40% drożej. Skusiło nas również to, że właściciel budował dla siebie i mieszkał tam przez 7 lat zanim nie postawił drugiego, większego domu. Jak budujesz dla siebie, zachowujesz inne standardy niż jak to robi obca firma. Przez następne 6 lat dom był wynajmowany. A wtedy już nie wkłada się tyle serca. Widać to szczególnie po ogrodzie, gdzie ograniczone do niebłędnego minimum zabiegi pielęgnacyjne zrobiły małpi gaj z gustownie zaprojektowanej zieleni. Chyba już wiem, co będę robił w przeciągu kilku następnych weekendów. Kolejnym czynnikiem na „plus” jest, że dom nie był ostatnio odnawiany. Dzięki temu wiemy, że nie „podrasowano” go do sprzedaży ukrywając to i owo pod warstwą swierzej farby, słowem widzieliśmy co najgorsze. Nie mniej ważny w podjęciu decyzji był fakt, że podwójny garaż zapewni komfortowe warunki nie tylko Kijance, ale również Juniorowi w kawałkach. I tego nam na prawdę jest żal. Junior będzie musiał poczekać na swoją kolej. 
 

…. o tym jak Szpulka kupiła nam dom.

Pamiętacie taką kapelę z początku lat 80-tych Mr. Zoob? Nagrali kilka płyt, choć na szersze wody wypłynęły tylko dwa kawałki, „Kartka dla Waldka” i „Kawalek podłogi”. Zanućmy więc „mój jest ten kawałek podłogi, nie mówcie mi więc co mam robić…..”. A było to tak.

Jest pewna piękna zimowa niedziela w połowie lipca w Cairns. Korzystając z rozleniwiającego klimatu i słoneczka udajemy się na moją ulubioną plażę Kewarra Beach pomoczyć trochę d… w oceanie póki nie ma meduz i wygrzać kości. Rozkładamy się pod pochyłą palmą dokładnie uprzednio sprawdzając czy nie ma nad nami kokosów. I byczymy się tak zupełnie nie podejrzewając ile nerwów i jaką huśtawkę nastrojów przyniosą nam następne tygodnie. W drodze powrotnej widzimy, że jeden z domów, który oglądaliśmy 3-4 miesiące wcześniej znów jest wystawiony na sprzedaż. Sekundę później w samochodzie rozległo się  donośne „Dziób, kupmy go, oj kupmy go tak, kupmy.” „Czemu by nie?” pomyślał harom i zaczęliśmy działać.

Następnego dnia rano Szpulka dzwoni do agenta od nieruchomości z naszą ofertą. Ceny wywoławcze nieruchomości zazwyczaj są zawyżane, więc proponujemy o 10% mniej. Z drugiej strony dom, który sobie upatrzyliśmy w naszej ocenie posiada dość dobry stosunek „jakości do ceny”, co może powodować, że sprzedający otrzyma kilka ofert. Ku naszemu zdziwieniu jeszcze tego samego dnia otrzymujemy informację zwrotną, że nasza oferta została zaakceptowana bez próby targowania się i podbicia ceny. Umawiamy się na sobotę na podpisanie umowy przedwstępnej. W międzyczasie Szpulka na poniedziałek umawia nas z brokerem i prawnikiem. Jak na razie wszystko idzie po naszej myśli i w sobotę podpisujemy umowę. Mamy 3 tygodnie na zorganizowanie kredytu.

W weekend odkopujemy tony dokumentów, wyciągów, umów, które mogą być potrzebne przy składaniu wniosku kredytowego. W poniedziałek z samego rana z pieśnią „Mój jest ten kawałek podłogi” w odtwarzaczu samochodowym i na ustach udajemy się do ubezpieczyciela, gdzie w kilka minut ubezpieczamy nasz nowy, przyszły dom, a następnie na skrzydłach pędzimy na rozmowę o kredyt. Składamy wniosek, broker o wdzięcznym nazwisku Ptaszek zapewnia, że nie będzie najmniejszych problemów. Mamy bardzo dobre pozycje wyjściowe do uzyskania finansowania. Dwoje dorosłych, zatrudnionych na pełny etat, realna kwota kredytu przy której rata nie powoduje, że zarżniemy się na spłatę. Ja w wyśmienitym humorze wracam do pracy, Szpulka o 14.00 tego samego dnia bezproblemowo załatwia sprawy u prawnika. Pierwszy dzień i sprawa jest z głowy. We wtorek idziemy za ciosem. Szpulka umawia na czwartek inspekcję budowlaną i speca od wyszukiwania termitów, os i innych robali. Wszystko idzie jak po maśle. To skutecznie usypia naszą czujność.

Środa, dowiadujemy się od brokera, że kredytodawca kręci nosem na mój wyciąg z konta. Dostarczamy więc dokument bankowy, że pieniądze pochodzą z innego mojego konta w Polsce. W czwartek nadal idzie nam gładko. Z samego rana udajemy się z inspektorami do naszego przyszłego domu. Pierwsze wrażenia pozytywne. Chałupa cała w niezłej kondycji, żadnych robali nie widać, dach się też nie zawali. Tego samego dnia wieczorem mamy gotowe raporty. Panowie za pół godziny roboty kasują 463 AUD.  W piątek Ptaszek jest nieuchwytny. Nasz entuzjazm z początku tygodnia gaśnie w oczach. Tak mija pierwszy z 3 tygodni jaki mamy na uzyskanie kredytu. W poniedziałek kategorycznie żądamy odpowiedzi. Na tak lub na nie. Broker zaczyna wyraźnie kręcić. Wtorek, to już niemal półmetek. Tak nam się przynajmniej wydaje. Około południa dowiaduje się, że kredytodawca odmówił nam finansowania. Główny powód to brak wykazania oszczędności na koncie w Australii i jedynie 10 miesięcy zatrudnienia Szpulki. I na nic się zdają tłumaczenia, że jeśli ktoś ocenia, że możemy spłacać co miesiąc dość spore odsetki, to dlaczego uważa, że nie mogliśmy odłożyć na depozyt? Nie przyjmują też do wiadomości, że skoro ktoś inny spędza w firmie 10 miesięcy a po 6 dostaje propozycję pracy na pełny etat, to firma najwyraźniej ocenia pozytywnie pracownika i wiąże z nim przyszłość.

Dwoje dorosłych osób, pracujących na pełny etat nie może dostać kredytu. Nauczka, źle wybraliśmy brokera, bardzo źle. I w tym momencie, zamiast iść do konkurencji podejmujemy fatalną w skutkach decyzję złożenia przez brokera wniosku do innej instytucji finansowej. W środę otrzymuję telefon od Ptaszka, że rozmawiał wstępnie z druga instytucją i dostał zapewnienie, że jeśli okaże się prawdą, to czego dowiedzieli się przez telefon, to udzielą kredytu. Nadzieje znów odżywają, defetyzm dnia wczorajszego pryska jak medalowe szanse Polaków w Pekinie.  Jeszcze tego samego dnia, urywam się z pracy i jedziemy podpisać kolejny wniosek. Podobno w piątek mamy coś wiedzieć. W czwartek dajemy Ptaszkowi spokój. W piątek czekamy z duszą na ramieniu na wstępną decyzję. Na próżno. Późnym popołudniem dowiadujemy się, że nikt do brokera się nie odezwał. Wahadło wychyla się w drugą stronę, znów świat jest w szarych kolorach. Właśnie mija 2/3 czasu jaki mamy na zdobycie finansów. Poniedziałek wisimy na telefonie, głownie Szpulka. Bezskutecznie, Ptaszek obrał taktykę uników. We wtorek sytuacja się powtarza. Zagryzamy zęby i pogrążamy się w najgorszych myślach. W środę Ptaszek wreszcie się odzywa. Wszystko jest ok, potrzeba jeszcze tylko skorygować kilka drobnych niuansów jak literówki w moim nazwisku i mamy już „papier”. Udaje się nawet osobiście do nas do domu by zabrać papiery. Siedzę w pracy, z tumiwisizmu wyrywa mnie Szpulka krzycząc do telefonu „mój, jest ten kawałek podłogi !!!”. Ptaszek nie tylko odbiera od nas brakującą papirologię, ale również dzwoni do agenta nieruchomości i do prawniczki, że jutro prześle im formalną zgodę banku na udzielenie kredytu. Tego wieczora kupujemy butelkę Ginu i opijamy sukces. I znów świat wygląda kolorowo. Przychodzi czwartek. Do ptaszka nie można się dodzwonić. Nie odbiera telefonu, w biurze albo jest na spotkaniu, albo właśnie wyszedł. Mam ochotę pociąć go łyżką. Piątek, ostatni dzień na zdobycie pieniędzy. Szpulka wydzwania od rana, ja również. Około 12.00 urywam się z pracy. Jest 5 godzin do wygaśnięcia kontraktu. Atakujemy biuro Ptaszka osobiście. Kiedy stajemy w drzwiach ma minę jakby dostał obuchem w łeb, albo co najmniej jak europejski turysta kiedy z klimatyzowanego samolotu wychodzi w duszny i parny rękaw na lotnisku w Cairns. Dostajemy od niego wydruk e-maila z instytucji bankowej. Nic nie warty kawałek papieru, który mówi, że jeśli spełnimy kilka warunków, to rozpatrzą pozytywnie nasz wniosek. Tak, dopiero rozpatrzą. !!!! Szlag nas trafia. Pędzimy do naszej prawniczki, gdzie poprawiamy kolejne błędy formalne. Tym razem brak naszych drugich imion na dokumentach. Wracamy do biura Ptaszka i urządzamy strajk okupacyjny. Mamy mniej niz 3 godziny i nasze marzenia o domu rozwieją się jak poranna mgła nad polami trzciny cukrowej. Ptaszek nieopatrznie pokazuje nam kolejnego e-maila od urzędnika bankowego. Nieopatrznie, bo w podpisie jest  numer telefonu do urzędnika. Zdesperowana Szpulka postanawia zaingerować osobiście. Dzwoni bezpośrednio do banku. Dowiaduje się, że mimo, że nasze warunki zostały spełnione są znikome szanse, że ktoś zdąży to jeszcze podpisać. Nie mniej jednak chłopak po drugiej stronie linii powiedział, że oddzwoni za dwie godziny, by poinformować co i jak. Ze spuszczonymi głowami idziemy powłóczyć się po centrum handlowym by zabić czas. Każde z nas nerwowo patrzy na zegarek. W międzyczasie Szpulka dzwoni do prawniczki informując ją o sytuacji. Miny mamy minorowe. Dokładnie 15 minut przed tym, jak upłynął czas na uzyskanie finansów dostajemy telefon z banku, że jedna z 2 osób, która musi złożyć podpis na dokumentach naszej pożyczki już to zrobiła i że nie zdarzyło się jeszcze, by ta druga osoba tego nie podpisała, gdyż to tylko czynność techniczna. Techniczna, nie techniczna papieru w ręku nie mamy. W tym samym czasie, na druga linię dzwoni do Szpulki prawniczka. Decydujemy się złożyć wniosek o wydłużenie terminu. Weekend upływa nieciekawie. Co tu dużo mówić, zacytuję słowa klasyka. Czujemy się jak generał, który właśnie się dowiedział, że jego armia zajęła drugie miejsce.

Poniedziałek zaczyna się jak IV część Gwiezdnych Wojen – nowa nadzieja. Prawniczka kontaktuje się z Szpulką, że dostajemy wydłużenie terminu do końca tygodnia. Trochę spadł kamień z serca, łapiemy drugi oddech. Nie mamy już siły, albo może obawiamy się rozczarowań i nie wzbudza w nas to wybuchu entuzjazmu. Poniedziałek nie dowiadujemy się nic więcej. Mimo kilku telefonów bezpośrednio do banku papiery nie uzyskują drugiego podpisu. Szpulka jednak przebija się przez urzędnika do dyrektora departamentu. Nasza sprawa jest głównym punktem ich spotkania. Po pierwsze dlaczego nie ma drugiego podpisu, po drugie ze względów bezpieczeństwa klienci nie powinni mieć bezpośredniego dostępu do departamentu. We wtorek Szpulka znów wykonuje serię telefonów to do Ptaszka, to bezpośrednio do banku. Tego dnia uzyskujemy formalną ofertę banku, choć jeszcze się o tym nie dowiadujemy. Dowiadujemy się natomiast od naszej prawniczki, że rząd stanowy, który przyznaje specjalną dotację dla osób kupujących pierwszy dom w Queenslandzie zażyczył sobie notarialnie potwierdzonej kopi umowy. Ptaszek nie informując nas o tym robi taka kopię i wysyła do Brisbane.  Widocznie się boi, bo baran powinien wiedzieć o tym wymogu i zrobić to za wczasu, tydzień wcześniej. W środę około 11 dzwoni do mnie Szpulka z radosną nowiną, że wreszcie jest papier. Podpisany przez wszystkich świętych w banku. Chwilę później dzwoni Ptaszek i dostaję ten papier faxem. „Mój, jest ten kawałek podłogi” znów samo ciśnie się na usta !!! Radość nie do opisania. Nareszcie, po kilku tygodniach rozbudzania i gaszenia nadziei mamy wreszcie zgodę banku na uzyskanie kredytu. Moja zarośnięta morda cieszy się przez 3 kwadranse. Po tym bowiem czasie dzwoni Szpulka z informacją od prawniczki. Nie możemy jeszcze sfinalizować umowy, bo zgoda banku jest warunkowa. Warunkiem jest pozytywne rozpatrzenie wniosku o dotację przez rząd Queenslandu. I jak tu się nie poczuć jak zbity psiak ? Zgoda taka jest tylko formalnością, dostaje ja każdy kto spełnia kilka podstawowych warunków, a my je spełniamy. Praktycznie nie ma możliwości, by urzędnik nie podpisał naszego wniosku, ale czy zdążymy przed końcem tygodnia? Znów zaczyna się wyścig z czasem. Znów stajemy przed sytuacją, że „wszystko już jest załatwione, ale…”. Czwartek zaczyna się od telefonów do Ptaszka. Dwóch moich do niego i jednego jego do mnie. I…..  Na nieco ponad 24 godziny przed upływem wydłużonego terminu na uzyskanie finansów ostatecznie wypada zacytować słowa Tomka Lipińskiego z zespołu Tilt „Runął już ostatni mur miedzy nami, nie dzieli nas nic, nie dzieli nas nic. Nie mówimy ani słowa, bo tego się nie da opowiedzieć słowami’. :)  A na dodatek wykrzyczmy pełną piersią JEEEEEEEEEEEEESSSSSSSSSTTTTTT, na cały regulator drąc ryja „Mój, jest ten kawałek podłogi………….”.

I tak właśnie w skrócie mówiąc Szpulka kupiła nam dom. Ciąg dalszy nastąpi. Wprowadzamy się w połowie września. To dopiero będzie się działo.

P.S. Jeśli ktoś ma stare meble, telewizor, lodówkę, czy cokolwiek to chętnie przyjmiemy :)

 
W 2003 roku na jednym zportali znalazłem listę cen produktów z Adeli. Poświęciłem jedno popołudnie i wyszperałem porównywalne produkty w Cairns. Dziś przyszło mi na myśl by zobaczyć jak zmieniły się ceny po 5 latach. Podreptaliśmy więc ze Szpulką do tego samego supermarketu, co 5 lat temu. Spisaliśmy ceny dokładnie tych samych produktów. Niektóre, szczególnie te z grupy FMCG sprawiły sporo problemów. Producenci bardzo dbają o to, by jak najtrudniej było porównać ceny i dokonać wyboru opartego na zdrowej kalkulacji. I tak kiedy w 2003 roku spisywałem ceny past do zębów królowały tubki 145g. Dziś były tylko 110g i 160g, więc musiałem to przekalkulować na 145g. Podobnie rzecz miała się z proszkami do prania, czekoladą czy owocami/warzywami w puszkach.

Ponieważ lista, którą przygotowałem nie jest typowym koszykiem dóbr ciężko coś na ten temat powiecieć na temat inflacji. Możemy natomiast powiedzieć, że emigrantom z Polski dziś jest znacznie łatwiej stawiać pierwsze kroki w Australii niż 5 lat temu. Zarobki w kraju przez ostatnie 5 lat sporo wzrosły a złoty niewiarygodnie zyskał na wartośći. Wszystko to, powoduje, że o ile Australia jest coraz droższa dla przeciętnego Aussiego, tak dla Polaka stała się o wiele tańsza niż 5 lat temu. Dalsze wnioski pozostawiam „szanownym czytaczom”.

A pełne porównanie, o którym piszę można znaleźć pod adresem:
http://spreadsheets.google.com/pub?key=pCxmXoT5RbuFi3fOe4ZtjBQ

Jeśli ktoś z czytających mnie Australijczyków będzie miał zacięcie i zechce spędzić pół godziny między półkami supermarketu chętnie zobaczyłbym jak kształtują się ceny w innych miastach.
 

 

 
Kilka lat temu podczas wyboru nowego systemu IT dla firmy, w której onegdaj pracowałem zaprezentowano nam pewien system informacji kierowniczej nazwany potocznie „dashboard” (deską rozdzielczą). System polegal na wyswietlaniu na ekranie kierownika najpotrzebniejszych informacji, wskaźników i wykresów, na które patrzy rutynowo każdego dnia. Od tego momentu „zachorowałem” na coś podobnego. Serfując po internecie zauważyłem, że oprócz typowego „grzebania” moją codzienną rutyną jest lektura kilku stron. Kilkanascie innych odwiedzam reguralnie w przeciągu tygodnia.

Od kilkunastu miesięcy Google wprowadziło usługę „iGoogle”, która dokładnie wstrzeliła się w moje oczekiwania odnośnie „dashboardu”. Przez pierwsze miesiące dodawałem, kasowałem, wyszukiwałem gadżetów na moją stronę „iGoogle”. Teraz nabrało to już rumienców i ustablilizowało się. Jak więc wygląda moja osobista strona „iGoogle”?Spersonalizowana strona „iGoogle” haromka składa się z 6 zakładek: „Home, FNQ&Pacific, Polska, Blogi, Praca i Finanse”.

Zakladka „Home” z której startuje przechodziła chyba największe zmiany. Obecnie znajdują się tam: Kalendarz Google, Google News, BBC News, Kopalnia Wiedzy, Wikipedia, Słownik EN-PL-EN, Zegarki wskazujące czas w Cairns i Skarżysku, Google Docs, Gmail, The Australian, ABC NEws, News.com.au – Breaking News, News.com.au – News Queensland, Pogoda w Cairns i Warszawie, IP tracker oraz gadżet google news w którym obserwuje 3 najczęsciej przeze mnie odwiedzane grupy usenetu.

Zakładka „FNQ&PAcific” nie jest tak rozbudowana. Mam tam „feed” z gazet Fiji Times i Fiji News, z Uniwersytetu Południowego Pacyfiku, zegarki pokazujące czas z Suvy i Cairns, gadżet z pogodą z Suva oraz informacje z ABC Far North i Cairns NEws.

Kolejna zakładka, „Poland” ma chyba największy ładunek informacji. Mam tu notowania z Bankier.pl pokazujące WIG20, NASDAQ, DAX, kursy USD, EUR, CHF i WIBOR 3M. Z gazet ogólnopolskich mam „dziennik.pl, Rzeczpospolitą, Gazetę Wyborczą. Oprócz tego główne informacje z portali Interia.pl, Wirtualna Polska i Onet.pl. D tego dochodzi „feed” z TVN24 i RMF.FM. Na bieżąco śledzę również co dzieje się na rodzimej „szkieletczyźnie”. Dolinkowane mam portale www.skarzysko24.pl, www.skarzysko.org, Echo Dnia i lokalny kielecki dodatek do Wyborczej.

W zakładce blogi mam około 12 pozycji. To bardzo wygodne. Nie muszę ich codziennie odwiedzać poszukując czy ktoś cos napisał. Klikam na zakładkę i widzę gdzie pojawila się nowa notka.

„Praca” to zakładka z linkami z lokalnych portali pracy „seek”, „career one” czy „my career”. Zawsze warto być na czasie z tym, co pojawia się na rynku. Szczególnie, że rynek w Cairns nie jest duży. Monitoruję tam również pozycje z obszaru Południowego Pacyfiku.

Zakładka „finanse” zawiera kalkulator walutowy, notowania na żywo 6 najważniejszych par walut, notowania australijskiej gliełdy (wskaźniki, akcje mojej korporacji i kilku wybranych firm), trochę informacji z rynków walutowych oraz 4 różne „feedy” z Financial Times. Oczywiście są też zegarki wskazujące czas w Sydney, Tokyo, Londynie i Nowym Jorku.

Czego mi brakuje ? Brakuje mi zakładki (ek) nauka, przyroda i podróże. Mam pewne elementy na mojej iGoogle (np. grupę pl.rec.turystyka.tramping czy Kopalnię Wiedzy) ale to jest tylko namiastka rzeczy z którymi chciałbym być na bieżąco. To jeszcze muszę sobie „wygooglować”.
 


  • RSS