harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008


Krótkie dni, to chyba jedyna rzecz, którą chciałbym zmienić w Cairns. Im bliżej równika, tym mniejsze są różnice w długości dnia miedzy zimą a latem. Na równiku dzień trwa równo 12 godzin przez cały rok. W Cairns mamy obecnie około 10 godzin słońca dziennie. To dużo w porównaniu z 7 godzinami zimą w Polsce, ale za to latem kiedy w Polsce jest jasno po 18-19 godzin u nas słońce gości niecałe 14 godzin. Bez wzgledu na porę roku nie mamy długich świtów ani zmierzchów. Wszystko dzieje się w 20-30 minut. Czasami wchodzimy do sklepu na szybkie zakupy jeszcze za dnia a wychodzimy gdy jest juz zupełnie ciemno. Czasami na odwrót. Wyjeżdzamy z domu gdy jest szarówka, a po 15 minutach meldujemy się pod Uli hotelem juz w swietle dnia.

Dziś Ula zaczynała pracę na 5 rano, dlatego wyjechalismy wcześniej niż zwykle. Na zewnątrz panowała jeszcze kompletna ciemność. Bezchmurne, czarne jak smoła niebo z lekka rozświetlały gwiazdy. Wąski sierp księżyca nie dawał również wiele światła. W takiej scenerii krawędzie gór otaczających miasto zlewają się z niebem w jedną całość. Możesz się jedynie domyślać, gdzie są skały po braku gwiazd w tej części horyzontu. Tak jest zazwyczaj, ale dziś było inaczej. Dziś góry usiane były dziesiątkami pożarów. Pół horyzontu zajmowały przestrzenie rozświetlone płomieniami ognia. Z daleka wyglądało to jakby ogromne średniowieczne wojsko rozbiło obozowisko i każdy pluton rozpalił oddzielne ognisko. Na południu miasta zarzewia ognia zlały się już w jedną całość. Widok jeszcze bardziej surrealistyczny. Płomienie idące w górę zbocza ostro odznaczały jego krawędź na tle nieba. Gdzie niegdzie nie zajęło się jeszcze całe zbocze i obrysy szczytów były niepełne. Całkiem jakby ktoś narysował je gigantycznym „przerywającym” zółto-pomarańcowym długopisem. Na pograniczu dzielnic Edmonton i Gordonvale mieszkalne „sypialnie” wciskają się ulicznymi latarniami w czarne zbocza górskie. Tuż nad nimi las rozświetlony był całkiem sporą łuną. W tym momoencie żałowałem jak nigdy, że nie wożę ze sobą aparatu.

Pożary buszu to część życia Australii. To naturalny cykl przyrody istniejący od milionów lat. Człowiek interweniuje jedynie, gdy zagrażają one domostwom lub infrastrukturze. W pozostałych przypadkach pozostawia się naturę samą sobie.


 Może Australia ma osiągnięcia w strzelaninach, krwawych jatkach takich jak choćby na Hoodle St. w Melbouyrne czy na Tasmani ale nie w porwaniach i przetrzymywaniu zakładników. Trzeba  przyznać, że mimo braku znaczących osiągnięć, można się pochwalić bogatą historią i kilkoma spektakularnymi incydentami.

Już w czerwcu 1880 roku 25 letni Ned Kelly (wraz z kompanami) wzieli zakładników w Glenrowan Hotel, po czym stoczyli bitwę z policją, co ostatecznie stało się ogólnoaustralijską legędą i potwierdziło status Kellyego jako bohatera narodowego. I było to ostatnie „5 minut” bandyty, który zawisł na stryczku już 11 listopada tego samego roku. Dziś czci się go w Australii niemalże jak Kościuszkę w Polsce.

Najbardziej znana współczesna „tragedia” z udziałem zakładników rozegrała się 6 października 1972 roku w miejscowości Faraday w Wiktorii. Dwóch uzbrojonych napastników wtargnęło do szkoły i uprowadziło 20 letnią nauczycielkę oraz szóstkę jej podopiecznych, dzieci w wieku 5-10 lat. W szkole pozostawili kartkę z żądaniem okupu wysokości 1 mln. dolarów. Tego samego dnia premier Wiktorii zgodził się zapłacić okup. Na wyznaczone miejsce udał się ówczesny minister oświaty a później premier Wiktorii Lindsay Thompson. Oficjalne doniesienia mówią, że czekał z okupem samotnie i nieuzbrojony, co było aktem niezwykłej odwagi. Okup nie został jednak tego dnia podjęty. Porywacze dopiero następnego dnia rano wybrali się po pieniądze zamykając zakładników w minivanie. Wytwór australijskiego przemysłu motoryzacyjnego nie okazał się zbyt wytrzymały i nauczycielce udało się z kopniaka rozwalić drzwi, dzięki czemu cała grupa mogła uciec. Policja zatrzymała porywaczy po spektakularnym pościgu. Obaj zostali skazani na 15 lat.

Cztery lata później, w grudniu 1976 roku „mózg” zbrodni Edwin Eastwood uciekł z wiezienia w Geelong i już 15 lutego zafundował Wiktorii „powtórkę z rozrywki”. Tym razem jeszcze bardziej widowiskową. Ze szkoły stanowej w Wooren porwał nauczycielkę i 9 uczniów. Uciekając z miejsca zdarzenia zderzył się z ciężarówką i…… wziął jej kierowcę i jego partnera również jako zakładników. By się nie rozdrabniać ukradł także samochód kampingowy a podróżujace nim 3 kobiety dołączyły do grona zakładników. Z 15 osobami na pokładzie zarządał 7 mln dolarów USA okupu, dostarczenia broni, narkotyków oraz uwolnienia 17 skazańców z więzienia w Pendridge. Cała akcja skończyła się dość banalnie. Jeden z zakładników zdołał uciec, a policja postrzeliła Eastwooda w kolano w chwili gdy w samochodzie skończyło się paliwo.  Za ów bohaterski wyczyn wdzięczny wymiar sprawiedliwości dodał Eastwoodowi jeszcze 21 lat za kratkami. Choć z wyliczeń wynika, że powinien już być na wolności gotowy do kolejnej akcji, nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o jego zwolnieniu.

Mimo, że oba porwania z udziałem Eastwooda były bardzo poważne zakładnicy wyszli z nich bez obrażeń fizycznych. Zupełnie inny scenariusz rozegrał się w 1989 roku w Hawthorn (dzielnica Melbourne), gdzie również doszło do porwania dzieci. 39 letni Seraffatin Huseyin przez pewien czas prowadził strajk głodowy na schodach parlamentu stanowego. Domagał się wszczęcia dochodzenia przeciw szpitalowi w Dandenong, gdzie jego żona zmarła w wyniku błedów lekarskich. Kiedy ta forma protestu okazała się nieskuteczna wtargnął do przedszkola Manresa, uprowadził 4 maluchów i zamknął w kabinie w toalecie podtruwając je jednocześnie naftą i grożąc zabiciem. Sąd ocenił bardzo wysoko zaangażowanie i osiągnięcia Husayina i nagrodził go łącznym wyrokiem 21 lat.

Najniebezpieczniejsze i prawdopodobnie najbardziej nagłośnione porwanie miało miejsce w 1993 roku w Cangai w Nowej Południowej Walii. Uzbrojeni po zęby porywacze, którzy w swoim morderczym tourne poprzez terytorium trzech stanów zastrzelili 5 osób przetrzymywali tam dwoje dzieci porwanych w Queensland. Dzieciaki zostały ostatecznie uwolnione, ale sprawa stała się głośna dzięki kontrowersyjnej hienie dziennikarskiej z kanału „Nine” Mike Willesee, który filmując akcję a helikoptera krążącego nad farmą przeprowadził telefoniczny wywiad z zakładnikami i ich oprawcami. Cała Australia mogła zobaczyć to na żywo. Sparaliżowane strachem dzieci i triumfujących psychopatów, którym udało się dopiąć swego. Dostali swoje 30 sekund sławy. Ostatecznie jeden z porywaczy zastrzelił się po wtargnięciu policji a drugi powiesił w więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem dożywocia. Telewizyjne ścierwo również zostało oskarżone. M. in. o sabotowanie policyjnej akcji oraz potencjalne narażenie życia dzieci.

Umówmy się, pod tym względem Australia jest daleko w ogonie statystyk. Do tak spektakularnych porwań jak w Biesłaniu czy teatrze na Dubrowce nigdy tu nie doszło. Również żadne nie skończyło się tak krwawo. I bardzo dobrze. To tak ku pociesze rodziców, którzy dziś po pracy pojadą odebrać swoje pociechy ze szkół.

 


Polacy na obczyźnie prezentują całe spektrum charakterów i postaw w stosunku do byłej Ojczyzny. Są tacy, którzy za nią tęsknią i widzą „bardziej zieloną trawę po drugiej stronie wzgórza”, są tacy, którym jest obojętne, gdyż wychodzą z założenia, że juz kiedyś wiedli bardzo fajne zycie w Polsce a teraz mają zupełnie inne też fajne zycie w Australii. Jest również grupa osób, chyba najliczniej reprezentowana wśród osób, które spotkałem, które nie potrafią o Polsce powiedzieć dobrego słowa. Czasami aż przykro jest słuchać jak karykaturyzują rzeczywistość, byle tylko utwierdzić się w stereotypie, którym zyją od lat. Nie będę o nich pisał, bo szkoda poświęcać czasu burakom. To co mnie fascynuje, to osoby, które mimo słabych związków z krajem wciąż są dumni, ze swoich korzeni czy związków z Polską. Pisałem już chyba o jednym z Uli współpracowników, który mimo, że urodził się już w Australii głośno mówi o sobie „jestem Polakiem”. A ma pełne prawo powiedzieć „jestem Australijczykiem polskiego pochodzenia” czy tylko „moi rodzice są Polakami”. W jakim to stoi kontraście do osób, które są w Australii 2-3 lata, nie mają jeszcze nawet obywatelstwa a mówią „my Australijczycy”. Pisałem też o właścicielu hotelu, w którym pracuje Ula, który obecnie ma około 90-tki, opuscił Polskę mając 7 lat i spedził po połowie życia w Austrii i Australii a mimo to nadal mówi po polsku a na dodatek odwiedza czasami rodzinny kraj. Nic jednak nie zrobilo na mnie takiego wrażenia jak wydarzenie z wczoraj.

Od kilku dni w hotelu gościła 3 pokoleniowa rodzina z Węgier. Dziadek z babcią, dwoje wnucząt i ich rodzice. Ostatniego dnia pobytu dziadek zapytał Uli skąd pochodzi. Kiedy usłyszał, że z Polski spojrzał na nią głęboko, zadumał się. W oczach staneły mu swieczki. Po chwili jednak „wrócił do siebie” i rzekł. „Wiesz, kiedy byłem w szkole podstawowej moja klasa została wybrana na wizytę waszego prezydenta. Mieliśmy na powitanie zaśpiewać piosenkę, którą do dziś pamiętam.” Mówiąc to wstał, odsunął krzesło, mimo swojego podeszłego wieku wyprostował się jak do musztry i donośnym, głębokim głosem zaczął śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła …..”. Ulę zatkało. Nie mogła wyksztusić z siebie słowa. Zanim dziadek doszedł do „Marsz, marsz Dąbrowski…..” połowa personelu obecnego na zmianie opusciła swoje stanowiska pracy i gapiła się na niego w osłupieniu.

Czemu o tym piszę? Może dlatego, że ja nie wyjechałem z Polski a wyjechałem do Australii. Nadal czuje się Polakiem i jeśli jest ku temu powód dumny jestem z naszgo kraju. Tym bardziej wzrusza mnie jeśli ktoś ciepło mówi czy mysli o Polsce.

 
Kilka fotek z zimowego Cairns.




O tym, że do miasta zawitała zima widać najlepiej po wystawach sklepów obuwniczych. Od siebie dodam, że zimowa temperatura w Cairns nieczęsto spada poniżej 25 stopni, więc na ulicach można spotkać piekności w mini spódniczkach i koszulkac na ramiączkach z takimi kozaczkami na nogach. Może przydała by im się wyprawa do Polski w styczniu ?



Laguna w centrum miasta. Ulubione miejsce trampów i turystów. Jak widać zima nie wystraszyła amatorów kąpieli. Co roku o tej porze lokalny brukowiec Cairns Post zamieszcza „mrożące zdjęcia” turystów zażywających kąpieli. Fotki przeważnie wzbogacone są wywiadem z Rosjanami, którzy mówią, że właśnie jest mniej więcej taka temperatura jak podczas przeciętnego lata w ich kraju. Dla lokali jest już trochę za zimno. Niektórzy rano prasują skarpetki przed wyjściem z domu.



Brak plaży w samym centrum miasta z powodzeniem rekompensują setki kilometrów dzikich plaż w najbliższej okolicy. Teraz, kiedy minął już sezon na meduzy można bez obaw pluskać się do woli.



Centrum Sztuki Współczesnej. Jedno z miejsc w Cairns „serwujących” strawę duchową dla trochę bardziej wymagającej i wyrobionej widowni. Każdy z tych „żelków” ma swoje imię, ciekawy który z nich jest gejem.



Pomnik Kapitana Jamesa Cooka zwany przez nas familiarnie „Hail Hitler”. Pomnik mieści się na prywatnej działce w centrum miasta. Kiedyś tu był bardzo znany backpackers, obecnie działka jest na sprzedaż. Zaporowa cena 6 mln dolarów sprawiła, że miejsce to stoi puste od 3 lat. Nie wiadomo, czy nowy właściciel będzie chciał zostawić Cooka w spokoju. A szkoda, bowrósł już w charakter miasta. Fotka nieco nieostra, bowiem robiona z samochody podczas jazdy.



Takie wycieczkowce goszczą w mieście średnio raz na kilka tygodni. Największe statki, jak goszcząca niedawno Queen Elizabeth nie zawijają jednak do miasta. Tor wodny jest za wąski i za płytki. Cumują na redzie w dzielnicy Yorky Knob, skąd na ląd dowożeni są promami. Na pierwszym planie pozostałości starych pomostów dawnego portu. Miejsce to właśnie przechodzi gruntowną przebudowę.



„Sugar World” to zespół parków, kąpielisko i zjeżdżalnie powstałe na miejscu byłej cukrowni. Gdzie niegdzie można podziwiać ogromne koła zębate mające przypominać o industrialnej przeszłości tego miejsca.



Z cyklu „w POlsce to nie do pomyslenia” bardzo popularne tu stoisko z bananami. Samoobsługowe punkty operują na zasadzie zaufania i uczciwości. Pieniądze wrzuca się do specjalnej skrzyneczki. W ten sposób sprzedaje się w okolicy kawę, herbatę, pomarańcze, mango, banany, dynie i wiele wiele innych płodów.



W Australii na chodzie jest 28 cukrowni. 24 z nich jest w Queensland, 3 w Nowej Południowej Walii i jedna w Australii Zachodniej. W granicach administracyjnych Cairns są 3 cukrownie. Sezon cukrowniczy trwa od czerwca do grudnia. Na zdjęciu Mulgrave Mill w dzielnicy Gordonvale podczas pracy.

 
Jest taki dowcip „z brodą”. Szeregowy kowalski trafia do woskowego psychologa. Doktor rysuje na kartce papieru trójkąt i pyta Kowalskiego co widzi. „Dupę” odpowiada Kowalski. Doktor rysuje kwadrat i znów pyta szeregowca co to jest. „Dupa Panie doktorze” odpowiada Kowalski. Nastepnie rysuje kółko, trapez, romb, itp. Każda jedna figura kojarzy się szeregowemu kowalskiemu z dupą. Doktor nie wytrzymuje i wybucha: „Wy jesteście zboczeni Kowalski”. A Kowalski na to „Ja jestem zboczony ? A kto mi te wszystkie dupy rysuje?”. Takie oto skojarzenie naszło mnie po „supernewsie” dnia dzisiejszego w Australii.

Fotkę, do której link możecie znaleźć TUTAJ zamieścił na okładce najnowszego wydania magazyn o sztuce „Art Monthly Australia”. Przedstawia ona nagą 6 letnią dziewczynkę. Zdjęcie zostało zrobione w 2003 roku. I rozpentała się burza. Premier Kewin „Ministrant” Rudd oświadczył „Szczerze nie mogę tego znieść”. Joe Tucci szef „Fundacji Dzieciństwa” dodał, „to może ją dopaść nawet jak będzie miała 30 lat i zechce zostać prawnikiem czy nauczycielką”. W podobnym tonie wypowiadają się wszystkie agencje zajmujące się prawami dziecka i ich ochroną.

Rząd Stanu Nowa Południowa Walia zapowiedział, że poda magazyn do „Classification Board” swoistego rodzaju urzędu cenzury mediów. Rząd Wiktorii pochwalił się, że już w 2005 roku obciął swoje dotacje dla plugawego magazynu.

Szef opozycji towarzysz Brendan „9%” Nelson posunął się jeszcze dalej. Po pierwsze oświadczył, że wykorzystywanie sexualności (sic !!!) dzieci w ten sposób jest niedopuszczalne. Po wtróre zaklina się, że zarząda od policji wszczęcia dochodzenia, czy zostało złamane prawo, a jesli nie, to jasne jest, że prawo trzeba  zweryfikować. Wg. Nelsona wydawcy nie rozumieją w jaki sposób to zdjęcie może być uzyte przez pedofili. Ciekawe skąd on to rozumie. :)

Australijczycy kochają afery obyczajowe. Nie było by w tej aferze nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że jednym tonem wypowiadają się wszystkie głowne postaci sceny politycznej i życia publicznego. I ja już sam nie wiem kto jest bardziej zboczony. Czy matka, która zrobiła fotkę własnej córki, czy redakcja magazynu, która zdjęcie opublikowała czy też czołówka sceny politycznej, która jak jeden mąż widzi w tym tylko niezdrowe podteksty sexualne.

Kochani rodzice dzieci w wieku lat kilku, zastanówcie się dobrze kilka razy zanim zdecydujecie się np. zrobić swojej pociesze pamiątkowe zdjęcie na plaży. Nigdy nie wiadomo czy w domu spod łóżka nie wyjdzie Rudd a z szafy Nelson.
 
 

Ostatnio nigdzie nie jeździmy. Całe weekendy, na które składa się pół soboty i niedziela spedzamy na rozbiórce Juniora. Postęp prac jest dość powolny, ale efekty jednak jakieś widać. Oto krótka fotorelacja.



To już widzieliście. Ostatnie zdjęcie „Juniora” przed demolką.



Zaczynamy od przodu. Na pierwszy ogień poszły swiatła, zderzak i jeden z błotników.



Tu już bez obu błotników i stopni zewnętrznych.



Czas wyciągnąć silnik.



Cała operacja nie udałaby się bez pomocy fachowca.



Wyciąganie garbusowego silnika to na prawdę „brudna robota”.



Puste miejsce po zbiorniku paliwa.



„Victoria – The place to be.” Być może dla niektórych. My żegnamy się z „obcą” rejestracją.



Spaghetti przewodów elektrycznych po zdjęciu deski rozdzielczej. Ciekawe kto to wszystko później podłączy :)



Następnie na warsztat poszła podsufitka.



Skorupka na kołach.



Pusty środek.

 


  • RSS