harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

 
Australia mimo sprzyjających warunków klimatycznych nie jest potentatem w uprawie kawy. Rocznie produkuje tu się jej około 300-500 ton. Pokrywa to mniej więcej 1% zapotrzebowania, bowiem australijskie spożycie waha się obecnie na poziomie 45 000 ton.  Stolicą Australijskiej kawy są okolice Cairns dostarczające około 60-80% wszystkich zbiorów.

Historia upraw kawy w Australii sięga czasów pierwszych osadników i jest pełna wzlotów i upadków. Jednak przez pierwsze 100 lat osadnictwa nie wyszła poza formy upraw przydomowych. Przez następne lata podejmowano bezskutecznie podejmowano próby zakładania plantacji w różnych częściach Australii. Dopiero po 1880 roku, kiedy osadnictwo dotarło na północ Queenslandu udało się ustanowić pierwsze większe plantacje. Najwiekszą była załozona w 1884r plantacja rodziny Cutten w Bingal Bay (120 km na południe od Cairns). Wszystko szło dobrze, plantacja była największym producentem kawy w Australii aż  1918r. Wtedy nad okolicą przeszły dwa gigantyczne cyklony. Pierwszy w styczniu poważnie uszkodził sporą część upraw. Drugi 10 marca 1918 spowodował gigantyczne powodzie. Plantacja została zalana. Woda sięgała 3.6m głębokości. Od tamtej pory mamy w Australii dziko rosnące krzaki kawy i herbaty. To był gwóźdź do trumny upraw kawy w tamtym okresie. Źle zaczęło się dziać już wcześniej, bo w 1911, kiedy cyklon zrównał z ziemią plantacje kawy na północ od Cairns. Rok później przymrozki (sic !!!!) wycieły w pień uprawy w Kurandzie. Z braku dostawców rynek się załamał i pozostali plantatorzy przerzucili się na tytoń. Kawa jako uprawa przemysłowa znikła z Australii aż do lat 80-tych XX wieku. Nieliczne lokalne uprawy były raczej poletkami doświadczalnymi dla plantacji na Nowej Gwinei, która do 1975 roku była Australijską kolonią.

Od 1980 roku do dziś trwa znów dobra passa dla australijskiej kawy. Z roku na rok rośnie areał upraw i liczba farmerów. Mimo dobrej koniunktury nie zawsze farmerzy mieli dobrą passę. W połowie lat 80-tych rząd stanowy Queenslandu walczył z muszką owocówką. Walczył tak skutecznie, że przymusowo spryskał wszystkie drzewka kawowe, bez względu na to, że nie są one w stanie być żywicielem dla muszki. W efekcie zastosowania zbyt mocnych pestycydów plantacje zostały wypalone w pień. Ciągnący się latami proces przeciwko rządowi stanowemu właśnie w zeszłym tygodniu dobiegł końca. Po prawie 20 latach farmerom przyznano 9 mln AUD odszkodowania.

Perspektywy dla upraw w północnym Queensland są bardzo obiecujące. W tym roku z uwagi na sprzyjającą aurę zbiory mają być dwa razy większe niż przed rokiem. W sezonie 2008/2009 ze względu na wejście w okres owocowania dużych plantacji szacuje się, że zbiory sięgną 300% tych z 2007 roku.

Australijska kawa jest raczej kolekcjonerską ciekawostką i taką pozostanie. Obecnie farmerzy sprzedają ją w cenie 7-10 AUD za kilogram. Kilogram kawy na światowych rynkach kosztuje obecnie około poniżej 3 USD.

Kwitnaca_kawa Owocujaca_kawa Drzewko kawowe kwitnie raz do roku i raz do roku zbiera się owoce. Kawowiec posiada białe kwiaty z wyglądu bardzo przypominające jaśmin. Po zapyleniu rozwijają się z nich jagody skupione wzdłóż łodyg. W północnym Qeensland okres owocobrania przypada na zimę, miedzy czerwcem a wrześniem. Owoce z początku są zielone, później czerwienieją a przejrzałe nabierają czarnego koloru. Zbiera się je za pomocą specjalnych domowej roboty kombajnów jak ten na zdjęciu. Maszyny te strząsają owoce z drzew. Każdy owoc zawiera dwa ziarna ulożone „płaską stroną” do siebie.

kombajn Z kombajnu owoce trafiają do zbiorników z wodą. Zielone i czerwone idą na dno, czarne pływają po powierzchni. Oddziela się je od reszty i wytwarza specjalny rodzaj kawy zwanej „Bundi”. Po 48 godzinach czerwone jagody są już wystarczająco nasiąknięte, by poddać je następnej fazie obróbki. Za pomocą wody pod ciśnieniem przeciska się je przez sito. Zielone owoce nie nasiąkają i zostają na sicie. Ziarna wymyte z miekkich, dojrzałych jagód przeciskane są na drugą stronę.  Tak spreparowane ziarna trafiają do suszarek. Wysuszone ziarna, zawierające około 11% wody pozbawia się jeszcze  łupinki otaczającej samo ziarno. Przypominają one nieco te, które ochraniają pestki w jabłku. Tak spreparowane ziarno jest koloru kremowego i oficjalnie nosi nazwę „zielonej kawy”. Można je przechowywać do 3 lat. Kawę wypala się na krótko przed spożyciem. A dalej zaczyna się już prawdziwe szaleństwo. Australijczycy spożywają 2.4kg kawy na osobę rocznie i tylko 900g herbaty.
 

Od dwóch tygodni w mieście wrze. Qantas zapowiedział likwidację połączeń z Zachodnią Japonią. Pod młotek poszło połączenie  JetStaru. Dla lokalnej gospodarki to powazny cios. Co gorsza sytuacja wydaje się patowa i nie widać pozytywnego rozwiązania.

Argumentacja Qantas jest prosta i nie do odrzucenia. Linia traci na połaczeniu. Dlaczego ?  Samo Cairns nie zapełni samolotu codziennie. Połączenie nie może być raz w tygodniu, bowiem Japońce pracoholicy mają bardzo mało urlopu i przylatują tu na zaledwie kilka dni. Muszą mieć bardzo elastyczne połączenia. Codziennie, nalepiej kilka. Połączenia nie można również wydłużyć do Brisbane czy Sydney, bo i tak większość pasażerów wysiadałoby w Cairns i samolot dalej wiózłby w duzej mierze powietrze.

Inną sprawą jest, że Australia przestaje być atrakcyjna dla Japonczyków. Konkurencja ze strony krajów azjatyckich posunęła się do przodu i dziś kraje takie jak Tajlandia, Indonezja czy Malezja mogą zaoferować nie gorsze atrakcje po znacznie niższej cenie. Ozzi zaspali.

Dlaczego w miejsce Qantasu nie wejdą inne linie lotnicze? Tu na przeszkodzie stoją regulacje prawne, ograniczenia rządowe dzieki którym Qantas wciąż jest monopolistą. Australia nie ma polityki otwartego nieba. Przypomina to Polskę sprzed okresu wejścia do UE. Mogl latać LOT, na zasadach wzajemnych porozumień i umów Lufthansa czy Aeroflot, ale już nie każdy komu się spodoba i spełnia warunki techniczne. Dlatego w Australii praktycznie są nieobecni zagraniczni przewoźnicy. Tiger Airlines czy Air Asia prowadzą tak marginalną działalność, że w ogóle można pominąć ich istnienie. To nie Polska gdzie może latać i Norwegian  czy turecki SunExpress. W Australii panuje daleko posunięty oligopol pilnie strzeżony przez rząd federalny.

Wycofanie się Qantasu nie objęło tylko likwidacji połączeń. Linia od dłuższego czasu systematycznie likwidowała swoje zwizki z Cairns. Kilka lat temu międzynarodowy port lotniczy w Cairns był portem macieżystym Australian Airlines, linii w 100% zależnej od Qantas. Kiedy JetStar (tańsza linia z tej samej stajni) uruchomił połączenia międzynarodowe, szefostwo Qantas uznało, że nie opłaca im się utrzymywać dalej oddzielnej marki Australian Airlines i w połowie 2006 roku zamknęło linię. W Cairns została jednak baza operacyjna i działała na rzecz pozostałych 2 przewoźników. Teraz wraz z likwidacją połączeń Qantas likwiduje też bazę operacyjną. 40 pracujących tu pilotów dostało propozycję „nie do odrzucenia”. Przenosiny do Perth lub do Sydney.

Sprawa ma dwojaki wydźwięk. Po pierwsze prestiżowy. Cairns traci część połączeń międzynarodowych, traci bazę operacyjną Qantas. Odbierane to jest jako rysa na honorze ośrodka z prężnym lotniskiem, i pokaźnym zapleczem. Tu właśnie ma swóją główną kwaterę kilkanaście mniejszych i większych lini regionalnych. Tu jest jedyny na obszar południowego Pacyfiku autoryzowany serwis Bombardiera, to właśnie tu Air New Guini (narodowy przewoźnik Papui Nowej Gwinei) ma swoją główną bazę i siedzibę operacyjną. Jedynie zarząd spółki i adres rejestrowy jest w Port Moressby, reszta nawet księgowość jest w Cairns. Na dodatek właśnie wpompowano kolejne 200 mln AUD w modernizację terminali. Odejście Qantas jest więc afrontem.

Drugi aspekt jest czysto ekonomiczny. Jeśli loty do Nagoi i Osaki wypluwały z siebie 200 pasażerów dziennie, to daje to w skali roku 73 000 osób. Nawet jeśli te smoloty woziły jedynie po 150 osób dziennie, to nadal jest 55 000. To strata, której nie można nie odczuć w hotelach, knajpach, wycieczkach na rafę czy do lasu deszczowego.

Czy jest jakieś wyjście z sytuacji ? TTFQ, organizacja – zrzeszenie operatorów turystycznych z Północnego Queenslandu nie czekając na efekty ruszyła do działania. Trochę chyba na pokaz, bo w ciągu 2 tygodni wyższe kierownictwo odbyło kilka rozmów z „grubymi rybami” oraz kilka wycieczek zagranicznych, co nie omieszkali podkreślić na łamach lokalnego brukowca The Cairns Post. Ratunkiem dla Cairns może być zapchanie dziury po Japończykach turystami z Chin i Indii. Podobno są jakieś możliwości uruchomienia połaczeń z regionalnymi ośrodkami w Chinach o co walczy TTNQ. Lokalni biznesmami nie są z tego powodu szczęśliwi. Oni woleliby, żeby miejsce Qantas zajęła inna linia, by nie tracić Japończyków. Po piersze łączą ich mocne więzy z kontrahentami z kraju kwitnącej wiśni, znaja się na wzajem i mają za sobą wiele lat współpracy. Po drugie Japonia to bardzo bogaty kraj. Do Cairns przyjeżdża tamtejsza klasa niższa średnia. Mimo to, ich siła nabywcza jest dość spora. Oprócz tego grupa ta  uważana jest za dość łatwych i niewymagających klientów. Jeśli nawet bedą niezadowoleni, to nie bedą sprawiali problemu na miejscu, co najwyżej poskarżą się posrednikowi w domu. Co innego Chińczycy i Hindusi. Kraje te są dość biedne i na podróż do Cairns stać przeważnie nowobogackich. Ci muszą się pokazać, poczuć ważni. Przywożą ze soba manierę wywyższania. To rodzi problemy. Postrzegani są oni jako arogancka, kapryśna i wybrzydzająca klientela. Sprawiają dużo kłopotów i trudno jest ich usatysfakcjonować. Nie trudno sobie wyobrazić na kim łatwiej i mniejszym nakładem pracy można zarobić.


Czas zaczyna być dla nas rzeczą deficytową. Ostatni tydzień zleciał tak, że nawet się nie obejrzeliśmy. Popadliśmy w rutynę, dom->praca->dom. Nie wychodzimy nigdzie wieczorami. Nawet nie pamiętam, kiedy byliśmy ostatni raz nad oceanem. Z początku zaczęło się niewinnie. Uli przełożony, Węgier, pojechał na wakacje na 5 tygodni do Europy. W tym czasie Ula wraz z jedną Japonką miała go zastępować. Tak się złożyło, że w tym samym czasie Hotel przeprowadzał dużą, wartą 2 mln dolarów przebudowę wszystkich restauracji. Ula musiała więc przejąć nowe obowiązki. Po kilku tygodniach Japonka zdezerterowała. Przyjęła szeregową propozycję pracy w innym departamencie. Ilość obowiązków Uli się podwoiła. W międzyczasie okazało się, że właściciele wraz z przebudową planują zmiany strukturalne. W ten sposób Ula została „szefową” jednej restauracji i baru. Co prawda nie nosi jeszcze garonek ale już jest „ważna”. Nowe obowiązki to też szkolenia. Głównie po godzinach, wiec zabierające jeszcze więcej czasu. A do tego dochodzą studia. Nie ma przeproś, trzeba jeździć na uczelnię.

Weekendy ukradł nam Junior. Zaczęliśmy projekt i jestem pełen obaw. Ile to będzie trwało, ile kosztowało? Musieliśmy go zacząć. Znajomi wyjechali na 3 miesiące w podróż dookoła Australii i zostawili nam mały warsztat. Nawet jeśli do ich przyjazdu uda nam się tylko rozkręcić garbusa na czynniki peirwsze, to i tak będziemy „do przodu”. W końcu coś się ruszyło. Ludzie robią takie rzeczy latami, dwa, tzry lata i dłużej. Ludzie mają własne zaplecze, garaże, warsztaty. My na razie mamy trochę dobrych chęci. Wiem, wiem, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Jeśli uda nam się „zwalczyć” blacharkę i lakiernika, to „będziemy w domu”. Tylko te koszty. Byłem w zeszłym tygodniu w 3 punktach. Opisałem co dokładnie chcę zrobić, wyszedłem z kosztorysami od 5 do 17 tys. Włos mi się zjeżył. Wysłałem zapytanie do Melbourne, do firmy zjmujacej się odświerzaniem desek rozdzielczych. Wycenili usługę na 495$. Masakra. Jak tak dalej pójdzie to chyba taniej będzie kupić własną maszynę do szycia i samemu obciągnąć deskę i uszyć tapicerkę. Deski do Polski nie wyślę, ale mogę zdjąć starą tapicerkę i wysłać by tam uszyli na miarę. Może byłoby taniej? Bo, że lepiej to pewny jestem na 100%.  Powoli zaczynam panikować. Głównie dlatego, że nie jestem w tym przypadku metodyczny. Nie mam gotowego planu do realizacji, krok po kroku. Mniej więcej z doświadczenia i intuicyjnie wiem, co muszę zrobić, ale nie stoją za tym żadne cyfry. Kiedyś robiłem „przymiarkę” do takiego projektu. Wyszło mi 3 lata i około 40k AUD.

Na koniec kilka słów o hotelu, w którym pracuje Ula. Rodzinny biznes, ojciec i 2 synów, Żydzi z Austrii. Nestor rodu jako dziecko wyemigrował z rodzicami do Wiednia na początku ubiegłego wieku spod Tarnowa. Mimo prawie całego życia spędzonego za granicą i 90-tki na karku wciąż potrafi porozumieć się po Polsku. Co mnie zaskakuje, to że wiciąż w jakiś sposób utożsamia się z Polską. Jedna z sal bankietowych na jego życzenie nosi nazwę Józefa Konrada Korzeniowskiego a w drodze do Cairns jest pomnik poety. Wręczył nawet Uli do poczytania książkę Korzeniowskiego. Tak, Korzeniowskiego, po polsku, nie Josepha Conrada po angielsku. W hotelu jest jeszcze jedna osoba mówiąca po polsku. Młody chłopak, którego babcia pochodzi z Polski a rodzice i on sam urodzili się już w Australii. Mimo, że to 3 pokolenie, nie tylko porozumiewa się w naszym języku, ale mówi o sobie „jestem Polakiem”. Postrzegam to jako drugi biegun w stosunku do ludzi, ktorzy mówią o sobie „my Australijczycy” zanim nawet jeszcze zdobędą świstek z obywatelstwem. Na szczęście żyjemy w wolnym kraju i każdy może uznawać swoją narodowość wedle uznania. Poza wzgedem czysto etycznym, nie rodzi to żadnej różnicy. To pisal harom, Polak z australijskim paszportem.

 
Irvinebank to jedna w wielu postgórniczych osad w Połnocnym Queensland. Jego historia jest niemalże identyczna jak dziesiątek innych tego typu miejsc w okolicy. Założone w 1880 roku jako osada górnicza przeżywało swoje wielkie chwile wraz z hossa na cynę. Kiedy skonczyla sie hossa miasto podupadlo. Uciekli gornicy a wraz z nimi wszyscy, ktorzy zyli z ich obslugi. Jedyne co rożni Irvinebank od kilu okolicznych osad, to fakt, zamieszkałe jest do dziś. Pobliskie Stannary Hills w czasach świetności miało 5 hoteli, rzeznika, wytwornie sokow, posterunek policji, szkole, klub krykieta, pole golfowe i klub footy. Tak jak Irvinebank żyło z wydobycia cyny. Kiedy świat poszedł do przodu wydobycie metodami jak za Króla Cwieczka stało się nieopłacalne i miasto się wyludniło. Ostatni hotel zamknięto w 1955 roku a wkrótce później wyprowadzili się ostatni mieszkańcy.  Dziś grasuje tam tylko wiart. Ale wróćmy do Irvinebank.

Irvinebank z populacją sięgającą onegdaj 3000 osób dziś jest zamieszkałe zaledwie przez 90 mieszkańców. Do osady można dostać się nieutwardzoną drogą od strony innego górniczego miasta Herberton lub od zachodu również szutrówką prowadzącą do Petford. Po pokonaniu małego strumienia zaraz za zakrętem umiejscowiony jest charakterystyczny „witacz”, górnicza koleba na torze 600mm oraz zardzewiały boiler.

DSCN4220 DSCN4207

Czas tu zatrzymał się w miejscu. Własciwie niemal pozostawione sobie miasto powoli zanika. Spieszymy więc zobaczyć zabytki. Na pierwszy ogień idzie „School od Arts”. To bardzo okazały budynek służący za miejsce spotkań i imprez masowych. Powstał w 1900 roku i do dziś, choć nadszarpnięty zębem czasu służy mieszkańcom miasta. Tuż za nim na niewielkim wzgórzu położony jest Loundon House, dom rezydencja założyciela Irvinebank Johna Moffata. Powstały w 1884 roku „queenslander” dziś mieści małe muzeum. Nieco poniżej widzimy jedyny w mieście budynek z cegły. Zardzewiały dach i powyłamywane barierki dają nam jakieś pojęcie o jego obecnym statusie. Onegdaj była tu siedziba National Bank of Queensland. Do niedawna na parterze zachował się jeszcze orginalny wystrój bankowy.  Bardzo ciekawym zabytkiem, dobrze zachowanym i o charakterystycznym kształcie jest budynek stacji kolejki wąskotorowej. W czasach świetności z Irvinebank codziennie odjeżdżało 5 pociągów towarowo-pasażerskich dowożąc ładunki i ludzi do lini normalnotorowej biegnącej do Cairns.

DSCN4210 DSCN4212 DSCN4213

DSCN4219 Nie wszystkie budynki niszczeją z braku gospodarza. Założona w 1889 roku szkoła stanowa działa nieprzerwanie do dziś. Uczęszczają do niej dzieciaki z Irvinebank oraz okolicznych farm. Jest to typowa szkoła „z buszu” czyli operująca bazując tylko na jednym nauczycielu. I dla tych kilkunastu dzieciaków opłaca się ponosić koszty wszystkich remontów, eksploatacji, pensji nauczyciela oraz utrzymania jego domu. Może kilku wójtów z polskich gmin mogłoby się czegoś tu nauczyc ?

DSCN4225 Kolejnym zabytkiem, który nie niszczeje pozbawiony własciciela jest była poczta oraz stacja telegrafu. Budynek pochodzący z 1907 roku służy obecnie jako lokalna galeria. Agencja pocztowa dziś działa w jedynym hotelu w mieście.

Ruszamy zobaczyć mniej zabytkowe części miasta. Na każdym kroku widać coś co nazwałbym syndromem Violetty Willas. Onegdaj tryskająca talentem i nadprzeciątną urodą, dzis wzbudza jedynie politowanie i usmiech na ustach. Dla przykładu „chacjenda” z pierwszej fotki. Zbyd duża i kosztowna dla własciciela. Widac wyraźnie brak funduszy nawet na najbardziej potrzebne naprawy. Po drugiej stronie strumienia wcale nie jest lepiej. Dziury w przerdzewiałych dachach mówią same za siebie. Po przeciwnej stronie ulicy kolejna rezydencja. Może te kilka kwiatków robi różnicę, ale na pierwszy rzut oka wyglada jak slumsy gdzieś w Bombaju.
 

DSCN4215 DSCN4221 DSCN4222

Kręcimy się po okolicy. Co rusz to napotykamy porzucone rdzewiejące wraki samochodów. Między nimi przechadza się dzikie ptactwo. Spotkać można też małe karłowate konie samopas.

DSCN4214 DSCN4209 DSCN4223 

Na koniec udajemy się jeszcze na kawę do jedynego hotelu/pubu w mieście. Tu dziś daniem dnia jest BBQ. W przyhotelowym ogródku krząta się właściciel. Po okolicy niesie się charakterystyczna woń mięsa smażonego na ruszcie. To BBQ jest opalane lokalnym drewnem. W przeciwieństwie do elektrycznych czy gazowych jakie można znaleźć w Cairns nie ma płaskiej płyty ze stali nierdzewnej a raczej typowy ruszt. Mięso jest więc na wpół uwędzone w aromatycznym dymie palonego drewna.

My nie zostajemy na lunch. Ruszamy dalej. Za miastem droga nadal jest nieutwardzona. Teraz w porze suchej króluje tu drobny pył. Wyglada jak wysuszony muł. Kiedy popada pył ten chłonie wodę i zamienia się w substancję o konsystencji masła i o takiej samej przyczepności. :) Czasami pokonujemy niewielkie strumienie przecinające drogę. W porze mokrej taki strumyk miałby z 5 metrów szerokości i ze 2-3 głeokosci. Nie mielibysmy najmniejszych szans go przejechać. Innym razem nad strumieniami przerzucone są nieduże kładki. W porze mokrej niewiele to zmienia. Woda płynełaby ze 2 metry nad mostem.

DSCN4240 DSCN4226 DSCN4241

Życie w outbacku Australii nigdy nie należało ani do łatwych ani do przyjemnych. W okolicach Irvinebank wydaje się być jeszcze mniej przyjemne niż gdziekolwiek indziej. Tabliczki ostrzegawcze wręcz zachęcają do spaceru po buszu. Na pierwszej widzimy ostrzeżenie przed niewybuchami. Druga przy uroczo wygladającym strumyku z wodą tak chłodną chłodną i rzeźką, że trudno się oprzeć by nie skosztować ostrzega, ze jest ona trująca. Charakterystyczną cechą są bramy na drogach. Zapobiegają przedostawaniu się zwierząt. Za każdym razem należy upewnić się, że bramę zamykamy za sobą.

DSCN4238 DSCN4239 DSCN4228

DSCN4229 DSCN4235
Te zwierzęta to przeważnie krowy. Jedyni mieszkańcy miast duchów. Proszę popatrzeć na trawę. Ten gatunek praktycznie zywi się drewnem. Wysuszone i zdrewniałe łodygi traw nie nadawały by się na posiłek dla polskiej łaciatej.

Po krótkiej drodze docieramy do opuszczonej miejscowości Mountalbion.
Po zabudowaniach nie ma już śladu. Pozostawione bez opieki drewniane
obejścia spłoneły wraz z corocznymi pożarami buszu. Jedyny ślad, że tu
kiedyś mieszkali ludzie stanowi opuszczony cmentarz. W latach 1886 -
1922 pochowano tu w sumie 68 mieszkańców miasta. Niemalże połowa z nich
to dzieci poniżej 10 roku życia. Stojąc nad grobami niejednokrotnie
widzieliśmy rodziny tracące trójkę dzieci na przestrzeni zaledwie 2-3
lat. Nie wiem co mogło być przyczyną tak wielkiej śmiertelności. Może
woda zanieczyszczona metalami cieżkimi, które wydobywano w okolicy ?

DSCN4236 DSCN4232 DSCN4233 

Byliśmy już w miejscach gdzie wydobywano i przetapiano miedź, byliśmy na szlaku cynowym. Kolejną naszą wyprawą do Outbacku będą tropy opuszczonych miast i porzuconych kopalni złota. Suchy sezon sprzyja wyprawom po nieutwardzonych duktach.

 

 
Junior odsłużył swoje dzielnie. Woził mnie do pracy w Melbourne, przywiózł nas do Cairns, był z nami na najgorszych wertepach. Od kiedy mamy Kijankę przeszedł w stan spoczynku. W zeszłym tygodniu wyjmując coś z tyłu samochodu poczułem nieprzyjemną miękość podłogi. Zajrzałem pod spód. Niestety, przyszedł czas na 33 letnią blachę. Tak się złozyło, że jednocześnie wyjechali znajomi zostawiając nam pod opieką swój dom. Decyzja mogła byc tylko jedna. Rozpoczynamy remont „Juniora”. Nie wiem ile nam się uda zrobić dysponując jedynie weekendami przez najbliższe 2 miesiące dopóki nie wrócą znajomi. Tak czy inaczej poniższa fotka jest historyczna. Ostatnie ujęcie na Juniora przed rozpoczęciem „rozbebeszania”.




 


  • RSS