harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008


Miałem opisać wrażenia z pierwszej audycji jaką poprowadziłem w Cairns FM. To co wyczyniałem na antenie jednak jest niczym w porównaniu z  tym, co wyczyniają filmowcy w 4 części Indiany Jonesa, na którą z tygodniowym opóźnieniem wybraliśmy się wczoraj. Kiedy rozpoczynałem audycję dało znać o sobie, że przez kilkanaście lat nie siedziałem „za gałami”. Na początku trochę się pogubiłem. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że prowadząca przede mna audycję Tajka wyszła w ostatniej chwili ze studio i miałem 30 sekund na opanowanie wszystkiego. Po początkowej porażce rozkręciłem się nieco i dalej już poszło bez zgrzytów. W przeciwieństwie do Indiany Jonesa, gdzie komedia pomyłek trwała nieustannie do samego końca.

Ogólnie film mi się podobał, choć miałem odczucie, że Harrison Ford tak długo chodził za Lukasem i Spilbergiem, że wkońcu mu ulegli, ale nie włozyli w to tyle serca ile w pierwsze 3 części. Moim zdaniem brakowało mu ikry, tego „czegoś”, tej iskierki. Kolejną uwagę mam do sugestywności scenariusza. Indiana Jones oczywiście w każdym filmie robi coś, co „Pogromcy Mitów” bez trudu obnarzyliby jako fizycznie niemożliwe. Nie mniej jednak każdy ma pewną osobistą granicę „wciskania kitu”. Indiana Jones to człowiek, nadprzeciętnie sprawny i inteligentny ale jednak człowiek, więc nie powinien posiadać cech właściwych istotom nadprzyrodzonym jak BatMan czy SpiderMan. Dla mnie osobiście granica wciskania kitu została przekroczona, gdy Indi przeżył wybuch bomby atomowej schowany w …. lodówce. Nie tylko nie stopił się w niej od temperatury ale wyrzucony falą uderzeniową przeleciał w niej dobrych kilka kilometrów i po twardym lądowaniu wydostał sie na zewnątrz by obserwować grzyb atomowy. To jednak nie przeszkadząło mi się dobrze bawić na filmie.

W kazdej produkcji są niedociągnięcia i niezamierzone efekty. Każdy pamięta zegarek na ręce aktora w ekranizacji „Krzyżaków” czy „Stara” przemeszczającego się na dalekim planie „Pana Wołdejowskiego”. Takie wypadki się zdarzają, ale to co działo się na Indiana Jonesie woła o pomstę do nieba. Niekonsekwencje są tak częste, że to już nie wypadki, tyko czyste niedbalstwo. Może właśnie dzięki temu bawiliśmy się ze Szpulką wyśmienicie. Już na samym początku zapowiadało się nieźle. Jedna z pierwszych scen. Konwój ciężarówek podjeżdża do bramy bazy wojskowej. Ujęcie z szoferki -  kapral otwiera szlaban. Ujęcie z boku samochodu – szlaban jest zamknięty. Kilka minut później. Indiana rozmawia z Matem w barze. Na stole stoi ketchup i musztarda w plastikowych butelkach. Hmmm, nie jestem pewien czy w 1957 roku takie produkowali, ale pewien jestem, że patrzac od strony Indiany Mat wstając trąca butelki. Ujęcie od strony Mata, butelki stoją. Kolejne ujęcie od strony Indiany, Indiana podnosi leżące butelki. Dalej wcale nie było lepiej. Bohaterowie udają się do Peru samolotem linii PANAM. Jak dobrze widzę jest to stary dobry rosyjski Antonow. Nie chcę niczego przesądzać, ale linie PANAM raczej nie eksploatowały radzieckiej myśli technicznej. Samolocik leci i co widzimy ? Przelatując nad Ameryką Środkową na mapie w tle pojawia się Belize. Państwo, które powstało w latch 70-tych a w czasach, gdy dzieje się akcja filmu ten kawałek ziemi zwany był Honduras Brytyjski. Bohaterowie filmu mają również bardzo szybko schnące ubrania. Dla przykładu spadają w dół ogromnego wodospadu, wydostają się na brzeg przemoczeni do suchej nitki, by wejść do jaskini, gdzie widzimy ich już zupełnie suchych. Mógłbym pomyśleć, że to przypadkowe niedociągnięcie, ale sytuacja taka powtarza się za każdym razem gdy bohaterowie wpadają do wody !!!! Inna ciekawostką, jaką zaobserwowałem jest że rosyjski „Gazik” ma tylko 2 pedały. Czyżby „automat”? Specem od techniki wojskowej nie jestem, więc nie bede kategoryczny, ale wydaje mi się, że w 1957 roku rosjanie nie robili pojazdów wojskowych z automatyczną skrzynią biegów. Te i cały szereg innych detali powodował, że odebraliśmy Indianę bardziej w kategorii dobrej komedii pomyłek niż filmu awanturniczo-przygodowego. Tak czy siak wybrać sie na niego warto. I choć drugi raz już nie poszedłbym do kina na 4 część przygód Indiany Jonesa to wieczór należy zaliczyć do bardzo udanych.

 

Nadal żyję, mimo wszelkich spekulacji, że pożarł mnie kot a kota pyton. Nic takiego nie miało miejsca i nadrabiam zaległości.

Na początku maja mieliśmy okolicznościową imprezę z okazji konstytucji 3-go maja. Raz do roku na okolicznościowej imprezie spotyka się Polonia z Cairns. Średnia wieku uczestników grubo ponad 50 lat. Wszystko odbywa się w klubie „Germania”, niemieckim odpowiedniku Domów Polskich. Mimo atmosfery wiejskiego wesela całość była o niebo lepsza niż sztywne australijskie „party”. Tuż po podaniu produktu posiłkopodobnego, który składał się z płynu rosołopodobnego, kotleta z ziemniakami puree z proszku oraz deseru cała gawiedź ruszyła na parkiet. A zabawa była przednia, aż miło popatrzeć.

Nie mineło dwa dni od imprezy jak do naszego oddziału „Korporacji” przybyły dwie szychy. W obroty poszedłem ja i Bezzębny. Szkoda jednak, że ten baran nie opuszczał mnie na krok, bo aż krzyczeć mi się chciało „zróbcie porządek z tym debilem”. W efekcje tej wizyty duszpasterskiej w następnym tygodniu wylądowałem w Brisbane i Ipswich. Z owej wyprawy przywiozłem dwa dość nieorginalne spostrzeżenia. Po pierwsze, jak mieszkasz na ostatnim piętrze hotelu w lokalizaji, która potrafi zwalić na nogi każdego „industrialnego romantyka”, to za bardzo podstawowe, wręcz spartańskie warunki w pokoju trzeba zapłacić 290$ za noc. Jakby ten „river fornt” w sąsiedztwie 4 pasmowej autostrady z widokiem na miasto był czymś ekscytującym. Widocznie mieszkańcy papierowych domów na przedmieściach tęsknią do betonu i dlatego wycenili tak ów niepowtarzalny widok. Drugie spostrzeżenie dotyczy hotelu w Ipswich. Też ostatnie piętro, ale tym razem tylko 5-te, nieciekawy widok z okna na zagracone podwórko sąsiedniej posesji ale za to apartament z oddzielną sypialnią, salonem, kuchnią ze zmywarką, 1.8m lodówką, mikrofalą, kompletem naczyń, talerzy, sztućców, itp. Łazienka tak wielka, że można w niej jeździć na rowerze. Całość za 160 AUD za dobe. Konkluzja? W Australii zawsze sprzedaje się opakowanie, otoczkę a nie właściwy produkt. Rzeczy wizualnie czy medialnie atrakcyjne, mimo przeciętnej czy kiepskiej jakości  są generalnie lepiej przyjmowane, a co za tym idzie droższe niż towary dobrej jakości i profesjonalnie wykonane usługi nie mające takiego marketingowego wsparcia.

Po powrocie z wojaży w Brisbane czekało mnie zorganizowanie w firmie inwentaryzacji. Poszło nawet sprawnie. Głównie dlatego, że centrala po raz pierwszy przysłała mi do pomocy kogoś z jajami a nie jakąś introwertyczną sierotę czy biurokratyczną miernotę. Szybko znaleźlismy wspólny język i nawet obstrukcja ze strony Bezzębnego (po na wsparcie nigdy nie było co liczyć) nie była w stanie nam pokrzyżować planów. Kosztowało mnie to jednak trzy dni pobytu w pracy po 12 godzin oraz spędzoną tam całą sobotę.

To była historia w telegraficznym skrócie. A w najbliższej przyszłości, bo już od środy bedę miał przyjemność i zaszczyt prowadzić godzinną polską audycję w lokalnym radio Cairns FM. I choć już kiedyś za studenckich czasów miałem okazję pracowac w 2 rozgłośniach radiowych w Krakowie, to muszę powiedzieć, że mam sporą tremę przed środą. Najgorzej to ruszyć, dalej pójdzie gładko. Relacja jak poszło w najbliższym czasie.

 


………..nosić buty z wielkim czubem, moje długie włosy to jest coś co lubię. To Artur Gadowski z zespołu IRA, sąsiad zza miedzy z Szydłowca, oddalonego o niecałe 12 km od mojego rodzinnego Skarżyska. A co ja lubię? Definitywnie lubię „moją dziurę”. Lubię widok zalesionych gór za oknem, lubię obłoki wiszące nisko nad nimi. Ciepełko, to też lubię w „mojej dziurze”. Rano kiedy wychodzę z domu jest fantastycznie rzeźkie 18-19 stopni. Później jadę do pracy słuchając ABC News Radio i z nieukrywaną przyjemnością słucham, że w Brisbane jest właśnie 12, w Sydney 9, Canberze 2, Melbourne 7, a Hobart 4. I wiem, że kiedy u mnie zimą będzie okrutne 23 stopnie, tam na dole bedą się cieszyć z dnia z 12 stopniami. I będzie to przez kilka godzin w południe, gdy wszyscy i tak siedzą w pracy, a kiedy wyjdą i po tej temperaturze zostanie już tylko wspomnienie.

ABC News Radio to kolejna rzecz, którą lubię. W Polsce przyzwyczajony byłem do wiadomości na okrągło. RMF zaczynał serwis kwadrans do pełnej godziny, później można było przełączyć się na Radio Zet lub Trójkę. Po powrocie z pracy, też praktycznie co pół godziny można było znaleźć informacje  TV. Później w 2001r pojawiła się TVN24 i wszystko było juz w jednym miejscu. W Australii nie ma takiego „fioła” na punkcie Newsów. Wiadomości ogólnokrajowe są gdzieś na marginesie informacji lokalnych, miedzynarodowe jeszcze bardziej zmarginalizowane. ABC News Radio znakomicie wypełniło mi lukę informacyjną jaką do tej pory odczuwałem. 

Z bardziej przyziemnych rzeczy lubię wieczorne kąpiele w oceanie i weekendowe w słodkowodnym strumieniu. Szczególnie te kąpiele oceaniczne są wyjątkowe. A później spacer wzdłóż plaży, pod rozgwieżdżonym niebem i z zapachem morskiej soli w nozdrzach. Czasami wieczorem włóczymy się również przy Marinie patrząc jak bielusieńkie jachty odbijają się w diabelsko czarnej powierzchni wody niczym w lustrze. Wzdychamy wówczas czasami do tej czy innej zaglówki snując przeróżne plany.

A teraz dla zmiany nastroju coś o „robocie”. Praca w „korporacji” sprawiła, że zetknąłem się z wieloma sprawami, z jakimi nie miałem do czynienia wcześniej, np. robotnicy. Pracując w Cormay, TVN czy Karen Notebook miałem do czynienia głównie z ludźmi z wyższym wykształceniem lub szeregowymi pracownikami biurowymi. Nie dane mi było mieć wiele kontaktu z robotnikami fizycznymi. Czemu o tym piszę? Bo dziś usłyszałem coś co wywarło na mnie wrażenie. Nie z tych pozytywnych czy negartywnych, ale uzmysłowiło mi, że istnieją problemy dalece niewyobrażalne w moich poprzednich miejscach pracy.  O co chodzi ? Dziś na cotygodniowym spotkaniu „managementu”  kierownik produkcji poruszył sprawę jednego z robotników. Koleś niegroźnie poparzył się podczas pracy ale zgodnie z korporacyjnymi procedurami profilaktycznie wylądował u lekarza. Tu się okazało, że na skórze rozwinął już sobie kilka pięknych rumieni. Lekarz orzekł, że jednym z powodów jest kiepski stan higieny. Ponieważ koleś sam o to nie dba, a i w domu nie przykładają widocznie do tego żadnej wagi kierownik polecił brygadziście, by przypilnował aby gość  codziennie się przebierał. Spytał również czy sfinansujemy specjalną maść antyseptyczną na tą dolegliwość. Oczywiście nie musimy tego zrobić, bo infekcja nie jest w żaden sposób związana z warunkami pracy, czynnikami szkodliwymi czy wypadkiem przy pracy, ale patrząc na to, co miało miejsce do tej pory on i jego rodzina na pewno o to nie zadba dopóki nie będzie za późno. Jeśli my również nic nie zrobimy, to infekcja bedzie postępować i w końcu stracimy kolejnego pracownika. Koleś mimo bardzo młodego wieku ma już sporo uprawnień i kwalifikacji i byłaby to niezbyt korzystna sytuacja dla firmy. Tym bardziej, że ostatnio inny wykwalifikowany robotnik zdecydował się otworzyć własny rodzinny sklepik i opuści nas na dniach. Siedziałem tak na tej posiadówie i słuchałem z rozwartą paszczą i wybałuszonymi oczami i sam nie wiem do końca co o tym wszystkim mysleć. Bynajmniej nie spodziwałem się, że zwykła fabryka a nie szkoła czy rodzina może borykać się z tego typu sytuacjami. 
 


  • RSS