harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

 

Właśnie skończył się nam długi weekend w Australii. Powodem był
ANZAC Day czyli tutejszy „Dzień Wojska Australijskiego”. Już od 3 lat
noszę się z zamiarem napisania kilku słów na ten temat i będzie to
musiało poczekać na następny ANZAC Day. Nie chciałbym szargać dobrego
imienia żołnierzy ani nic im ujmować, więc muszę dobrze przemyśleć
zanim zapytam dlaczego ludzie, którzy wysyłani byli gdzieś daleko za
ocean przez kolejne australijskie rządy jako mięso armatnie na każdą
wojnę rozpętaną przez „sojuszników” z USA i Anglii zasługują na większy
szacunek i pamięć współczesnych niz Ci, którzy w trudzie i znoju
walczyli z dzika i nieokiełznaną przyrodą kontynentu, ginąc od ugryzień
węży, pająków oraz różnych gorączek malarycznych tu na miejscu. I tu
pojawią się odpowiednie fotki pomników i skwerów ku czci ANZAC oraz
cmentarzy pionierów.

ANZAC Day to dla nas również symboliczny początek nowego roku.
Przylecieliśmy do Australii na początku kwietnia i było to nasze
pierwsze święto na emigracji. Dlatego kolejny ANZAC Day mówi nam, że
właśnie minął kolejny rok pobytu w Australii. Łatwiej to uchwycić niż 9
kwietnia, dzień, który ginie wśród innych i przechodzi niezauważony.

Nie świętowaliśmy specjalnie tej okazji a zamiast tego
postanowiliśmy wykorzystać koniec mokrego sezonu i zrobić mały
rekonesans po miejscach, które chcielibyśmy odwiedzić niebawem. To była
taka „japońska wycieczka”. Przyjechaliśmy, wysiedliśmy z samochodu,
pstryknęliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej.

Na początek wyruszyliśmy na południe w stronę dzielnicy Gordonvale,
by tam się przebić na drugą stronę przez Wielkie Góry Wododziałowe. Do
tej pory zawsze pokonywaliśmy tą trasę nocą wracając z Płaskowyżu. Tym
razem chcieliśmy zobaczyć ją za dnia. I bylo na prawdę warto. Droga
przez 19km wspina się do góry stromymi zboczami. Co kilka kilometrów
można było się zatrzymać przy punkcie widokowym. W dole widzieliśmy
nieziemsko zieloną dolinę wraz z małymi domkami ludzkich osad oraz
sąsiednie góry z pasmem najwyższego szczytu Queenslandu. Rzeźba terenu
jest bardzo urozmaicona i dostarcza wielu wrażeń. Wczołgaliśmy się w
końcu na samą górę i ruszyliśmy wgłąb  Płaskowyżu Athertona.

DSCN4063 DSCN4064 DSCN4066

 

Pierwszym przystankiem na naszej drodze jest jezioro Barine. To
urokliwe miejsce powstało w kraterze wygasłego wulkanu. Otoczone gęstym
lasem z mnóstwem drzewiastych paproci i niebosiężnych sosen jest oazą
spokoju i piękna. W gładkiej tafli odbijają się zalesione brzegi. Woda
przejrzysta na kilka metrów w głąb pozwala obserwować ryby i żółwie. Na
przystani kołyszą się dwa stateczki „białej floty” gotowe zabrać
turystów na kilkudziesięciominutowy rejs. Tuż obok mała restauracja z
werandą. Pijąc kawę na świezym powietrzu można delektować się
niesamowitym widokiem. Restauracja idealnie wtapia się w otoczenie.
Drewniany budynek w stylu „queenslandera” tonie w starannie utrzymanym
tropikalnym ogrodzie. I to wszystko, żadnych campingów, domków
letniskowych, kąpielisk, itp. Czysta przyroda do podziwiania. Od
centrum Cairns dzieli nas tylko 40 km., wiec można tu przyjechać nawet
na pół dnia. Robimy kilka fotek, dodajemy to miejsce do listy miejsc do
odwiedzenia i ruszamy dalej.

DSCN4068 DSCN4069 DSCN4070 DSCN4072

Niespełna kilkanaście kilometrów dalej skręcamy w stronę jeziora
Eacham. To również zbiornik powstały w niedzce wygasłego krateru
wulkanicznego. Widok bardzo podobny. Krystalicznie czysta,
przeźroczysta na kilka metrów w głąb woda, zalesione brzegi dookoła. Tu
jednak dopuszczono kąpiel i uprawianie sportów wodnych. Przy brzegu
sporo miejsc parkingowych, pomosty widokowe, specjalna pływająca
platforma dla chcących popływać. Oprócz tego tradycyjne Australijskie
BBQ i zadaszone wiaty. Ruch dość spory. Kilkanaście samochodów, kilka
osób w wodzie, ekipa z butlami przygotowująca się na trawniku do
nurkowania, samotny kajakarz gdzieś w oddali. I to miejsce też ma
klimat na swój sposób.

DSCN4075 DSCN4077 DSCN4078 DSCN4080

Ruszamy dalej. Droga malowniczo wije się przez Płaskowyż. Za oknami
samochodu wielka pagórkowata równina. Trochę czujemy się jak mrówka na
drodze z „kocich łbów”. Na przemian wspinamy się na jakiś pagórek lub
go objeżdżamy. Za kolejnym z rzędu wzniesieniem napotykamy kilkanaście
potężnych wiatraków. To elektrownia zwana „Wierzne Wzgórza” (Windy
Hills). Białe konstrukcje kontrastują z zielenią łąk i pastwisk na
których stoją. Są gigantyczne. Ponad 44m tj. mniej więcej wysokość 10
piętrowego wieżowca. Na górze generator ze śmigłem o 3 łopatkach. Każda
z nich mierzy 22m i waży 2,5 tony. Tuż u podnóża leniwie przechadzają
się krowy. Takie zwykłe, czarno-białe łaciate. Kilka pamiątkowych zdjęć
i znów jesteśmy w drodze.

DSCN4081 DSCN4083 DSCN4084 DSCN4089 DSCN4092 DSCN4131 DSCN4133

 

Ravenshoe, do którego docieramy oddalone jest od wiatraków nie
więcej niż 5 minut jazdy. To najwyżej położone miasto w Queenslandzie.
Choć miasto to pojęcie na wyrost. Niejedna polska wieś gminna jest duzo
większa. Jedna ulica na przestrzał, a przy niej wszystko co
najważniejsze. Jest poczta, biblioteka, dwa sklepy spożywcze, dwa
hotele z wyszynkiem i siedem agencji nieruchomości. Tu zabawimy nieco
dłużej, bo idziemy na przejażdżkę parowozem. W Ravenshoe kończy się
jedna z linii wiodących onegdaj do Cairns. Porzucona przez lokalnego
molocha kolejowego Queensland Rail została ozywiona na odcinku
ostatnich 7 km. przez grupę entuzjastów. Obecnie raz w tygodniu w
niedzielę wyrusza stad pociąg retro. Budynek stacji utrzymany jest
wciąż w „klimacie”. Czas zatrzymał się tu w miejscu. Kupujemy bilety i
z grupą około setki turystów jako i my karnie czekamy na podstawienie
pociągu. Po peronie biega mały biały dupelek ubrany w odblaskową
kamizelkę i identyfikator wolontariusza. Wzbudza powszechne
zainteresowanie. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu wagony zostają w
końcu podstawione. Wsiadamy do środka, przechodzimy do „letniaka”.
Pociąg rusza. Opalana niskokalorycznym drewnem lokomotywa z trudem
ciągnie 5 wagonów. Jedziemy glwnie przez las i sawannę. Trasa
generalnie mało atrakcyjna. Organizatorzy by urozmaicić podróż co rusz
to poprzyczepiali na drzewach różne „zabawiacze”. Mijamy więc kilka
pluszowych koali, Kubusia Puchatka jak również „gołą babę”, manekin na
leżaku pod parasolem przeciwsłonecznym. Niebawem docieramy do stacji
końcowej. Stacja to określenie na wyrost. Zwykła drewniana szopa z
dumnym napisem „Najwyżej połozona stacja kolejowa w Queensland”. My na
czas manewrów parowozem udajemy się do najwyżej położonego wychodka na
najwyżej położonej stacji w Qeensland. W międzyczasie ucinam sobie
pogawędkę z jednym z „szaleńców”, który przywrócili ta linie do życia.
Na odchodne dostaję nie lada trofeum. Orginalny ponad stuletni kawał
rdzy, który kiedyś mocował szynę do podkładów.

DSCN4094 DSCN4096 DSCN4097 DSCN4104 DSCN4093 DSCN4095 DSCN4099 DSCN4101 DSCN4103 DSCN4109 DSCN4110  DSCN4113 DSCN4116 DSCN4114 DSCN4111 DSCN4121

 

Po powrocie do Ravenshoe ruszamy na dalszy rekonesans. Kierujemy się
do wodospadu Millstream. Podobno jest to najszerszy wodospad w całej
Australii. Położony nieopodal głównej drogi jest łatwo dostępny nawet
dla osób niepełnosprawnych. Betonową ścieżką dochodzimy do platformy
widokowej i muszę przyznać, że jesteśmy rozczarowani. Wodospad nie robi
większego wrażenia. Bez problemu potrafiłbym wskazać w okolicach co
najmniej kilka bardziej godnych uwagi. Nie oczekiwaliśmy Niagary, ale
jesteśmy troszeczkę zawiedzeni. Ruszamy więc dalej.

DSCN4122 DSCN4123

Około 30 km. na zachód od Ravenshoe znajduje się miejsce zwane Inot.
I można by je minąć nawet nie zauważywszy gdyby nie sława jaka rozeszła
się po okolicach. Tu bowiem znajdują się gorące źródła. Rozczarowałby
się jednak ten, kto oczekiwałby czegoś na kształt Liptowskiego
Mikulasza na Słowacji czy Zalakaros na Węgrzech. Do rzeczy. Mijamy
tablice butnie ogłaszającą wjazd do Inot i jedna z 2 znajdujących się
tu posesji. Zaraz za nią nad malutką smródką przerzucony jest mostek.
Za nim mały nieutwardzony plac robiący za parking. Na końcu trzy
archaicznie stare dystrybutory przyklejone do czegoś przypominającego
bar szybkiej obsługi. Na „podwórku” kilknascie przyczep kempingowych.
To tutejszy kemping. Wysiadamy z samochodu. Podchodzimy do smródki. W
najszerszym miejscu ma może 1,5m szerokości. Ciecz w korycie jest szara
i mętna, przypomina bardziej fenol płynący korytem Yarry niż H2O.
Cuchnie jednak siarką i siarkowodorem, co daje dobry znak. Na brzegu w
dołkach wygrzebanych w piaszczysto żwirowym podłożu wyleguje się kilka
osób. Wchodzę do wody i….. szkliwo pęka na zębach z zimna. Jakie to
kurde gorące źródła. Po chwili staję na żwirze przy brzegu. Lekko się
zapadam w podłoże. Zaczyna się robić coraz cieplej. Czuję wyraźnie, że
to woda termalna. Sekundę później wyskakuję w górę jak z procy. Już nie
jest mi ciepło, nie jest nawet gorąco, omal nie poparzyłem sobie stóp.
Szybko wbiegam do zimnej wody. Szwendamy się kilka minut wzdłuż brzegu.
Za każdym razem gdy widzę, bombelki gazu lub, że coś wybija spod piasku
zanim postawię nogę delikatnie sprawdzam temperaturę. Kiedy już mam
dość idziemy do budynku przy kempingu. Za zgodą recepcjonistki
wchodzimy na teren ośrodka. Tutaj znajdujemy 6 basenów z wodą o różnej
temperaturze. Są normalne z „czystą” wodą do pływania, jak również
„moczodupniki” z termalną wodą siarkową. Dziś już jest późno, ośrodek
dla gości z „zewnątrz”, t.j. nie zostających na noc udostępnia baseny
tylko do godz. 18.00. Decyzja jednak zapadła. Przyjeżdżamy tu w
następny weekend a najdalej za dwa tygodnie!!!

DSCN4128 DSCN4129 DSCN4130 DSCN4126 DSCN4127

 

Droga powrotna do Cairns zajmuje nam o wiele mniej czasu. Nie
zatrzymujemy się już prawie nigdzie. Prawie, bo jednak zahaczamy o
Malandę, małe farmerskie miasteczko słynące z tradycji mleczarskich.
Przy okazji dowiadujemy się, że właśnie tu na tym zadupiu jest
najdłużej nieprzerwanie funkcjonujące kino w Australii. Jest już późno,
więc nie dowiemy się juz dziś od ilu lat to kino działa, ale nie
omieszkamy tego zrobić jak tylko znów tu się pojawimy.

DSCN4134 DSCN4135 DSCN4136 DSCN4137 DSCN4138

 

 

 

Nie tak łatwo jest być zielonym. – Kermit Żaba. 


Sposób 1. -  Z Motyką na słońce.
 

Od dłuższego czasu katuje w samochodzie na przemian polską i angielską wersję ścieżki dźwiękowej z musicalu Koty. W Polskiej wersji językowej w jednej z piosenek wspomniany jest kot Behemot. Zaczęło to chodzić wokół mnie. Sprawa dojrzewała długo, aż wreszcie postanowiłem sięgnąć do źródła i ponownie przeczytać „Mistrza i Małgorzatę”. I choć spotkałem się z opiniami, że dzieło Błuhakowa to najlepsza powieść XX wieku a ja tej opini nie podzielam, to nic nie stoi na przeszkodzie by zajrzeć do książki gdzie czarny kocur popija wódkę i gra w karty. Jak zrobić z tego wyzwanie? Przeczytać dzieło w orginale, po rosyjsku. Podobno pisarz poprawiał je w nieskończoność aż do śmierci i w sumie powstało aż 26 wersji powieści. Ja skupiłem się na wydaniu z 1956r. Ściągnąłem je przez internet z rosyjskiej biblioteki i będę drukował po kilka stron dziennie. Zobaczymy czy przebrnę. Ostatni raz tak obszerny tekst pisany grażdanką przeczytałem na 4-tym roku studiów, czyli jakieś 13 lat temu.

Sposób 2. -  Przełamać wrodzony brak asertywnośći.

Dziś w pracy zostałem postawiony przed sytuacją kryzysową. Na dodatek zahaczała ona o moją piętę achillesową, czyli generalnie brak umiejętności dobrego ułożenia sobie relacji z ludźmi. Wstęp: do niedawna wszystkie towary z naszej fabryki były ekspediowane z pominięciem jakiejkolwiek procedury kontroli zapasów. W weekend zarządziłem wielką inwentaryzację. Policzono wszystkie materiały, surowce i zapasy wyrobów gotowych. Następnie wypraliśmy system do 0 by przez kolejne 2 dni 3 osoby wklepywały recznie wszystko co mamy na stanie. W ten sposób uzupełniliśmy brakujące dane. Kawał na prawdę dobrej roboty. Akcja: Dziś przybiega do mnie Jodie, dziewczyna ze sprzedaży i Frank, brygadzista. Przekazał Jodie papiery, że towar jest gotowy do wysyłki. Produkty jednak nie zostały „przetworzone” w systemie, co za tym idzie nie znalazły się w magazynie i Jodie nie mogła ich ekspediować. Powiedziałem stanowczo, że nie ma w systemie, to nie ma wysyłki. Zaczął się młynek. Jak to możliwe, żeby nie wysłać skoro już ciężarówka czeka. Nie możemy odesłać TIRa z kwitkiem przez „głupią papierologię”. Powiedziałem, że od dziś możemy. Dodałem, że jesli już załadowali towar na ciężarówkę to mają go rozładować. Zagotowali się. Zawołałem Bezzębnego i mówię, iż mamy problem wynikający z róznicy zdań. Bezzębny zrobił to, co umie robić najlepiej. Unik. Burknął dwa słowa po czym spierdzielił do swojego pokoju. W sumie to standard, zawsze unika takich sytuacji, by nie musieć opowiedzieć się po jakiejś stronie. I to własnie chyba mnie zmotywowało. Poczekałem przez 5 minut aż wszyscy się wykrzyczą. Nie przyszło mi to łatwo, bo z natury jestem raczej cholerykiem i niewiele potrzeba bym sam się „zagotował”. Kiedy już przestali powiedziałem, że jeśli będziemy szli na skróty w każdym momencie, gdy mamy kłopot to nie posuniemy się ani na krok na przód w stosunku do bagna w którym teraz jesteśmy. Jeśli teraz wyslemy towary „po staremu” zaprzepaścimy kilkudniową pracę wielu osób. Kazałem Jodie przetrzymać kierowcę jak najdłużej może a do Frankowi  oznajmiłem stanowczo, że teraz idziemy do niego i razem postaramy się zrobić wszystko co możemy, by przetworzyć informację tak, by towar mógł zostać wysłany. Piętnaście minut później już było jasne, że wszystko będzie OK. Zadzwoniłem i powiedziałem Jodie, by przygotowała dla kierowcy zastępczą papierologię a orginały doślemy do odbiorcy faxem. Po niespełna pół godzinie cała akcja dobiegła końca. I w tym momencie napełniła mnie spora satysfakcja. Nie z tego, że wykazałem się w mojej ocenie dość profesjonalnym podejściem do całej sytuacji, ale głównie dlatego, że przełamałem siebie. Nie zirytowałem się, nie dałem się wciągnąć w pyskówkę (którą i tak bym przegrał z powodu gorszej znajomości języka) i zrobiłem coś, co bardzo rzadko mi wychodzi. Sprawić by ludzie bez przymusu zrobili dokładnie to, czego chcę.  Wydaje mi się, że w jakiś sposób też ich zmotywowałem by nie iść na skróty za każdym razem kiedy tak jest łatwiej. Zaplusowałem, zobaczymy czy to zaprocentuje.

Owoce.

1 komentarz

 
Owoce.

Z powodu braku weny do pisania prozy dziś znów uraczę Was garścią fotek. Kontynent australijski jest bardzo ubogi pod względem ilości gastunków fauny i flory. Co prawda większość występujących tu gatunków trudno znaleźć gdziekolwiek indziej na świecie, ale różnorodność tubylczej roślinności jest na prawdę niewielka. Dodatkowo dumni Anglicy, kolonizatorzy tych obszarów, nie byli zainteresowani w ogóle wykorzystaniem tutejszych zasobów uwarzając je za mało interesujące. W efekcie na pułkach sklepów warzywnych wieje nudą. W każdym polskim supermarkecie czy bazarku asortyment jest kilkukrotnie większy niż dobrze zaopatrzonych australijskich sklepach. Rząd stanowy w Queenslandzie stara się zaradzić tej sytuacji i zachęca zarówno farmerów jak i klientów do zainteresowania się całą gamą owoców z Ameryki Południowej i Afryki, które można legalnie uprawiać w Australii. Dlatego od czasu do czasu przy okazji różnych festynów pojawiają się stoiska takie jak to.









Mało kto skojarzy ten owoc z brązowym pyłem z którego powstaje czekolada lub napój na śniadanie.

 


Ten fantazyjnie powykręcany owoc zwany jest „Ręką Buddy”. Pisałem już o nim 2 lata temu.

 


Znaczną część owoców, które widzicie powyżej już opisywałem wcześnej. Zainteresowanych tym co jest czym odsyłam do notki sprzed niemalęz 2 lat, którą możecie przeczytać TUTAJ.
 


  • RSS