harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

 

Nasze drogi bardzo często przecinają się z drogami zwierzaków. Nie tak dawno mieliśmy gościa w biurze, w piatek natomiast szwendał się po parkingu zakładowym.









Kiedy tak wił się po parkingu nie sprawiał wrażenia aż tak długiego. Dopiero gdy Shanon go podniósł widać było, że pyton ma gdzieś około 3m. Tym razem nie mogłem go wziąć na ręce by pozować. Zwierzak był trochę agresywny u próbował ugryźć. Mógł być zestresowany lub głodny. Podejrzewamy, że to drugie skłoniło go do zbliżenia się do obejść ludzkich w poszukiwaniu łatwej zdobyczy w postaci domowych psów, kotów czy kur. Te ostatnie są tu rzadkością.

Na fotce asystuje mi Shanon. To jeden z robotników w naszej fabryce. Jednocześnie po godzinach jest strażnikiem przyrody – wolontariuszem zajmującym się wyłapywaniem węży. Kiedy w okolicznych miejcowościach w obejściu pojawi się niespodziewany gość ludzie dzwonią własnie po Shanona. W pracy krąży opowieść, jak pojawił się kiedyś w mieście Hindus, który próbował zarabiać na życie własnie odpłatnym wyłapywaniem węży. Miał tresowaną mangustę, (co ciekawe, bo zierzę to jest zakazane w Australii) specjalnie wyćwiczoną do znajdowania jadowitych węży, które wślizgnęły się gdzieś pomiędzy meble i trudno je zlokalizować. Niestety nie wytrzymał konkurencji z Shanonem i musiał szukać zarobku gdzieś indziej.

 


Wielkanoc przeleciała nam niemiłosiernie szybko. Właściwie dlatego, że była zupełnie bezpłciowa. Obdarte z tradycji, ziejące pustką kilka dni wolnych od pracy. Dla mnie, bo dla Szpulki tylko poniedziałek był wolny. I były to nasze pierwsze swięta w Australii, podczas których nie pokusilismy się nawet o namiastkę polskości. Jedyny nasz plan weekendowy wziął w łeb poprzez pogodę. Kilka tygodni temu uwidziałem sobie, że wypożyczymy żaglówkę i popłyniemy na Wyspy Rodzinne (Family Islands). Niestety w niedzielę okazało się, że jest zbyt silny wiatr i za wysoka fala jak na łupinę, którą chcielismy popłynąć. I w ten sposób zostaliśmy w mieście.

W wolnym czasie zrobiłem sobie wycieczkę po kościołach. Struktura wiernych daleko odbiegała od struktury mieszkańców Cairns. Świątynie wypełnione były „kolorowymi”. Głownie wyspiarzami, Polinezyjczykami i Maorysami. Te nacje z regóły są bardzo religijne. Nieopodal nas jest anglikański kościół dla Koreańczyków. Również pękał w szwach. Poza katedrą, gdzie msze celebruje biskup Cairns trudno było uswiadczyć „białych”.  I naszła mnie taka refleksja, że to co nie udało się władzom PRL przez 50 lat, czyli odciągnąć ludzi od Kościoła w Australii stało się faktem. Prawdziwi komuniści są z pewnością dumni z tak nowoczesnego i postepowego społeczeństwa, które wyrwało się ze szponów przesądów i zabobonów. Niedzielne msze przegrywają z rozgrywkami footy a święta z wyjazdem na camping.

Jedyną australijską tradycją okresie wielkanocnym jest spożywanie neprzyzwoitych ilości czekoladowych jaj. Wybuchła nawet mała „afera”, bo kierownictwo lokalnego szpitala zakazało znajdującym się tam dzieciom opychania się czekoladą. Od razu podniosły się głosy sprzeciwu oburzonych rodziców. I na nic zdały się tłumaczenia, że w wielu przypadkach kilka tygodni terapii może „wziąć w łeb” jak dziecko nawpycha się czekolady. Przy tej okazji (świąt) jeden z posłów parlamentu federalnego ogłosił wszem i wobec, że przeprowadził dokładne dochodzenie i po wielu badaniach dowiódł, że czekolada zawarta w wielkanocnych królikach czy jajkach w przeliczeniu na 100g jest nawet 4-5 razy droższa niż ta w tabliczkach dostępna przez cały rok. Geniusz za pieniądze podatników odkrył to, co każde dziecko wie nie od dziś.

Sielski „brak akcji” w okresie świąt przerwało wydarzenie z niedzielnego ranka, które dostarczyło zarówno lokalnym stacjom telewizyjnym, jak i brukowcowi Cairns Post tematu do czołówek i na pierwszą stronę. Zanim przeję do sedna, nadmienię że od października do maja na niektórych plażach rozciągnięte są siatki mające chronić przed meduzami. Cała instalacja składa się z dmuchanego gumowego rękawa, który unosi się na wodzie i siatki ze sztucznych włókien, która obciązona ciężarkami sięga do dna. Całość ma kształt prostokąta o wymiarach 50x25m. I tylko w takich miejscach można się swobodnie kąpać w oceanie bez obaw o piekielne bolesne a nieżadko śmiertelne poparzenie przez meduzy. W Wielkanocną niedzielę do takiej siatki rozciągnietej na jednej z północnych plaż przyszła 55 letnia mieszkanka pobliskiego osiedla. Od 30 lat codziennie o 5 rano przepływa kilka długości dla utrzymania kondycji. Dopływając do końca pierwszej tego dnia długości spostrzegła długi przedmiot pływający tuż pod powierzchnią wody. Nie zrobiło to na niej wiekszego wrażenia, bo wyższe fale często przerzucają górą kokosy, czy konary drzew do wewnatrz siatki. Kiedy dopłynęła do owego dryfującego przedmiotu ku swojemu przerażeniu odkryła, że ma on oczy. Jak donoszą relacje medialne po prostu wynurzyła się i znalazła się literalnie oko w oko z 3m krokodylem. Całe szczęście, gad musiał być najedzony, bo pogardził tak wygodnie podanym posiłkiem i niefortunnej pływaczce udało się bezpiecznie oddalić w stronę brzegu. Sprawę wałkowano jeszcze przez dwa dni.

Kilka miesięcy temu w Australii pojawiała się reklama usługi dostepu do internetu śwadczonej przez lokalnego molocha telekomunikacyjnego TELSTRA. W aucie na tylnim siedzeniu młody „Jaś” przegląda szkolne zeszyty. W pewnej chwili pyta ojca „Tato, dlaczego wybudowano Wielki Mur Chiński?”. Ojciec, facet w wieku na oko około 40 lat, krótko obcięty na jeżyka, twarz myślą nieskalana. Pytanie uderzyło go niczym rozpędzona dywizja pancerna generała Rommla. Na początku widać dzikie przerażenie w oczach. Chwilę później na twarzy pojawia się grymas bólu. Znaczy się myśli. Po dłuższej chwili pada odpowiedź: „Króliki, mieli za dużo królików w Chinach”. Tu nastepuje prezentacja właściwego produktu (usługi) z mottem „Daj dziecku właściwą odpowiedź”. Na koniec reklamy uśmiechnięty Jaś stoi na środku przed całą klasą łobuziaków a w kadrze głos nauczycielki oznajmia: „A teraz Jaś opowie nam coś o Chinach”.

W zeszłym tygodniu zawitał do nas „Little Monster”, 8 lenia córka Rona I Bezzębnego. Nie było to żadne nadzwyczajne wydarzenie, bo gości u nas co drugi dzień. Siedziała na fotelu ojca, machała nogami, które nie dostawały do ziemi i nudziła się niemiłosiernie. W pewnym momencie w radio mówili o finale rozgrywek tutejszej ligi piłki noznej. W owym finale jeden z zawodników wyleciał z boiska i został zdyskwalifikowany na kilka miesięcy, bowiem rzucił się na sędziego z rekami. Słuchając tego doniesienia „Little Monster” zapytał: „Tato, a na czym polega gra w piłkę nożną (soccer’a)?”. Bezzębny po chwili wahania odparł „To odmiana ruggby (footy) popularna w Europie tyle, że o wiele bardziej niebezpieczna”. Niemalże wyskoczyłem z butów z wrażenia. Czemu? Bo to właśnie w rozgrywkach jajowatej piłki bez względu czy wg. zasad NRL (głównie NSW i QLD) czy też AFL (VIC) w oficjalnych statystykach meczu oprócz wyniku końcowego i do przerwy podaje się liczbę kontuzji z podziałem na złamane obojczyki, skręcone kostki czy wybite zęby. Dziś np. w drodze do pracy usłyszałem w radio najpierw, że „gwiazda” NRL doznała kontuzji i nie będzie grała do końca sezonu a dopiero później podano wynik meczu. Nie mówiąc już, że ruggby ma tyle wspólnego z piłką nożną, co siatkówka z koszykówką.

Innym razem przechodząc koło indyjskiej knajpki, na szybie której widniał napis „Halal” byłem świadkiem takiej konwersacji. „Mamo co to znaczy?”. „To po indyjsku zapraszamy”. Halal jest dowodem, iż dany ubój został przeprowadzony zgodnie z zasadami i z prawem Islamu i mięso mogą spożywać muzułmanie. Oczywiście, że taki napis widniejący na knajpce w Cairns to przysłowiowy „pic na wodę”, ale uspokaja sumienie konsumentów. Ciekawe jak zareagowaliby Hindusi, kiedy mała krzyknie im na powitanie „Halal”.

Drodzy rodzice, których pociechy są w wieku „100 pytań do”. Odpowiadając dziecku na pytanie, czy wymyślając na poczekaniu bajkę pomyślcie 3 razy zanim zaczniecie wciskać swoim maluchom kit, bo dzieci niektóre rzeczy zapamiętują bardzo dobrze a później opowiadają o tym w szkołach czy na podwórkach.  „Daj dziecku właściwą odpowiedź” – nic dodać, nic ująć.


El Niño i La Niña to dwie przeciwstawne fazy zjawiska klimatycznego zwanego Oscylacją Południową. TUTAJ można posłuchać bardzo ciekawej audycji Polskiego Radia na ten temat.

Pierwsi nietypowe ocieplenie wód przybrzeżnych Pacyfiku, występujące zazwyczaj na początku roku zaobserwowali peruwiańscy rybacy . Nazwali to zjawisko  El Niño, co po hiszpańsku oznacza: chłopczyk lub Dzieciątko, ze względu na jego pojawianie się w bliskości Świąt Bożego Narodzenia. Przynosi ono ekstremalne ilości opadów na wybrzeżu Ameryki Południowej i większą niż zwyklę suszę w Australii. Terminem La Niña (dziewczynka) ochrzczono zjawisko przeciwne do El Niño, czyli taką cyrkulację pasatów nad równikiem oraz ciepłych i zimnych prądów oceanicznych, która wywołuje gwałtowniejsze niż zazwyczaj opady monsunowe w tropikalnej części Australii i suszę w Ameryce Południowej.

Queensland od kilku tygodni boryka się z powodziami. Fala opadów przesuwała się systematycznie na północ i kilka dni temu uderzyła na Cairns. Jak donoszą lokalne media mamy największy monsun od 10 lat. Dziś zostaliśmy odcięci od świata. Wszystkie drogi wyjazdowe z miasta zostały zalane. Niektóre dzielnice odcięte od miasta. Odwołano zajęcia na Uniwersytecie i w większości szkół. Ja utknąłem w drodze do pracy. Poniżej kilka fotek z „pola walki”.

 
Tak skończyła się dziś moja droga do pracy. Dalej dostęp tylko dla łodzi podwodnych. Jak usłyszałem od policjantów rzeka przybrała 15 m. !!! W desperacji próbowałem objazdu, który kosztowałby mnie (sic!!!) 200 km nadłożonej drogi. Nie dało rady. Objazd odcięty conajmniej w 3 miejscach.


Kiedy w porze suchej widzisz przy drodze taki słupek wyskalowany do 6m wydaje się to zupełnie nierealne, niewyobrażalne, wprost absurdalne. Możecie wierzyć lub nie, ale gdzieś tam pod powierzchnią jest most.


Niektórzy nie mieli takich problemów jak ja z przedostaniem się na drugi brzeg. Nie chce mi się nawet mysleć co się dzieje z krokodylami zamieszkującymi rzeki, które wystąpiły właśnie z brzegów. 

 
Ulica w dzielnicy „Freshwater”. Jak widać obecnie mają nawet za dużo „świeżej wody”


Jedyna droga dojazdowa do dzielnicy Yorkeys Knob.


A tak kończyła się próba dojazdu do Halloways Beach i Machans Beach.


Wjazd na zalaną ulicę może się skończyć nieciekawie.


NIektórzy nie uwierzyli dopóki nie spróbowali na własnej skórze.


To musiała być blondynka. Jak opadnie woda wróżę dużo pracy dla suszarki do włosów.


To mógłby być najzwyklejszy brzeg rzeki. Mógłby, gdyby nie końcówka znaku drogowego wystającego nad powierzchnię. Mieszkańcy dzielnicy Caravonika również nie dotarli dziś do pracy.


Jeden z strumieni, który w porze suchej prawie zanika. To zgrubienie to most kolejki wąskotorowej.


Barron Falls. Dla porównania z fotkami sprzed kilku notek.


O ile Barron Falls zawsze był w tym samym miejscu, tak tego wodospadu nigdy wcześniej tu nie było. 
 

Ale frajda !!! Szkoły zamknięte !!!!! Hurra !!!!

 

 
Codziennie w drodze do i z pracy słucham w samochodzie ABC News Radio.
To radiowy odpowiednik CNN czy polskiego TVN24, czyli stacja  nadająca
non-stop informacje. Najbardziej eksploatowanym tematem przez ostatnie
dni był skandal korupcyjny w radzie miasta jednego z miast w Nowej
Południowej Walii. Być może nie wzbudziłoby to tylu emocji, gdyby
korupcja nie była podszyta skandalem obyczajowym, które Australijczycy
wręcz kochają. To tu  do „newsa dnia” potrafią urosnąć najbardziej
błahe wydarzenia z życia gwiazd i gwiazdek. Korupcja, o której
wspomniałem polegała na traktowaniu przez miejskich urbanistów
przychylniejszym okiem wniosków budowlanych wybranych deweloperów.
Skandal obyczajowy, natomiast, na tym, że urzędniczka wydająca decyzje
sypiała po kolei z deweloperami, których aplikacje rozpatrywała.
Przynajmniej trzech do tego się przyznało. ABC Radio nie podaje jak 
sprawność sexualna wnioskodawców przekładała się na końcową decyzję
urzędniczki, choć nie omieszkało zacytować pikantnych e-maili jakie
wymieniali kochankowie. Niestety w radio nie widać czy urzędniczka była
urodziwa, wiec trudno ocenić jak bardzo deweloperzy poświęcali się dla
biznesu.

Po krokodylomanii przełomu grudnia i stycznia obecnie Cairns żyje
pytonomanią i lokalna polityką. Od zeszłego tygodnia, kiedy
pięciometrowy pyton zjadł w Kurandzie małego „dupelka” lokalny
brukowiec „Cairns Post” poszedł za ciosem. Na swoich łamach niemal
codziennie publikował zdjęcia 4-5 metrowych pytonów posilających się
zwierzętami domowymi. Przypomniał historię z Redlinch, opublikował
fotki pytona, który zakradł się do kurnika i posilił kilkoma
kurczakami, jak również zamieścił pasjonujący reportaż o poszukiwaniach
4 letniego kota. Kot został zlokalizowany dzięki microchipowi, który
miał wszczepiony pod skórę. W chwili odnalezienia stanowił niewielkie
zgrubienie na ciele pytona. Na dalekiej północy Queenslandu mamy sporo
dzikich zwierząt i bliski kontakt z przyrodą, więc tematów dla brukowca
na pewno nie zabraknie.

Lokalna polityka skupia się wokół wyborów samorządowych, które
odbędą się 15 marca. Wybory te będą szczególne, bo w Queenslandzie
przeprowadzono pierwsza od ponad 100 lat reformę samorządową. Polegała
ona głownie na połączeniu kilku sąsiadujących jednostek. W przypadkach
jednostek, które w latach boomu górniczego miały po kilkadziesiąt
tysięcy mieszkańców a obecnie mają ich kilka ma to sens. Ale jak zwykle
w takich sytuacjach są też przypadki, gdzie wylano dziecko razem z
kąpielą. W przypadku Cairns lokalna rada miasta wchłonie obszar
znajdującego się na północy hrabstwa Douglas. W ten sposób ciągnący się
ponad 90 km wzdłuż wybrzeża glut rozciągnie się jeszcze bardziej. Do
wyścigu o fotel burmistrza stanęli urzędujący burmistrzowie Cairns oraz
Port Douglas. Ten pierwszy mówi, że wie jak dobrze zarządzać miastem i
wytyka konkurentowi kiepską sytuację finansową jego hrabstwa. Ten drugi
ripostuje, że za kadencji obecnego burmistrza Cairns się stało
przerośniętym komercyjnym monstrum, czyli w tutejszym języku
„overdevelopment”. I niestety obaj panowie mają rację z tym, że
burmistrz port Douglas zdaje się nie dostrzegać, „overdevelopmentu” na
swoim podwórku i że niedługo połowa jego hrabstwa będzie zamkniętym
terenem 5 gwiazdkowych hoteli, pół golfowych itp. Burmistrz Cairns nie
widzi natomiast, że podatki lokalne na jego podwórku są znacząco wyższe
niż za miedzą. Wszystko wskazuje na to, że wybory wygra obecny
burmistrz Cairns, który w mojej ocenie przez ostatnich kilka kadencji
wyrządził miastu więcej szkód niż pożytku.

U nas natomiast wszystko ostatnio kręci się wokół Uli studiów. Nie
chcieli jej na TAFE (rodzaj technikum) to poszła na lokalny Uniwersytet
imienia a jakże Jamesa Cooka.  W Australii połowa rzeczy jest nazwana
na cześć tego wielkiego odkrywcy. Druga połowa na cześć Królowej
Wiktorii. :) W zeszłym tygodniu na uniwerku był tydzień orientacyjny,
wczoraj zaczęły się zajęcia. W związku z tym oraz, że właśnie mamy
potężną falę opadów monsunowych zamiast jeździć po okolicy zwiedzamy
sklepy. Najpierw szukaliśmy biurka. To, które nam się podobało
kosztowało fortunę. Zanim się skusiliśmy wykupiono cały zapas. I
dobrze, oszczędziliśmy kasę, bo było drogie a ja zdecydowany by je mieć
!!! Na tymczasowe biurko zagospodarowaliśmy stół z balkonu. Chwilowo
nie używany ze względu na pogodę. Cały ostatni weekend natomiast
chodziliśmy za komputerem. Nasz laptop jest już po przejściach i
wybitnie zaczynamy potrzebować czegoś większego. Kiedyś trzeba będzie
pomyśleć również o postawieniu garbusa na koła. Junior obecnie nie jest
na chodzie a przydałby się Uli do jazdy na Uniwersytet. Na szczęście na
razie ma autobus zarówno spod pracy jak i spod domu. Własny środek
transportu daje jednak niezależność i oszczędza mnóstwo czasu.
 


  • RSS