harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008


Będąc pacholęciem nie miałem wielkiego zapału do czytania książek. W szkole podstawowej czytałem mniej więcej połowe lektur obowiązkowych. Tych ponadobowiązkowych wogóle nie tknąłem. Czytałem jednak namiętnie czasopisma. I nie mam tu na myśli „Dziennika Ludowego”, „Naszej Wsi” czy „Razem”. Kupowało się je dla kiepskiej jakości plakatów, które można było powiesić na ścianie. Z początku wertowałem miesięczniki, które prenumerowali rodzice, później miałem już własny zestaw. Zaczęło się od „Szkiełko i oko”, następnie przyszedł czas na miesięcznik „Fantastyka”. W międzyczasie był okres „szału komputerowego” i namietnego kolekcjonowania „Bajtka” i „IKS”. Tego pierwszego miałem wszystkie wydania począwszy od numeru 3-4. Lektura opowiadań w „Fantastyce” pchnęła mnie ku książkom sci-fi i fantasy. Wtedy właśnie złapałem bakcyla. Zanim to jednak nastąpiło miałem już na koncie conajmniej 2 i pół pozycji S-F. Pierwszymi książkami SF, które połknąłem byli Astronauci i Kongres futurologiczny Lema. Robiłem również podejścia do Pamiętników Pilota Pirksa i Solaris. Obie próby w owym czasie zostały zakończone niepowodzeniem. I do tych pierwszych pozycji mam wielki sentyment. Szczególnie do Astronautów. Pamiętam grubą pożółkłą książkę formatu B5 z lat 50-tych. Wygrzebałem ją gdzieś u babci. Pachniała szarym mydłem w sąsiedztwie którego przeleżała ze 30  lat. Już wtedy w latach 80-tych bezkrytyczna seria pochlebstw pod adresem ZSRR trąciła nieco myszką, tak samo jak technologia oparta na miniaturyzacji lamp. Usprawiedliwieniem niech bedzie, że książka została wydana w 1952 roku. Od tamtego czasu czytałem Astronautów jeszcze dwa razy. Za każdym razem z takim samym szczerym podziwem dla Mistrza Lema. Czemu to piszę ? Bo dziś po powrocie z pracy z nieukrywaną przyjemnością zasiądę po raz kolejny do lektury Astronautów. Tym razem nie będzie  to moje ulubione wydanie z 1952 roku, które spakowane do paczki wciąż w Polsce czeka na wysyłkę do AU, a edycja z 1975 roku.  Miesiąc temu Szpulka sprawiła mi ją na imieniny i lekko mi wstyd, że jeszcze się do niej nie zabrałem.

 

Ten 5 metrowy pyton posilil sie chihuahua na werandzie jednego z domow w Kurandzie. Szpulka po obejrzeniu materialu powiedziala tylko : „Wiesz, domek z ogrodkiem coraz mniej do mnie mowi. Moze skupimy sie na mieszkaniu w bloku?”. 
 

Dyrdymały

1 komentarz

 
Indukcja magnetyczna.

Być może ktoś z was ma w domu kuchenkę elektryczną działającą na zasadzie indukcji magnetycznej. Ostatnio pojawiły się jako nowinki technologiczne w Australii. W  naszym oddziale Korporacji znajduje się urządzenie zwane podgrzewaczem indukcyjnym. Działa na tej samej zasadzie. Wiązka bardzo silnego pola magnetycznego precyzyjnie skierowana na obiekt nagrzewa go do ponad 1000 stopni w ciągu kilku sekund . Co doceniają gospodynie domowe, nie wystepują tu żadne nagrzewające się elementy, np. plyta grzejna w kuchence jest zimna w sekundę po wylączeniu „palnika”. Minusem jest natomiast, że pole magnetyczne jest niewidoczne i bezwonne. W przeciwieństwie do gazu nie wiemy kiedy się „ulatnia” z rozkalibrowanej kuchenki. Każdy z nas pamięta z lekcji fizyki co się dzieje gdy umieścimy cewkę w polu magnetycznym. I po tym przydługim wstępie docieram do sedna. Od jakiegoś czasu jeden z naszych brygadzistów narzekał na chińskie kalkulatory. Średnio padał mu jeden tygodniowo. Nikt nie skojarzył tego z podgrzewaczem indukcyjnym. Do czasu. Niedawno przyjechał do nas inżynier z centrali. Przystanął, porozmawiał trochę z robotnikami. Po powrocie do biura zauważył, że z jego PDA stała się dziwna rzecz. Z zewnątrz wyglądał bez zarzutu, w środku nosił ślady jakby trochę spalonego. Być może sytuacja wyjaśniłaby się wcześniej gdyby któryś z robotników miał platynową płytkę w czaszce, metalowe śruby w nodze, czy choćby staroświecką koronkę na zębach :)  Na wszelki wypadek teraz  jak idę w tamtym kierunku zostawiam telefon komórkowy w biurze i trzymam okulary w ręku. Nie przewiduje się żadnych napraw tego sprzętu.

Deszcz i goście.

Dziś po raz pierwszy od 1,5 tygodnia widziałem niebo. Nie, nie jestem górnikiem strajkującym pod ziemią. Mamy właśnie środek mokrego sezonu. Choć w większości są tu krótkie gwałtowne deszcze trwające nie dłużej niż godzinę, w czasie której spada tyle wody, co w Polsce przez miesiąc, to raz na jakiś czas mamy okres (i wcale nie co 2 dni jak mawiają złośliwi), gdzie w przerwach między deszczem są ulewy. Właśnie coś takiego miało miejsce przez ostatnie 1,5 tygodnia. Pechowo się złożyło, że w owym czasie gościli w Cairns Polacy z Sydney. Trafili na aurę najgorszą z możliwych. No nie wliczając cyklonu oczywiście. Taka pogoda ogranicza możliwości poznania okolicy. Drogi są zalane, grząskie i nieprzejezdne. Tam gdzie jest asfalt też nie ma po co jechać, bo widocznośc nie sięga dalej niz na kilometr. Nie mając zbyt wielkiego wyboru zabraliśmy ich do północnoqueenslandzkiej stolicy tandety i „cepeliady” zwanej Kuranda. Pogoda skutecznie wystraszyła turystów, tak, że wioska świeciła pustkami, co było nawet przyjemne. Powłóczyliśmy się trochę po uliczkach po czym poszliśmy na spacer po wyasfaltowanej ścieżce przez las. Prześliśmy ponad 3/4 dystansu, gdy na naszej drodze pojawiło się wielkie rozlewisko. Siodłowate obniżenie terenu zostało zalane przez wezbrane wody przepływającej nieopodal rzeki Baron. Niewiele się zastanawiając podwinąłem shorty i poszedłem sprawdzić jak jest głeboko. Musiałem troche wygladać jak ociemniały, bo miałem ze sobą patyk którym macałem przed sobą drogę. Bałem się wpaść na jakąś dziurę lub leżącą pod powierzchnią przeszkodę. Okazało się, że scieżka dalej prowadzi wzdłóż brzegu rzeki i jest kompletnie zalana, więc nie ma co się tam pchać.  W swoim zapale i przekonaniu, że tu nie ma krokodyli zapomniałem o pijawkach. W efekcie mojego skautowania wyszedłem z wody z dwoma sztukami wbitymi miedzy palce nóg. A że po ugryzieniu wstrzykują one hirudynę, enzym hamujący krzepnięcie krwi, to przed dalszą drogę zostawiałem ślad jak Bruce Willis w Szklanej Pułapce.

 

 
Pierwsza fotka zrobiona kiedyś podczas zimy.



Druga fotka zrobiona dziś w środku średnio mokrego sezonu. Nie mieliśmy ostatnio ani monsunu ani cyklonu.




I jeszcze kilka fotek z dzisiejszej sesji.

dscn3765 dscn3758 dscn3762 

Na fotografiach wystąpił Barron Falls, czyli wodospad na rzece o wdzięcznnej nazwie Barron.
 

 
Musieliśmy kiedyś tam jechać. I to nie dlatego, że nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Chciałem potwierdzić lub obalić pewien mit. Mit, że Cape Tribulation to miejsce podobne do Kurandy, czyli zatłoczone, przereklamowane, pełne „pamiątek” made in China i japońskich turystów. Przekonać się czy ironia losu sprawiła, że plaża, gdzie koczowała komuna hippisów przeistoczyła się w świątynię komercji. Ruszamy więc Juniorem na wyprawę.

Droga do Cape Tribulation prowadzi przez Port Douglas. Wyskakujemy z naszego osiedla na obwodnicę i po kilkunastu minutach już jesteśmy za północnymi plażami. Przez następne 29 kilometrów trasa będzie częścią Światowego Dziedzictwa UNESCO. Kręta droga wije się wąskim pasem pomiędzy skałami a plażą. Przez krzaki przebija turkus oceanu. Wdrapujemy się na Rex Lookout, bardzo malowniczo położony punkt widokowy, ale nie zatrzymujemy się tu tym razem. Gnamy dalej. Po kilkunastu kolejnych minutach mijamy Port Duglas. Kiedy docieramy do Mossman decydujemy się zboczyć na chwilę z trasy i zobaczyć co zmieniło się w kanionie rzeki Mossman. Na drodze dojazdowej mijamy szpaler dziko rosnących drzew mango. Jedno z nich powalone przez nocną nawałnicę blokuje trochę drogę. Setki niedojrzałych, zielonych owoców zostało porozrzucane w promieniu kilunastu metrów.
Mossman Gorge znajdujemy dokładnie na tym samym miejscu co kilka lat temu. Rzeka nadal płynie wartkim górskim rytmem, ogromne głazy zalegają dno jak zalegały. Woda jest zimna jak cholera. Wsadzisz dużego palca u nogi a pęka szkliwo na zębach. Jedynie otoczenie się zmieniło. Więcej scieżek dla turystów, więcej platform widokowych, więcej podestów i schodów. I niestety więcej turystów. O wiele za dużo. To dopiero ranek a następne autokary wypluwają z siebie kolejne rzesze Japończyków, Szwajcarów i obywateli innych nacji. Zbieramy się w dalszą drogę.

dscn3390 dscn6783dscn3399dscn3400

Mijając osadę Mossman zatrzymujemy się pod „włosiastymi drzewami”. Vis a vis dostrzegliśmy mały, uroczy kościółek. Niewielka kamienna budowla szczyci się dość niespotykanymi jak na Północny Queensland rozwiązaniami. Po pierwsze jest kamienna, a to juz jest rzadkością, po drugie nie jest tak uboga wewnątrz jak większość tutejszych świątyń. Dodatkową atrakcją są imponujące witraże. Robię kilka fotek na pamiątkę i ruszamy dalej.

dscn3404 dscn3405 dscn3410

Kilkanaście kilometrów dalej docieramy do promu. Nie udaje nam się jednak przeprawić za pierwszym podejściem. Na przeprawnie nie można płacić kartą. Wracamy więc do najbliższej knajpy po gotówkę i ponawiamy próbę. Rzeka Daintree potrafi w mokrej porze przybrać nawet do 8m. Teraz jednak jej poziom jest przeciętny. Wjeżdżamy na duży nowoczesny prom razem z kilkunastoma innymi samochodami. Przeprawę dzielą lata świetlne od tej z Kambodży. Prom jest równiótki, wszędziw wyrysowane linie, barierki, zabezpieczenia, gaśnice na wózkach, szalupy ratunkowe. Obserwuję rzekę. Brzegi szczelnie porosnięte zaroślami mangrowymi. Pewnie idealne miejsce dla krokodyli. Szkoda, że nie mogę wysiąść z samochodu zrobić fotki.

Przeprawa trwa góra 5 minut. Po drugiej stronie droga zaczyna się robić coraz węższa i górska. Wijemy się kilka kilometrów pośród wilgotnego tropikalnego lasu. Własciwie u jego podstaw. Po kilkunastu minutach docieramy na punkt widokowy. Przed nami rozciąga się niesamowita panorama na dolinę rzeki Daintree. Widok jest niesamowity. Najdalej jest błekitne niebo. Gdzieś tam daleko nagle przechodzi w szmaragd oceanu. Bliżej nas wspaniała zielona dolina przecięta meandrem rzeki. A tuż na wyciągnięcie ręki niesamowicie soczysta zieleń wilgotnej tropikalnej roślinności. Przepiękna kompozycja. Stoimy i napawamy się widokiem przez kilkanaście minut. Nasyciwszy zmysły ruszamy dalej.

dscn3412

Wjeżdżamy coraz głębiej w park narodowy. Droga momentami podchodzi do samego brzegu. Zatrzymujemy się nawet w jednej „beach front” cafe na kawę. Przybytek niczym nie przypomina sztucznych i sztywnych lokali dla zesnobowanych turystów. Zadnego szkla i metalu. Prosta konstrukcja, drewniany taras i ten niesamowity widok na Ocean. Nad nami rozłozystw drzewa i swobodnie zwisające liany. A w krzakach rozrabia dziki indyk. Właśnie w takim miejscu mógłbym mieszkać i tak zarabiać na życie. Może kiedyś….. Na razie jedziemy dalej.

Mijamy kolejne osady, knajpki i ukryte gdzieś w dżungli hoteliki i „guest hausy”. Drogę co kilkaset metrów przedzielono muldami, obok których stoją wyraźne ostrzeżenia przed kazuarami. Mijamy też tablice informujące jak się nalezy zachować w przypadku spotkania z ptakiem. I bynajmniej nie należy próbować go pogłaskać :) Kiedy jesteśmy już na miejscu docieramy do „Canopy Tower”. To dość ciekawa inicjatywa. W dzikim lesie deszczowym wybudowano kilka km. podestów biegnących na wysokości kilku metrów nad ziemią. W ten sposób całe hordy Japończyków mogą oglądac dżunglę nie zadeptując jej. Zwięczeniem ścieżki jest kilkupoziomowa wieża. Z jej szczytu można obserwować las z góry. Wchodzimy na recepcję, widzimy cenę biletu i odwracamy się na piecie. Może innym razem. 48 AUD za osobę nie dam.

NIespełna kilkanaście minut dalej docieramy do Cape Tribulation. Plaża jest puściutka. Zewsząd uderza spokój. Żadnych tłumów turystów, żadnych pamiątek, tandety, „biznesów”. Włóczymy się po platynowo białym piasku, który odcina się od szmaragdowo-turkusowego oceanu i zieleni lasu deszczowego. Atmosfera jest magiczna, aż trudno ją opisać. Odpoczynek, ucieczka od ludzi. Mit pobity. Cape Tribulation to nie Kuranda. Właściwie to jej 180 stopniowe przeciwieństwo.

dscn3417 dscn3421 dscn3426 dscn3429

Za Cape Tribulation kończy się już asfaltowa droga. Dalej do Cooktown prowadzi już tylko szlak dostępny jedynie dla samochodów z napędem na 4 koła. Ale co to dla garbusa. Ruszamy. Z początku droga jest zwykłą szutrówką. W miarę jak na liczniku przybywa kilometrów robi się coraz bardziej stromo i coraz więcej czerwonego pyłu. Wspinamy się na zbocze górskie, które spada wprost do Oceanu. Przez prześwity w roślinności widzimy oszałamiający turkus wody. Kiedy to jest możliwe zatrzymujemy się na poboczu. Widok ze skraju drogi przyprawia o zawrót głowy. Rafa Koralowa podchodzi pod sam brzeg. Ocean przed nami usiany jest rafami. Nie trzeba nigdzie płynąć wystarczy zejść ze zobocza, załozyć płetwy z maską i podwodny świat staje przed nami otworem.

dscn3438 dscn3439 dscn3441

Ruszamy dalej. Droga jest cieżka. Momentami podjazdy są tak strome, że muszę redukować bieg do jedynki. Czasami wpadamy w głębsze zaspy pyłu. Kiedy spadnie deszcz musi to był jazda jak po maśle. Po drodze mijamy kilka strumieni. Niekótre z nich są całkiem wyschnięte inne da się przejechać wbród. Za każdym razem wysiadam z Juniora badając przeprawę. Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie decyduję, że pora zawrócić. Tego strumienia dziś nie pokonam garbusem. Za głęboko, nie chcę ryzykować. I tak dotarliśmy dalej niż byśmy dojechali KIA, bo garbus ma większe koła i jest wyżej zawieszony.

dscn3449 dscn3450 dscn3454

Wracamy do Cape Tribulation z mocym postanowieniem, że cały ten trakt pokonamy w czerwcu-lipcu, kiedy będzie środek suchego sezonu. Dziś przyroda wizęła górę. W Cape Tribulation jedziemy na plażę po sąsiedniej stronie przylądka. By tam dojść musimy przejśc przez Kamping. Miejsce bardzo spokojne, zaprojektowane z głową, wtapiające się w otoczenie. Kiedy docieramy na plażę znad oceanu powoli nadciągała ulewa. Niebo w oddali było granatowo czarne, na styku mieliśmy równie ponury ocean. Na pierwszym planie królował jeszcze turkus wody i nieregularne plamy raf. Nie zdążylismy wrócić suchą stopą do Garbusa. Lunęło niespodziewanie. W przeciągu kilku sekund bylismy przemoczeni do suchej nitki. Nawet jakbyśmy mieli peleryny przeciwdeszczowe, to nie zdołalibyśmy ich wystarczająco szybko ubrać.

dscn3462 dscn3466

To był na prawdę bardzo udany wypad. Szczególnie dlatego, że odkrylismy miejsce do którego warto wracać a ja osobiście bardzo pozytywnie się zaskoczyłem.

Upalnie

Brak komentarzy

 
Mamy środek lata. Zaczyna się robić nieznośnie. Najbardziej daje się we znaki wilgotność. O wiele bardziej niz upały, które nie są aż takie straszne. Niedawno zanotowano 36 stopni i była to najwyższa temperatura od 5 lat. W Melbourne w oba okresy letnie, które tam spędzilismy mieliśmy po kilka dni z temperaturami 42-44. Też było ciężko, ale w trochę inny sposób. Na szczęście na razie nie mozna narzekać na deszcz. Nas jakoś omija, czego nie moga powiedzieć mieszkańcy środkowego QLD walczący właśnie z powodziami.

Staramy się walczyć z upałami na kilka sposobów. Pijemy bardzo dużo soków by sie nie odwodnić. Generalnie należe do typów „wielbłąd”. Mogę przez tydzień pracować nic nie pijąc, w przeciwieństwie do typowego Polaka, który może przez tydzień pić nie pracując. Teraz jednak pochłaniam do 3 litrów płynu dziennie, co na mnie jest na prawdę dużo. W dzień zaczęliśmy włączać klimę. Nie mogąc ochłodzić się w oceanie ze względu na meduzy, jeździmy nad rzekę. Jest to zarazem dużo bliżej niż na plażę. Przeważnie udajemy się nad Crystal Cascades (kryształowe wodospady). Tam na dnie bardzo urokliwej doliny otoczonej górami o ekstremalnie stromych stokach płynie rzeka o typowo górsklim charakterze. Miejscami usiane ogromnymi głazami koryto tworzy głębsze oczka zdatne do kąpieli. Jedyną nietypową rzeczą jak dla górskiej rzeki jest dość ciepła woda. Bierze się to stąd, że wysoko w górach, ok 2 km w linii prostej od miejsca gdzie się kąpiemy znajduje się wielki zbiornik retencyjny i to własnie tam nagrzewa się woda zanim trafi do strumienia. Taka kąpiel to wielka frajda. Głównie ze wzgledu na silny prąd. Trzeba uważać jednak na kamienie by nie poobijac sobie tyłka. Są miejsca, gdzie człowiek czuje się jak na zjeżdżalni. Rzeka porywa ze sobą i nie można nic zrobić przez 20m. Dopiero jak wypłynie się z „wąskiego gardła” na glębsze i szersze wody można uwolnić się z uscisku żywiołu. W niedzielę nad Cystal Cascades spotkaliśmy młodą parę z dwójką dzieci w wieku mniej więcej 3 i 5 lat, które strasznie nam zaimponowały. Dzieciaki nie wykazywały żadnych obaw przed wodą. Pływały tak, jakby robiły to od zawsze. Podczas gdy ich rówieśnicy pluskają się przy brzegu ewentulanie markują pływanie spotkane przez nas dzieci pływały razem z dorosłymi. Bez trudu pokonywały odcinek, z którym i my mieliśmy niejaki problem, dopływały do półki skalnej gdzie siedział ich ojciec, po czym wskakiwały w wartki prąd pozwalając by rzeka wyniosła ich w dół. Tam asekurowane przez matkę wydostawały się na spokojniejsze wody i z powrotem płyneły w górę rzeki. Widzieliśmy już dzieci w tym wieku pływające jak ryby w wodzie. Widzieliśmy również całkiem nieźle pływające mniejsze maluchy. Za każdym razem jednak to było na basenie, gdzie stojąca woda stwarza nieporównywalnie łatwiejsze warunki do pływania niż występujące w wartkiej górskiej rzece. Powiedzieliśmy sobie ze Szpulką, że jak dorobimy się maluchów, to bedziemy ich osfajać z wodą od kołyski by własnie tak płwały jak spotkane przez nas w niedzielę dzieciaki.

W niedzielę pojechalismy również zbadać inne miejsce do kąpieli. Lake Placid, bo o nim mowa, to wielkie płaskie rozlewisko na rzece Baron. Rzeka ma również górski harakter, ale niesie ze sobą dużo więcej wody. Bardziej przypomina Dunajec niz górski strumień. Lake  Placid wygląda jak jezioro, albo zalew. Jest na tyle duże, że można tu pływać kajakiem czy rowerem wodnym. Tuż obok znajduje się Kamping a wnim wypożyczalnia sprzętu. Nad samym brzegiem zorganizowano niewielka przestrzeń rekreacyjna z ławkami, stolikami i barbecue. Jest tam też niewielka kafejka, gdzie można złapać coś do jedzenia albo napić się kawy. Kąpiel tu jest zupełnie inna niż nad Crystal Cascades. Pływa się dokładnie jak w jeziorze. Prąd jest prawie niewyczuwalny a woda na powierzchni bardzo ciepła a głebiej zimna jak cholera. Ciężko jest tu wejść do wody, bo dno usiane jest otoczakami wielkości od piłki tenisowej do tej kopanej. Na dodatek sa one bardzo śliskie. Ja dla tego przykładu zaliczyłem efektywnego „orła” starając się powoli, krok po kroku wejśc do wody. A najlepsze z tego wszystkiego jest, że oba miejsca są nie dalej niż 10 minut samochodem od naszego mieszkania.
 

 
Do wszystkich moich czytaczy, którzy tak chętnie komentują moje notki na g-g czy poprzez e-maila (Woody, dziekuje za przypomnieniu o 5leciu pierwszej wyprawy) a tak niechętnie zostawiają komentarze w tym miejscu. Na fali kilku sugestii, które ostatnio do mnie docierają chciałem przekazać, że ten blog nie będzie brał udziału w żadnym konkursie na najlepszy blog roku, kwartału czy sąsiedniego powiatu. Każdy ma swoje motywy udziału w różnorakich plebiscytach. Oto moje.

1. Nigdy nie zależało mi na popularności za wszelką cenę, dlatego nigdy nikogo nie prosiłem o umieszczenie linku do mojego bloga na swojej stronie. Niniejszym serdecznie dziękuję tym, którzy jednak to zrobili. Bardzo mi miło wiedzieć, że ktoś z własnej nieprzymuszonej woli uznał, że to co pisze warte jest by polecić swoim „czytaczom”. Tym, którzy przez pewien czas mieli mnie dolinkowanego po czym wyrzucili również dziękuje. Skoro nie zależy mi na popularnośći nie ma sensu brać udziału w plebiscytach. To się nazywa konsekwencja.

2. Nie mam ukrytych pragnień napisania książki czy prowadzenia własnej kolumny w gazecie. Głownie dlatego, że posiadam zbyt słaby warsztat, by stworzyć coś wartościowego literacko. Nie posiadłem również daru by pisać w sposób trafiający do najmniej wyrobionej publiczności i porwać ją niczym telewizyjne tasiemce czy wydawnictwa Harlequina. Moją próżność połechtało by jedynie zauważenie przez osobę, którą ja sam uważam za autorytet. No ale kto z nas nie chciałby usłyszeć kilku miłych słów pod swoim adresem z ust kogoś kogo się szanuje?

3. Nie muszę ciąglę się sprawdzać i konfrontować by podnieść swoje ego.   

4. Nie lubię robić z mordy holewy i widząc, że w owych konkursach biorą udział osoby, które wielokrotnie deklarowały, że pisza dla siebie czy dla najbliższych i nie zależy im na rozgłosie, odzywa się we mnie tradycyjna przekora. Jak to mawiają górale, z prądem to byle gówno popłynie a pod prąd tylko szlachetna ryba. Tym bardziej szanuję osoby, które zdobyły się na szczerość by napisać, że biorą udział by wygrać aparat czy marzy im się by dostrzegła ich jakaś redakcja.

 


  • RSS