harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

 
Siedzę dziś w biurze jak codzień, jak mawia pewien mój znajomy, spokojnie „fedrując” cyferki, gdy nagle kilka metrów dalej zrobiło się jakieś poruszenie. Odwracam się, patrzę,  a Ron I Bezzębny (udzielny książe naszego oddziału) spiernicza „kanałami” jak rozhisteryzowana panienka, która zobaczyła mysz czy pająka. Podnoszę tyłek z fotela, wychodzę za winkiel by obadać sytuację i już wszystko jest jasne. Do naszego oddziału z niezapowiedzianą wizytą zawitał bardzo ważny gość. Rozglądam się dookoła. Ron zabunkrował się na recepcji, dziewczyna ze sprzedaży stanęła jak wryta nie mogąc wydobyć słowa a jej szef pobiegł na halę po jednego z robotników. Chcąc, nie chcąc musiałem się zaopiekować naszym gościem przez pewien czas. Nie omieszkałem wykorzystać nadarzającej się sytuacji i poprosiłem o pamiątkową fotkę. O autograf trochę głupio było mi prosić.

Nie wiemy dokładnie kiedy ten młody pyton wślizgnął się do naszego biura. Musiało to być już jakiś czas temu a teraz dopiero wypełzł z ukrycia. Po pamiatkowej sesji fotograficznej szanowny gość trafił do worka a po pracy jeden z robotników, który ma odpowiednie zezwolenia zabierze zwierzaka i wypuści do lasu. Teoretycznie moglibyśmy go wynieść za ogrodzenie i wypuscić na plantację bananów, ale w dżungli z pewnością bedzie mu lepiej.
 

 

 
Pod takim tytułem ukazał się niedawno artykuł w Gazecie Wyborczej. Przeczytałem i stanęła mi przed oczami rozmowa jaką kilka miesięcy temu odbyłem z kolegą z pracy w Polsce. Rzekł on, że bardziej wyobraża sobie mnie gdzieś na farmie niż w wielkiej korporacji, gdyż nie jestem typem „insidera” i mam problemy w kontaktach z ludźmi. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Jestem indywidualistą, praca w grupie to dla mnie katorga. Niestety współczesne korporacje zdominowała idea pracy zespołowej a ujawnienie podczas procesu rekrutacyjnego, że jest się indywidualistą postrzegane jest jak bycie jedynym przypadkiem dżumy podczas Światowego Kongresu Zdrowia.

Nigdy nie cierpiałem i nadal nie cierpię pracy w grupach. Oto kilka powodów dlaczego.

1. Komuna jeszcze nikomu nie wyszła na dobre – praca grupowa obdarzona jest większym błędem niż indywidualna. Praca grupowa bazuje na informacji powszechnie dostępnej ogółowi kosztem informacji dostępnej tylko dla najbardziej wyspecjalizowanych osób. Eksperci w grupach zazwyczaj mają zbyt niski status a indywidualiści zbyt małą siłę przebicia. W efekcie cała grupa równa w dół. Poza tym wielokrotnie udowodniono, że ludzie pracujący nad jakimś zadaniem w grupie wkładali w nie mniejszy wysiłek niż wkładaliby pracując w pojedynkę.

2. Zorganizowana katastrofa – Wiekszość zespołów powstaje dla poprawy efektywności a uzyskuje się tylko rozproszenie odpowiedzialności. W ten sposób uczy się działań pozorowanych. Każdy pracuje nie dla wspólnego celu tylko dla oddalenia od siebie odpowiedzialności. Zamiast walczyć z problemem w pierwszej kolejności każdy z członków zespołu dba o dupokrytki. Nadzorujący ignorują wszelkie zgrzyty w grupie by nie musieć zająć jakiegoś stanowiska.

3. Marnotrawstwo czasu – Zawsze dochodziłem do wniosku, że traci się czas na formowanie grupy, wzajemne docieranie się, ciągłe spięcia i rywalizację o miejsce w grupie, niekończące się planowanie pracy, planowanie jak badać postępy, planowanie kontroli i kontrolę efektów. A praca i tak zostaje wykonana przez nielicznych, tak jakby była wykonana i bez tego całego gówna.

4. Próżniactwo – Jak już skończy sie okres kłótni i narzekania, wzajemnego docierania się i podchodów większość grup ciągnie kilku najbardziej zaangażowanych członków. Inni chowają się by przetrwać okres najbardziej wzmożonej pracy. Przeważnie w takim zespole jest jeszcze osobnik typu „czaruś”, który robi duzo szumu wokół siebie i przez postronnych uważany jest za najbardziej zaangażowanego i zupełnie niezasłużenie zbiera laury. Zmorą każdej pracy zespołowej jest niesprawiedliwe nagradzanie i niezasłużona krytyka.

Tyle na dziś z Wielkiego Koncernu, gdzie hasło „praca zespołowa” jest mniej więcej tak szydercze jak „Arbeit macht frei” na bramie obozu koncentracyjnego.

No i byliśmy w piątek na Musicalu. Jak wypadł w zderzeniu z polską wersją ? Tu nie ma płaszczyzny do porównań. Polska wersja była jak dotąd jedyną „non-replica” inscenizacją, czyli dopuszczono do zmian w scenografii, kostiumach, charakteryzacji itp. elementach w stosunku do pierwowzoru. Wystawiał go zawodowy zespół aktorów wspierany przez cały sztab profesjonalistów, nawet tak „egzotycznych” jak specjalista od kociej psychiki. Produkcja wystawiana była przez dwa lata. Zainwestowano w nią wagon pieniędzy i olbrzymi kapitał ludzki.  W Cairns przedstawienie będzie grane 16 razy a wystawia go Cairns Choral Society, czyli grupa amatorów wspierana przez pół profesjonalistów. Dlatego to dwa zupełnie różne, nieporównywalne widowiska.

W piątkowy wieczór siedzieliśmy jak na szpilkach. W końcu około godziny przed początkiem seansu zjawiliśmy się teatrze. Pierwsze wrażenia były mieszane . Z jednej strony beznadziejny hall kasowy, który był jedynym pomieszczeniem, gdzie gromadziła się publiczność przed seansem. Ciasny, wyłożony podniszczonym dywanem przypominał swoim siermiężnym wyglądem środek wagonu kolejki podmiejskiej w Brisbane po usunięciu foteli. Brakowało przestrzeni, swobody, „powietrza”. Przed początkiem seansu było już tak ciasno jak w Connexie w godzinach porannego szczytu. Dużym zaskoczeniem, pozytywnym zaskoczeniem, była publiczność. Przytłaczająca większość (95%) „wystroiła się na okazję”, czyli założyli jednak stroje wieczorowe. Pamiętając publiczność ze „Skrzypka na Dachu” i dokonując korekty o lumpiarski styl ubioru północnego Queensland spodziewaliśmy się całkowicie odwrotnych proporcji. A tu proszę, szczęka opadła 10cm od podłogi. Do samej podłogi nie dało rady, bo dywan był jednak zbyt brudny.

Wreszcie nadeszła godzina 20.00. Przebijając się przez cały tłum geriatyków, rodzin z dziećmi oraz całkiem normalnych ludzi weszliśmy do audytorium. Od razu w oczy rzucił się rozmiar widowni. Była dość spora. Wizualnie trudno było uwierzyć, że tu jest jedynie 669 miejsc. Sprawiała wrażenie o wiele większej. Drugą rzeczą która przykuła moja uwagę był brak kurtyny. Scena zionęła do nas czernią i konturami dekoracji. W moim odczuciu obdarło to przedstawienie z jakiegoś ważnego elementu.

Jeszcze przed początkiem spektaklu ze sceny spełzło kilku aktorów w charakterystycznych kocich kostiumach i makijażach. Bezceremonialnie snuli się między zapełniającą audytorium publicznością wzbudzając radość dzieci i konsternację niektórych starszych widzów. Trochę żałowałem, że nie wzięliśmy z domu suchej karmy. Nasz „Kłopot” nie chce jej żreć a kilka tancerek wyglądało dość anorektycznie. A nóż by się skusiły? Wreszcie około kwadransa po 20 przygasły światła i zaczęło się coś dziać.

W przeciwieństwie do wielowarstwowej fabuły np. Skrzypka na Dachu, akcja „Kotów” nie jest zbyt skomplikowana (link dla zainteresowanych fabułą), ale to jedno z tych dzieł, gdzie bardziej liczy się forma niż treść. Tu podziwia się muzykę, kostiumy, makijaż, choreografię i dekoracje. Trzeba przyznać, że przez większość spektaklu musiałem wyglądać jak uchynięty, bo siedziałem z szeroko rozwartą z podziwu gębą. Szpulka o mało nie popłakała się do łez. Amatorzy i pół profesjonaliści z Cairns Choral Society dali zapierające dech w piersiach przedstawienie. Aż trudno mi było uwierzyć, że nie jest to grupa profesjonalnych tancerzy na tourne. Aktorzy grali wyraziście, choreografia dopracowana w detalach, kostiumy i makijaż bardzo atrakcyjne wizualnie. Żywiołowo reagująca publiczność była dopełnieniem całości obrazu. I tego pozytywnego wrażenia nie było w stanie zatrzeć nawet kilka technicznych niedoróbek, jak choćby trącające siermiężnym PRL-em efekty pirotechniczne. Trochę żal, że po zakończeniu spektaklu publiczność tak szybko dała za wygraną i skończyło się na jednym bisie. Aktorzy widocznie też musieli być zadowoleni z siebie, bo kiedy widownia powoli pustoszała za kulisami wybuchł niepohamowany okrzyk radości.

Opuściliśmy teatr pełni wrażeń i bardzo, ale to bardzo zadowoleni. Byliśmy na premierze, a być może pójdziemy jeszcze raz na „Koty”, tym razem na ostatnie przedstawienie. I wtedy nie omieszkamy wziąć ze sobą trochę Whiskas.

 
Jest taki stary angielski dowcip. „Czym się różni Australia od jogurtu? Jakbyś zostawił jogurt na 200 lat, to by rozwinął jakąś kulturę.” Dowcip jest okrutny, ale kryje się w nim ziarno prawdy. Australia jest kulturalnym zadupiem a Cairns dodatkowo leży na zadupiu tego zadupia. Nie oznacza to jednak, że jeśli człowiek chce, to kompletnie nie ma gdzie wyjść. Wręcz przeciwnie !!! O ile Kraków, Wrocław czy Warszawa w tej kategorii biją na głowę australijskie metropolie, tak rzekłbym, że możliwości na australijskiej prowincji są dużo większe niż w prowincjonalnej Polsce. 

Na początek musimy się oswoić z tutejszymi realiami. W Polsce teatr to nie tylko budowla, ale również stały zespół aktorski występujący na danej scenie. W Australii jest to trochę bardziej pogmatwane. Budynek teatralny jest traktowany jak sala do wynajęcia. Wystawianiem sztuk zajmują się „producenci teatralni”. To oni dobierają reżysera i zespół, inwestują pieniądze, wynajmują sale, itp. Niektóre „spółki teatralne” mają mniej więcej stały zespół inne zbierają tylko by pracować nad konkretnym projektem, który wystawiają w całej Australii przez 1 czy dwa sezony po czym każdy członek zespołu idzie w swoją stronę. Kiedyś przeczytałem, że w 3,5 milionowym Melbourne jest tylko jeden teatr ze stałą obsadą. Ile jest w Warszawie ?

W Cairns jest całkiem sporo możliwości „odchamienia” jak na taką dziurę. Zacznijmy nietypowo, bo nie od teatru, ale od kultury pop. Czy wyobrażanie sobie koncert gwiazdy światowego rocka na polskiej prowincji? Np. Roda Stewarda w Płocku czy Tiny Turner w Rzeszowie? Ja szczerze powiedziawszy nie. W Australii jest to możliwe. W grudniu w Townsville gościł Elton John, a w „Walentynki” do Cairns zawita Joe Cocker. Dlaczego o tym piszę? Bo koncert odbędzie się w Cairns Convention Centre. To wielofunkcyjne centrum kongresowo – targowe, które gości pod swoim dachem największe imprezy masowe w mieście wliczając teatralne i baletowe. Jest tu odpowiednio dużo miejsca i niezbędne zaplecze, które sprosta najbardziej wymagającym technicznie przedstawieniom. Jednocześnie może pomieścić największą widownię. W zależnośći od konfiguracji do 5500 osób. Odbywają się tu przedstawienia, które jednorazowo gromadzą największą widownię.

Klasycznym budynkiem teatralnym w mieście jest „Cairns Civic Theatre„. Oddany do użytku w 1974 roku przybytek jest własnością Miasta. Jest to główna scena, na której reguralnie odbywają się przedstawienia. Oprócz tego służy wszystkim tym celom, którym moga służyć specjalnie do tego zbudowane sale teatralne, czyli np. konkursy szkolnych kółek teatralnych, pokazy mody projektantów kończących tutejszy TAFE albo uroczyste akademie. Jako, że to tylko „venue” i nie posiada swojego stałego zespołu aktorskiego goszczą tu „objazdowe” przedstawienia, które  zespoły aktorskie pokazują w całej Australii. Scena nie jest imponująca rozmiarami, choć na australijskie warunki całkiem przyzwoita, gdyż tylko o 1m węższa niż w Her Majesty Theatre w Melbourne.

Kolejnym przybytkiem teatralnym w Cairns jest „Rondo Theatre”. To bardzo przytulne, kameralne miejsce z widownią na 200 osób jest siedzibą „spółki teatralnej” zwanej „Little Theatre„. Założona w 1954 roku grupa na stałe wpisała się w swiat teatru na dalekiej północy Queenslandu. Każdego roku wystawiane jest tu około 5-6 nowych sztuk.

Dla miłośników sztuki nowoczesnej lub klasycznej acz awangardowej polecam „JUTE Theatre„, który znalazł siedzibę pod dachem Centrum Sztuki Nowoczesnej. Tu sala teatralna może pomieścić 246 osób. To tu można przyjść na przedstawienia, które są nieco trudniejsze w odbiorze i wymagają wyrobionego widza. Ostatnio na  afiszu był „Folwark zwierzęcy” a kolejną propozycją jest „Król Edyp”.

Myślę, że jak na 140 tys. miasto na dalekiej północy Queensland  jest to na prawdę wiele.  Wystarczy chcieć. Może poziom artystyczny nie ten, ale z drugiej strony gdzie na polskiej prowincji mozna znaleźć takie możliwości?

Czemu o tym wszystkim piszę ? Bo w szufladzie już od kilku miesięcy „grzeją” się bilety na Musical Andrew Lloyda Webbera „Koty”. Traf chciał, że to był ostatni musical jaki widzieliśmy w Polsce przed wyjazdem do Australii. Kiedy Szpulka spytała mnie,  czy możliwe jest, że wystawią „Koty” w Cairns, parsknąłem śmiechem i wyszydziłem ją okrutnie. W Cairns? Jeden z najbardziej kultowych musicali na takim zadupiu? Zupełnie nie wchodzi w grę !!! Teraz mi łyso. A jak australijska inscenizacja wypadnie na tle polskiej, dowiecie się pewnie z kolejnej notki. Premiera już w piątek i właśnie niej będziemy.

 


Mniej więcej w okresie świąt zauważyliśmy u Kłopota pchły. No pchła, jak pchła skacze to i do kota mogła się przyczepić. Sprawę zignorowaliśmy, aż tu pewnego wieczora po Bożym Narodzeniu Szpulka dokonała odkrycia. Cały kark od strony grzbietu w małych czarnych kulkach. Calusieńki. Kulek zatrzęsienie, jakby ktoś go makiem posypał. Pchły to mądre stworzenia, więc wiedzą, że tam kot nie dostanie i nie wygryzie czy wydrapie sobie świństwa. No nie ma rady, z gnidami nie ma żartów. Co robić, co robić ? W zasadzie kota się nie pierze. My jednak postanowiliśmy sięgnąć do góralskiej „mondrości” życiowej i kota wyprać, ale nie wyrzymać. Kłopot dzielnie zniósł kąpiel. Po zmoczeniu kudłów zrobiło się go tak o 1/3 mniej. Wyglądał prześmiesznie. Trochę jak królik tuż przed przeróbką na pasztet . Na mokrym futrze łatwiej wyłapać pchły. Pomny doświadczeń z dzieciństwa, kiedy mieszkaliśmy w Skarżysku jeszcze w domku zabrałem się do dzieła iskania pcheł. Wytłukliśmy ponad 20 sztuk. Skąd na takiej małej kocinie nagle zebrało się aż tyle robactwa nie wiem. Nazajutrz droga kupna nabyliśmy w zoologicznym specjalny gęsty grzebień do wyczesywania robactwa. Wygląda identycznie jak do wyczesywania ludzkich wszy. Pierwsze czesanie kota i….. eksterminacja kolejnych kilkunastu pasożytów. Czesanie powtarzaliśmy po dwa razy dziennie. Za każdym razem wywlekaliśmy z kociego futra 2-5  szkodników. Wniosek, kot łapie pchły na mieszkaniu. Trzeba sięgnąć po bardziej stanowcze metody. Poszliśmy do zoologiocznego. Żaden szampon nie wchodzi w gre, nie będziemy kota męczyć. Kupujemy specjalny „lek” znanego i lubianego koncernu Bayer. Cena była również „bajer”, 55 AUD. Zwarzywszy, że dopiero co kupiliśmy kotu konstrukcję do wspinania za 130 AUD to zaczynamy na kota wydawać więcej niż na jedzenie !!! No nic, zagryźlismy zęby, przełknęliśmy gorzka pigułkę, itd. Wieczorem po wyczesaniu zaplikowaliśmy kotu ten Bayerowski wynalazek, kilka kropli na kark jak podawała instrukcja. Nazajutrz pełni obaw zabralismy się za wyczesywanie. I….. nic. Kompletnie nic. Ani jednej biednej zdechłej sztuki. Przez kilka następnych dni powtarzaliśmy czesanie. Wynik złagodził nasze wyrzuty sumienia po wydaniu 55 AUD. Kot odpchlony. A my mogliśmy udać się w spokoju na trawkę przy Esplenadzie podziwiać sylwestrowe fajerwerki. 


  • RSS