harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2007

 
Nietypowe były to święta. Nietypowe, bo w Australii, choć planowaliśmy podróż do Birmy. Wigilię spędziliśmy w wąskim gronie
Polaków. Byliśmy gośćmi Romana (Rona) Pawłowskiego. To człowiek legenda. Wraz ze swoją żoną Krystyną w latach 50-tych i
60 tych byli najbardziej znaną parą łowców krokodyli. Do Pani Krystyny należy oficjalny rekord wpisany do Księgi Guinessa
największego krokodyla jakiego kiedykolwiek upolowano. Zwierzaczek mierzył 8.63m. Kiedy na północ ruszyła cała masa
„skautów” strzelająca do wszystkiego co się rusza zabijając nie tylko największe gady, ale również całą masę młodych nie
mających wartości przemysłowej, Pawłowscy zrozumieli, że krokodylom grozi wyginięcie. Zaczęli długą batalię o ich ochronę.
Nie mogąc się dobić do rządu Queensland postanowili wywrzeć presję na rządzie federalnym. Skutecznie. Za ich sprawą w
Australii zakazano eksportu skór krokodyli innych niż te wyhodowane na farmach. Dzięki temu zamiast bandyckiego
ograbiania przyrody rozwinęła się nowa gałąź przemysłu. Pod choinkę dostałem krótki, 25 minutowy film o Krystynie
Pawłowskiej. Kręcony w latach 60-tych, czarno biały obraz na prawdę robi wrażenie. Nie ma tam miejsca na żadne
„kowbojowanie” w stylu Steve Irwina. No ale ponieważ wygrywa wybory nie ten, kto ma lepszy program, ale ten co głośniej
krzyczy, to Irwin a nie Pawłowscy w powszechnej opinii uważany jest za „guru” od krokodyli.

Pierwszy i drugi dzień świąt wykorzystaliśmy na wypad za miasto. Na początku pojechaliśmy na najbardziej wysuniętą na
południe plażę leżącą w granicach Cairns. Oddalona o ok. 80 km na południe Bramston Beach jest jeszcze małym, urokliwym
osiedlem. Wciśnięta pomiędzy skrawki tropikalnego lasu, bagna a ocean nie została jeszcze zniszczona przez turystykę. Z
Bramston Beach ruszyliśmy kilkanascie kilometrów na północ do Rassell River National Park. Jak w wielu tego typu miejscach
przy wjeździe jest samoobsługowy camping. Na niewielkim „kantorku” umieszczono skrzyneczkę z odpowiednimi formularzami.
Wypełnia się je, jedna kopię zachowuję dla siebie a drugą wraz z odliczoną opłatą wkłada do wrzutni. Tym razem nie mieliśmy
zamiaru biwakować. Pojechaliśmy półtora kilometra dalej i poszliśmy pospacerować po plaży. Na horyzoncie widać było Wyspy
Frankland. To pięć wysepek o stosunkowo dzikiej przyrodzie i przepieknych rafach. Stanowią park narodowy. I znów
podkreślaliśmy, że jacht jest czymś niezbędnym, bo przecież jest tyle wysp do zwiedzenia. Chcieliśmy przejść kilka kilometrów
plażą na północ, ale natknęliśmy się na dość głęboki strumień. Tuż przed ujściem do oceanu tworzył szerokie estuarium
obrośnięte mnóstwem mangrowców. Idealne miejsce dla krokodyli. Postanowiliśmy nie ryzykować i zamiast długiego spaceru
po bezludnych, nietkniętych ludzką stopą plażach nałapaliśmy pół wiaderka pepisów na kolację.

W drugi dzień świąt ruszylismy na północ do Port Douglas. Prowadząca tam droga na odcinku 29 km prowadzi przez obszar
wpisany na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. To wąska, kręta nitka wciśnięta z jednej strony między wysokie, strome góry
obrośnięte tropikalną dżunglą a ocean z drugiej strony. Kiedy jechałem tamtędy po raz pierwszy w 2003 roku nie zachwyciłem
się zbytnio. Sam nie wiem dlaczego. Teraz za każdym razem droga ta coraz bardziej mi się podoba. A szczególnie wczoraj, bo
ocean miał bajecznie turkusowy odcień. Dalego, daleko przy horyzoncie, gdzie niebo łączyło się z wodą był natomiast ciemno
granatowy. Nie zawsze tak jest. Przy niekorzystnych prądach i wietrze woda jest zmieszana z piachem i z perspektywy drogi
wygląda jak kawa z mlekiem. Po dotarciu na miejsce postanowilismy zobaczyć z bliska słynną 4 milową plażę. Jest to ikona Port
Douglas. Do tej pory mielismy okazję widzieć ją jedynie z punktu widokowego ze wzgórza na północ od centrum. Po przedarciu się przez zarośla dzielące miejsce gdzie zaparkowaliśmy od oceanu, dotarliśmy w końcu na plażę. Był przypływ, który zakrył całą plażę. Woda podchodziła pod same zarośla. Prześliśmy dość spory kawałek i zgodnie orzekliśmy, że plaża jest po prostu brzydka. Najładniej wygląda na folderach lub z punktu widokowego. Do samochodu wracaliśmy już po polach golfowych kompleksu Sheraton. Chwilę później podjechaliśmy do samego hotelu. To tu wypoczywał Bill Clinton i laureat tegorocznego pokojowego Nobla All Gore. Hotel to kompleks willi „na wodzie”, co widać na załączonych fotkach. (sory, ze kiepskiej jakosci). Z Sheratona poszliśmy do centrum. Tu oczywiście doją turystów jak tylko się da. Weszliśmy na lunch do całkiem przyjemnie wyglądającej knajpki. Jedzonko było smaczne, ale strasznie mało i zapłaciliśmy fortunę. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po Port Douglas, pooglądaliśmy jachty w marinie i wróciliśmy do domu.


Czteromilowa plaża z punktu widokowego.


Czteromilowa plaża z bliska (podczas odpływu).


Sheraton Mirage


Sheraton Mirage

 
Dopadła mnie świąteczna nostalgia. Jestem na etapie, że trawa po drugiej stronie wzgórza jest bardziej zielona. Tęsknię za Polską i Świętami. Bez wahania zamieniłbym dwa tygodnie tropikalnego raju na dwa tygodnie śniegu w Puszczy Świętokrzyskiej.

Choinka. Tak wygląda choinka na City Place w Cairns. Szczerze powiem, że nie jest najgorsza. Widziałem już większe badziewie w Australii. No ale cóż z tego, kiedy w moim rodzinnym Skarżysku w tym roku ustawionych zostanie 8 drzewek i z pewnością to „główne” bedzie mieniło się ferią barw, ozdób i świateł. Pamietam jak rozpierała mnie duma, kiedy w Kielcach postawiono świerka ściętego w lasach powiatu skarżyskiego. Był dokładnie o 1m wyższy od tego w Nowym Jorku. Tyle, że o nim pisały jedynie lokalne brukowce, a uroczyste zapalenie światełek przez Giulianiego transmitowano z Nowego Jorku na cały świat. Dziś mi strasznie brakuje prawdziwej choinki. Pięknie pachnącego świerka albo zgrabnej jodły.

Choinka na Citi Place w Cairns

Świąteczne iluminacje. Nie mieliśmy w Polsce nigdy tak oświetlonych domów jak w komedii z Chevy Chase. Stopniowo jednak ten zwyczaj zaczął do nas napływać. Kiedy podróżowałem po Dolnym Sląsku i  Opolszczyźnie całe wioski były oświetlone. Niektóre przesadnie inne skromnie. Na każdym podwórku jednak można było znaleźć choć małe oświetlone drzewko. Gospodarze rywalizowali miedzy sobą. Iluminacje „biedniały” wraz z drogą na wschód. Na szkieletczyźnie już tylko w co drugiej zagrodzie była podświetlona choinka a całe zabudowania może w jednym przypadku na dwie wioski. Najgorzej było w Polsce „B”. W podrzeszowskich wioskach mozna było wypatrzeć na podwórku oswietlone drzewko co najwyżej w jednym obejściu we wsi. Pewnie dziś „granica światła” przesunięta jest dalej na wschód.

W Cairns nie ma środka. Bardzo mało jest podwórek, gdzie skromnie oświetlono kilka drzewek. Mamy całe ciemne dzielnice a posród nich oazy świątecznych iluminacji. Lokalny brukowiec „The Cairns Post” urządził nawet konkurs na najlepiej iluminowane podwórka. Główna nagroda 1000 AUD. Starczy na połowę rachunku za prąd. Poniżej kilka przykładów z naszego sąsiedztwa. Nagrodę zgarnął właściciel podwórka z drugiej fotki.

A na koniec coś w klimacie. W końcu jesteśmy w XXI wieku w tropikach. Mikołaj zamiast rozdawać prezenty wysłał rodziców do Targetu, Mayer’a, Davida Jonesa itp. przybytków. Rudolfa oddał do Zoo, bo  mimo galopujących cen benzyny paliwo do renifera wciąż jest o wiele droższe niż do motorówki. Kiedy kłopoty miał już z głowy mógł się oddać jednej z najpopularniejszych australijskich form spędzania Bożego Narodzenia. Szczegóły na fotce.

  


W jednym z poprzednich
wpisów obiecywałem notkę miedzy innymi o weekendowym wypadzie na
Fitzroy Island. Co tu jednak pisać, niech obrazy powiedzą same za
siebie.



Koralowa plaża Nudey Beach. Kultowe miejsce, które można znaleźć na dziesiątkach pocztówek z Cairns.

A oto inne ujęcie tego samego miejsca. Zamiast platynowo bialego piasku kawałki koralowców.

Wyrzucony na brzeg fragment wapiennego „szkieletu rafy”.

Na
całej wyspie spotyka się takie oto jaszczurki. Z powodu braku obiektu,
który mógłby oddawać skalę musicie mi uwierzyć na słowo, że są one
długości przedramienia.

Ona w pogoni za Nemo.

Wiecie
co wtedy myślałem? „Nosz k…. czemu nie mam aparatu do zdjęć
podwodnych !!!”. W tle kontynentalna Australia a dokładnie Oombunghji,
o którym pisalismy kilka notek wcześniej.

Pora się zbierać do domu.

I jeszcze ostatni rzut oka na przystań.

 

…. co mi po głowie chodzi w ostatnim tygodniu. Klila luźnych oderwanych od siebie przemyśleń.

 

Pod koniec listopada mieliśmy w Australii wybory parlamentarne. Przyniosły one zmianę władzy z ekipy Partii Liberalnej na Partię Pracy. Liberałowie z nazwy, choć w potocznym tego słowa znaczeniu ekipa dość konserwatywna, pod wodzą Johna Howarda była u koryta przez 4 kadencje. Kadencja trwa w Australii 3 lata. Na ten niewątpliwy sukces złożyło się kilka czynników jednocześnie. Po pierwsze trafili na okres światowej koniunktury, która objęła również Australię. Po wtóre australijska ordynacja wyborcza jest tak skonstruowana, że wladza może praktycznie przejść z rąk to rąk tylko między dwoma głównymi graczami na scenie politycznej. Konkurenci natomiast w tym okresie prezentowali się nadwyraz słabiutko. Warunki sie  zmieniły a rządząca koalicja przespała moment, kiedy opozycja urosła w siłę. Wybory do każdego z parlamentów stanowych wygrała Partia Pracy a Liberalowie nadal prowadzili politykę jak gdyby taki fakt nie miał miejsca. Na przeciw nowego, dobrze sprzedającego się medialnie lidera opozycji Kevina Rudda , zwanego przez nas „ministrantem”, stanął weteran John Howard. I przegrał. Przegrał wszystko co było możliwe. Partia pod jego wodza straciła władzę a on sam nie dostał się nawet do parlamentu. Gdyby półtorej roku wcześniej „abdykował” ze stanowiska jak wielokrotnie sugerowano, odszedłby w szczycie popularności w aureoli sławy, a jego nastepca byc może uchroniłby Liberałów przed porażką. Nie pozostaje mi nic innego jak dedykować mu wers z piosenki Perfectu „trzeba wiedziec kiedy ze sceny zejść niepokonanym”.

 

O ile mam dość krytyczną opinię na temat polityki rządu Howarda, tak Kevin „ministrant” Rudd w mojej ocenie nie jest żadną alternatywą dla Australii. Ciekawostką jest, że kiedy piszę te słowa nowy rząd jest już zaprzysiężony od tygodnia a nadal jest nieobsadzonych 6 miejsc w 150 osobowej izbie niższej parlamentu. To pokłosie skomplikowanej ordynacji wyborczej. Opóźnienia spowodowane są zarówno skomplikowanym algorytmem przeliczania głosów, jak również wciąż napływającymi głosami oddanymi korespondencyjnie i za granicą. Różnice czasami są minimalne. W jednym z okręgów w Australii Zachodniej kandydatka Partii Liberalnej prowadziła 29 głosami, by po ponownym przeliczeniu głosów z kilku komisji przegrać 6-cioma. Obecnie walczy o to, by przeliczyć jeszcze raz dokładnie głosy ze wszystkich obwodów. I nie ma się co dziwić, bo przy tak mikroskopijnej różnicy każdy niezamierzony ludzki błąd może przechylić szalę zwycięstwa.

 

Pierwszą decyzją nowego rządu była ratyfikacja Protokółu z Kioto. To międzynarodowa umowa, zobowiązująca do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Z krajów uprzemysłowionych umowy nie ratyfikowały tylko USA i Australia. Pomińmy na chwilę głosy kontestatorów, którzy twierdzą, że zmiany klimatyczne i efekt cieplarniany to tylko i wyłącznie wyssana z palca historyjka pełniąca rolę wroga publicznego, za pomocą którego politycy i dziennikarze ogłupiają tępy lud i załóżmy, że emisja CO2 rzeczywiście jest zła. Czy taki niewielki liczebnie kraj jak Australia ma jakiś realny wpływ na sytuację globalną ? Otóż tak. Australia jest w pierwszej dziesiątce największych emitentów CO2 na świecie. W zależności od rankingu plasuje się miedzy 7 a 9 miejscem. Rok rocznie emituje do atmosfery tyle CO2, co Niemcy i Anglia razem wzięte. Tyle, że te kraje mają 10 krotnie więcej ludności i nieporównywalnie większy potencjał przemysłowy. Czyli jest pole do popisu dla „ministranta”. Tyle, że znając tutejsze realia wiem, że raczej bedzie się ślizgał po temacie a nie weźmie „byka za rogi”. Dlaczego? otóż walka z emisją CO2 przypomina mi dokręcanie kluczem francuskim na siłę kranu, z którego wisi jedna jedyna osamotniona kropla wody podczas gdy z rury w ścianie uciekają hektolitry. Nie tak dawno rząd Howarda podjął decyzję, że za 3 lata wycofuje ze sprzedaży tradycyjne żarówki zastepując je energooszczędnymi. Nie jestem tylko pewien „zysk” dla środowiska spowodowany mniejszą emisją CO2 wynikający z użycia żarówek energooszczędnych zrekompensuje straty wyrządzone przez rtęć używaną do ich produkcji. No dobrze, wymieniliśmy żarówki na energooszczędne, teraz przyszedł czas na zgaszenie zbednych. Chwalebne, tylko nikt nie powie głośno, że energia zaoszczędzona na wymianie żarówek i zgaszeniu zbednych to kropla w morzu gigawatów energii, ktore ulatuja w powietrze z nieizolowanych pomieszczeń. I tu napotykamy moim zdaniem na barierę nie do przebycia. W australijskim budownictwie, którego naczelną, niepodwarzalną maksymą, mottem przewodnim jest „bylejak, byle szybko i byle tanio” magiczne słowo „termoizolacja” jest nieznane. Nieznane i nie mieści się w filozofii narodowej. Jest tak obce jak przestrzeganie ograniczenia prędkości 50 km/h w terenie zabudowanym w Polsce. Dlatego w jednej z metropolii na południu kraju na ogrzewanie zimą i chłodzenie latem zużywa się 12 razy więcej prądu niż w Vancuver. A zimy w Kanadzie są nieco bardziej srogie. Ok, nie ograniczymy zuzycia energii. Nie tylko z powodu „australian way of life” ale również dlatego, że rok rocznie przybywa tu setki tysięcy emigrantów. A oni potrzebują dziesiątek tysięcy nowych mieszkań, gdzie są żarówki, paralki, lodówki, suszarki, zmywarki, telewizory, tostery, mikrofalówki, kuchenki elektryczne itp. Nawet jeśli urządzenia te są coraz doskonalsze i coraz bardziej energooszczędne, to zużycie prądu i tak bedzie rosło wraz ze wzrostem populacji. Jesli nie da się ograniczyć konsumpcji trzeba produkować czystszą energię. I tu jest spore pole do popisu, bo takie elektrownie jak w Bayswater czy Hunter Valey w Nowej Południowej Walii znalazły się na liście 100 najbardziej trujących zakładów przemysłowych opublikowanej przej jedną z amerykańskich agencji. Z pewnością sutuację poprawłaby budowa elektrowni atomowej. Na to się jednak nie zanosi, bo „ministrant” uczynił z tego jedno z przewodnich haseł swojej kampanii wyborczej. A szkoda, bo w Australii znajduje się około 80% rozpoznanych światowych zasobów Uranu. Większość z nich jest ulokowana w tak korzystnych warunkach geologicznych, że ich wydobycie jest niezwykle opłacalne ekonomicznie. Na dziś jednak australijski uran zasila reaktory w Chinach czy Indiach, bo w kraju kangura nie ma żadnej elektrowni atomowej.

 
Na koniec przemyślenia dużo lżejszego kalibru. Wczoraj podczas wieczornego spaceru znów wystraszył nas nietoperz zrywający się do lotu z palmy. Nie to, byśmy byli przesadnie strachliwi, ale trudno się nie wzdrygnąć kiedy z drzewa obok którego przechodzisz startuje zwierzak wielkości kota i rozpiętości skrzydeł grubo ponad metr. Zawsze narobi hałasu i szelestu w listowiu. I tak pomyśleliśmy ze Szpulką na ile rzeczy już nie zwracamy uwagi, bo się przyzwyczailiśmy a kogoś nowego przyprawiłyby o zawał serca. Przyszły nam na myśl nietoperze wydzierające się niemiłosiernie w koronach drzew, geko (małe jaszczurki), które w stosunku do swoich rozmiarów wydają nieproporcjonalnie głośny dźwięk. Dorosłe osobniki będące rozmiarów polskiej jaszczurki zwinki potrafią nahałasować jak ptak wiekości dużego gawrona czy kruka. Grono „strasznych” zwierząt powiększyliśmy o ropuchy. Właśnie mamy na nie sezon. Na trawniki wypełzło setki osobników. Co rusz to któryś ucieka prosto spod podeszwy. A w tym kraju, szczególnie w jego tropikalnej części trzeba dokładnie patrzeć pod nogi. Gupę „trawnikowych potworów” należy również poszerzyć o wszelkiego rodzaju ptactwo typu czaple, ibisy itp. Czasami siedzą w ukryciu do ostatniej chwili salwując się ucieczką dopiero wtedy, gdy się z nimi zrównamy. Bardzo jednak lubimy te nasze straszydła i za nic w swiecie nie zamienilibysmy ich na inne typu żul z ulic Melbourne, agresywny Aborygen z Alice Springs czy „kark” z warszawskiej Pragi.      

Junior jest już z nami prawie półtora roku. W tym czasie pracuje jak wół roboczy bedąc naszym jedynym i podstawowym autem w kraju nieprzyjaznym komunikacji publicznej. Wozi mnie codziennie do pracy, na weekendowe wycieczki (czasami po bezdrożach dostepnych tylko dla aut z napedem na 4 koła), zawiózł nas do Brisbane i z powrotem oraz przywiózł z całym dobytkiem z Melbourne do Cairns. Patrząc w rejestry z listopada ubiegłego roku przez ostatnie 12 miesięcy pokonał ponad 42 000 km. Ile przejechał przez 31 lat zanim trafił w nasze ręce nigdy się nie dowiemy. Możemy jedynie oszacować. Przyjęło się, że „statystyczny” australijski samochód pokonuje 20 000 km rocznie. Przez 31 lat dałoby to 620 000 km. Nawet jeśli eksploatowany był mniej intensywnie, to oceniam, że musiał przejechać conajmniej pół miliona kilometrów zanim trafił w nasze ręce. Jedno jest pewne, żadne osobowe auto, które w tym roku zjedzie z taśm produkcyjnych w ciągu swojego życia nawet nie zbliży się do tej wielkości. Przez te pół miliona kilometrów Junior nie przeszedł żadnego poważnego remontu. Kilka elementów takich jak zawieszenie czy amortyzatory nosi ślady ingerencji lub wymiany ale nic ponad standardowe naprawy eksploatacyjne. Najwyższy czas pomysleć o gruntownej odbudowie by przywrócić mu blask i wygląd na jaki zasługuje „zawsze usmiechnięte autko z duszą”. No ale by „zluzować” Juniora z obowiązków potrzebne jest auto zastępcze. Na poczatku listopada zapadła decyzja. Nie ma co dłużej odwlekać. Jeśli mamy kupić auto zastępcze, to najlepiej teraz, przed nadejściem sezonu monsunowego. Klamka zapadła, trzeba się zastanowić nad wyborem.

Dylemat 1. Nowe czy uzywane. Po burzliwej dyskusji wybór padł na nowe. Gwarancja producenta daje poczucie „bezpieczeństwa”, że przez kilka lat do baku lejesz jedynie benzynę i jeździsz na przeglądy okresowe. Żadna usterka w tym czasie nie obciąża dodatkowo kieszeni.

Dylemat 2. Porządne, droższe auto na dłużej, czy tańsze na 2-3 lata. No tak, jakbym miał wagon pieniędzy dylematu by nie było, bo nawet na krótki okres możnaby kupić drogie auto. Skoro jednak „kasa” gra jakąś rolę a auto w zamierzeniu ma być „zastępcze” szukamy w przedziale aut najtańszych, do 20 000 AUD.

Dylemat 3. „Manual” czy automat. Definitywnie manual. Po pierwsze z przekory. W Polsce, gdzie królują „manuale” jeździłem samochodem z automatyczną skrzynia biegów, więc w Australii, imperium automatów wybieram ręczną. Po drugie ze względów praktycznych. Automat jest wyśmienity w ruchu miejskim. Jadąc w korkach czy wąskimi osiedlowymi uliczkami nie trzeba non stop wahlować dźwignią zmiany biegów. Kto wie, czy gdybyśmy nadal mieszkali w Melbourne, to nie kupilibysmy automata? My jednak 90% odległosci pokonujemy poza miastem, a tu „manual” ma zasadniczą przewagę. Choćby na krętych, stromych, górskich drogach jakich w okolicach Cairns nie brakuje. Po trzecie ze względów „hedonistycznych”. Uważam, że automat odbiera część przyjemności prowadzenia auta. Zastepując kierowcę w procesie wyboru przełożenia ogranicza kontrolę nad samochodem, pozbawia ważnego instrumentu sterowania oraz zwalnia z obowizku myślenia na drodze i rozleniwia. To dobre rozwiązanie dla autobusów miejskich, początkujących kierowców lub dla tych, którzy nie umieją albo nie lubią myśleć za kierownicą. Po czwarte, zamiast płacić 2000 AUD extra za automatyczną skrzynię biegów wolałem przeznaczyć te pieniądze na mocniejszy silnik oraz kilka „bajerów” z wyposażenia.

Decyzja. Po rozpatrzeniu ww. zagadnień oraz całego szeregu innych uwarunkowań jak np. ograniczona liczba marek, których dealerzy operuja w Cairns wybór padł na: Kia Rio 1.6 EX hatchback, co widać na załączonym obrazku.

dscn3568

Koreańska myśl technologiczna nie ma u mnie najwyższych ocen, mimo, że w Polsce przez pewien czas miałem auto służbowe Kia Shuma II i złego słowa nie mogłem o nim powiedzieć. Oceniam go nawet wyżej niż Fiata Palio Weekend, którym służbowo jeżdziłem później. Dlatego ciekawy jestem, czy w trakcie eksploatacji przesłanki, jakimi kierowałem się przy wyborze auta okażą się trafne czy chybione i czy moja nienajlepsza opinia o „koreańczykach” ulegnie zmianie, czy się tylko utwierdzi.


  • RSS