harom blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

W przekonaniu wielu osób Australia aż roi się od niebezpiecznych zwierząt. Kiedy spytamy o największe zagrożenia dla człowieka z tej strony, prawie na jednym wdechu wymienia się węże i pająki. Kiedy zaczniemy drążyć temat dochodzą jeszcze krokodyle. Niektórzy przyciśnięci „do muru” wspomną również o rekinach. I jak w tym starym porzekadle, że nie ten wygrywa wybory, kto ma najlepszy program, ale ten, kto najgłośniej krzyczy najbardziej jadowite i niebezpieczne z australijskich stworzeń zostaje zakrzyczane przez te bardziej medialne przypadki. O czym mowa ? O parzącej meduzie zwanej tu Box Jellyfish lub Sea Wasp (morską osą) a potocznie określanej „marine stingers” czyli żądło. Właściwie mamy do czynienia z dwoma gatunkami, Chironex fleckeri oraz Carukia barnesi (Irukandji jellyfish).

Box Jellyfish osiąga rozmiary dużej piłki. Ciało ma przejrzyste o kształcie dzwonu. Wyrasta z niego 60 czułków dochodzących do 5 m długości i pokrytych komórkami parzydełkowymi. Wewnątrz nich znajduje się długa zwinięta nić, która przy podrażnieniu zostaje z dużą siłą wyrzucona i wbija się lub oplątuje wokół ciała napastnika albo potencjalnej ofiary, jednocześnie uwalniając płyn o właściwościach parzących i paraliżujących. Trucizna zawiera substancje atakujące jednocześnie skórę, system nerwowy oraz serce. Śmierć może nastąpić w kilka minut po ukąszeniu. Każdy z czułków meduzy zawiera truciznę wystarczającą do uśmiercenia 60 dorosłych osób. Wikipedia natomiast donosi, że przypadki śmiertelne notowano już po 4 minutach od ukąszenia, czyli o wiele szybciej niż w przypadku jakiegokolwiek węża czy pająka. Jak można przeczytać na stronie
http://www.barrierreefaustralia.com
Nie ma możliwości przeżycia ukłucia przez meduzę bez właściwej pomocy medycznej. Ból po poparzeniu jest tak wielki, że można doznać szoku i nie dopłynąć nawet do brzegu. Pierwszą pomocą w przypadkach poparzenia (zanim jeszcze przybędzie pogotowie) jest usunięcie wszystkich parzydełek z ciała oraz polewanie octem. W tym celu przy każdej plaży w Cairns wykładane są butelki z octem. Rozkłada to jad, który jeszcze nie wniknął do organizmu. A TUTAJ można zobaczyć kilka filmików z meduzą w ruchu.

Drugie sympatyczne zwierzątko jest bardzo niepozorne. Jest rozmiarów ludzkiego kciuka a parzydełka mają długość od 5cm do 1 m. Po raz pierwszy je zlokalizowano na północnych plażach Cairns w 1952 roku. Nazwa Irukandji wzięła się od aborygeńskiego plemienia zamieszkującego Cairns. Bardzo mało wiadomo o cyklu życia tej meduzy. W przeciwieństwie do innych meduz nie tylko parzydełka, ale i kielich zawiera niebezpieczny jad. Wstrzykiwany jest on nie na całej długości ale samym końcem „żądła”, dlatego na początku ukłucie nie jest nawet takie bolesne. Trucizna wywołuje tzw. syndrom irukandji, dreszcze, wymioty, bóle nerek, osłabienie, przyspieszony puls i cisnienie. Występuje od 5ciu minut do 2 godzin po poparzeniu, przeważnie w ciągu pół godziny. Właściwie nie ma jeszcze odtrutki na jad Irukandji jellyfish. Choć pojedyncze ukłucie przy prawidłowej kuracji nie jest niebezpieczne dla życia, to zanotowano już co najmniej 2 przypadki śmiertelne w wyniku poparzenia.

Życząc miłej kąpieli w turkusowych wodach północnego Qeensland żegnam się do następnej notki.

Kłopotek.

7 komentarzy

Cześć to ja „Kłopotek”. Mam dopiero niecałe 3 tygodnie i jestem jeszcze baaaaaardzo mały. Choć oczka mam już otwarte, to nadal niewykształcony wzrok. Nie potrafię na razie sam jeść i ledwo co trzymam sie na nogach. Bez pomocy z zewnatrz nawet dobrze nie potrafię się załatwić. Kiedy byłem z mamą, to ona po każdym ssaniu cycka lizała mnie po brzuszku by pobudzić jelita do pracy a później wymuszała na mnie bym się załatwił. Teraz, jak zabrakło cycka muszę być karmiony pipetą a sprawy higieny przejął ktoś inny. Pierwsze dwa tygodnie życia spędziłem na poddaszu jednej z fabryk ukrytej wśród plantacji bananów na dalekiej tropikalnej północy Australii. Niestety robotnicy wymieniający dach musieli zlikwidować nasze gniazdo na długo przed tym zanim byłem w stanie opuscić je o własnych siłach. Na szczęście trafiłem w bardzo dobre i troskliwe ręce i moje szanse na przeżycie rosną z każdym dniem. I choć na razie jestem jedynie Kłopotek, to jak dorosnę będę Duuuuuużym Kłopotem.

dscn3490

Czemu Kłopotem ? Bo w Australii jest bardzo restrykcyjne podejście do zwierząt domowych. W Większości mieszkań nie wolno trzymać zwierząt. Nie pozwalają na to właściciele albo administracja budynku. Zwierząt nie można również zabierać do takich miejsc jak Parki Narodowe (to jeszcze zrozumiem), Campingi (większość, choć są wyjątki) czy np. zloty garbusów. Koty i psy trzeba rejestrować oraz wszczepić pod skórę mikrochipa z zapisanymi wszystkimi „danymi osobowymi”. Bez specjalnego zezwolenia Rady Miasta nie wolno nawet na własnym, niewynajmowanym podwórku trzymać więcej niż 2 psy. Za biegającego po ulicy samopas psa bez kagańca właściciel płaci drakońskie kary. Jeśli przypadkiem pies wymknie się nocą, kary mogą dojść do kilku tysięcy AUD. Koty również powinny pozostawać nocą w zamknięciu. W Australii najbezpieczniej jest trzymać w domu rybki.

P.S. W stanie Queensland nielegalne jest trzymanie królika jako zwierzęcia domowego. Kara za złamanie tego zakazu wynosi 3000 AUD. Karmę dla królików można dostać w każdym sklepie zoologicznym.


0,,5742001,00.jpg


Zgrubienie na środku pytona to pięcioletni kot jednej z mieszkanek dzielnicy Redlinch. Jak co dzień o 5.30 rano wypuściła zwierzaka z domu a sama poszła wziąć prysznic. Kiedy po pół godzinie kocisko nie wróciło na poranną wyżerkę zaczęła się niepokoić i postanowiła go poszukać. Niestety zanlazła tylko tylnie nóżki bezwładnie zwisające z pyska węża. Reszta kota była już w środku. Jak wynika z wywiadu udzielonego Cairns Post, nie ma pretensji do pytona. Po prostu pech, że kot znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Wyraziła jedynie obawę, czy chemikalia zawarte w obroży przeciw pchłom, jaka miał kocur na szyi nie zaszkodzą czasami gadowi. Może warto pójść śladami niektórych mieszkańców i zamiast kota trzymać w domu przeciw szczurom pytona ?

No dobrze, krokodyle są w porządku, Aborygeni tańczący własną interpretację Greka Zorby również, ale co u nas? Wpadlismy już w rutynę co pewien czas przerywaną to tym, to owym. Oboje pracujemy. Ula co rano pędzi do hotelu, ja do „Korporacji”. Różnica polega na tym, że ja dymam Juniorem, ona na rowerze. I wychodzi jej to na zdrowie, bo od siedzenia za biurkiem i w samochodzie hemoroidów można się nabawić a od pedałowania, to samo zdrowie i uroda. Ostatnio Szpulka zmieniła swoją „brykę”. Nie to, żeby stara jej się nie podobała. Podobała i owszem. Mimo, że była stara, lekko rozlatująca się, tania i niezbyt atrakcyjna wizualnie, to komuś spodobała się jeszcze bardziej niż Szpulce. Sytuacja całkowicie obca mieszkańcom południa Australii a nadwyraz dobrze znana w Alice Springs czy Darwin, uroki obcowania z rdzennymi mieszkańcami kontynentu i przybyszami z Cieśniny Torresa. Efekt: pobudka nad ranem słowami „Dziób, musisz mnie zawieźć do pracy, bo ktoś mi ukradł rower”. No a bez roweru to jak bez ręki. Z buta do centrum jest ok. 40 minut, na rowerze 10. Jeszcze tego samego dnia Szpulka nabyła droga kupna koleja brykę, ale tym razem już nie przypina jej do uchwytów na parkingu. Bryka nocuje teraz na balkonie.

Niejako rzutem na taśmę przed początkiem mokrego sezonu odbyliśmy ostatnio dwa wypady. Pierwszy szybką łodzią motorową zwaną Thunder Boat na Fitzroy Island, kontynentalna wyspę u wybrzeży Cairns, gdzie podziwialiśmy koralowe plaże i rafę. W ostatni weekend natomiast zrobiliśmy sobie wyprawę do Cape Tribulation. Pojechaliśmy nawet dalej na północ w strone Cooktown, traktem dostępnym jedynie dla samochodów z napędem na 4 koła. Obie wyprawy załugują na odrębną notkę wzbogaconą dokumentacją fotograficzną.

Mokry sezon można uznać za otwarty. Apogeum opadów przypada w Cairns na okres styczeń-luty, ale początek sezonu to grudzień. Mimo listopada od kilku dni mamy już przedsmak tego, co nasz czeka przez najblizsze kilka miesięcy. Zaczęło się w Cape Tribulation. Nagła tropikalna ulewa przyszła niewiadomo skąd. Ciepły, isntensywny deszcz lał się z nieba strumieniami. W ciągu kilku minut spadło tyle wody, co gdzieś indziej przez cały dzień mżawki. Po kwadransie było już po wszystkim i ulewa jak szybko się pojawiła, tak szybko znikła. Nie mineła godzina, a słońce wysuszyło kałuże i na ziemi nie było śladu po deszczu, za to w powietrzu czuc było wilgoć. Całkiem jak w źle wentylowanej łazience, kiedy skończy się gorący prysznic. Tego dnia już nie padało więcej. W nocy natomiast sezon deszczowy objawił się w zupełnie inny sposób. Na przemian po sobie następowały „oberwania chmury”, okresy lekkiej mżawki i bezchmurnego nieba. I tak jest właściwie już od 2 dni. Czasami jadąc do pracy żałuje, że wycieraczki nie mają trzeciego biegu, by zachwilę pomstować na oślepiający refleks słońca odbijającego sie w mokrym asfalcie.

Innym atrybutem sezonu monsunowego w Cairns jest pojawienie się w oceanie parzących meduz potocznie zwanych „stigers” (żądła). Zwierzaczek zupełnie ignorowany przez większość ludzi pytających o niebezpieczne zwierzęta Australii dzierży pierwsze miejsce na liście „most deadly australian animals”. Jak niedawno przeczytałem, to własnie Box Jellyfish anie zaden wąż czy pająk ma na sumieniu najwięcej istnień ludzkich. Przyjęło się, że sezon stingersów trwa od listopada do kwietnia. Na wyznaczonych plażach pojawiły się siatki ochronne, a przy znakach informujacych o zagrozeniu butelki z octem. Wylany na poparzone miejsce ocet łagodzi ból. Wiele osób ignoruje ostrzeżenia. Turyści nie zawsze zdają sobie szanse z zagrożenia a tubylcy wiedzą, że siatki pojawiają się z początkiem listopada bez względu czy zaobserwowano juz w tym roku pierwsze meduzy czy nie. Wracając z Cape Tribulation, gdzie nie ma siatki a grupki osób beztrosko pluskały się w oceanie postanowiliśmy wskoczyć do wody na Ellis Beach. Choć trochę korciło mnie by popływac obok, bo to jeszcze wcześnie i niekoniecznie już musiały się pojawic meduzy, weszlismy jednak do siatki. W poniedziałek w lokalnych wiadomościach TV usłyszałem, że „stingersy” już się pojawiły i zdążyły poparzyć dzieciaka, który pływał poza siatka na plaży oddalonej kilkanaście km od Ellice Beach. No cóż, dopóki nie kupimy kombinezonów trzeba bedzie pływać wewnątrz siatki.

Wiadomo, że nic tak nie wzmacnia image polityka jak zrobienie sobie kilku przedwyborczych fotek z dziećmi. Dlatego też jest to punkt obowiązkowy niemal na każdym spotkaniu z wyborcami. Czasami jednak mogą z tego wyniknąć dość nieoczekiwane efekty.

Za Gazetą Wyborczą.
z4649916X.jpg
Ten Pan z lewej to John Howard, obecny premier Australii, na stanowisku już przez 4 kadencje. Rzecz w Polsce niewyobrażalna. Reprezentuje rządzącą partię o nazwie „Liberałowie”, choć trudno o bardziej mylacą nazwę dla konserwatystów.

Ten Pan z Prawej, to Kevin Rudd predendent do fotela premiera z opozycyjnej Partii Pracy, ugrupowania jeszcze bardziej konserwatywnego .

Słodki bobas na obu fotkach to Austin Byrnes, 14 miesięczny mieszkaniec Sydney.

Jeśli ta sytuacja nie została zaaranżowana, to mały powinien natychmiast trafić w ręce Agencji Reklamowych. Widocznie ma w sobie to „coś” co przyciąga wzrok.


  • RSS